wtorek, 16 grudnia 2008

Czy gdzieś tu jesteś, Eligiuszu?

Może niewiele osób wie, a jeszcze mniej pamięta, że dziś, 16 grudnia, mija jedna z wielu, żadna szczególna, zwyczajna rocznica tego szczególnego jednak bardzo wydarzenia, jakim było zabójstwo pierwszego polskiego prezydenta, Gabriela Narutowicza, przez Eligiusza Niewiadomskiego. 16 grudnia 1922 roku, zaledwie cztery lata po odzyskaniu prze Polskę niepodległości i dwa tygodnie po tym, jak pierwsze polskie Zgromadzenie Narodowe wybrało pierwszego prezydenta, po ciężkiej kampanii nienawiści skierowanej przeciwko Narutowiczowi, Niewiadomski oddał w kierunku Prezydenta trzy strzały, zamykając w ten haniebny sposób tę prezydenturę. Ktoś kto nie interesuje się historią, nie ma na tematy historyczne pojęcia, i generalnie Narutowicza i Niewiadomskiego ma w nosie, mógłby pomyśleć, że Eligiusz Niewiadomski, to był jakiś dziwak, który wiedziony atmosferą, która go przerosła, postanowił albo dać to chore świadectwo, albo po prostu przejść do historii. Nie on pierwszy, i też nie ostatni. Nic bardziej błędnego. Niewiadomski to nie był pierwszy z brzegu wariat. Nie był też osobą szczególnie wybitną, ale umiał ładnie malować, ładnie pisać o sztuce, był aspirującym do wybitności działaczem patriotycznym i niepodległościowym, a jeśli komuś to imponuje, to nawet można przypomnieć, że uważany jest za jednego z pionierów polskiego taternictwa i autora jednej z pierwszych map Tatr.
Kim był w takim razie Gabriel Narutowicz, człowiek, którego Niewiadomski zamordował? Był wybitnym konstruktorem i inżynierem, zyskał sławę, jako pionier elektryfikacji Szwajcarii, gdzie spędził dużą część życia, był kierownikiem budów kilku wielkich europejskich elektrowni wodnych. Był także profesorem w katedrze budownictwa wodnego na Politechnice w Zurychu, gdzie w kolejnych latach pełnił funkcję dziekana. W 1915 roku został przewodniczącym międzynarodowej komisji regulacji Renu. Był również, podobnie jak Niewiadomski, wybitnym polskim patriotą, przez wiele lat biorąc aktywny udział w walce o niepodległość Ojczyzny. Poza tym wszystkim jednak, jak głoszą przekazy, był ateistą, masonem i w gruncie rzeczy udawanym Polakiem, co ostatecznie miało go zgubić.
Mieszkał przez tę większą część swojego życia w Szwajcarii, głównie z tego powodu, że ze względu na nakaz aresztowania wydany przez władze carskiej Rosji, nie mógł wrócić do Polski. Dopiero w roku 1919, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, na zaproszenie polskiego rządu, wrócił do Polski. Wsparł aktywnie proces odbudowy Kraju, zajmując kolejno najwyższe stanowiska państwowe, by ostatecznie - nieszczęśliwie dla siebie - zgodzić się kandydować na prezydenta Kraju i tym prezydentem na parę dni zostać.
Sytuacja polityczna w nowej, świeżo odzyskanej Polsce, i związane z tą sytuacją nastroje były takie, że zwycięstwo Narutowicza spotkało się z nieprzytomnym gniewem ludzi będących politycznymi przeciwnikami Narutowicza i jego zaplecza. Gniew ten był dodatkowo wzmocniony faktem, że jego sukces kompletnie zaskoczył patriotyczną prawicę, która sądziła, że zwycięstwo ma w kieszeni.
Te niespełna dwa tygodnie, między wyborem Narutowicza, a jego śmiercią, upłynęły na bezprecedensowej publicznej nagonce na nowego prezydenta i fali ulicznych rozruchów, które w dniu jego zaprzysiężenia, doszły do takiego poziomu opętania, że napędzeni antyprezydencką propagandą demonstranci próbowali powstrzymać Narutowicza siłą.
