czwartek, 6 listopada 2008

Blogi górą, a Kenia niech sobie jeszcze potańczy

Mijają kolejne godziny od czasu, gdy cały cywilizowany świat poczuł ten nowy, świeży powiew wolności, a ja wciąż nie za bardzo rozumiem, co się dzieje. To znaczy, wiem, że Barack Obama został prezydentem, że w związku z tym we Kenii ogłoszono dzisiejszy dzień dniem wolnym od pracy, że cała światowa lewica dostała wiatru w żagle, że nawet najbardziej zatwardziali przestępcy - byle czarni - poczuli się, jak na wolności i że nawet ludzie dotychczas niezainteresowani polityką i nie rozróżniający Ameryki od Texasu, poczuli się w obowiązku założyć niedzielne buty To wszystko wiem. Natomiast nie wiem zupełnie, dlaczego to, co się stało, jest dla większości z nich takie ważne. Powiedzmy, rozumiem czarnych w Kenii. Oni naprawdę nie mają wiele z życia i podejrzewam, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat, jedyne co ich spotkało prawdziwie ważnego, to ten śnieg, który spadł niespodziewanie w zeszłym roku. Więc wiadomość, że syn prawdziwego Kenijczyka został prezydentem Stanów Zjednoczonych, musiała na nich zrobić wrażenie. Ale cała reszta, włącznie z czarnymi bandytami? Cóż ich to obchodzi? Jakie nadzieje oni wszyscy łączą z tym, że Obama został prezydentem? Cóż ten fakt może znaczyć dla przeciętnej hollywoodzkiej gwiazdy, albo dla przeciętnego piosenkarza, czy gitarzysty? Cóż ten wybór może oznaczać dla przeciętnego Europejczyka? Cóż on może oznaczać dla redakcji Rzeczpospolitej?
Czytam dzisiejszą Rzepę i widzę następujące tytuły: „Chicago płacze z radości", „Cały Nowy Jork tańczył", „Epoka wielkich zmian" i kompletnie nic nie rozumiem. Poważna gazeta, poważni dziennikarze, zdecydowana świadomość celów... i nagle informacja, że cały Nowy Jork tańczył. Przecież to jest nieprawda. Ci z co tańczyli, to tańczyli. Ale ci, co nie mieli nastroju do tańca - nie tańczyli. Przecież to jest oczywiste. Ja nie wiem dokładnie, jakie były wyniki wyborów w Nowym Jorku. Pewnie rzeczywiście Obama wygrał tam bardziej, niż w całej Ameryce, czyli dostał więcej niż 52% głosów, ale i tak z pewnością znaczna część mieszkańców Nowego Jorku nie tańczyła. Podobnie jak Chicago, w pewnej swojej części płakało, ale raczej nie z radości. Widziałem w telewizji, a nawet i bez telewizji, mógłbym się domyśleć.
Oczywiście ci, którzy nie potrafią czytać uważnie i ze zrozumieniem i tak to moje zastrzeżenie zlekceważą, ale muszę jeszcze raz powtórzyć. Dla mnie zwycięstwo Obamy i porażka McCaina ma znaczenie wyłącznie w wymiarze ideologicznym. Jestem konserwatystą i nie chcę, żeby socjaliści odnosili sukcesy. Nawet nie ze względu na konkretną sytuację i konkretne zagrożenia, ale po prostu z zasady. Powiedzmy, ze jeszcze zależy mi na tym, żeby nastrój był przyjazny dla prawicy, a nie dla lewicy. Dzięki zwycięstwu Obamy, lewica złapała nowy oddech. I to mi się nie podoba. Ale generalnie, moje życie pozostaje nietknięte. Krótko mówiąc, wszystko jedno.
