środa, 17 grudnia 2008

Dlaczego lubimy mieszać w tym co już pomieszane

Rafał A. Ziemkiewicz, ponownie zabrał się za Kaczyńskich. W dzisiejszej Rzepie, pod tytułem Dlaczego nie lubimy lubić Kaczyńskich http://www.rp.pl/artykul/9157,235281_Dlaczego_lubimy_nie_lubic_Kaczynskich_.html. Tytuł przemyśleń Ziemkiewicza jest ważny podwójnie. Przede wszystkim warto się mu przyjrzeć w kontekście całego artykułu, który stanowi tak nieprawdopodobny zbiór niekonsekwencji, że właśnie ten tytuł doskonale oddaje całą nielogiczność wywodu Ziemkiewicza i ją doskonale ilustruje.
Drugi powód jest może jeszcze ciekawszy. Otóż niedawno, pozwoliłem sobie w którymś z moich wpisów na dość nieuprzejme stwierdzenie, że moje problemy zaczynają się tam, gdzie problemy wielu się kończą. Ja mam wrażenie, że Ziemkiewicz, od pewnego czasu bardzo próbuje pokazać coś podobnego. Że, mianowicie, każdy coś tam wie, ale on wie jeszcze coś i w ten sposób jest zawsze o ten krok do przodu. Chodzi o to, że ci najbardziej prostaccy komentatorzy twierdzą, że Kaczyńscy są do niczego. Z kolei ci bardziej zaawansowani mówią, że może oni znowu tacy źli nie są, ale ludzie ich nie lubią. Na to przychodzi Ziemkiewicz i proponuje pójść nieco dalej - ludzie lubią nie lubić Kaczyńskich.
W tej sytuacji, ja dla Ziemkiewicza mam wiadomość nienajlepszą. Moim zdaniem Ziemkiewicz lubi pisać, że ludzie lubią nie lubić Kaczyńskich. A, co ciekawsze, jestem pewien, że moja diagnoza jest zdecydowanie bardziej zaawansowana badawczo, nawet nie w kontekście samego Ziemkiewicza i jego refleksji. Ale tak w ogóle.
Jednak wrócę na chwilę do pierwszej mojej uwagi odnośnie tytułu artykułu Ziemkiewicza. Mam wrażenie, że on - siadając do tego tekstu - zrobił tak, że najpierw sobie wymyślił fajny tytuł, a potem napisał wszystko to, co mu się wydaje. Myślę, że tak to właśnie było, bo w samym tekście nie ma niemal słowa o tym, że ludzie lubią Kaczyńskich nie lubić. Owszem, Ziemkiewicz pisze, że Kaczyńscy są nielubiani, próbuje nawet - bez ładu i składu - tłumaczyć, dlaczego tak jest, przedstawia nawet bardzo nieprzyjemne dla Kaczyńskich prognozy na przyszłość. Natomiast o tym, że ludzie lubią ich nie lubić, nie ma w tekście Ziemkiewicza prawie nic. A szkoda, bo ja bym chętnie poczytał jakąś ciekawą diagnozę na temat tego, dlaczego tak wielu ludzi nie dość, że nie lubi kogoś takiego jak Kaczyńscy, to jeszcze uważają ten rodzaj smaku za powód do dumy.
A teraz sam tekst i jego pokrętność. Oczywiście z Ziemkiewiczem ciężko polemizować, bo on nauczył się tak pisać, że właściwie każdy fragment jego wypowiedzi jest przede wszystkim bardzo ładnie napisany, a poza tym bezwzględnie słuszny, tyle że jako całość, jeśli się tylko uważnie przyjrzeć, to co on przedstawia, nie pokazuje nam dokładnie nic. Tak, między innymi było z jego książką o beznadziejnych Polakach. Nie było tam jednego fragmentu, do którego można by się było przyczepić, ale co chwilę, czytając te strony, człowiek dostawał cholery, bo to co czytał na stronie 67, absolutnie mu się nie zgadzało z tym, co stało jak byk na stronie 34.
Tu jest podobnie. Ze wszystkich tez Ziemkiewicza, pewna i nie do podważenia jest tylko jedna. Że Kaczyńskich wielu bardzo nie lubi. Że ich nie lubią kabareciarze, salonowi inteligenci i ludzie, którym zaczęło się ostatnio powodzić i nie lubią słuchać tego, kto przynosi złe wieści. Cała reszta już się tak kołysze, że można dostać choroby morskiej. Pisze na samym początku Ziemkiewicz - i pisząc to nawet sugeruje, że to mógłby być zarówno początek i koniec całego artykułu - że niechęć do Kaczyńskich i jej demonstrowanie jest „modne". Okay. Rozumiem. Moda. Tylko w takim razie, po co, parę zdań dalej, zaczyna pan Rafał tę niechęć racjonalizować?
