poniedziałek, 10 czerwca 2013

Gdy wściekłość oczyszcza

Oryginalnie tekst ten miał się już tu pojawić parę tygodni temu, ale wyszło na to, że musiał poczekać na pewne bardzo istotne uzupełnienie, no i od tego uzupełnienia pozwolę sobie tę krótką bardzo notkę rozpocząć. Otóż moje najmłodsze dziecko otrzymało dziś następujący list, podpisany przez niejakiego Tomasza Żyłę, reprezentującego z kolei coś, co nosi nazwę Komunikacyjnego Związku Komunalnego Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Proszę rzucić okiem:
Uprzejmie informujemy, że powołane przez Panina/Panią okoliczności i fakty nie stanowią podstawy do anulowania opłaty dodatkowej.
Kwotę w wysokości 128,20 zł prosimy wpłacić w ciągu 7 dni od daty otrzymania niniejszego pisma. Po upływie tego terminu opłata wynosi 163,20 zł”.
Niżej jest już tylko numer rachunku i wspomniany Żyła.
Teraz więc już pozostaje mi tylko opowiedzieć to, z czym czekałem aż do dzisiaj. Otóż było tak, że, jak może niektórzy wiedzą, moja młodsza córka zdawała w maju maturę. Ponieważ do liceum, do którego przez minione lata uczęszczała, musiała dojeżdżać autobusem, zawsze kupowaliśmy jej bilet kwartalny, i sprawę przejazdu miała od początku do końca z głowy. Ponieważ maj to był już miesiąc matur, przez co wystarczyły jej bilety kupowane osobno, biletu okresowego już nie kupowaliśmy. 21 maja miała swój ostatni egzamin – ustny polski. Dzień wcześniej kupiliśmy jej dwa bilety, tam i z powrotem, i zostawiliśmy ją na noc z tak zwaną prezentacją. Uczyła się jej, nie kładąc się spać, całą noc i przedpołudnie, w końcu wystroiła się, jak należy, wzięła notatki plus te bilety i ruszyła do szkoły.
Ponieważ jednak całą drogę do autobusu, a później już w autobusie czytała te kwity, oczywiście zapomniała skasować bilet. Stała z tą swoją prezentacją w jednej ręce, z biletem w drugiej, no i się trzęsła. No i, tak jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, wsiedli kontrolerzy i się bardzo oburzyli, że ona nie skasowała tego biletu. Sytuacja była jasna jak słońce. Był dzień matur, ona była odpowiednio wystrojona, w ręku trzymała te notatki i ten bilet, tłumaczyła temu bykowi, że sytuacja ją zwyczajnie zjadła. Na nic. Oczekiwana litość przyjęła jednak szczególny obrót. Otóż ów tak zwany „kanar” nachylił się jej do ucha i szepnął, że jeśli zapłaci teraz, „kary nie będzie”. Dziecko moje powiedziało, zgodnie z prawdą zresztą, że jest bez pieniędzy, na co „kanar” powiedział, że oni mogą tu wysiąść i pójdą do bankomatu. Tam jednak czekała matura, więc bankomat siłą rzeczy również odpadł, no i pozostał mandat.
Oczywiście, zanim od razu płacić, poszliśmy się poskarżyć do Firmy. Ludzie, którzy nas przyjęli, rozbili wrażenie przejętych i pełnych zrozumienia, kazali dziecku dokładnie zrelacjonować zdarzenie i czekać na decyzję. No i śmy się doczekali. W sposób zrelacjonowany powyżej, poinformował nas o niej Żyła.
Ktoś powie, że nie ma się co rzucać. Jak idzie o zachowanie kontrolerów, mamy zapewne słowo przeciwko słowu, w dodatku tamto słowo wsparte słowem świadka, co do reszty natomiast, w ogóle nie ma o czym gadać. Za przejazd autobusem się płaci, a owo płacenie odbywa się w ten sposób, że najpierw się kupuje bilet, a później się go kasuje. O co więc chodzi? Otóż o dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że skoro w ogóle został tu stworzony system odwoławczy, to ja nie bardzo mogę sobie wyobrazić, jakie „okoliczności i fakty” mogą stanowić podstawę do anulowania kary, skoro te, któreśmy opisali jej nie stanowią. Jaki argument trzeba mieć, aby tego typu odwołanie zostało przyjęte? Czy przypadkiem więc nie mamy do czynienia z fikcją?
Ale jest jeszcze coś. I to mi się tu wydaje rzeczą znacznie, ale to znacznie bardziej istotną. Do jakiego zbydlęcenia musiał się dać doprowadzić człowiek, który nawet w sytuacji tak jednoznacznej z punktu widzenia tak zwanej „wspólnoty losów” potrafi wyskoczyć z czymś takim. I to na obu poziomach – tego woła w autobusie i tego woła za biurkiem.
No ale jest jeszcze coś, tym razem, przynajmniej dla mnie, bardzo wzmacniającego moralnie. Otóż wczoraj, pod moim „sportowym” tekstem, jaki zamieściłem w Salonie24, mój kumpel Onyx2 przesłał mi link do starego już pojedynku Agassi – Blake w US Open i skomentował go w następujący sposób:
Agassi przegrywał gładko dwa zero w setach i kiedy już się wydawało, że po nim, zdobył się na coś w sporcie heroicznego. On się po prostu wściekł, po którymś serwie podbiegł na twardo do siatki i wyglądało to tak jakby krzyczał słowami Gandalfa: ‘You shall not pass’. Odbił return, wbił gema na sucho i już nie odpuścił do końca”.
Otóż moje dziecko pojechało na te maturę, i ich zwyczajnie rozwaliło. Ona wprawdzie się do tego nie przyznaje, ale mam nadzieje, że to był ten rodzaj reakcji. Ona tam przyszła tak wypełniona tą złością, że nie dała im szans. I to sprawia, że jestem z niej dumny nawet bardziej, niż chętny, by myśleć o zemście. Bardziej dumny z tego, że ona nie dała się stłamsić, niż zmartwiony tym, że znów dostałem w plecy. Biorę mocno pod uwagę, że było warto.

