niedziela, 23 listopada 2008

Flying Oko, czyli o różnych punktach widzenia

Wczoraj późnym wieczorem wróciłem z młodym Toyahem do domu (z kina, tak na marginesie), zajrzałem do Salonu i wśród komentarzy znalazłem opinię kogoś o pięknym nicku FlyingOko, którą przytaczam poniżej:
No nie wiem.
Kolejny felieton Pana Toyah, gdzie, aby zrozumieć, o co w ogóle chodzi, trzeba się dobrze orientować w drugo- i trzeciorzędnych postaciach polityczno-medialnych.
Nie wiem, kim są Panowie Morozowski i Sekielski. Nie wiem, kim jest Pan Mirosław Drzewiecki. Nie wiem, kim jest Tadeusz Ross (czy Rossa). Szczerze mówiąc, nie chce marnować czasu śledząc wypowiedzi tych postaci.
Natomiast, ja chcę mieć pociągi, które kursują pomiędzy Warszawą a Łodzią przynajmniej w tempie Luxtorpedy z 1934 r. Chcę, aby fekalia obywateli Góry Kalwarii czy Kozienic nie wpływały prosto do Wisły i Wisłą pod mój nos. Chcę, aby kilka polskie uczelni się wbiło w ranking pierwszej setki najlepszych uczelni na świecie (dziś UJ na 301. miejscu przoduje). Chcę, aby efektywność polskich urzędników nie była na szarym końcu Unii Europejskiej. Chciałbym, aby większe polskie miasta znalazły się na jakieś sensownej sieci autostrad.
Panie Toyah, jeśli zamierza Pan mówisz do mnie, to o konkretach, a nie o dziejach ludzi, którzy się raczej nie przyczyniają do podciągnięcia w górę poziomu cywilizacyjnego mojej Ojczyzny."
Ponieważ było późno, a sam byłem już trochę zniecierpliwiony tłumaczeniem, w moim pojęciu, oczywistości, odpisałem w sposób dość lekceważący. Dziś syn mój zwrócił mi uwagę, że byłem niemerytoryczny i mam się poprawić. Poprawiam się więc. Przychodzi mi to z tym większą łatwością, że uważam, że komentarz, który spowodował niniejsze zamieszanie, jest jednak niezwykle ważny - a co równie istotne - bardzo w temacie.
Przede wszystkim, jeśli założyć, że to, co napisał FlyingOko nie było prowokacją - a chyba jednak nie było - należy się wyjaśnienie. Ani Sekielski i Morozowski, ani Mirosław Drzewiecki, ani nawet Tadeusz Ross nie są oczywiście trzeciorzędnymi (ani nawet drugorzędnymi) postaciami polityczno-medialnymi. Możemy naturalnie przyjąć, że dla kogoś, kto patrzy na to, co się tu dzieje z boku, każda z wymienionych osób, obiektywnie nie zasługuje na to, żeby się znaleźć nawet w siedemnastym rzędzie jakiegokolwiek rankingu. Mamy jednak to, co mamy i nie widzę powodu, żeby się skupiać wyłącznie na narzekaniu.
Rozumiem jednak, że nie o to chodzi. Domyślam się, ze nawet gdyby każdy z wymienionych panów był osobą obiektywnie ważną, to i tak, zdaniem FlyingOko nie powinienem się skupiać na analizowaniu indywidualnych postaw pojedynczych ludzi, lecz na sprawach istotnych, czyli na uniwersytetach, drogach, smrodach i ogólnie na kwestiach cywilizacyjnych.
Przyznaję, w tym co piszę, zajmuję się niemal wyłącznie ludźmi i ich postawami. Możliwe, ze częściowo wynika to z mojego temperamentu i ogólnego podejścia do świata. Ale nie tylko. Ja generalnie jestem ciężkim dyletantem. Nie znam się ani na gospodarce, ani na finansach, ani na historii, ani szczególnie na kulturze. Natomiast - nieskromnie powiem - znam się dość dobrze na ludziach. Mój wieśniacki rozum pozwala mi oceniać to co widzę bezpośrednio i wyciągać z tej mojej obserwacji wnioski. Psychologowie rozróżniają różne rodzaje inteligencji. Nie wiem dokładnie, ile ich jest, i jak one się rozkładają, ale podejrzewam, że jeśli jest tych inteligencji dziesięć, to ja mogę uczciwie jedną zarezerwować dla siebie. To ona właśnie pozwala mi obserwować, oceniać i formułować własne myśli. To ona również pozwala mi mieć dość dużą pewność, że byle komu się nabrać nie dam. A jestem głęboko przekonany, że w życiu polityczno-medialnym (którym się po prostu interesuję) głównie chodzi o to, żeby znaleźć jak największą liczbę ludzi, którzy łykną najróżniejszego rodzaju kłamstwa.
Czy jest mi jakoś szczególnie przykro, że się nie znam na budownictwie, na pieniądzach i na gospodarce? Nie bardzo. Pewnie trochę dlatego, że mam już swoje lata i, jeśli czegoś żałuję - a żałuję - to z pewnością rzeczy z kompletnie innej strony świata. Ale też dlatego, że kiedy obserwuję tak zwanych ekspertów i wysłuchuję ich zawsze strasznie mądrych opinii - opinii najczęściej tak kompletnie i tak często sprzecznych - nie mogę się wyzbyć przekonania, ze często jedyna różnica między ich, a moimi kompetencjami sprowadza się do tego tylko, że oni mają bogatsze ode mnie słownictwo.