Domyślam się, że z tych samych powodów - właśnie czysto ideologicznych - wielu ludzi cieszy się bardzo, że Demokraci w Ameryce odnieśli sukces. Ale wydaje mi się, że takich akurat nie jest dużo. Większość - zdecydowana większość - robi wrażenie, jakby faktycznie wierzyli w to co pisze Rzepa, czyli że nastała epoka wielkich zmian. Przecież to jest jakaś ciężka bzdura. Nie ma mowy o jakichkolwiek znaczących zmianach. I to nawet nie na poziomie poprawy życia mieszkańców Afryki, ale w ogóle na zwykłym poziomie amerykańskiej polityki wewnętrznej i wobec świata. Cóż to się szczególnego działo w Stanach za czasów prezydentury Clintona? Czy może świat przez tamte osiem lat bardziej kochał Amerykę? Czy może był to jedyny okres, kiedy Europa nie uważała, że Amerykanie to idioci, i że francuskie i duńskie filmy są lepsze od amerykańskich?
I nagle się okazuje, że przyszedł Obama i przestawi świat tak, żeby wszystko było pięknie i sympatycznie.
Rozumiem TVN. Wczoraj w Warszawie wszystkie związki zawodowe, solidarnie, z wściekłością nieczęsto spotykaną, stanęły przed Urzędem Rady Ministrów i urządziły rządowi piekło. Próbowałem czegoś się wieczorem na ten temat dowiedzieć. Zero. Od 18.00 zaglądałem co chwilę do telewizora, ale tam wyłącznie łzy wzruszenia i zapłakani czarni bracia. Cały wieczór ani słowa o najważniejszym wydarzeniu w Kraju. Tylko Obama, Obama, Obama. O Polsce było tylko raz, tylko po to, żeby poinformować, że prezydent Kaczyński się po raz kolejny skompromitował, bo źle podał nazwę kraju Baracka Obamy i Michaela Jacksona. Dopiero w Szkle Kontaktowym można było popatrzeć i posłuchać na temat związkowych demonstracji. Oczywiście już w formie lekkiej, odpowiednio szyderczej, z odpowiednią dozą delikatnego komentarza. Ale i tak, Szkło Kontaktowe było jedynym programem w wieczornym TVN24, kiedy pokazano warszawską ulicę. Jednak, jak mówię, to rozumiem. Są pewne zobowiązania, które trzeba realizować, więc się nie rzucam.
Mnie chodzi o Rzeczpospolitą na przykład. Co oni sobie wyobrażają? Że nastąpiło Drugie Przyjście. Czy oni upadli na głowę?
I tu przechodzę do głównej kwestii, którą dziś chciałem poruszyć. Mianowicie chodzi mi o Salon24. Mam wrażenie, że to właśnie Salon jest w tej chwili głównym źródłem opinii i informacji na temat tego, co się dzieje. Oczywiście, są tu teksty, które zupełnie spokojnie moglibyśmy znaleźć w tak zwanym publicznym obiegu. Jest tu również reprezentowany ten rodzaj histerii, który znajdujemy, powiedzmy, w Dzienniku. Wystarczy może, że zwrócę uwagę na zdarzenie dla mnie zupełnie kuriozalne. Od wczorajszego popołudnia do popołudnia dzisiejszego wisiał na SG tekst przygotowany przez tzw. USA2008 - grupę od miesięcy agitującą za Obamą, zatytułowany Prezydent Obama - Słowa i czyny, a wczoraj wieczorem Administracja wlepiła na SG dokładnie ten sam tekst, tyle że zatytułowany Obama nie dał szans McCainowi, tyle że umieszczony na blogu Piotra Wołejki. I nie chodzi mi o to, że Administracja świruje. Nic podobnego. Zdarza się. Nie zauważyli. Trudno, żeby mieli na wszystko oko. Chodzi natomiast o to, ze ja po prostu nie mogę uwierzyć, że Piotr Wołejko, który jest częścią projektu USA 2008, nie wiedział, że jego tekst już jest w Salonie. On po prostu z tego szczęścia, że Obama wygrał, dostał takiego napędu, że swoje spostrzeżenie, iż Barack Obama „rozprawił się" z McCainem, musiał umieścić wszędzie.
