środa, 10 października 2012

My kosmici zagubieni wśród sklepowych półek

Głupia sprawa, ale wygląda na to, że za ułamek chwili zrobię coś, co zupełnie niedawno zrobił w Salonie24 Igor Janke, a ja na ten jego wybryk zareagowałem wybuchem szyderczego śmiechu. Otóż parę dni temu zajrzałem na główną stronę Salonu, a tam, na samej górze, zobaczyłem tekst Igora Janke zatytułowany „Piszę książkę o Orbanie – proszę o sugestie”. Pod spodem natomiast znalazł się sam początek samego już tekstu – jedyny zresztą jego fragment, jaki zdecydowałem się przeczytać – w którym pisze on jakoś tak: „Ostatnio rzadziej pisałem w Salonie i nadszedł czas by się wytłumaczyć. Otóż rzeczywiście pisałem mniej, tyle że tylko tutaj. Jestem bowiem w trakcie pracy nad książką o premierze Węgier Orbanie”.
No i proszę sobie wyobrazić, że dziś zajrzałem w różne miejsca głównej strony tego naszego bloga i z prawdziwą rozpaczą nie mogłem nie zauważyć, że w minionym miesiącu napisałem tu zaledwie 14 tekstów. Ja wiem, że wrzesień był dla mnie bardzo ciężki, bo nie dość, że zaczął się rok szkolny i wznowiłem różne zajęcia zawieszone jeszcze w czerwcu, to dostałem to zastępstwo u Salezjan w Świętochłowicach, a to (nie Salezjanie, lecz ów miesiąc), jak wiemy, dla kogoś kto z roku na rok jest coraz to starszy i słabszy, musiało stanowić nie lada wyzwanie, jednak ten rodzaj zaniedbania blogerskich obowiązków musi przygnębiać.
No i wypada mi się jednak tłumaczyć, i to tłumaczyć mniej więcej tak jak to – wiem, że przy zachowaniu wszelkich proporcji – Janke. Otóż ja obiecałem, że do zimy wydam książkę o moim PRL-u i muszę ją pisać. A, powiem zupełnie szczerze, być może przez to, że zamierzyłem sobie, że to będzie moja dotychczas najlepsza ksiązka, męczę się z nią zupełnie niewyobrażalnie i właściwie nieustannie tkwię w stanie, który prowadzi mnie do granicy stwierdzenia, że ja zwyczajnie nie potrafię pisać. Że dopóki chodziło tylko o to, by coś tam powiedzieć na aktualne tematy – to proszę bardzo. W momencie gdy dochodzi do prawdziwej poezji – mamy problem. A to jest uczucie – nie muszę tu nikogo o tym zapewniać – dla mnie dewastujące.
Napisałem ten tekst o milicjantach, no i oczywiście doszedłem do wniosku, że on jest do niczego. I z tej rozpaczy – bo przyznać muszę, że do obu historii czuje się jednak bardzo mocno przywiązany – pomyślałem, że może wrzucę go tu na bloga i zobaczę, jaka będzie reakcja. Jeśli komuś się spodoba, będzie to oznaczało, że nie jest tak źle jak myślałem, a jeśli nie – to będę się musiał albo bardziej starać, albo zastrzelić.
Później jeszcze napisałem dwa kolejne rozdziały i one mnie do pewnego stopnia uspokoiły, natomiast w jednym z nich pojawił się pewien element, który uznałem za wart osobnego tekstu, no i wymyśliłem sobie, że dla niego akurat odpowiednie miejsce będzie tu. Właśnie tu. Chodzi mianowicie o kosmitów.
Proszę sobie wyobrazić, że szedłem sobie dziś przez miasto i jedna z dziewcząt – swoją drogą, ciekawe, że to są głównie dziewczęta. Czyżby chłopcy siedzieli na Facebooku i robili z siebie durniów? A więc jedna z tych dziewcząt, ubrana w strój z logo którejś z dziesiątek szkół językowych, dała mi ulotkę z informacją, że u nich „nie uczą kosmici”. Po powrocie do domu spytałem córkę, o co chodzi z tymi „kosmitami”, a ona mi wyjaśniła, że to chodzi o takich starych dziadów jak ja. Że obecna polityka uczenia, nie tylko zresztą języków, sprowadza się do tego, że nauczyciele mają być młodzi, w taki sposób, żeby między nimi a uczniami dochodziło do owej fantastycznej interakcji, gdzie wszyscy mówią do siebie po imieniu, opowiadają sobie dowcipy, i że jest wesoło. Cała reszta to właśnie owi kosmici. Powiedziałem jej, że ja kosmitą nie jestem, bo my na lekcjach też się dużo śmiejemy, a niekiedy nawet opowiadamy sobie dowcipy. Co do mówienia sobie na ty, to faktycznie sytuacja jest głupia, bo ja jestem już stary i nawet jeśli ja do nich będę mówił po imieniu, to oni się w żaden sposób nie przełamią. No i wtedy moja córka powiedziała mi, że to jest właśnie to. Ja jestem kosmitą i mnie już nikt nigdzie nie zatrudni.