W pewnym momencie, powtarza Ziemkiewicz swą ostatnio ulubioną tezę o społeczeństwach post-kolonialnych i występującej w tych społeczeństwach wzajemnej nienawiści między elitami a motłochem. W pewnym momencie sugeruje on chyba, że toj uż dłużej Polski nie dotyczy. Ale chyba mi się zdaje, bo o to bym akurat Ziemkiewicza nie podejrzewał, że on uznał, że wystarczyły dwa lata, żeby Polska przestała byc krajem post-kolonialnym. Więc w takim razie, ja bym bardzo chciał, żeby Ziemkiewicz mi dokładnie pokazał, gdzie są te elity, które nienawidzą motłochu i gdzie stoi ten post-kolonialny motłoch, którego elity irytują. Czy elity to tylko tzw. „salon", czy może wszyscy politycy, artyści, pisarze i Radzio Majdan? A może to „salon" jest tym nienawidzącym motłochem? Załóżmy, że wszystko jest rozłożone tradycyjnie. To znaczy elity to i Majdan i Maria Peszek i Daniel Olbrychski i Maria Janion, a hołota, to reszta. Ale w takim razie, kto kogo nienawidzi? Peszek mnie, a ja Peszek? To właściwie by się zgadzało? Ale gdzie w tym wszystkim jest Rafał Grupiński, na przykład? Czy on jest elitą, której hołota nienawidzi, czy on jest hołotą, która nienawidzi elit? No i gdzie w tym wszystkim się mieści Jarosław Kaczyński? I kto go nienawidzi?
Rafał Ziemkiewicz sugeruje (chyba), że w roku 2005 Kaczyński był lubiany. I to by się zgadzało. Ja pamiętam bardzo dobrze, że Jarosław Kaczyński, a jego brat, jeszcze bardziej, byli bardzo lubiani. Ale wtedy Polacy byli w nastrojach rewolucyjnych, więc szli na te kaczorowe hasła. Jednak już w roku 2007, poziom życia wyraźnie się podniósł i ludzi te brutalne okrzyki zaczęły już tylko irytować. Czyli wynika z tego, że PiS wygrał wybory w roku 2005, kiedy było fatalnie, ale po dwóch latach tych wspaniałych i skutecznych rządów, Polska się ucywilizowała, wyszła z tego post-kolonialnego dołka i obróciła się przeciwko swoim wybawcom. No więc, niech będzie. Nie brzmi to najgorzej. Sukces pożarł swojego ojca. Bywa.
Ale dalej pisze Ziemkiewicz tak: „Tymczasem wybory roku 2007, jak już pisałem, były znakiem zasadniczej zmiany w tym, co nazwałem tu ‘profilem psychologicznym' Polski. Jak każda poważna zmiana, tak i ta ma wiele przyczyn. Jedną z ważniejszych jest wejście w życie publiczne pokolenia, które ukształtowało się już w III RP. Pojawienie się przy urnach 3 milionów nowych wyborców, głównie młodych i wielkomiejskich, nie mogło nie zmienić politycznego pejzażu".
Bardzo pana Rafała przepraszam, ale żeby w tak niemądry sposób wyciągać te 3 miliony „nowych wyborców", to ja naprawdę nie potrzebuję aż Ziemkiewicza. Każdy w miarę sprytny człowiek, choć trochę interesujący się losami Kraju, doskonale wie, ze te 3 miliony nie świadczą o niczym więcej, jak tylko o tym, że profesjonalizm pewnych ośrodków sterowania społeczeństwem, bardzo w ostatnich latach się usprawnił. I jeżeli w tym nieszczęsnym roku 2007 cokolwiek zmieniło cokolwiek, to nie ci „młodzi i wielkomiejscy" (co za snobizm!) pejzaż, ale pejzaż to stado bezwolnych, bezideowych ludzików. Ja wiem, że Pan, panie Rafale, pewnie mi nie uwierzy, ale oni nawet nie znają języka angielskiego na poziomie pre-intermediate. Dokładnie tak samo, jak minister Sikorski - wbrew temu, co napisał ten dziwny pan w Newsweeku - wcale nie mówi po angielsku bez polskiego akcentu. To są wszystko mity, które, gdyby tylko chcieli, bez problemu obaliliby ci dwaj mili panowie z programu w Discovery Channel. A Pan tymczasem aż drży na dźwięk słowa ‘wielkomiejski'.
Oczywiście, nie byłby Ziemkiewicz rzetelnym analitykiem, gdyby nie wspomniał o Wałęsie. I bardzo słusznie. Fenomen poparcia dla Wałęsy na wszystkich etapach jego nędznej kariery jest wart uwagi. W latach osiemdziesiątych społeczeństwo miało Wałęsę w nosie. Dopiero po telewizyjnej debacie z Miodowiczem trochę mu ‘skoczyło'. Co nie zmieniło faktu, że do wyborów w roku 1989 nie poszedł co trzeci uprawniony. W czasie kampanii prezydenckiej w roku 1990 Wałęsa był, według wszelkich oficjalnych sondaży i analiz, zakałą tego narodu. Co oczywiście nie zmieniło faktu, że Mazowieckiemu - absolutnemu faworytowi tej rozgrywki - wlał bez najmniejszych kłopotów. I co oczywiście z kolei, nie zmieniło faktu, że z tej trochę ponad połowy uprawnionych, w pierwszej turze na Wałęsę zagłosowało nawet nie 40%. Przez cały okres swojej fatalnej prezydentury i przez kolejne lata, Wałęsa był niemal nikim, jeśli idzie o poziom społecznego poparcia. W drugiej połowie lat 90, jeśli ktokolwiek wspominał Wałęsę, to jednocześnie spluwał przy tym przez ramię. Później przyszedł okres tryumfu PiS-u i obu braci Kaczyńskich, a od ponad dwóch lat znów bohaterem zbiorowej świadomości jest nagle Wałęsa, a Kaczyńscy, jak to zgrabnie sugeruje Ziemkiewicz, mogą sobie najwyżej pomarzyć.
