niedziela, 29 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 8

      Jak się mogę dziś domyślać, przy okazji któregoś z gorszych zawirowań na naszej scenie politycznej, zadałem pani Zycie Gilowskiej pytanie: „Czy może się Pani podzielić ze mną jedną refleksją. Czy myśli Pani czasem, że w Smoleńsku tak naprawdę zginęli oni obaj? Wie Pani, o czym mówię - że Jarosław Kaczyński został faktycznie wyeliminowany”. Dziś już wiem, że moje obawy były bezpodstawne; że on akurat dał radę; że jego to co się stało w pewnym sensie uczyniło nieśmiertelnym. Dziękuję Panu Bogu, że doczekałem tej odpowiedzi, no a przede wszystkim, że doczekała jej Ona.

Szanowny Panie Krzysztofie,
Musiałam namyśleć nad odpowiedzią. Ba! W tej katastrofie zginęło dużo więcej niż 96 osób. Może i my też? Tylko jeszcze tego nie wiemy? Jak biedak grany przez B. Willisa w filmie „Szósty zmysł”? Na pewno Katastrofa Smoleńska wiele osób radykalnie zmieniła, a przecież nie znamy mechanizmu „zwyczajnego”, nie gwałtownego umierania... A może umieramy najpierw powolutku, po odrobince, a potem coraz szybciej?  Myślę, że po osiągnięciu – to jest oczywiście spekulatywny model – dostępnej dla konkretnego Human Being poziomu świadomości własnej świadomości, ówże Being jest po prostu gotowy do innych zadań. Jeśli Bóg tak chce, to mogą to być wyjątkowo trudne zadania na tym padole łez, jeśli Bóg tak chce....Na ogół jednak jest to gotowość do Zmiany. Nie bez powodu lud od wieków prosi – „Od nagłej i niespodziewanej śmierci uchowaj nas Panie”, co przecież zakłada, że lud Wie, że dobra śmierć, taka zwyczajna, jest spodziewana! Skądś to lud od zawsze wie, prawda? Ciekawa sprawa. Oczywiście, te spekulacje w najmniejszym stopniu nie prowadzą do jakiejś idei mesjańskiej, broń Boże. Myślę, że Opatrzność  ma dla nas różne poziomy zadań, podobnie jak różne poziomy nagród i kar, o czym od wieków przekonują mistycy. I nie chcę – Boże broń – wprowadzać jakiegoś smutku do naszej korespondencji, to nie to, chociaż oczywiście smutek jest nieunikniony, gdy rozmawiamy o stracie i utracie. Chodzi tylko o dojrzałość, dzisiaj tak przeraźliwie deficytową. A wracając do spraw powszednich – no wie Pan! Jest pan zuchwały! Nie wolno napisać, że facet nosi perukę, jak się nie ma pewności [chodzi o moją uwagę w „Elementarzu”, że Skowroński nosi perukę – przyp. mój]. Naprawdę nie wolno, tak uważam. Coryllus od biedy może by i mógł to napisać, ale Pan – nie! Bardzo proszę się bardziej pilnować. Serdecznie Pana pozdrawiam.

Przypominam, że wspomniany „Elementarz”, dziś za jedyne 15 zł, jest do kupienia w księgarni pod adresem: http://coryllus.pl/?wpsc-product=twoj-pierwszy-elementarz.
Jeśli ktoś natomiast życzy sobie egzemplarz z dedykacją, proszę pisać do mnie na adres toyah@toyah.pl.



sobota, 28 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 7

Na życzenie pana Andrzeja Gilowskiego, męża śp. pani premier Zyty Gilowskiej, nie będę publikował żadnych refleksji z Jej listów dotyczących kłopotów, jakie miała ze zdrowiem. Robię to bardzo niechętnie, ponieważ zależało mi, by wbrew okropnym plotkom, które krążyły tu i tam przez całe lata, to ona sama opowiedziała, jak to naprawdę było z Jej zdrowiem, że nie cierpiała ani na depresję, ani nie zdziwaczała na starość, jak w pewnym momencie sugerował „Fakt”, ale była bardzo chora na serce i przez kolejne błędy służby zdrowia powoli umierała. Przez wiele lat walczyła z chorobą i bandą niekompetentnych lekarzy, wspieranych przez bezwzględny przemysł farmaceutyczny, a to, że przez tyle lat zachowywała względną sprawność, zawdzięczała wyłącznie swojej determinacji, sile wewnętrznej i bogactwom duchowym. To również wspomnianym bogactwom wewnętrznym zawdzięczała swoją niezwykłą pogodę ducha i radość życia. I temu chciałem dać świadectwo.
Skoro jednak pan Andrzej Gilowski sobie nie życzy, nie będę się upierał. Reszta zostanie poświadczona tak jak miało być od początku. I tak, przed nami list kolejny.


