poniedziałek, 29 lutego 2016

Moje ostatnie słowo do prezydenta Wałęsy, czyli a co gdyby nie był kapusiem?

Zapowiadałem już wprawdzie ostatnio, że z Wałęsą już kończę, jednak został nam jeszcze jeden tekst, mój felieton z ostatniego numeru „Warszawskiej Gazety”, odrobinę zmodyfikowany. Myślę, że nie zaszkodzi go tu wkleić, a przy okazji polecić cały numer.


Wrzawa wokół Lecha Wałęsy interesuje mnie nie z powodu jej treści, a więc wszystkiego, co jest związane z ostatecznym potwierdzeniem faktu jego gorliwej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, ale nieprzytomną akcją obrony jego rzekomo dobrego imienia prowadzoną przez część komentatorów. I nie chodzi o to, że dokumenty znalezione w domu Kiszczakowej wskazują jednoznacznie na to, że, jak to ładnie określił prof. Zybertowicz, on podpisał, donosił i brał pieniądze, podczas gdy niektórzy twierdzą, że tak wcale nie było, a nawet jeśli było, to tylko trochę, no a nawet jeśli bardziej niż trochę, to też nie szkodzi, bo mamy do czynienia z bohaterem, bez którego Polska sobie na świecie nie poradzi.
Moje zmartwienie jest innego rodzaju. Otóż ja nie potrafię pojąć, jak w kraju, co by o nim nie mówić, cywilizowanym, zamieszkałym przez naród, który wielokrotnie udowodnił, że nie jest pod żądnym względem gorszy od innych, mogło przyjść komukolwiek do głowy, że zawróci ludziom w głowie wyciągając kogoś takiego, jak Lech Wałęsa. Rozumiem, że w roku 1990, kiedy Polska dopiero wygrzebywała się spod sowieckiego buta i naprawdę nie było łatwo ocenić sytuację, która aż nazbyt często była kreowana przez ośrodki propagandowe znacznie cwańsze od najcwańszych z nas, mogliśmy ulec pewnemu złudzeniu, nie tylko co do Wałęsy, ale osób od niego jeszcze bardziej mrocznych. Ja sam przecież wierzyłem, że ktoś taki jak Lech Wałęsa nas skutecznie poprowadzi do ostatecznego zwycięstwa. No ale przede wszystkim już wkrótce zorientowaliśmy się wszyscy, że to było właśnie jedynie złudzenie, no a poza tym proszę sobie przypomnieć, gdzie się ów Lech Wałęsa znalazł po tym, gdy po raz pierwszy przegrał prezydenturę z tym peerelowskim burakiem Kwaśniewskim. Przecież wystarczyło zaledwie parę lat, by owa, jak to się dziś lubi powtarzać, ikona naszej wolności, znalazła na pełnym aucie, i to nie przez działania Systemu, ale przez owo straszne poczucie wstydu, które oblepia nas do dziś jeszcze, jak wyrzut sumienia.
Cześć z nas już pewnie zapomniała, ja jednak pamiętam, jak to w wyborach prezydenckich roku 2000 Lech Wałęsa nie dość że przegrał z powszechnie lubianym Kwaśniewskim, to jeszcze, po kolei, z Andrzejem Olechowskim, który dostał 17,30% głosów, Marianem Krzaklewskim z 15,57% głosów, Jarosławem Kalinowskim, który uzyskał głosów 9,95%, ze ś.p. Andrzejem Lepperem z 3,05% głosów, oraz Januszem Korwinem-Mikke z jego 1,43% głosów. W tamtych wyborach na Lecha Wałęsę, przypominam, człowieka, o którym niektórzy mówią, że jest największym żyjącym Polakiem i symbolem Polski na świecie, zagłosowało niecałe 180 tys. osób, co stanowiło 1,01% oddanych głosów.
Ostatnio wielu mówi, że nawet jeśli Wałęsa donosił, i tak pozostanie bohaterem. Otóż przepraszam bardzo, ale niechby i on był czysty jak złoto, ja mam jedno marzenie: niech mi zejdzie z oczu i się zamknie. Niech już przestanie gadać. Raz na zawsze.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam serdecznie, czyli z serca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz