czwartek, 5 stycznia 2012

Za co przyjdzie komu odpowiedzieć?

Jak już tu wielokrotnie – i przyznam, że z dość perwersyjną dumą – podkreślałem, na ekonomii znam się mniej więcej tak samo jak na nutach, czyli w ogóle. Przy całym szacunku dla nut. Z tego też powodu, z wyjątkiem mojej znajomej, pani profesor Gilowskiej, z reguły nie czytam tekstów, czy to pisanych przez ekonomistów, czy też przez ludzi, którzy wprawdzie ekonomistami nie są, ale uważają, że się znają na ekonomii dokładnie tak samo, jak znają się na wszystkim. Nie czytam ich nawet nie dlatego, że czuję w stosunku do nich jakąś szczególną niechęć, ale zwyczajnie – ja nic z tego co tam jest nie rozumiem. A uczyć się w moim zaawansowanym wieku niczego nowego już nie zamierzam.
W tej sytuacji, kompletnie nie wiem, jak będzie, i dla mnie i dla Polski, wyglądał ten rok z gospodarczego punktu widzenia, natomiast, jeśli już mam się powoływać na to co wokół mnie się prognozuje, to wolę sądzić, że będzie wyglądał nienajlepiej. I to wcale nie dlatego, że – zupełnie jak orwellowski Wilson – mam ochotę sobie popatrzeć, jak ten cały czarny projekt gnije w stworzonym przez siebie chaosie, ani też dlatego, że bardziej wierzę tym, którzy ostrzegają, niż tym którzy próbują mnie uśpić, ale z tej prostej przyczyny, że mam swoje oczy i swój rozum, i nie ma takiej możliwości, bym tylko dlatego, że z natury wolę wierzyć w szczęśliwe rozwiązania bardziej niż w rozwiązania nieszczęśliwe, dał sobie wmawiać jakieś zaklęcia. Dlaczego? Bo wiem, że na tej szali nie leżą moje głupie ambicje, czy emocje, ale życie. Dokładnie w taki sposób, jak to zostało zapisane przez poetę: „dla was to igraszka, nam chodzi o życie”.
Jednak ostatnio stało się coś, co, zupełnie jakby wbrew intencjom autorów, utwierdziło mnie w przekonaniu, że zbliża się autentyczne nieszczęście. Otóż mniej więcej od końca minionego roku, a dokładnie od początku grudnia najróżniejsi specjaliści informują mnie, że wbrew krakaniom złych ludzi, Polska i my Polacy mamy się świetnie, a to dzięki temu, że nie daliśmy się uwieść panice, i na tym wzburzonym morzu światowego kryzysu zachowaliśmy się tak, jakbyśmy nawet nie przyjęli do wiadomości, że gdzieś w ogóle jest jakiś kryzys, A ten nasz brak zainteresowania przejawił się przede wszystkim we wzmożonych zakupach. I ja oczywiście jestem w stanie zrozumieć logikę, jaka stoi za tego rodzaju kalkulacją. Z tego czego siłą rzeczy musiałem się dowiedzieć jeszcze w latach młodzieńczych, coś takiego jak kryzys niedoboru mógł istnieć tylko we komunizmie. Kryzys w wydaniu klasycznym jest zawsze kryzysem nadmiernej podaży. To właśnie z tego względu, kiedy za PRL-u próbowaliśmy tłumaczyć jakimś bardzo dobrodusznym Amerykanom, że nie ma kiełbasy, bo jest kryzys, oni nic z tego nie rozumieli i wciąż powtarzali, że jak nie ma kiełbasy, to jest wręcz fantastycznie, bo można ją zacząć produkować, a wygłodniali Polacy będą ją bardzo chętnie kupować, a przy okazji, ludzie zatrudnieni do produkcji tej kiełbasy znajdą pracę i społeczeństwo się będzie bogaciło.