Mamy więc istotnie kłopot. I to kłopot nawet większy, niż by się mogło wydawać. Bo gdyby tu tylko chodziło o mnie, to jakoś tam możnaby było sprawę wyprostować. Powiedziałoby się ludziom, że ja kosmitą jednak wyjątkowo nie jestem i do roboty! Rzecz jednak w tym, że ja tu wcale nie jestem wyjątkiem. Reguła najprawdopodobniej jest taka, że zdecydowana większość nauczycieli angielskiego w moim wieku to są bardzo dobrzy nauczyciele, często o bardzo dobrej prezencji, weseli i bardzo otwarci na świat. No ale przede wszystkim – oni są naprawdę dobrzy. A już z całą pewnością lepsi niż większość owych nie-kosmitów. Lepsi merytorycznie, ale również pod każdym z tych względów, który w jakiś okropnie fałszywy sposób przesądził o ich tej tak zwanej kosmiczności.
Skąd ja to wiem? Stąd mianowicie, że ja ich spotykam rok w rok podczas sprawdzania matur i mam jednak pewne pojęcie. Oczywiście, nie oszukujmy się, wśród nich są osoby autentycznie nienadające się do tej roboty, zarówno zawodowo jak i pod względem czysto ludzkim, ale, jak mówię, przewaga jest zdecydowanie na korzyść nauczycieli starszych wiekiem. Tak zwana młodzież w istocie rzeczy, często jedyne co ma, to to, że z nimi bardzo łatwo można przejść na ty, a salę lekcyjną zmienić na jakiś okoliczny pub. I na tym polega ta ich nie-kosmiczność.
Od paru już lat, w odpowiedzi na zalewające mnie oferty pracy, we wszystkie możliwe miejsca wysyłam swoje CV. Dotychczas wiadomość zwrotną zdarzyło mi otrzymać zaledwie dwa razy – jedna z nich zapewniła mi jakieś tam zatrudnienie. Wiem oczywiście, że wciąż mi na plecach wisi to moje pisowskie zaangażowanie, które w googlu pokazuje się na samej górze. Wiem też jednak, że o wiele częściej szkoły te rezygnują z mojej oferty, wiedząc, ile mam lat. A więc, że jestem kosmitą. A kosmitów jak wiadomo nikt nie potrzebuje.
Byłem dziś w lokalnym sklepie – takim drobnym markecie – i byłem świadkiem zdarzenia absolutnie porażającego. Otóż w pewnym momencie zrobiło się zamieszanie i do środka weszło dwóch policjantów, prowadząc starszą, dość elegancko wyglądającą panią. Okazało się, że ochrona sklepu jakiś czas wcześniej znalazła wśród półek pewnego staruszka, który najwidoczniej cierpiał na zanik pamięci, i który wśród tych półek w pewnym momencie zwyczajnie się zgubił. W jakiś sposób odnaleziono jednak jego żonę, skontaktowano się z nią i ona po niego przyszła. Widziałem ich oboje. Jak mówię, ona prezentowała się dosyć elegancko, a on – on, mimo tej swojej biedy i tej bardzo smutnej, zagubionej miny – był cudownie… nie powiem, że dystyngowany, ale fantastycznie zwyczajny. Podeszła do niego, przytuliła go, pocałowała, a następnie już tylko głaskała po policzku i bardzo czule do niego przemawiała. I tak sobie stali, a policjanci też sobie poszli, pani z ochrony zajęła się swoimi sprawami, no i w końcu wyszli razem na tak zwany po angielsku „outside world”.
A ja się zastanawiam, kim był ten pan? Czym on się zajmował, zanim stracił pamięć? Czy on by może wiedział, co znaczy po angielsku „outside world”? A może on był kiedyś nauczycielem języka angielskiego? Pewnie nie, ale kto wie? Czemu ja się tak nad tym zastanawiam? Otóż z tej prostej przyczyny, że ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli on rzeczywiście jakimś cudem znał język angielski, to ja bym znacznie chętnie swoje dzieci wysłał na lekcje do niego, niż do któregoś z owych dzisiejszych nie-kosmitów. Powiem też dlaczego. Otóż dlatego, że wydaje mi się, że jeśli on zna język, to go zna z całą pewnością lepiej od nich. A jeśli tak, to ja bym od niego nic innego nie wymagał jak tego, by on po prostu siadał z nimi przy stole i opowiadał im po angielsku różne rzeczy. A oni by słuchali i się uczyli języka. Niech będzie że i od kosmity.