2 komentarze:

  1. Wiesz, jak się czyta takie opowieści i samemu się niejedno widziało to ciśnie się na usta jedna myśl. W tym Systemie wszyscy jedziemy na gapę nawet jak mamy miesięczny bilet. Za dużo zależy od przysłowiowego szczęścia a za mało od normalnego człowieka, który powinien stać za każdym rogiem.
    Mam nadzieję, że Twoje przewidywania się spełniły, i że Córka całą te komisje wbiła w kort stojąc przy samej siatce. Wtewdy by była zachowana równowaga w przyrodzie a to ważna sprawa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyobrażam sobie, jak ta adrenalina musiała zadziałać.:) Kropla przelewająca czarę goryczy sprawia, że człowiekowi wyrastają ogniste skrzydła. Szkoda, że nie można takim być również tak po prostu.

    Co do mandatów mimo posiadania biletów - mamy teraz taką sytuację, że kiedy na powrót PKP wprowadziło miejscówki to z narzeczonym przegapiliśmy ten niezwykle istotny moment... Wracając do siebie pociągiem miał ważny bilet, ale bez miejscówki - kupił bilet podróżnika uprawniający do dwóch przejazdów. Stał na korytarzu. Nie miał przy sobie pieniędzy(ok. 15zł), więc dostał mandat za 350zł. Głupio, że nie przypilnowałam i bilet został wyrzucony. A najgorsze, że po roku pewnie odsetki okażą się astronomiczne. Ludzie często zachowują się jak roboty, przepisy ponad wszystkim, a to jest odzieranie się z człowieczeństwa. Przecież widać, że dziecko zdenerwowane, z biletem w ręku i z notatkami, akurat w takim dniu bardziej prawdopodobne jest, że zapomniała niż że chciała pojechać na gapę...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.