Tyle że Ziemkiewicz o Wałęsie wspomina w tym zakresie, w jakim mu to pasuje, natomiast cały powyższy obraz jest mojego autorstwa. A on się ma nijak do wszystkich tych wygibasów, które przedstawia Ziemkiewicz.
Ja bym naprawdę bardzo chciał, żeby Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta wybitny, przedstawił mi w tej mierze jakąś w miarę poukładaną propozycję. Niech on mi w sposób logiczny przedstawi sytuację polityczną Kaczyńskich, powie mi dlaczego jest tak jak jest i - wciąż trzymając się uczciwie linii wywodu - pokaże co dalej. Ja tymczasem dowiaduję się, że ludzie Kaczyńskich nie lubią, bo taka jest moda. Z czego wynika, że nawet gdyby ich mieli za co lubić, to i tak by ich nie lubili. Że Kaczyńscy są do niczego, bo nie umieją zadbać o wizerunek. Że nawet gdyby zadbali o wizerunek, to i tak wszystko na nic, bo oni już są tym, jak to ładnie określają Anglicy, ‘starym kapeluszem'. Że Kaczyńscy mają pretensję do mediów, a to jest bez sensu. A wszystko to po to, żeby w każdym kolejnym zdaniu znaleźć coś, co wszystkiemu temu po kolei zaprzeczy.
Ja bardzo serdecznie panu Rafałowi Ziemkiewiczowi - i wszystkim innym publicystom mającym ambicje wyższe, niż zwyczajne podlizywanie się władzy - proponuję po raz chyba kolejny, żeby przestał kombinować. Oczywiście, w miejscu gdzie zaczynają się nasze problemy, a innych się kończą jest całkiem przyjemnie. Niemniej kombinować nie trzeba nawet tu. Bo i tu wszystko jest proste. Mniej więcej połowa uprawnionych ludzi do głosowania ma wszystko, co się dzieje na poziomie wyższym niż sklep i telewizor, w dupie. Tak naprawdę nawet dużo więcej niż połowa, ale tylu od czasu do czasu potrafi ruszyć głową. Z tej połowy, zdecydowana większość nie jest w stanie pozwolić sobie na jedną samodzielną myśl. Jeśli coś wiedzą, to tylko dlatego, ze ktoś im wcześniej powiedział, co mają wiedzieć. Nawet jeśli idą tę swoją wiedzę raz na cztery lata zademonstrować, to też tylko dlatego, ze ktoś ich do tego namówił.
Tu mała dygresja. Chętnie oglądam teleturniej pod nazwą Milionerzy. Przy niskich sumach, czasem TVN postanawia zaskoczyć grających pytaniem typu: „Jak się nazywał pies Lecha Kaczyńskiego?", albo „Jak Ludwik Dorn nazwał widzów Szkła Kontaktowego?", czy „W co Ludwik Dorn chciał ubrać lekarzy?", ewentualnie „Jak według Prezydenta RP nazywa się polski bramkarz?", czy choćby, „Co dziennikarze RMF-u wręczyli Ludwikowi Dornowi na konferencji prasowej?" Czy myślicie, że ktokolwiek powie, że ‘irasiad', że ‘wykształciuchy', że ‘kamasze', że ‘Borubar', że ‘wieśmaki'? W życiu! Siedzą na tym stołeczku ludzie mądrzy, wykształceni, oczytani, gotowi wygrać ten pierwszy milion - i żaden z nich nie ma najmniejszego pojęcia, o czym jest mowa.
Bo to jest, panie Rafale, cała odpowiedź. O tym, co będzie, a czego nie będzie; o tym jak myśleć, a jak - broń Boże - nie myśleć; o tym kogo lubić, a kogo nie lubić - decyduje jakieś 10 procent społeczeństwa. Wśród nich jest ogromna większość tych ludzi, którzy Jarosława i Lecha Kaczyńskich bardzo lubią, tyle, ze nie lubią o tym mówić, bo są łagodni, mili i nienawidzą się kłócić. A Pan mi coś truje o tym, że „Donald Tusk dostrzegł zmianę", a Kaczyński nie. Jak mówię, żeby czytać takie głupstwa, Pan akurat mi nie jest za bardzo potrzebny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.