A zatem, ja świetnie rozumiem, dlaczego pewni ekonomiści tak bardzo się cieszą, żeśmy się nie przestraszyli kryzysu i żyjemy, jak gdyby nigdy nic. Jest kryzys, ludzie się zakopują w swoich mieszkaniach, pieniądze chowają po kątach, czekają aż wszystko ucichnie, a tymczasem przez brak konsumpcji Polska staje. Logiczne w tej sytuacji jest to, by ludzi zachęcić do tego, by nie panikowali, a wówczas wszystko się naturalnie uspokoi. Tyle tylko, że takie rady są bardzo dobre, kiedy wieści o kryzysie są albo przesadzone, albo stanowią zwykłe, parszywe plotki. Jeśli kryzysu tak naprawdę nie ma, a ludzie w niego uwierzą, to go oczywiście wywołają. I to jest bardzo przejrzysta logika. Tyle że dziś w Polsce nie mamy do czynienia z plotkami i z propagandą wciskaną dobrym ludziom przez złych polityków, lecz z kryzysem. A kryzys, jak się domyślam, to nie zaledwie hasło, czy choćby nazwa, lecz fakt, który nie dość że ma swoje przyczyny, to jeszcze w sposób oczywisty nawet dla największego bęcwała – posiada swoje skutki.
Na czym polega ów kryzys? Mówiąc bardzo krótko, polega on na tym, na czym polega każdy kryzys. Włącznie z finansowymi kryzysami w rodzinach. A więc na tym, że jest za mało pieniędzy i żeby je mieć trzeba je pożyczyć od kogoś kto ma, a więc od banku. Problem jedynie w tym, na co chce się te pieniądze mieć: czy na absolutnie kluczowe wydatki, które nie mogą czekać, bo każdy kolejny krok, to przepaść, czy może na zabawę? Czasami sytuacja jest taka, że pożyczać trzeba. Niestety, bywa też tak, że pożyczać nie trzeba, ale jakoś tak głupio, kiedy nie ma pieniędzy, a z każdej strony czai się kolejna okazja. I to, oczywiście, okazja jedyna i ostatnia. Uważam – ze swoją bliską zera kompetencją w temacie ekonomii – że polskim problemem, a jednocześnie – o czym za chwilę – zbrodnią, jest to, że ci, którzy powinni informować i przestrzegać, wciąż dorzucają nowych patyków do tego ogniska. A robią to, oklaskują tych, którzy de facto popełniają przedłużone samobójstwo.
Otóż, jak się okazuje, nasi obywatele, dokładnie tak samo jak podczas wyborów w roku 2017 i wyborów w roku 2011, i podczas wszystkich możliwych wyborów w międzyczasie, uznali właśnie, że nie ma ani prawdy, ani kłamstwa, ale wyłącznie światło, które świeci, i muzyka, która gra, a jeśli świeci i gra, to tylko dla nich. No i skorzystali. Tak się jakoś stało, że w dniach kończących stary i otwierających nowy rok, z konta, które mam w swoim banku gwałtowanie zaczęły ubywać pieniądze, a co gorsza ubywać w sposób dla mnie całkowicie niezrozumiały. Kiedy ta różnica zaczęła, jak na moje ambicje, robić się zbyt duża, poszedłem tam, by sprawę wyjaśnić. Warto było tam pójść przede wszystkim oczywiście dlatego, że obsługująca mnie pani – półgębkiem oczywiście – wyjaśniła mi, że przełom roku uszkodził system i ja, sprawdzając tak zwane saldo dostępne, za każdym razem otrzymywałem wynik wyższy od realnego. A więc, sądząc że mam 600 zł., miałem tylko 300, a kiedy nagle się ucieszyłem, że mam już 700, to nagle okazywało się, że mam już tylko 150. No ale już wszystko działa i można znów spokojnie szaleć. A więc to jedno, czego się dowiedziałem w moim banku. Druga rzecz była już znacznie bardziej interesująca. Otóż tam kotłował się tłum ludzi, z których poza mną i jeszcze chyba jednym panem, wszyscy stali po kredyty. I byli to ludzie najróżniejsi – pewna dość młoda kobieta, para starszych ludzi, jeszcze jacyś starsi państwo, i chyba trzy pary jakichś byczków ze swoimi rodzicami, czy może dziadkami. Tak czy inaczej – wszyscy oni stali po to by pożyczyć pieniądze.
