poniedziałek, 24 listopada 2008

O sępach, szakalach i wronach

Naprawdę miałem wielką nadzieję, że mój poprzedni wpis, dotyczący kwestii bardziej ogólnych - i w sumie chyba poważniejszych, niż proste przepychanie się z dziennikarską i polityczną tandetą - będzie stanowił łagodne i zgrabne przejście do czegoś bardziej ożywczego. Niestety, wszystko na nic. Od wczorajszego ranka, jestem bombardowany informacjami, wypowiedziami, zachowaniami, które po prostu nie pozostawiają mi wyboru. Ja, niestety, muszę się zajmować mułem, a związku z tym Latające Oko będzie musiało jeszcze jakiś czas poczekać.
Sobota nie przyniosła zamknięcia ‘sprawy Kruk'. Mam nawet wrażenie, że w niedzielę temperatura nawet nieco wzrosła. I tu zdecydowanie i absolutnie palmę pierwszeństwa należy przyznać mediom. Oglądam głownie TVN24, więc mogę przede wszystkim mówić na ich temat, ale z doniesień między innymi Salonu, dowiaduję się, że telewizja publiczna nie pozostaje w tyle. Sytuacja ta - mam na myśli nie telewizję publiczna, ale w ogóle upadek dziennikarstwa - jest dla mnie o tyle zaskakująca, że chyba nie pojawił się żaden polityk (poza tradycyjnie Palikotem), który chciałby ciągnąć sprawę Elżbiety Kruk.
Wczoraj właśnie w Kawie na ławę, nawet Ryszard Kalisz zwrócił uwagę na sytuację absolutnie porażającą w swej ohydzie. Otóż, jak się okazuje, w ten nieszczęsny piątek, bandy sepów z mikrofonami i kamerami, przez pięć godzin blokowały wszystkie wyjścia z sejmowej restauracji, żeby nie pozwolić posłance Kruk spokojnie wyjść. Informacja o jej pijaństwie była już powszechna, wszelkie możliwe wywiady przeprowadzone, wszystkie zdjęcia opublikowane, wszystkie możliwe komentarze przekazane, a mimo to oni wszyscy chcieli najwyraźniej doprowadzić do czegoś jeszcze bardziej spektakularnego. Żeby Kruk na przykład zemdlała, albo zaczęła głośno płakać. Tak to - według relacji Kalisza - wyglądało.
Czy Rymanowski jakoś zareagował? Czy może przyznał, że faktycznie dziennikarze nawalili? Że istotnie jakaś granica została nieopatrznie przekroczona? Ależ skąd. On wciąż powtarzał - zgodnie z tym, co mu słuchawka szeptała do jego szlachetnego uszka - że dziennikarze mają prawo, dziennikarze mają prawo i dziennikarze mają prawo...
Ja uważam, że to już nawet nie jest szaleństwo z jakakolwiek metodą. To już jest tylko szaleństwo. W tym co się wyprawia wokół Elżbiety Kruk, nie może być metody, bo po prostu nie ma takiej możliwości, żeby - poza osobami już najbardziej zbzikowanymi pod względem nienawiści do PiS-u - można było znaleźć kogoś, kto zechciałby się delektować czymś tak obrzydliwym.
Jeśli idzie o TVN, to oni mnie już po raz kolejny stawiają w sytuacji głupiej. Bo - pełen dobrych intencji - staram się z jednej strony znaleźć w tym co oni robią jakiś sens, a z drugiej, co chwilę otrzymuję przykre potwierdzenie, że tam faktycznie może już rządzić jedynie chaos. Wieczorem - ciągle wczoraj - w Szkle Kontaktowym dwóch pajacyków o imionach Grzesiek i Kamil właściwie cały swój cenny czas poświęcali na odmienianie na wszelkie sposoby grepsu, że „coś tam, coś tam", albo że ktoś tam był „nawalony jak Kruk". Ale to mało. Prawdopodobnie z jakiejś już kompletnie chorej inicjatywy kierownictwa TVN-u, oni postanowili puścić nam kawałek rozmowy w korytarzu sejmowym ze Sławomirem Nowakiem, w czasie której to rozmowy Nowak robił wrażenie kompletnie nieprzytomnego.
Ponieważ nie jestem - w odróżnieniu choćby od niektórych moich kolegów z Salonu - zawziętym idiotą, nie wiem, czy Nowak był nieprzytomny z pijaństwa, z kaca, czy z choroby, czy ze zwykłego zmęczenia. Wiem jednak, że gdyby w tym momencie został on - człowiek, którego serdecznie nie cierpię - otoczony przez gang dziennikarzy, którzy by go tłukli mikrofonami po nosie, popychali i szarpali za marynarkę, i pytali, czy "pan, panie pośle, nie jest troszkę, że tak powiem, w stanie niedysponowanym", on by tego najzwyczajniej w świecie nie wytrzymał.
