czwartek, 4 października 2012

Gdańsk napada

Pisałem już o tym tu na pewno, a niewykluczone, że i niejeden raz.. No i przyszła pora, żeby znów kto nie wie, się dowiedział. Otóż amerykańskie miasto Newark w stanie New Jersey jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku stanowiło perłę Wschodniego Wybrzeża i według niemal powszechnych prognoz, miało wszelkie podstawy, by któregoś dnia osiągnąć pułap wyznaczany dotychczas czy to przez Nowy Jork tu, czy Los Angeles tam.
I oto w pewnym momencie władzę w mieście przejęła mafia. Jaka? Tego akurat nie wiem, ale chodziło o prawdziwą mafię, jaką znamy z filmów. Ludzie głupi i naiwni mówili wówczas, że akurat tu nie ma powodu do niepokoju. Wręcz przeciwnie – co jak co, ale ten rodzaj protektoratu, nawet jeśli oparty na zbrodni i przemocy, potrafi zadbać o swoje. Właśnie – o swoje. Bo najgorzej jest wtedy, gdy nasze sprawy powierzamy czemuś tak abstrakcyjnemu jak państwo, gdzie nikt nie jest za nic odpowiedzialny i nikt nie czuje się niczego właścicielem. Gdzie pustka powstała z tego chorego niedookreślenia musi zostać czymś wypełniona, a to coś najczęściej oznacza gnuśność i korupcję. A zatem, niech rządzi mafia. Przynajmniej zlikwidują przestępczość.
No i stało się tak, że za miasto wzięli się gangsterzy, i w ciągu zaledwie paru lat doprowadzili to miejsce do takiego stanu, że stamtąd wszyscy normalni mieszkańcy pouciekali, a na miejscu zostali tylko gangsterzy i narkomani, a między nimi kursujące wśród zrujnowanych osiedli grupy czarnych dealerów.
Nie byłem nigdy w Stanach, a tym bardziej w Newark, więc jak idzie o moje własne doświadczenie, ani nie wiem, jak tam się sytuacja przez lata zmieniała, ani jak tam sprawy się mają dziś. To co opisałem powyżej, znam z pewnego dokumentalnego filmu, który wiele lat temu miałem okazję obejrzeć w telewizji, no i akurat od tamtego czasu nie dotarły do mnie żadne wiadomości, co do tego, by Newark miał doganiać otaczający go świat.
Nie byłem w Newark, natomiast kilka razy byłem w Gdańsku, pierwszy raz jeszcze w latach 80., a więc czasach rozpasanego PRL-u. Kiedy z dzisiejszą panią Toyahową jeszcze byliśmy młodzi i bezprzytomnie w sobie zakochani, lubiliśmy jeździć na wakacje na Półwysep Helski, a stamtąd okazyjnie autostopem do Gdańska, czy to tak bez powodu, czy z okazji dorocznie tam organizowanego Jarmarku Dominikańskiego. I pamiętam, że w tamtych latach Gdańsk, w porównaniu z resztą Polski, to był cały świat. Ponieważ nie mieliśmy ani za bardzo możliwości, ani zwyczaju jeżdzić w tamtych latach po świecie, owe coroczne wakacyjne pobyty w Gdańsku stanowiły dla nas namiastkę jakiejś Francji, Portugalii, czy Londynu. Czekałem na ten Gdańsk, bo wiedziałem, że tam poczuję Europę, a przy okazji kupię sobie jakieś, normalnie niemożliwe do zdobycia, płyty, czy książki. Właśnie tam, w Gdańsku.
W nowej Polsce wróciłem do Gdańska stosunkowo późno. Nie pamiętam dziś, który to był rok, ale pojechaliśmy tam przy okazji koncertu Roda Stewarta w Stoczni Gdańskiej. Poza Stewartem z tego wydarzenia zapamiętałem dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że prezydent Gdańska – który jak najbardziej potrzebował się podczas tamtego występu zaprezentować – to zwykły bałwan. Druga natomiast – znacznie poważniejsza – że po tamtym Gdańsku, pięknym, europejskim, cudownie kolorowym mieście z lat PRL-u, nie został ani jeden ślad. Pamiętam, że po skończonym koncercie mieliśmy jeszcze z trzy godziny do pociągu, więc postanowiliśmy poszukać jakiejś knajpy, by coś przekąsić. Pamiętam, był środek lata, czas wakacji, a wokół to ciemne i kompletnie opuszczone miasto. Szliśmy tymi pustymi ulicami, rozglądając się za jakąś lepszą, a potem już tylko jakąkolwiek restauracją, a wokół jedyne światła to były światła banków. Po niemal godzinie trafiliśmy na otwartą restaurację – przyznaję – pomijając nieczynny kibel – bardzo dobrą, zjedliśmy i poszliśmy na pociąg. Na dworcu to samo. Ciemno, pusto, żadnej informacji. Zupełnie jakby ktoś chciał starym Niemcom zrobić najbardziej okrutny żart.