Ale oczywiście oprócz głosów świętujących zwycięstwo Obamy i tłumaczących skąd ta radość, są też głosy osób, które są tym zwycięstwem zmartwione, które to zwycięstwo mają w nosie, tych którym jest dokładnie wszystko jedno, ale też osób, którzy w ogóle wolą się zajmować czymś innym. Choćby dziewczynami, tak jak to pięknie w swoim wpisie pokazał Krzysiek Wołodźko. I czytając Salon, możemy albo się zupełnie oderwać od amerykańskich wyborów, możemy poczytać o polskiej politycznej sytuacji właśnie w tych dniach, ale też - jeśli tylko mamy ochotę - możemy zapoznać się z najróżniejszymi opiniami i analizami dotyczącymi i Obamy i McCaina i Ameryki i świata, który jakoś tam zawsze w stronę Ameryki spogląda.
To tu właśnie w Salonie znalazłem najbardziej głębokie i wszechstronne analizy zwycięstwa Obamy. I choć z wieloma z nich się nie zgadzałem, to fakt pozostaje faktem, że to właśnie tu, a nie gdzie indziej można było liczyć na chwilę refleksji, a nie ciągłą, debilną histerię i zachwycanie się łzami rozkochanych, jak nie przymierzając, na wiecach Leppera, tłumów. To tu znalazłem - i wciąż znajduję - informacje o Obamie pajacu, Obamie geniuszu, Obamie nadziei, Obamie przyszłości świata, ale również o Obamie - jeszcze jednym, kolejnym, prezydencie Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Już na sam koniec tego wpisu dziękczynnego dla moich kolegów z Salonu, chciałem specjalnie nawiązać do komentarza rosemanna. Jego dzisiejszy wpis http://rosemann.salon24.pl/100974,index.html jest tak interesujący, tak pełny, tak świetnie napisany i tak ładnie pomyślany, że cieszę się, że to nie ja go napisałem. A chciałem. Chciałem dziś napisać o tym, że zwycięstwo Obamy nie ma praktycznie znaczenia dla światowego, porządku. Oczywiście, on - wbrew temu co pisze rosemann - jest socjalistą. Jest socjalistą dokładnie w takim samym stopniu, co socjalistą był Kwaśniewski. Ale ten jego socjalizm i ta jego ‘fajność', ta jego czarna skóra nie ma większego żadnego znaczenia. On oczywiście mianuje swoich sędziów, wesprze aborcję, może umożliwi szerszą dopuszczalność eutanazji. Może pozwoli pedałom się żenić i adoptować dzieci - co jest dla mnie osobiście faktem nader bnolesnym - ale nie na wiele więcej. Bo ci co trzymają cały światowy porządek w garści, nie mogą sobie pozwolić na obsadzenie tak wysokiego stanowiska, jakim jest Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki po prostu świetnym facetem, który ma tak sobie w głowie jakieś fantazje.
Jeśli więc zgodzili się, żeby kandydowali Obama i McCain, to między innymi dlatego, ze wiedzieli, że żaden z nich nie jest szaleńcem, który nagle postanowi im pomieszać szyki. Doskonale to rozumiał właśnie Kwaśniewski. On wiedział, że do pewnego momentu on sobie może powydziwiać na swoim komunistycznym poletku. Może nawet chlać, jeśli mu przyjdzie ochota - jego sprawa. Ale zdawał sobie doskonale przy tym sprawę z tego, ze jeśli spróbuje zapomnieć, kto tu rozstawia figury, to straci poparcie, i to wtedy będzie jego koniec.
Chciałem to wszystko napisać, ale - jak mówię - rosemann zrobił to lepiej. I chwała mu za to. Ja tylko jeszcze dodam coś, o czym tu już kiedyś parę razy wspomniałem, a mianowicie sms od pewnego mojego wybitnego kolegi , który tak oto wspaniale przewidział upadek SLD: „Kolodko! What an effin' tragedy. He's bent as a nine bob note and everyone knows it. Miller's finished. The Brothers will get to him, AW, & ABW, or not, Frater M." (wysłano 6-7-2002).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.