I ja się zastanawiam, po co im były te kredyty? Czy po to by spłacić jakieś inne zobowiązania, czy może po to, by sobie coś fajnego kupić? Jak znam życie, chodziło przede wszystkim o to, by spłacić inne długi, natomiast z tego co słyszę od zachwyconych komentatorów finansowych, część z nich pożyczała pieniądze wyłącznie po to, by sobie i światu zademonstrować odporność na wszelkiego rodzaju plotki o rzekomym kryzysie. W końcu, choć wiem, że kłamstwo stało się nieodzowną częścią naszego publicznego życia, informacje o tym, że Polacy wpadli w gorączkę zakupów, nie mogą być wymyślone aż tak do końca. Zwłaszcza że nie trzeba czytać gazet i oglądać telewizji, żeby to wiedzieć. Wystarczy podejść o dowolnej porze pod dowolny sklep ze sprzętem elektronicznym, by zobaczyć te tłumy wywożące na specjalnych wózkach te tysiąccalowe telewizory.
A zatem, to wiemy raczej na pewno. Polacy informacje o kryzysie i konieczności oszczędzania potraktowali wzruszeniem ramion, a siedzący na garnku władzy finansowi analitycy wrzasnęli z radości, że jednak Polacy to krnąbrna bestia, i tym samym zachęcili tych, którzy jeszcze się wahali, by machnęli ręką na to całe straszenie i kupowali co im tylko przyjdzie do głowy sobie kupić. A ja sobie przypominam, jak – nie wiem na pewno, kiedy – może jakieś dziesięć lat temu, oglądałem przed którymiś Świętami reportaż w telewizji, gdzie pokazywano tzw. przedświąteczną gorączkę w Nowym Jorku i przy tej okazji informowano, że Amerykanie zwariowali na punkcie zakupów, podczas gdy w tej chwili już przeciętny dług każdego z nich wynosi jakieś 2 tysiące dolarów. Że każdy z nich ma całą kupę kart kredytowych, na każdej z nich jakiś tam minus, a mimo to – zamiast się wziąć w garść i zacząć spłacać – bierze kolejną i kupuje sobie coś nowego. Pamiętam jakoś mocno tamten reportaż i przypominam sobie, że nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. No bo zawsze żyłem przekonaniem, że kto jak kto, ale Amerykanie nie mają powodu do obaw. Że gdzie jak gdzie, ale w Ameryce ludziom się zwyczajnie powodzi.
I oto nagle, od tego czasu minęło ileś tam lat i się dowiedzieliśmy, że Ameryka jest na progu bankructwa. Że doszło do tego, że gdyby takim Chinom coś strzeliło do głowy, i sytuacja geopolityczna by na taki ruch w ogóle pozwoliła, to oni mogliby sobie tę Amerykę nawet nie tyle że kupić, ale wziąć jak swoją. I nagle zaczęły nas zalewać informacje o ludziach bez pracy, bez majątku i bez nadziei na poprawę. Zdjęcia opuszczonych domów, domów ledwo co wybudowanych, a już przejętych przez banki i skazanych na ruinę, bo po co bankom domy? Ludzi na ulicach! A z tymi obrazami, wiadomości, że to wszystko przez to, że tym Amerykanom tak dobrze się powodziło i ani się nie spostrzegli, że akurat wyłącznie na kredyt. I że z tego zamieszania tak naprawdę na swoje wyszły tylko banki. Nawet mimo tego, że coś tam straciły, a teraz są zawalone tymi nikomu niepotrzebnymi domami.
