piątek, 17 czerwca 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 20

Ostatnie dni mijają mi w towarzystwie tych listów. Czytam je, edytuję, przygotowuję do publikacji… no i przede wszystkim zastanawiam się, jakie intencje kierowały wówczas śp. Zytą Gilowską, kiedy je pisała i do mnie wysyłała. Co ona by mi dziś powiedziała, kiedy po tych wszystkich latach postanowiłem je na tym blogu opublikować. Jak już tu pisałem, mąż Pani Profesor, pan Andrzej Gilowski, ale też syn, Paweł, do pomysłu, by publikować te listy podeszli z wielkim dystansem. Dystans ów był tak wielki, że Coryllus na przykład zrezygnował z ich niemal już pewnej publikacji w najbliższej „polskiej” „Szkole Nawigatorów”. Ja w pewnym momencie z kolei obiecałem, że nie opublikuję tych fragmentów, gdzie pani Zyta pisała o tym, jak to polska służba zdrowia wprowadziła ją na ścieżkę, z której już nie było odwrotu. Jak mówię, czytam te listy, znam je już niemal na pamięć i nagle widzę, że ona je pisała – każdy osobno, jeden po drugim – w nadziei, że ja je opublikuję. Słyszę ten krzyk przeciwko tej części polskiej służby zdrowia, na której łaskę została wydana Zyta Gilowska, i nagle widzę, że to jest ostatni moment, kiedy te jej słowa mogą stać się publiczne. Wycofuję więc swoją obietnicę i wszystko biorę na swoje sumienie. Tym samym też kończę ów szczególny cykl.

Szanowny Panie Krzysztofie!
Wszystkiego najlepszego w Święto Trzech Króli, takie piękne święto.
Nic się nie zmieniło, nadal regularnie Was czytuję (Pana i Coryllusa) i prawie zawsze mam z tego pożytek, a bywa, że po prostu świetnie się bawię. Bardzo serdecznie Panu dziękuję! Przy okazji tej nieszczęsnej słomianej debaty na temat mojego „oberkandydowania” zorientowałam się, że martwi się Pan o mnie i że powinnam dać Panu znać co u mnie się dzieje.
Otóż, walczę. Byłam super zdrowa, ale tylko do 54 roku życia. Potem zachciało mi się operować wrodzoną wadę serca (podobno była to konieczność) i od tej chwili już nigdy do zdrowia nie wróciłam. A to była dość banalna operacja, tyle że pacjent nietypowy. Usiłuje więc wyplątać się z sieci takich błędów medycznych, że tylko „ten który nie przepuszcza żadnej okazji” mógł to namotać. Błędy te zostały popełnione podczas czterech operacji przeprowadzanych w dwóch ośrodkach przez trzy zespoły. Ostatnia próba była dwa lata temu, trwała 9 godzin (planowano 2,5 godziny) i już nikt w Polsce niczego się nie podejmie. Wszyscy się boją i tego pecha i tej mojej żywotności. To fakt. Już parę razy umierałam, ale jakoś zawsze w pobliżu zestawu ratunkowego. To też fakt. Dobre, prawda? Z medycznego punktu widzenia – zestaw numerów nie do uwierzenia. Ja walczę, organizm też, reszta w rękach Opatrzności. Ale jedno jest pewne – kajdany mi nałożone są mechaniczne! Dosłownie – wewnętrzne, metalowe, nieusuwalne. Innych nie ma. Szczegóły są mało komu znane, ponieważ środowisko musiałoby umrzeć ze wstydu, a ja milczę z wielu powodów. Ale widzę, że kuzyni „TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” mają wręcz nieograniczoną bezczelność i takież pole do działania.
Na dokładkę mąż rozchorował się przy mnie (a nie chorował na nic od wielu lat) i teraz chorujemy solidarnie, coś okropnego. Wszystko jest niestety winą lekarzy, którzy mnie źle zoperowali (a następnie to ukrywali), źle naprawiali (wstawili nieodpowiednie urządzenia, które się zresztą popsuły) oraz źle naprawiali te urządzenia. Nie padłam na miejscu podczas tych zabiegów tylko dlatego, że „co ma wisieć nie utonie”. Ale część zdrowia straciłam na zawsze i trzymam się głównie siłą woli, a gdy to nie starcza, wpadam w pułapkę zapalenia oskrzeli albo zapalenia płuc. Wtedy leczenie trwa kilka tygodni. W polityce „jechałam” na adrenalinie, ale od Katastrofy Smoleńskiej to nie działa. Polska zaczyna mi się jawić jak w tandetnych horrorach o niejakim Eddim Kruegerze (chyba tak jakoś się nazywał krwawy clown?) jako mroczny obszar zarządzany przez okrutnych durniów z zamiłowaniem do szmiry i przemocy. Ten samobójca pilnie zażywający poranną dawkę leków, to czerwone serduszko na fasadzie Pałacu Prezydenckiego i ci rządcy dusz – wnuczkowie Fejgina (jak słusznie pisał Michalkiewicz – Fejginiątka) to jest przecież zestaw z najczarniejszego snu!
Ojejki, nie pocieszyłam Pana, przepraszam. Coś okropnego, jak te antybiotyki źle na psychikę działają. Ale walczę zawsze, teraz też. Proszę o tym pamiętać – nie poddaję się. Nigdy
Najserdeczniej pozdrawiam
Zyta Gilowska


I to jest koniec. Niech Pan da Jej należne miejsce w Swojej chwale.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Dalej nie ma co szukać. Naprawdę.

2 komentarze:

  1. I jak tu oczy mają nie być szkliste... "Nie poddaje się " to też rodzaj męstwa, ktorego jakże nam współczesnym brakuje. Muszę się też podzielić bólem: młoda matka dwójki ślicznych dzieci mówi mi dzisiaj że dziecko z gwałtu - nie! Nie mogłaby patrzeć na nie, bo ciągle by jej przypominało traumatyczne przeżycia....Tak, tak, jest katoliczką, modli się.... Tak... Jaki to proces, jaki rak tak mutuje umysły ludzi?

    OdpowiedzUsuń
  2. @all
    Gdyby ktoś był zainteresowany, właśnie otrzymałem od pana Andrzeja Gilowskiego wiadomość z podziekowaniem.

    OdpowiedzUsuń