czwartek, 10 grudnia 2009

No i jak się to panu podoba, panie poeto?

Kiedy wczoraj wspominałem zamierzchły już bardzo projekt zwany popularnie POPiS-em, a jednocześnie skarżyłem się na stan pełnego osłupienia, w którym od pewnego czasu się znajduję, nawet nie przypuszczałem, że nadchodzący wieczór, przyłapując mnie jak co dzień w tym przykrym kształcie, nie dość że potwierdzi moje prawo do tego, bym czuł to co czuję, to jeszcze zachęci do już pełnego zaciągnięcia zasłon. Oczywiście, pojawiały się już wcześniej wokół mnie dowcipne głosy, sugerujące, że nawet jeśli politycy Platformy Obywatelskiej któregoś dnia zaczną krążyć po mieście i – całkowicie otwarcie, z suniętymi z oczu kapturami – zaczną gwałcić i rabować, nie stanie się nic. Świat, widząc bezprzykładność tych zachowań, nawet się nie zdziwi, lecz pochowa się po domach i utonie w codziennych, prywatnych przyjemnościach. Pojawiały się obawy, że już wkrótce, już nic naprawdę nie będzie miało znaczenia, o ile tylko uda się tak kontrolować codzienny rozwój zdarzeń, by na wszelkie niepokojące zakłócenia, reagować natychmiast, przykrywając je albo czymś przyjemnym, lub – jeśli akurat nic miłego nie będzie pod ręką – zwyczajnie odwracając publiczną uwagę w kierunku czegoś choćby nawet i bardziej niepokojącego.
Zupełnie niedawno spotkałem się z opinią, że tak właśnie ma wyglądać coś co już zostało nazwane ‘postpolityką’, choć samo jeszcze znajduje się w fazie początkowej. Że wszelkie poważniejsze plany będą opracowywane i realizowane z dala od świadomości publicznej. Daleko poza tym, o czym można usłyszeć w mediach, czy zobaczyć na ulicach naszych miast. Natomiast, jeśli idzie o same społeczeństwa, one będą wyłącznie poddawane doraźnej obróbce, w postaci delikatnych korekt na poziomie emocji. A zatem, jeśli dotknie nas jakaś szokująca niesprawiedliwość, czy spotkamy się z czymś, co zechce nas po prostu oburzyć, to tylko tu się coś przesunie, tam się coś podmieni, gdzie indziej coś się uzupełni i będzie git. Że rządy już nie będą zobowiązane do przedstawiania rozwiązań i nie będą rozliczane z ich realizacji, i w ogóle nie będą stanowiły strony jakiegoś społecznego kontraktu, lecz – znajdując się już de facto poza społeczną kontrolą – obsługę nastrojów zostawią innym specjalistom i oni już o wszystko zadbają.
A zatem, wiedząc to wszystko, i mając świadomość tego, że przed nami jeszcze wiele niespodzianek, starałem się uciec od wszystkiego, co jest wysyłane w moim kierunku, żeby po prostu zachować emocjonalną równowagę. A więc oczywiście patrzyłem na to co się dzieje, tyle że bez większego zaangażowania, głównie pogrążony albo we własnych myślach, lub zawsze sympatycznych i uszlachetniających rozmowach z bliskimi. I oto wczoraj wieczorem na TVN-owskim pasku pojawiła się informacja, która już później tylko sunęła po ekranie, do samej nocy, że wszystkie szpitale kliniczne, należące do Śląskiego Uniwersytetu Medycznego odmówiły podpisania umów z Narodowym Funduszem Zdrowia. I tyle. Taka wiadomość. Może były jakieś na ten temat komentarze, może ktoś w pewnym momencie wyraził oburzenie, lub gniew z tego powodu – nie wiem – faktem jednak pozostaje to, że te umowy nie zostały podpisane i że ta wiadomość nie wyświetliła się na żółto, tak jak to było w sytuacji gdy Taniec z gwiazdami wygrała była żona Kuby Wojewódzkiego, ani nawet na czerwono.