I teraz wprawdzie nasza dzisiejsza sytuacja nie ma się jak równać z sytuacją Amerykanów sprzed lat, jednak głównie z tego powodu, że o ile oni mieli wiele do stracenia, my tak wiele tego akurat nie mamy. No a poza tym – i to akurat jest ściśle związane z tym poprzednim – jak by nie patrzeć, właśnie przez to, że oni mieli tak wiele do stracenia, coś im tam zostało. Nam, obawiam, się, kiedy to wszystko runie, nie zostanie już nic. A że runie, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. I jedyne co mnie dziś zastanawia, to czemu oni to robią? Czemu oni nam tak intensywnie i w takim zapamiętaniu każą dalej brnąć w to szaleństwo. Czemu oni, wbrew najbardziej podstawowemu rozsądkowi – przecież wszystko co ja tu piszę, nie wynika z mojej eksperckiej wiedzy, lecz ze zwykłego rozsądku właśnie – kiedy ludzie kompletnie bez pieniędzy, na granicy bankructwa, lub wręcz w trakcie tego bankructwa, w jakimś obłędzie kupują, kupują i kupują, mówią im, że tak własnie mają postępować, bo dzięki temu już niedługo staną się bogatsi. Czemu oni to robią? W czyim interesie? Z czyjego podpuszczenia? Za czyje pieniądze? Czemu?
I to jest, moim zdaniem dziś problem podstawowy. Nie, czy jest kryzys i czy to co przed nami jest czymś, czego nie zniesiemy, czy czymś, z czym sobie jakoś tam poradzimy, i choć wyjdziemy poobijani, jakoś z tego wyjdziemy. Problem polega na tym, dlaczego ci, którzy nas w gruncie rzeczywiście w tę pułapkę wpuścili i przez wiele, wiele lat wmawiali nam, że nic się złego nie dzieje, i że tak jak jest, jest bardzo dobrze, dziś, zamiast, niechby już bezczelnie nam wypomnieć tę naszą naiwność i nieporadność, każą nam brnąć dalej.
Niedawno, dzięki przenikliwości naszej przyjaciółki Marylki, oglądałem na youtubie bardzo ciekawy film – o dziwo oryginalnie emitowany przez telewizję TVN24 – o tak zwanym planowanym postarzaniu produktów. Krótko mówiąc, chodziło o to, że od wielu dziesięcioleci, światowa produkcja jest tak zorganizowana, by to co kupimy, w maksymalnie krótkim czasie uległo zużyciu, tak byśmy musieli kupić sobie to samo jeszcze raz, tyle że nowe. Z tego co nam opowiadają autorzy tego filmu wynika, że na początku tego planu stała myśl, że aby się ludziom powodziło, trzeba produkować i to co się wyprodukuje, sprzedawać. A jeśli się uda tu zagwarantować względną płynność, w ten sposób będzie można działać wiecznie. Morał z tego jest – znów, zdaniem autorów filmu – taki, że aby wpaść na pomysł, że produkować da się wiecznie, trzeba być albo idiotą, albo ekonomistą.
Zaczynając pisać ten tekst, miałem poważny dylemat, wynikający właśnie z tego, że ja się na sprawach finansowych, gospodarczych i ekonomicznych nie znam zupełnie i trochę jest mi niezręcznie kwestionować to, co mówią ludzie w końcu lepiej ode mnie w temacie wykształceni. Wczoraj jednak napisałem ten tekst o uczeniu języka i tam stwierdziłem – moim zdaniem, autorytatywnie – że większość nauczycieli języka angielskiego, to w gruncie rzeczy wykształceni dyletanci. W tej sytuacji, muszę już być konsekwentny. Nie ma bowiem żadnego powodu, by sądzić, że bycie ekonomistą daje w jakikolwiek sposób większe uprawnienia do mądrzenia się, niż bycie anglistą. Również jeśli idzie o tak zwany interes osobisty, który i tu i tam, zarysowany jest bardzo wyraźnie. A zatem, chciałbym zakomunikować. Kryzys jest, a jeśli my nagle uznajemy, że go nie ma, to zachowujemy się bardzo, ale to bardzo nieroztropnie. Co do tak zwanych ekspertów, natomiast, ich odpowiedzialność za to co się dzieje jest znacznie większa, niż moja za to, że ktoś tam będzie zamiast „Greek” mówił „Greece”. W związku z tym, kara również powinna być odpowiednio wyższa.
A ja obiecuję, że w miarę możliwości tego, kiedy tylko przyjdzie czas – dopilnuję.