No ale to też, w gruncie rzeczy, się nie liczy. Bo, jak to pewnie słusznie, zauważa FlyingOko, chodzi głownie nie o przepychanki między ludźmi, których powaga została już dawno temu zakwestionowana, ale o „rozwój cywilizacyjny naszej Ojczyzny". Jestem gotów się zgodzić z tą opinią, szczególnie jeśli przyjąć, że ten tak zwany „rozwój cywilizacyjny" to wartość obiektywna i bezwzględna. Wszyscy byśmy chcieli, żeby Polska miała lepsze drogi, szybsze pociągi, sprawniejszych urzędników, skuteczniejszy system oświatowy, lepsze prawo, a ludzie żeby byli bardziej szlachetni i piękni. Wszyscy jednak przy tym doskonale wiemy, że jeśli w końcu uda nam się osiągnąć te wszystkie sukcesy, to na końcu tego całego przedsięwzięcia zawsze będzie stał człowiek i wyborczy mandat, który ten człowiek otrzymał, albo którego ten człowiek drugiemu człowiekowi udzielił.
Od roku 1989, kiedy to nastała nowa Polska, mieliśmy okazję brać udział w nieustannej dyskusji ta temat tego, co trzeba zrobić, żeby Polska była taka, jak sobie to wymarzyliśmy. Od roku 1989, przez nasze życie przetoczyły się setki ludzi, którzy nam tłumaczyli, ze tu nie chodzi o osobiste ambicje, o indywidualne spory, o pojedyncze sukcesy, ale o Polskę i o jej rozwój. Ludzi, którzy zapewniali nas, że jeśli my tylko na nich zagłosujemy, to oni już wszystko zarobią najlepiej. Od roku 1989, wmawiano nam, że ci - to jest prawica, a tamci - to lewica, a jeszcze inni - to centrum, a my jesteśmy tymi, którzy jedyne co mają robić, to cierpliwie czekać do najbliższych wyborów i zagłosować tak, żeby Polsce (i tu mrugnięcie) było lepiej. Bo przecież tu tylko o Polskę chodzi.
A później, gdy już wszystko się uspokoiło, po raz kolejny okazywało się, ze Polska w tej rozgrywce jest dokładnie na ostatnim miejscu. Że to zawsze chodziło tylko o ludzi, o ich ambicje, ich interesy i ich kłamstwa. Raz za razem widzieliśmy, jak jedni odchodzą, przychodzą następni, potem ci następni odchodzą, a przychodzą kolejni, a w poczekalni już ustawiają się kolejki najróżniejszych specjalistów od robienia Polsce dobrze. I wszyscy oni powtarzają nam, żebyśmy się nie rozdrabniali, nie skupiali na bzdurach, plotkach i głupstwach, ale patrzyli całościowo, po europejsku.
FlyingOko zapewnia mnie, ze on nie ma kompletnie pojęcia, czy autor ‘bulby' nazywa się Ross, czy Rossa i że nie wie, kim są Morozowski i Sekielski. Pewnie tak jest. Pewnie nie wie. Jestem jednak pewien, że on doskonale wie, kim jest Gosiewski, a nawet to, jak brzmi jego drugie imię. Wie z tego prostego powodu, że ci, którzy mu tej informacji dostarczyli, świetnie wiedzą, że to jest informacja podstawowa. W ogólnym rozrachunku, bowiem, może się okazać, ze poza ta informacją, tak naprawdę, mało co się liczy.
Więc będę się zajmował ludźmi. Jeśli ten tekst ma stanowić jakiś początek, to proszę bardzo. Mieszkam w Katowicach. Uważam, że najbrzydszym dworcem kolejowym świata jest dworzec w Gdańsku, ale, według powszechnie obowiązujących ocen, Katowice w tej kwestii jednak przodują. Niech więc będzie. Bardzo uważnie obserwuję niekończącą się debatę na temat tego, jak przebudować centrum miasta, żeby katowicki dworzec nie straszył. Obserwuję tę debatę i widzę, że tu się zwyczajnie odbywa jakaś gra pozorów. Że tu ktoś próbuje mnie wykiwać. I jeśli dziś przyjdzie ktoś do mnie i powie, żebym ja dalej skupiał swoją uwagę na cywilizacyjnym rozwoju centrum mojego miasta, to ja jednak zwrócę się w inną stronę. Wciąż w stronę dworca, ale bardziej lokalnie.
Otóż na moim dworcu jest punkt z gazetami, gdzie często, kiedy idę rano do pracy, widzę młodą, bardzo młodą, ładną, zawsze bardzo wesołą i uprzejmą dziewczynę, obsługującą to stoisko. Czasem sobie rozmawiamy. Któregoś dnia tak się akurat zgadało, ze dowiedziałem się, ze ta ładna, bardzo atrakcyjna dziewczyna, wstaje o 3.30 rano, żeby zdążyć na dworzec tak, by odebrać poranną prasę. Ponieważ nie mogłem uwierzyć, że ktoś taki jak ona potrafi wstawać dzień po dniu, tak wcześnie rano i przy tym zachowywać tak miły nastrój, zapytałem, czemu to robi. Czemu nie spędza inaczej czasu, czemu jej się chce? Powiedziała mi, że ona w ten sposób pomaga rodzicom. Rodzice płacą jej za studia, więc ona wstaje o 3.30 i jest zadowolona.
I to jest moja historia. To jest to, co widzi moje oko, kiedy patrzy na katowicki dworzec. Bo wiem, że tej dziewczynie mogę zaufać, przynajmniej do czasu, jak nie stanie się częścią czegoś większego i o wiele bardziej poważnego niż zwykły punkt z gazetami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.