Odeszłam z Uczelni. Po 25 latach! Porzuciłam Instytut (gdzie dyrektorowałam!), Katedrę (którą stworzyłam), itd., itp. Nie zdzierżyłam. Np. na egzaminach w tzw. pierwszym terminie musiałam (naprawdę, musiałam!) stawiać 60 % niedostatecznych, a w trzecim terminie... szkoda gadać. Ale zdecydowała absolutna niezdolność do dalszego zasiadania w tej samej Radzie Wydziału z psychologami. Niezdolność intelektualna, duchowa i fizjologiczna. Nie dałam rady. I nawet nie żałuję. To straszne – 25 lat z 40 spędzonych na uniwersytetach, z czego ostatnie 10 lat to widoczny gołym okiem ruch jednostajnie przyspieszony – jazda w dół. Jasne, że z tym walczyłam jak lwica, ale to było zawracanie Wisły widelcem. Z nikim się nie pokłóciłam, nic nagłego się nie stało (w żadnej pracy nigdy się nie kłóciłam, w polityce też nie), ku ogólnemu rozżaleniu odeszłam „z powodu złego stanu zdrowia”. Chyba taki mam sposób na życie – gdy już nic nie da się zrobić, zabieram swoje zabawki i idę sobie. Do domu, zawsze do domu. Bo „rodzina jest wieczna” – to cytat z wywiadu pewnej starej wariatki – Włoszki, byłej zwolenniczki Czerwonych Brygad – udzielonego kilka lat temu „Polityce”. Owa Pani (profesor, a jakże) powiedziała to z rozżaleniem i złością, ponieważ potrzebowała aż pięćdziesięciu lat, by dojść do tego wniosku. Żałuję, ale niestety nie zapamiętałam nazwiska tej osoby, zapadł mi w głowę ten cytat. Piękny, prawda?
Z.G.

Zachęcam do kupowania moich książek. W księgarniach jednak nie ma co szukać. Wszystko znajduje się 24 godziny na dobę pod adresem www.coryllus.pl.

piątek, 27 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 6

Mamy za sobą uroczystości Bożego Ciała, kto korzysta z długiego weekendu, ten ma swoje przyjemności, kto natomiast jest na miejscu, zapewne nie pogardzi kolejną częścią listów od Zyty. Zwłaszcza że dziś mamy atrakcję nie lada.

Drogi Panie Krzysztofie!
Tak jest, tak trzymać! I nie puszczać! Nicować tę nicość aż do kości. Bo to jest nicość. Kupiłam to dzieło [niestety, nie umiem sobie przypomnieć, o co może chodzić, ale list jest z 8 stycznia 2012 roku, więc może ktoś coś wymyśli – przyp. mój] i przeczytałam, w pierwszej chwili pomyślałam, no cóż – wprawdzie grafomania, ale dobrze motywowana. Jednak tylko w pierwszej chwili, przez kilka minut. Do mojego popsutego (przez medycynę, geny mam dobre) zdrowia musi się Pan przyzwyczaić, bo lepiej nie będzie. Ale może zdążymy jeszcze wspólnie coś zrobić? Jak Bóg da. A teraz opowiem Panu anegdotkę. W MF zastałam w charakterze rzecznika prasowego bezczelnego młodziana bez wykształcenia i manier, przyjętego przez moją poprzedniczkę („to brat Roberta Mazurka”) w skład tzw. gabinetu politycznego, co niebywale ułatwiło szybkie rozstanie, ponieważ owe gabinety rozwiązują się automatycznie wraz ze zmianą osoby ministra. Otóż ten młodzian najpierw wpakował mnie na „minę” (miał dużo mniej wyczucia ode mnie) a potem nawet mnie straszył i groził mi jakimiś bliżej nieokreślonymi retorsjami. Smarkacz groził wicepremierowi przy świadkach i mimo to (sic!) jeden z ministrów przyjął go na trochę do swojego działu prasowego, a potem wylądował u Wildsteina w TVP na jakieś pół roku. Kiedy Wildstein odchodził z TVP, to tym chłopakom (między innymi owemu „bratu”) zapewnił kolosalne odprawy jako kompensatę utraconych zarobków, ponieważ byli to „specjaliści rynkowi”. Wówczas poprosiłam Mariusza Kamińskiego (CBA) na rozmowę i zapewniłam go, że to nie żadni fachowcy, a przykładowo „ten mój” to zwykły miglanc i dyletant, więc ofiarowanie mu pół miliona złotych (500 000 zł) odprawy z państwowej firmy jest złodziejstwem. Dałam to na piśmie – na papierze Ministra Finansów – skierowanym do Szefa CBA. Mariusz Kamiński chyba nie zdążył nic z tym zrobić, ale jego następca z całą pewnością ten papier znalazł (wcale się nie ukrywałam) i po-pokazywał. I co? I nico. I to jest obrazek z doliny nicości, prawda?
Zupełnie zapomniałam o najważniejszej sprawie. [Gdyby nie zdrowie], nigdy bym nie porzuciła polityki i Jarosława Kaczyńskiego. Nigdy! Na to nałożyła się Katastrofa Smoleńska i brak możliwości wyzwolenia się z pęt medycyny [...] Aha, proszę przy okazji pozdrowić Coryllusa. Dzielny facet i ma takie lekkie pióro,
pozdrawiam, dobranoc,
Zyta Gilowska

