sobota, 15 listopada 2008

O oczach, uszach i puszystej demokracji

No i nastał dzień faktycznych podsumowań, podsumowań oficjalnych i autorytatywnych, tego, co się zdarzyło w ciągu minionego roku. Oczywiście każdy z nas, i ja sam i Wy, którzy to czytacie, swoje zdanie mamy i nie wydaje się sensowne powtarzanie tego, co już tyle razy zostało powiedziane. Ani ja nikogo nie zaskoczę, ani nawet najbardziej polemiczne komentarze nie zrobią szczególnego wrażenia na mnie, niemniej wypadałoby spróbować znaleźć w tym dzisiejszym dniu choć parę elementów nowych, albo chociaż inspirujących w jakiś nowy sposób.Chcąc znaleźć w dzisiejszych wypowiedziach właśnie te elementy nowe, najpierw rzetelnie wysłuchałem wystąpienia premiera Tuska, a zaraz po nim kontrującego je, przemówienia prezesa Kaczyńskiego. Słowa jak słowa. Metody jak metody. A i sami przemawiający też tacy, jakich już wielokrotnie mieliśmy okazję oglądać. Komentarze są zbyteczne. Jednak ponieważ telewizja ma swoje prawa i obowiązki, zarówno TVN24, jak i TVP Info, zaprosili do swoich stolików tzw. ekspertów, by wyjaśnili widzom sytuację po dzisiejszym starciu i ewentualnie powiedzieli, jak myśleć.
Ponieważ bałem się, że TVN24 zaprosi z jednej strony eksperta Kucharczyka, a z drugiej eksperta Mistewicza, sięgnąłem do telewizji, która, jak to bystro określa Robert Mazurek, ma tylko jednego klienta, licząc, że przynajmniej oni pozwolą mi zachować weekendową równowagę. W studio TVP Info siedział komunistyczny Sierakowski i newseekowy Andrzej Stankiewicz, no i komentowali. No trudno, zostałem. I znów, słowa jak słowa, a metody jak metody. Jednak nastąpiło coś, co pozwoliło mi przynajmniej zasłużyć sobie na kolejny wpis w Salonie. Mianowicie Andrzej Stankiewicz, poproszony przez panią z telewizji o skomentowanie wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, powiedział mianowicie, ze on jest bardzo zawiedziony, bo Kaczyński, jak zwykle skupiał się na sprawach nieistotnych i ogranych, a jego przemówienie było skierowane nie na poszerzenie elektoratu, ale na utrzymanie dotychczasowego poparcia. Jako konkret, red. Stankiewicz powiedział, że on liczył na to, że Kaczyński będzie mówił o finansach, o gospodarce, o ‘naszych portfelach", o oświacie, edukacji. A on tymczasem gadał, tak jak zawsze o Sawickiej, której nazwiska i tak normalni ludzie już dawno nie pamiętają.
Ponieważ nastąpił tak zwany dysonans poznawczy, zajrzałem do dokumentów i sprawdziłem. Wystąpienie prezesa Kaczyńskiego trwało jakieś 40 minut, było skonstruowane, tak jak to u niego bywa, na zasadzie kolejnych tematów, i mówił Kaczyński - najogólniej rzecz ujmując - o finansach, pieniądzach, gospodarce i - dosłownie - o tych upragnionych przez Stankiewicza, kieszeniach, jednym ciągiem przez ponad 8 minut. O edukacji i systemie oświaty mówił tuż przed tymi finansami i zabrało mu to niemal 7 minut. Jeśli idzie o Sawicką, jej osobę i nazwisko wspomniał Kaczyński raz, o służbie zdrowia mówił zaledwie przez półtorej minuty, głównie zwracając uwagę na to, że minister Religia miał świetny program i dobrze by było go realizować.
Dlaczego to co zrobił Stankiewicz jest dla mnie tak ciekawe? Nie dlatego, wbrew pozorom, że jest on jednym z całego szeregu medialnych kłamczuchów. Szczerze powiem, ja nawet nie sądzę, żeby on z rozmysłem kłamał. Uważam bowiem, że Stankiewicz, słuchając Kaczyńskiego, autentycznie był przekonany o tym, że ten gada wyłącznie o Sawickiej. Stankiewicz siadał do wystąpienia Kaczyńskiego, wlepiał swoje oczy i uszy w tę studyjną ‘plazmę', widział małego, grubego, z wykrzywioną w nienawiści twarzą, kartofla i autentycznie słyszał słowa „Sawicka, Sawicka, Sawicka, Sawicka...".
To jest tylko Stankiewicz - jeden z aspirujących dziennikarzy. Ale to co robi on, te jego chore napięcie, te jego nieopanowane emocje, ten jego nieprzytomny zawrót głowy, są przecież charakterystyczne dla wielu osób i wielu środowisk. On jest zaledwie skromnym reprezentantem całych szeregów ludzi, którzy słuchają, jak Lech Kaczyński mówi „i dobry był też Boruc bardzo", a w ich mózgach powstaje konstrukcja „Borubar". On jest tylko dzisiejszym wysłannikiem tych grup politycznych, którzy patrzę na Jacka Kurskiego i widzą wściekłego bullterriera. I którzy odwracają wzrok w kierunku Janusza Palikowa i natychmiast widzą wesołego ułana z fantazją. To jest wreszcie ta grupa intelektualna, która patrzy na Marię Peszek i widzi atrakcyjną dziewczynę „kolekcjonującą wzwody", a kiedy, dla odmiany, ujrzy Pawła Kukiza - automatycznie zaczyna nastawiać ucha, w gotowości na kolejną porcję słodkich nauk.
Nie bardzo chciałem dziś komentować słów treści wystąpień polityków. Bo słowa, to tylko słowa. A poza tym, co tu komentować, jeśli z jednej strony można się spodziewać wyłącznie podziękowań dla Zbyszka i Staszka, a z drugiej, kolejnych oczywistości i nudnych już kpin. Jednak są też czasem słowa szczególne. Autorem tych może bardziej niezwykłych słów był dziś Donald Tusk. W pewnym momencie swojego wystąpienia, uznał pan premier za stosowne stwierdzić, że jeśli są jakieś elementy w pracy rządu, które nie wychodzą, to tylko te, które są ograniczane przez demokrację. Powiedział Tusk, że wszystko to co pozostaje poza procedurami demokratycznymi, rząd bardzo skutecznie realizuje. Słuchałem tych słów i czułem, jak bardzo Donald Tusk by chciał uzyskać dla siebie i swojego rządu prawo do działania poza jakąkolwiek kontrolą. Wtedy dopiero, gdyby udało się pozbawić Parlament jego konstytucyjnych uprawnień, gdyby udało się wyeliminować z życia publicznego opozycję, gdyby udało się zapanować nad Krajem w sposób niepodzielny, życie nabrałoby barw, a praca sensu.
I wówczas, dzisiejsza rocznica działalności rządu PO mogłaby odbywać się w o wiele milszej atmosferze. Niewykluczone nawet, ze TVN zorganizowałby jakiś ładny koncert, na którym Maria Peszek dostarczyłaby nam pornografii na wyższym poziomie kulturowego rozwoju.
No a co najważniejsze, może rząd by wreszcie dał spokój telewizji publicznej. Bo przecież widzieliśmy dziś wszyscy, jak bardzo się prezes Urbański stara.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.