Wiadomość o tym, że służba zdrowia znalazła się w kompletnej zapaści przesuwała się przed naszymi oczami, w kompletnej ciszy, jak na karuzeli, wśród szeregu najróżniejszych innych informacji i ani nie słychać było wrzasku, ani łomotu, ani nawet skowytu. Na ekranie telewizora zmieniały się twarze, wciąż te same, z tymi samymi uśmiechami, przerywane tymi samymi reklamami, za oknem panował dokładnie ten sam szum co zawsze. I tylko co minutę, czy dwie wracała ta informacja. Że szpitale kliniczne odmówiły podpisania umów z NFZ-em. Ja wiem o co chodzi. Wprawdzie, Bogu Najwyższemu dzięki, i ja sam i moja rodzina nie musimy korzystać z opieki medycznej, ani teraz ani na ogół, szczęśliwie, przez wszystkie nasze wspólne lata. Ale wiem, o co chodzi. Wiem to choćby z tego, co ta sama telewizja pokazała chwilę wcześniej, że gdzieś w Polsce grupa dzieci, poddanych chemioterapii, a jednocześnie chorych na grypę, została pozostawiona bez opieki państwa, jeśli idzie o dalsze leczenie, bo po prostu NFZ nie chce dać pieniędzy, a Ministerstwo Zdrowia uważa, że to nie ich sprawa. Ale wiem to też z rozmowy z pewnym lekarzem, który mi mówi, że szpital, w którym on pracuje jest upiornie pusty, bo z powodu braku pieniędzy, przyjmuje się wyłącznie pacjentów, którzy umierają. I że to jest sytuacja, której on nie może już znieść. Wiem to też z rozmów ze znajomymi, którzy mówią, że nie mogą się zapisać na wizytę do specjalisty, nie z powodu kolejek, lecz dlatego, że tam już nikt nie przyjmuje.
Ale ja też wiem coś jeszcze. Byłem niedawno u dentysty, gdzie musiałem zapłacić za siebie i mojego syna niemal 200 złotych i już po zabiegu, siedziałem z tą dentystką – osobą jeszcze z tamtych czasów – i plotkowałem z nią o wszystkim i o niczym przez pół godziny, i mógłbym pewnie tak tam siedzieć jeszcze kolejne pół godziny, a może i godzinę, bo, jak mnie ona poinformowała, jest pusto, bo ludzie przed świętami nie mają pieniędzy. A więc i tam jest pusto. I w tych szpitalach klinicznych, gdzie ma się coś ruszyć, kiedy wreszcie przejdą one w prywatne ręce polityków Platformy Obywatelskiej, ale też i tam, gdzie już się dziś płaci za najbardziej podstawowe usługi medyczne, jest pusto. Bo pieniędzy albo nie ma państwo, albo ludzie. Mówię o zwykłych ludziach. I to też wiem. Że mówię o zwykłych ludziach.
A więc służba zdrowia, czy – jak wolą te panie w czepkach, szukające w sejmowych korytarzach alibi dla nakręcania swoich osobistych interesów – opieka medyczna, znalazła się w Polsce pod ścianą. To już wygląda na prawdziwy koniec. Szpitale straszą pustkami, w gabinetach specjalistycznych lekarze piją herbatę, którą im przynoszą znudzone panie z rejestracji, w gabinetach dentystycznych też pusto. Tylko apteki pracują pełną parą, sprzedając najtańsze lekarstwa, o których w telewizji powiedziano, że uleczą i z raka i z nadmiaru cholesterolu i uchronią przed zawałem serca. Więcej – pozwolą przespać całą noc, jeśli człowiek nagle się zbudzi i zacznie niepotrzebnie myśleć o nieważnych rzeczach.
No i banki, oczywiście. Tam też ruch. W końcu zbliżają się święta. A choinki już w tym roku pewnie będą jeszcze droższe.
I nic. Siedzimy w swoich fotelach, pogrążeni w rozkosznym przekonaniu, że nic się nie dzieje. Rzecznik Praw Obywatelskich podobno podał minister Kopacz do prokuratury, że nie ma szczepionek na grypę, a biedni prokuratorzy muszą się teraz tym czymś zajmować. A to nam się udał ten dziwny staruszek! Przecież pani minister wyraźnie powiedziała, że trzeba pić herbatę z miodem. Ludzie święci! No na miód to chyba macie? Konstytucja? Że niby co z tą Konstytucją? Normalnie, jest. Ale jak Prezydent nie będzie się upierał, to się ją zmieni. W końcu mądrzejsi od nas mówią, że ona jest sprzed dwudziestu lat, a to przecież było już tak dawno…
Jasna cholera! Ani wybuchu, ani już nawet tego skowytu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.