A więc jest ciężko. Wiem. Mimo to, jeśli ktoś autentycznie może sobie pozwolić, proszę, niech kupuje książkę. Ostatnio jest ona również dostępna w Katowicach, w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3-Maja. No i przypominam numer konta, który zamieściłem tu obok, kiedy nagle wszystko się zawaliło. I dziękuję.

10 komentarzy:

  1. @Toyah
    Lecimy jak ćma w ogień. Czy ktoś za to odpowie? Zanim do tego dojdzie, oni wszyscy wyemigrują i będą pękać ze śmiechu patrząc na te ruiny.
    Wygląda na to, że nie stać nas tylko na rodzenie dzieci. Link z bardzo ciekawą wypowiedzią pani prof. dr hab. od demografii. Szczególnie ciekawe od 10:24 - to też zaplanowała dla nas UE.
    http://vod.gazetapolska.pl/955-wazny-temat-demograficzne-samobojstwo-polski

    OdpowiedzUsuń
  2. @Marylka
    Jak to miło! Już się bałem, ze ten tekst wzbudził wyłącznie ziewanie. A link oczywiście sprawdzę w ciągu dnia. Tak jak sprawdziłem film o żarówce.
    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Marylka
    Owszem ma Pani rację wielu "leci, jak ćmy w ogień", lecz nie zawsze chcemy dokładnie dowiedzieć się i wiedzieć dlaczego?....
    Rozeznanie i właściwy wybór pomiędzy dobrem, a złem przede wszystkim zapewniają obiektywne kryteria. A kto lub co takie w/w rozeznanie i pożądany wybór może zapewniać w konkretnych okolicznościach pomiędzy różnymi dobrami?......
    Życzę Pani i innym zawsze lub możliwie często właściwego rozeznania i udanych wyborów pomiędzy różnymi dobrami - Zbigniew

    OdpowiedzUsuń
  4. To mydlenie ludzim oczu wynika z tego, że większość dochodów budżetu pochodzi z podatkow pośrednich (VAT). Kupia, zapłacą podatek i o parę miesięcy da się przedłużyć tę agonię.
    Druga sprawa- istnieje konstytucyjny zakaz zadłużania państwa powyzej 60% PKB (art. 216). Jaki jest w tej chwili pozio zadlużenia- trudno powiedzieć, podobno juz przed wyborami przekroczyliśmy 55% (wg źródeł niemainstreamowych), etraz w Rzepie chór komenttorów podkreśla, że nie przekroczyliśmy 55% (akurat).
    55% to pierwszy prog ostrożnoścuiowy, z czym się wiąże, szczegóły tutaj http://pl.wikipedia.org/wiki/Progi_ostro%C5%BCno%C5%9Bciowe_w_Polsce.
    Do tego jest ustawa o ograniczaniu dostępu do informacji publicznej ze względu na ważny interes gospodarczy państwa. Chodzi właśnie o te wszystkie dane statystyczne, przekroczenie pewnych progów wiąże się z konsekwencjami, trzebaby się np. podac do dymisji.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Toyah
    Ciekawe co to za bank, który "przejściowo" zwiększył Ci saldo, może Cię chcieli wpuścić w kanał?

    Ja codziennie mailem otrzymuję co najmniej kilka ofert szybkiej pożyczki na koncie "bez potwierdzeń wysokości zarobków", w większości z banków z którymi nie mam nic wspólnego.
    Banki nauczyły się dawać każdemu, ale umieją też egzekwować o czym zapominają ci którzy żyją w nierealnym świecie "jakoś to będzie" skuszeni pięknymi mirażami.
    Późniejsze zderzenie z rzeczywistością jest nadzwyczaj bolesne.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Iza
    Ciekawe to, co piszesz. Może być i tak jak mówisz. Jak przestaniemy kupować, to po nich. Logiczne, ale jakoś o tym nie pomyślałem.

    OdpowiedzUsuń
  7. @raven59
    Możliwe że to było celowe, ale nie sądzę. To jest system, a więc automat. Po prostu, z jakiegoś powodu, operacje nie były blokowane, więc w rządku: "Saldo dostępne" pokazywało się wszystko - i to co dostępne i to co już wydane.
    A propos tych kredytów opowiem Ci zabawną historię. Otóż mnie wciąż namawiają do wzięcia kredytu, a ja wciąż odmawiam. Żal mi tych dziewczyn, bo dla nich każdy kredyt to i premia i pochwała. A więc zawsze staram się im jakoś tłumaczyć, że ja nie będę miał jak spłacać i takie tam. I ostatnio taka jedna - swoją drogą, bardzo miłe dziecko - na te moje wyjaśnienia powiedziała: "Niech się pan nie martwi. My dopilnujemy, żeby pan spłacał".

    OdpowiedzUsuń
  8. @Toyah
    "Niech się pan nie martwi. My dopilnujemy, żeby pas spłacał"

    Mało się nie udławiłem gdy to przeczytałem.

    Otóż to - poradzą sobie z tym.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Iza
    Na ten temat było w prasie pod koniec roku - przy okazji ustalania kursu zł do euro na dzień 30 grudnia 2011.
    Zebrałem to w mojej notce:
    Cuda ratują budżet Tuska

    pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Raven,
    Thx, przegapiłam to. Ciekawe co wymyślą, jak manipulacje kursem nie wystarczą.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.