Ostro, czyż nie? Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia i moje i jego książki. Polecam.

czwartek, 26 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 5

List, jaki Zyta Gilowska napisała do mnie w odpowiedzi na moje pytanie, jak faktycznie wygląda nasza polska sytuacja, gdy z jednej strony słyszymy, że kryzys jest, a z drugiej, że go nie ma – zależy, z której strony patrzeć.

Szanowny Panie Krzysztofie,
szykuję się, by coś większego powiedzieć w wywiadzie dla „Uważam Rze”. Co nieco półgębkiem powiedziałam dla „w polityce”. Ale „pójść na całość” nie mogę. Nie dlatego, że się boję o posadę i nie dlatego, że mogę zaszkodzić (chociaż mogłabym, bo część tego kryzysu to elementarna
psychologia), ale dlatego, że tenże kryzys jest tworem tak parszywie wrednym i skomplikowanym, że najlepsze byłyby egzorcyzmy.
Co jest przydatne dla nas:
1) tempo wzrostu polskiego PKB przy naszej mizerii wyjściowej i różnych sztuczkach z metodami liczenia tegoż PKB nie jest dobrym miernikiem naszej pomyślności;
2) tempo wzrostu długu publicznego mamy – średnioroczne w latach 2008-2012 – najwyższe ze wszystkich tzw. nowych państw członkowskich;
3) w ostatnich miesiącach zapożyczyliśmy się nad miarę (minister się chwalił, że już „wszystko co trzeba na ten rok, to sobie pożyczyliśmy i nie musimy się martwić”) i teraz część tych pożyczonych pieniędzy kombinujemy jednak oddać (no, nie wprost, tak dobrze to nie ma, za rozrzutność płaci się dwa razy) żeby „poprawić relację” długu do PKB na użytek krajowej publiki, bo w rachunkach unijnych próg 60% jest na wyciągnięcie ręki, ale tym to się nikt w Brukseli nie przejmuje (na razie!) - bawimy się więc jak Cyganka - „jeden pieniądz, drugi pieniądz”;
4) do „wzięcia” została już tylko energetyka i ciężka chemia;
5) system emerytalny stracił amortyzatory (chociaż jest jeszcze zasób ok. 220 mld zł zgromadzony w OFE w poprzednich latach i nie do końca utopiony na operacjach finansowych);
6) żyjemy ponad stan (w latach 2008-2011 liczba urzędników wzrosła o 100 tys.) i ponad wszelką logikę (polecam przykład Państwowej Agencji Żeglugi Powietrznej, której powstaniu w 2007 r. wściekle i SAMOTNIE opierałam się przez pół roku, a w której już w 2009 roku 45% załogi było silnie spokrewniona, przy średnim wynagrodzeniu sięgającym 11,5 tys zł), na dopalaczach (długi) i propagandzie;
7) kluczową częścią każdego kryzysu są OCZEKIWANIA i dlatego mamy taki harmider – w przyszłym roku musimy popożyczać ok. 170 mld zł (brutto, część to tzw. rolowanie długów – pożycza się od jednych, by oddać drugim) i boimy się że nie da rady, za dużo zapłacimy (odsetki) lub wcale nie będzie chętnych kredytodawców (jeśli pojawi się konkurencja w postaci tzw. euroobligacji).