Zastanawiam się dziś nad atmosferą tamtych czasów. Myślę sobie o tym, co mogli czuć wszyscy ci, którzy pragnęli, by prezydentem został Maurycy hrabia Zamoyski, również Polak wielki i wybitny. Chciałbym móc sobie wyobrazić, jak z dnia na dzień, ich gniew, ich wściekłość, ich szaleństwo stopniowo narastały i ostatecznie doprowadziły do tego, że jeden z nich, ten nieszczęsny Eligiusz Niewiadomski postanowił zrobić to co zrobił. Zastanawiam się, czy, gdyby mnie jakaś maszyna czasu wrzuciła w te grudniowe dni roku 1922, mógłbym poczuć tę żądzę krwi, czy byłbym zszokowany jej intensywnością, czy może bym wzruszył obojętnie ramionami? Ciekawe. Czy wzruszyłbym ramionami?
Ale myślę też dziś o samym Niewiadomskim. Czy on, kiedy obudził się tego ranka, czuł głównie dreszcz emocji? A może strach? Czy może tylko nienawiść? Czy kiedy strzelał do Prezydenta, drżała mu ręka, czy może był niewzruszony, jak Bóg kierujący swój gniew przeciw grzesznikowi?
Ciekawy jestem, co kierowało Niewiadomskim tak już do samego końca, ponieważ chciałbym bardzo wiedzieć, w jaki sposób się kształtuje ten typ nienawiści i czy ona się żywi wyłącznie samą sobą, czy może do tego trzeba czegoś jeszcze. Czy w momencie kiedy Niewiadomski strzelał do Prezydenta, w jego biednej głowie była tylko Polska - i jej przyszłe powodzenie - czy może oprócz niej, jeszcze wspomnienie tego nędznego dzieciństwa, tych ciężkich wypadków, jakie go przez całe życie stopniowo niszczyły, te nieustanne zawody, kórych mu do końca nie oszczędzano? To poczucie tak bardzo nieudanego życia. Czy ta nienawiść do Narutowicza była tak powszechna, że gdyby nie Niewiadomski, to ktoś inny chętnie podjąłby się tego szatańskiego zamówienia? Czy w tym oszalałym tłumie dobrych, kochających swoją Ojczyznę ludzi, mógł się znaleźć tylko ktoś taki jeden, zupełnie wyjątkowy morderca.
W pewnym momencie przyszło mi do głowy, ze tego typu opętanie zwykle nie trwa długo. Że to zwykle jest tylko gorączka jednej chwili, po której wszystko się na ogół uspokaja. Że może gdyby Narutowiczowi pozwolono trochę dłużej pożyć, jakoś by się to wszystko potoczyło. Ale, kiedy przygotowywałem się do pisania tego tekstu, trafiłem w Internecie na stronę czegoś, co się nazywa nacjonalista.pl i co mnie bardzo poruszyło. Jest tam artykuł o Eligiuszu Niewiadomskim i o tym grudniowym zamachu, w całości sławiący zabójstwo Narutowicza http://www.nacjonalista.org/encyklopedia.php?id=19.
Ponieważ mam przekonanie, że autorzy tego portalu stanowią z pewnością bardzo pewną kontynuację tej myśli, tych emocji i tego planu, który stał za atmosferą tamtych dni i ich fatalnego zwieńczenia, pomyślałem, że zapoznam się z tym, co oni mają na ten temat do powiedzenia, jak oni widzą to, co mnie tak zastanawia i jak oni tłumaczą tamto - w ich mniemaniu - błogosławione wydarzenie. Oto trzy, moim zdaniem, kluczowe fragmenty. Oto pierwszy z nich: „Narutowicz miał zaszczyt otwierać wystawę obrazów w warszawskiej Zachęcie i gdy stał przy jednym z płócien w jego kierunku padły trzy śmiertelne strzały - w ten sposób Niewiadomski zmazał hańbę, jaką przyniósł narodowi polskiemu ten wybór".