No ale tak się nie stało. Zlecenie przyszło na Kruk. Jak idzie o Nowaka, TVN24 zadbał jedynie o minimum pozorów, z których i tak nic nie wynika, bo wynikać nie może. W tym świecie już nie ma miejsca na myślenie i wyciąganie wniosków. Tu jest tylko szum i rechot. I coś jeszcze. Ale z przykrością stwierdzam, że nawet gdybym wiedział co to takiego, to z pewnością nawet nie umiałbym znaleźć na to nazwy.
I dziś mamy kolejny dzień rzucania kamieniami w Elżbietę Kruk. Ale z lekką zmianą zainteresowania w kierunku Prezydenta. Ci, którzy już się odpowiednio pokrztusili ze śmiechu na widok zaszczutej kobiety, trzymają się za brzuchy na sama myśl o tym, że prezydent Kaczyński mógłby dostać kulkę w łeb, tyle że niestety snajper był ślepy, jak to w czarujący jak zwykle sposób, wyraził marszałek hrabia Komorowski. Pragnę przypomnieć jedną ważną rzecz. Ani Prezydent, ani nikt z jego otoczenia, ani nawet nikt z otoczenia prezydenta Gruzji, nie zasugerował, że doszło do próby zamachu. O tym, że był w ogóle jakiś zamach poinformowali przebiegli dziennikarze, najwyraźniej tylko po to, żeby ten swój idiotyczny wymysł wykorzystać do kpin z Lecha Kaczyńskiego.
Proszę pamiętać. Prezydent, pojechał do Gruzji, prezydent Gruzji poprosił go, by zapoznał się z sytuacją na granicy, Kaczyński nie powiedział: „Przepraszam, ale ja się boję", tylko wsiadł w samochód i pojechał. Na granicy rozległy się strzały, prezydenci wrócili bezpiecznie i tyle. Oczywiście, ja rozumiem, że można się zacząć teraz martwić, czy ten wyjazd nad granicę był roztropny, czy w ogóle potrzebny, a przede wszystkim cieszyć, że nic się złego nie stało. O nie! Tak się nie dzieje. Nie tu. Tu przede wszystkim rozlega się kpiący śmiech i ledwo skrywane rozczarowanie, że prezydent Kaczyński niestety nie oberwał. Właśnie tak.
Zarzuca mi się czasem tutaj, że jestem bezkrytyczny w stosunku do tego, co robią i mówią bracia Kaczyńscy. Mam więc dziś dla wszystkich tych moich kolegów dobrą wiadomość. Uważam, ze dziś zarówno prezydent Kaczyński, jak i prezes Kaczyński, fatalnie się pomylili. Otóż w Polsce nie istnieje bardzo silne lobby pro-rosyjskie. Wprawdzie wczoraj faktycznie jakaś obłąkana pani zadzwoniła do Szkła Kontaktowego i zaczęła pozdrawiać Putina, życzyć mu wytrwałości i zapewniać, że Polacy w końcu pójdą po rozum do głowy i oddadzą mu odpowiedni hołd. No ale to już jest klinika. Jeśli rzeczywiście istnieje w Polsce coś, co można by było nazwać lobby pro-rosyjskim, to może tylko ta pani, jej rodzina i paru szpiegów, może i nawet o znanych nazwiskach. Reszta to ludzie bez żadnych określonych właściwości. I to oni dziś mają głos.
Oni nie reprezentują interesów rosyjskich. Oni reprezentują wyłącznie swoją nieopanowaną nienawiść do Lecha Kaczyńskiego. Oni osiągnęli ten stan, gdzie nie ma znaczenia Rosjanin, Amerykanin, Niemiec, Francuz, Polak. Dla nich jest dokładnie wszystko jedno, pod warunkiem, że to co jest, prowadzi do szybkiej i ostatecznej likwidacji osoby Lecha Kaczyńskiego. Oni chcą, żeby on umarł, żeby został zabity, żeby wpadł pod samochód, żeby został zastrzelony przez jakiegoś szaleńca. Jeśli w tym celu trzeba się sprzymierzyć z Rosją - niech będzie Rosja. Obojętne.
I jeśli dziś marszałek Komorowski mówi to co mówi. Że „jaka wizyta - taki zamach", a redaktor Wroński chichocze i zapewnia, że w słowach Komorowskiego nie ma nic niestosownego, to nie dlatego, że oni stanowią jakieś pro-rosyjskie lobby. Nie. Oni - oczywiście - nie są Polakami. Ale też nie są Rosjanami. Nie są Niemcami, nie są Żydami. Są dokładnie nikim. Oni nie mają żadnej przynależności. Oni jedynie proszą o śmierć. Jedną śmierć, dla jednej osoby. I do czasu, jak ta śmierć nie nastąpi - będą tak prosić. I warczeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.