Reszta nie ma dla przeciętnego obywatela żadnego znaczenia – jest ważna i poważna, ale nic nie możemy tutaj zrobić, nic zaradzić. Wątpię, by te „hołdy i akcesy” miały jakikolwiek inny sens niż „zabełtanie w głowach”. Aż takimi sprzedawczykami chyba nie są, raczej chodzi o przestraszenie nas, bo Francuzi, Niemcy, Włosi, Hiszpanie, Grecy już się nie boją. Czesi też nie bardzo się boją. A my wpadliśmy w jakiś stupor i boimy się – każdy czego innego, pewnie większość własnych szwindelków lub ignorancji. Proszę nie słuchać propagandy – ważna jest odwaga i prawda. Dorośli ludzie nie oddają się złudzeniom i jeśli takowe w Polsce się upowszechniają, to po prostu wstyd i tyle. Wiemy, że dostaną swoją zapłatę. Dostaną.
Pozdrawiam serdecznie,
Zyta Gilowska

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. I praktycznie tylko tam. Inaczej nie będzie.

środa, 25 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 4

Strasznie się cieszę, że publikacja listów, które przez pewien czas parę lat temu wysyłała do mnie Zyta Gilowska, spotkała się z tak życzliwym odzewem Czytelników. Nie wiem, ilu z nas miało okazję obejrzeć przekazywaną przez TVP transmisję mszy żałobnej i wysłuchać wystąpień prezydenta Andrzeja Dudy i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ale słowa, które oni tam wypowiedzieli, pokazywały prosto i jednoznacznie, że mamy do czynienia z odejściem kogoś absolutnie najwybitniejszego w naszej całej współczesnej historii. Była więc ta śmierć, ta msza, te wystąpienia, a świat ani nie drgnął. Jedyną próbą uczczenia tego wydarzenia z tamtej strony, z tego co zdążyłem zauważyć, było odtworzenie przez TVN fragmentu uzasadnienia wyroku w sprawie oskarżeń Gilowskiej o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, gdzie owa sędzia (miejmy na nią nieustannie oko) czuła się z jednej strony w obowiązku Gilowską uniewinnić, ale z drugiej zaznaczyć, że co jak co, ale „gadatliwa” to ona była. I oto Zyta Gilowska umiera, Duda i Kaczyński wygłaszają słowa zarezerwowane dla postaci najwybitniejszych, a świat kompletnie nie wie, o co chodzi i o co tyle zamieszania. Dziś już będzie wiedział. Jeśli tylko zechce, to będzie wiedział. A ja mu to ułatwię. Część czwarta:

Szanowny Panie Krzysztofie,
bardzo dziękuję za pamięć. U mnie wszystko bez większych zmian, aczkolwiek nie powiedziałbym, że „w najlepszym porządku”. Co tu kryć – od Katastrofy Smoleńskiej nie mogę się w pełni pozbierać, nie mogę i już. Mnóstwo zajęć przestało mi dawać zadowolenie, sporą część swoich wieloletnich prac porzuciłam z własnej inicjatywy i bez żalu. Moje batalie o „miliony” są przecież śmieszne w obliczu trwonienia „miliardów”, zresztą zapaść semantyczna demoluje praktycznie każdą debatę – ani gadanie, ani liczenie, ani jakieś planowanie chwilowo nie mają sensu, są przeciwskuteczne. Coryllus ma rację – albo się masowo powie „basta”, albo tak jak jest będzie nadal. Dobrze i jeszcze dobrzej. Oczywiście, że Pana regularnie czytam (o ile nie wyjeżdżam do pracy i mam pod ręką komputer) z dużą satysfakcją, zresztą Coryllusa też (odważny człowiek i bezczelny, że hej!). Oczywiście, proszę Mu przekazać mojego maila.
Pana nową książkę JUŻ KUPIŁAM – tzn. czekam na odbiór. Jest Pan kochany, ale nie wolno tak rozdawać swojej pracy! Oczywiście żartuję, kiedyś chętnie odbiorę obiecany egzemplarz – mam nadzieję, że wraz z dedykacją od Autora. Ale faktycznie transakcja została właśnie zrealizowana. Będę wiernie kupować wszystkie Wasze książki – i Pana, i Coryllusa (ależ to jest narwaniec) – dla siebie i moich najbliższych (syna i siostry). A Wy piszcie. U mnie po staremu, teraz oglądam mecze, ponieważ lubię piłkę nożną turniejową (ligowej już tak nie lubię) i mam trochę uciechy z tego powodu. Wspólnie z mężem oglądamy i jakoś to leci. Straszne były te przeczucia śp. Leszka Kaczyńskiego („o ile będę żył…”), do mnie też tak powiedział parokrotnie. Za każdym razem byłam zdumiona i zdziwiona i za każdym razem Go „poprawiałam”. Po raz ostatni powiedział tak do mnie 19 lutego 2009 r. A potem ja – sama nie wiem co mnie wtedy „napadło” – powiedziałam do Niego „trzymam kciuki”. Przez telefon. I to był piątek 09.04.2010, ok. 20:00. W przeddzień! No i teraz ja mam sporo niedobrych przeczuć. Ale pamiętam jak bardzo się cieszyliśmy na to Euro 2012, ależ byliśmy naiwni.
Serdecznie pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Księgarnia Coryllusa czynna jest 24 godziny na dobę. A w niej wszystkie moje książki. Polecam najszczerzej. Droga prosta: www.coryllus.pl