I drugi: „Ulice stały się miejscem wielkich rozruchów, czyniono wszystko, by nie dopuścić do zaprzysiężenia Narutowicza na urząd. Prezydent-elekt okazał się jednak człowiekiem zdecydowanym na wszystko i zaślepiony żądzą władzy i kariery postanowił jednak nie wycofywać się. Z wielkimi trudnościami (obsypano wiozący go samochód błotem i śniegiem, próbowano zatrzymać) jednak dostał się do gmachu Sejmu, gdzie został zaprzysiężony".
I wreszcie trzeci, opisujący pogrzeb Niewiadomskiego, straconego w roku 1923 w warszawskiej Cytadeli: „W dniu pogrzebu na Cmentarzu Powązkowskim zebrało się kilkanaście tysięcy ludzi, którzy śpiewając patriotyczne pieśni pokazali w ten sposób wielką radość i dumę z czynu Niewiadomskiego, jednocześnie okazując smutek spowodowany jego straceniem. Wielka część społeczeństwa, w tym księża, profesorowie i inne grupy elit - z dumą przyjęły ten czyn, jako akt odwagi, męstwa i bezinteresownego poświęcenia tego co najcenniejsze dla losu państwa. Przez wiele miesięcy a nawet lat na grobie tego wielkiego męża zawsze były składane świeże kwiaty i paliły się znicze, tak samo jak płonęły dumne polskie serca. Księża odprawiali msze za duszę Niewiadomskiego, jednocześnie próbując nie dopuszczać do uczczenia pamięci Narutowicza. Była to wielka manifestacja polskiego patriotyzmu."
Dlaczego cytuje te dziwne słowa? Dlatego, że jestem przekonany, że mówią nam one coś, co powinniśmy wszyscy wbić sobie do głowy i nie zapominać nigdy, nawet na chwilę. To mianowicie, że hańba - szczególnie hańba uszlachetniona rządzą władzy i kariery - powinna zostać zmazana i że aktu zmazania hańby mogą dokonać tylko najwięksi. I że prawdziwa nienawiść nie gaśnie nigdy.
I teraz, ktoś może powie, że przecież, skoro Niewiadomski był tak wybitny i tak gotowy do pracy dla Kraju, mógł sam pokierować swym życiem tak, by to on został tym prezydentem, a nie Narutowicz. Przecież on nie był byle kim. A jeśli miał w sobie wystarczająco dużo determinacji, żeby znienawidzić dla Ojczyzny, to mógł też chyba znaleźć jej odrobinę, żeby tej Ojczyźnie skutecznie służyć. Jednak wybrał inną drogę. Ciekawe, czy łatwiejszą, czy może bardziej naznaczoną wyrzeczeniem i pracą? Co przychodzi łatwiej?
Można z tym pytaniem zwrócić się do twórców portalu nacjonalista.pl. Czy uważacie, że Wy byście tak potrafili? Czy potraficie tylko inspirować i zachęcać, natomiast do ostatecznego rozwiązania wolicie delegować najlepszych z Was? Czy macie już gotową listę, która w ostateczności może i Wam pozwoli na ten zaszczyt w postaci pogrzebu, na który przyjdą tysiące, a po stu latach będą o was pisać nowi przedstawiciele nowych patriotyczno-narodowych elit.
Ale mam też pytanie do Was, którzy stoicie po kompletnie przeciwnej stronie tej sceny. Może nawet przede wszystkim do Was. W końcu to Wy ostatnio kręcicie tą karuzelą. A więc jak Wam się podoba postać Eligiusza Niewiadomskiego? Czy sądzicie, ze to był zdolny, zaangażowany, odważny człowiek, o dobrze skonstruowanych emocjach i odpowiednio wzmocnionej energii, tyle że ta energia została skierowana w niewłaściwym kierunku? A może uważacie, ze tacy Eligiusze są zawsze przydatni, każdy odpowiednio do czasów i wymagań, które czasy przed nami stawiają. Tyle że urodził się dużo za wcześnie. Powiedzmy równe sto lat za wcześnie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.