Jak widać, trochę jednak tej pracy mam. Wciąż jednak większość czasu spędzam na jej szukaniu. Stąd też mam czas, by pisać, pisać i pisać. Jeśli komuś to pisanie się wciąż p[odia, bardzo proszę o wspomaganie tego blog. Można to robić na trzy sposoby. Jeden to taki, że obok jest numer konta i na niego można wpłacać pieniądze. Mam też w domu dość dużo swoich książek. Jeśli ktoś chce otrzymać egzemplarz z dedykacją, niech mi przeleje 30 złotych za „Elementarz” lub 40 za „Liścia”, a ja mu je wyślę. A jak ktoś nie ma pieniędzy, lub ma książki i kolejne mu po nic, niech czyta dalej. W końcu bez tego to nie będzie miało sensu, prawda? Dziękuję.

9 komentarzy:

  1. @Toyah
    Moje doświadczenia w temacie są takie, że ja, kiedy mam tylko możliwość, to proszę, by uczyła mnie osoba ode mnie starsza. Czy chodzi o kurs na prawo jazdy, czy naukę języka. Nie wiem jak to jest, ale gdy tylko w miarę poważnej sprawie mają mi pomagać rówieśnicy bądź osoby młodsze ja robię się podejrzliwy jeśli chodzi o ich profesjonalizm. Zaraz chcą się blatować, wieczorki tematyczne, wyjścia grupowe na piwsko(casus nauki języka),jest coś co ma udawać bruderszft, ma być fajnie, na luzie. A poziom usług dziwnie niewspółmierny do integracji. Bywa, że sytuacje oparte na podobnej zasadzie zdarzają się w sklepach. Chcę kupić garnitur czy buty wizytowe, wchodzę do sklepu a tam też jest wszystko cool. A kiedy pytam o skręt nici w materiale albo o buty w tym kolorze tyle, że typu derby, to patrzą na mnie jak na idiotę. To pewnie u mnie kwestia złych doświadczeń z "młodzieżą" ale jak widzę coś musi być jednak na rzeczy. Dlatego w zestawieniu kosmita vs. andek wybieram tego pierwszego.
    Pamiętam też jak pisałeś o laluni z korporacji, która "witała" Cię? Brrr...

    OdpowiedzUsuń
  2. @Ty wiesz o tym, że mnie w EMPiK-u metodyk upomniała, bym do uczniów nie zwracał się "panie Piotrze" i "pani Ewo", ale po imieniu? Bo
    "panie Piotrze" to nie jest po angielsku. I rozumiem, że w ten sposób wyniki nauczania są osłabione.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    To i tak dobrze, że na stouta ich nie musiałeś zabierać. Co do meritum jeszcze, to zauważyłeś może, że coraz więcej miejsca na rynku pracy poświęca się tzw. miękkim umiejętnościom pracownika? Jak patrzę na tych "na świeczniku", to widzę, że tu nie ma pomyłki.

    OdpowiedzUsuń
  4. @zawiślak
    Jestem z siebie bardzo dumny. W pierwszej chwili chciałem Cię spytać, co to takiego te "umiejętności miękkie", ale je wyguglałem i już wiem. Jestem załamany, zrozpaczony i w stanie kompletnej beznadziei.
    Ale, jak mówię - dumny. Wciąż się ruszam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wygląda na to, że sama muszę się przesuwać w sferę kosmitów, gdyż w moich czasach szkolnych kosmitą nazywano po prostu osobę trochę inną od pozostałych. Np. chłopca, którego z moją dzisiejszą wiedzą podejrzewałabym o zespół Aspergera.
    Z korzystaniem z usług "profesjonalistów" młodszych ode mnie też mam podobnie, ale czasem nie mam wyboru. Np na niwie okołomedycznej - starsi ostali się w placówkach publicznych, do których dostac się coraz ciężej, więc siłą rzeczy ląduje się w prywatnych.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Iza
    Ja na szczęście nie mam pieniędzy na lekarzy prywatnych. A zatem trafiam wyłącznie na kosmitów.

    OdpowiedzUsuń
  7. Toyah,
    nas ratuje abonament. Z małymi dziećmi niestety nie zawsze sobie można pozwolić na czekanie aż NFZ-owi znajdzie się (lub nie) kasa na kolejny rok.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Iza
    No tak. Dzieci nie pozostawiają wielu ruchów. Bogu dzięki, myśmy jakoś ten okres przeżyli bez chorób.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mogę tylko dołożyć cytat z mojego kolegi, aktualnie dziekana jednego z wydziałów Politechniki Warszawskiej: "Ludzie obecnie kończący 3 letnie studia inżynierskie - licencjackie, mają mniejszą wiedzę z przedmiotów podstawowych - matematyka, fizyka - niż my gdy kończyliśmy liceum w 1981 roku."

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.