wtorek, 24 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 3

Dziś kolejne refleksje śp. Zyty Gilowskiej. Brak słów.

Szanowny Panie Krzysztofie,
Pana wpis o „Vivie” i obywatelce Katarzynie Glince (http://toyah1.blogspot.com/2011/12/o-kurwach-idiotach-i-czarnym-libido.html) zrobił mi wielką przyjemność, piękna sprawa. Czytałam mężowi na głos i od razu poczułam się lepiej. Niestety, od Wigilii choruję. W samo rozdawanie prezentów (w naszej rodzinie mamy tak samo jak u Was – dużo, dużo pod choinką, dzieci roznoszą dorosłym, co jest proste tylko do czasu, ponieważ w trakcie rozdawania zawsze jakieś karteczki się pourywają i dorośli zbiorowo odgadują kogóż to Gwiazdor tym osamotnionym pakunkiem chciał obdarować) zaczęłam intensywnie kaszleć, słabnąć, itd. itp. Prawie że popsułam to rozdawanie, ale jednak dobrze zorganizowana rodzina może wszystko, nawet chorego zmusić do entuzjazmu. A dzisiaj napisał Pan naprawdę przenikliwy tekst, odważny i dojrzały do bólu (http://toyah1.blogspot.com/2011/12/pfizer-vs-zus-remis-ze-wskazaniem.html). Mnie w chorobie zawsze jest smutno i smutniej. Wiem skąd się bierze (niby z przemęczenia, ale coraz częściej się „przemęczam” pomimo różnych ostrożności moich bliskich i mnie samej), wiem dlaczego się rozwija (dołącza się proces zapalny), wiem jak przebiega (organizm musi się odciążyć), brr... Po liście Pana leków zorientowałam się, że ma Pan ciut za wysokie ciśnienie i za wysoki poziom cholesterolu, da się z tym żyć (moja ś.p. Teściowa z takimi problemami dożyła do 91 lat). Proszę się dobrze namyśleć nad tym Sortisem, ponieważ ostatnio podnoszą się głosy, że farmakologiczne obniżanie poziomu cholesterolu jest bardziej szkodliwe niż ów cholesterol, też zresztą niejednoznacznie szkodliwy. Oczywiście, nie jestem lekarzem, ale miałam tak potężne przeprawy z medycyną, że w kilku sprawach nabyłam wiedzę superspecjalistyczną, dostępną nielicznym (zwłaszcza w Polsce), niestety zawsze „po fakcie”. Tychże faktów, z których każdy odrębnie kwalifikowałby się na całkiem malowniczy proces, ale nie w naszych realiach, było kilka i w sumie nieodwracalnie zepsuły mi układ krążenia. Potrzebowałam 4 lat, żeby się z sideł medycyny wysupłać i niestety, natychmiast wpadłam w następne. Nie wiem co było przyczyną takiej naiwności – może „przekleństwo profesorów, że wierzą innym profesorom?”, a może Poeta mądrze napisał, że „każdy takie widzi świata koło...”. Problem lekarstw jest jasny – lekarstwa kupujemy, znamy je, czytamy ulotki. Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa. Wobec medycyny człowiek staje jak niegdyś wobec wioskowego szamana, pełen strachu i nadziei. Ja obecnie jestem całkowicie „na nie”, odmawiam „współpracy”, a po 10-dniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii (dla „dyskrecji”, bo aż taka chora to nie byłam) i przyjrzeniu się z bliska okolicznościom „ratowania życia”, odmawiam udania się nawet w pobliże jakiegokolwiek szpitala. Naturalnie, w międzyczasie medycyna faszerowała mnie zbędnymi chemikaliami i jak już zaczęłam „im” nie wierzyć, to na całego. Przy okazji dowiedziałam się, jak kiepsko działają, gdy są potrzebne. Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także – co chyba najważniejsze – poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość. I tego Panu NAJSERDECZNIEJ ŻYCZĘ.
Pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Zapraszam jak zwykle do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam najszczerzej.

poniedziałek, 23 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 2

Powiem szczerze, że wróciłem z Warszawy tak pełen niezwykłych wręcz refleksji, że w pierwszej chwili chciałem od razu wszystko z siebie wyrzucić. Jednak obietnica jest obietnicą i Warszawa z jej szczególnym bardzo charakterem będzie musiała poczekać aż zamkniemy cykl pod tytułem „Zyta Gilowska, czyli świat sznieruchomiał” Dziś część druga.

Drogi Panie Krzysztofie, dzisiejszy Pana tekst [mowa o wpisie na blogu z 5 stycznia 2012 roku http://toyah1.blogspot.com/2012/01/za-co-przyjdzie-komu-odpowiedziec.html - przyp. mój] jest trudny w odbiorze, chyba za bardzo. Pomyślałam sobie, że podrzucę Panu kilka refleksji, może się przydadzą. Trzeba koniecznie odróżnić położenie biednych, ale głupich ludzi, którzy łapiąc kredyty (zwłaszcza długoterminowe) tracą wolność. To jest obrzydliwa pułapka zastawiana przez tych rozchichotanych smarkaczy z TVN24 i CNBC, gdzie udają analityków i doradzają „w co inwestować”. Oni mają martwe oczy przegranych oszustów, też są w pułapce, też kredytów, tyle że większej i trwalszej. Ale inną sprawą jest wydawanie pieniędzy, gdy się je ma. To nie musi być takie głupie, przecież waluty są FIAT, a euro to nawet podwójne fiat money, po co to trzymać, niezbyt wiadomo. Niektórzy uważają, że lepiej wymienić te papierki na jakieś towary, inni, że na złoto, jeszcze inni, że ratunku nie ma. Osobiście nie mam melodramatycznych skłonności i przypuszczam, że sprawy będą się tak bardzo powolutku toczyć w złym kierunku, że się zorientujemy co powinniśmy robić. Ale oczywiście, pchanie ludzi do sklepów po intensywne zakupy tandety jest miłym zajęciem, jak zresztą zastawianie większości pokus cielesnych (bo nad pokusami duchowymi to jednak trzeba się nagłówkować). Diabeł ma łatwo, zwłaszcza na początku, pięknie to opisał Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”. I na marginesie, proszę sobie wyobrazić, że miałam sposobność mocować się z owym Lejbem Fogelmanem. Wpadłam - dosłownie - właśnie na niego, gdy w marcu 2006 r. wtargnęłam na posiedzenie Komisji Nadzoru Bankowego (wówczas jeszcze w strukturach NBP, pod przewodnictwem L. Balcerowicza), gdzie pełnił rolę głównego doradcy prawnego ówczesnego szefa banku Unicredito Alessandro Profumo (po niedawnych oskarżeniach o pranie brudnych pieniędzy via banki libijskie ten Pan wylądował w Radzie Nadzorczej GAZPROMU!). Wtedy nie dali mi rady, nie dali! Ten Lejb też nie dał, wręcz się „zaprzyjaźniał”. Ale po dwóch dniach zażartych negocjacji wówczas wkroczył K. Marcinkiewicz i osobiście ustąpił! Warto więc mieć na uwadze, że ten Lejb bywa w ciekawych rozdaniach, jest w jakiejś nomenklaturze biznesowo-światowej.
Serdecznie pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Przypominam wszystkim, że moje książki można kupować na stronie www.coryllus.pl. Polecam gorąco i szczerze.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...