Później, po latach, znów pojechaliśmy do Gdańska, z jakiegoś dziś już dla mnie niezidentyfikowanego powodu, i efekt był podobny. Przy okazji pojechaliśmy do Sopotu, żeby choć na chwilę zanurzyć nogi w morzu, ale ponieważ tam był taki tłum ludzi, a jednocześnie woda była pokryta jakimś, już z daleka wyglądającym na trujący, syfem, że zawróciliśmy na pięcie i poszliśmy do restauracji w tak zwanym „Grandzie”. Tam nam najpierw dali jakieś zepsute piwo, potem nas otruli, i na tym się ta przygoda skończyła.
Więcej okazji, by pojechać do Gdańska, nie miałem. Była tam natomiast w zeszłym roku pani Toyahowa. Tuż przed Euro 2012 zorganizowano tam jakąś konferencję dla nauczycieli, no i ona została tam wysłana. I to właśnie po powrocie stamtąd powiedziała mi coś dla mnie absolutnie porażającego, a w jej akurat ustach brzmiącego, jak najbardziej ordynarne przekleństwo. Że ona już woli Katowice. Piszę te słowa, o tym, że dla niej wówczas Katowice wydały się miastem bardziej przyjaznym od Gdańska, i że dla mnie stanowiło to kompletny szok, z tego powodu, że dotychczas żona moja, jeśli formułowała jakiekolwiek marzenia, to przede wszystkim to jedno – jak najszybciej opuścić Katowice. Na rzecz czegokolwiek.
Ja wiem, że to co ja tu piszę, będzie budziło co najmniej kontrowersje. Doświadczenie mnie uczy, że jest w Polsce mnóstwo ludzi – i to nie tylko Gdańszczan – którzy uważają że Gdańsk to najpiękniejsze polskie miasto. Niedawno na przykład mój kumpel Michał Dembiński ogłosił konkurs na najładniejszą polską ulicę, i sam zaproponował którąś z ulic właśnie w Gdańsku. Przyznam, że z tego, co miałem okazję sam widzieć kilka lat temu, i z tego co mi opowiada pani Toyahowa, relacjonując swój zeszłoroczny pobyt w Gdańsku, wynika, że za tym zachwytem stoi jakieś wyjątkowo perfidne szaleństwo. Nie ma tu akurat miejsca, bym miał dokładnie opisywać swoje i jej wrażenia jak idzie o tę niegdysiejszą metropolię, a poza tym i tak jestem pewien, że na każdy mój argument pojawi się dziesięć kontrargumentów, więc nie będę się niepotrzebnie napinał. Fakt jest taki, że każdy kto przyjedzie dziś do dziś do Wrocławia, Poznania, Krakowa, Kielc, Lublina, ale też Żor i Mikołowa… więcej – do Katowic! – będzie mógł liczyć na znacznie więcej zwykłego, niezobowiązującego relaksu i czystej przyjemności, niż przy okazji wizyty w Gdańsku.
Czy jest możliwe, że ja, kiedy przedstawiam tę swoją ocenę, mogę się mylić? Czy to możliwe, że za obserwacjami, które poczyniłem sam, ale też brała w tym udział moja żona, stoi jakieś fatalne uprzedzenie. Powiem uczciwie, że jeszcze kilka dni mógłbym się zgodzić, że faktycznie, coś tu jest może być z nami nie tak. Coś o czym my akurat nie wiemy. Jeszcze kilka dni temu. Jednak niedawno Polska została wręcz oplakatowana obrazkami przedstawiającymi polskiego premiera, pochodzącego jak najbardziej z Sopotu, na meczu piłkarskim, jak najbardziej w Gdańsku, w towarzystwie jak najbardziej prezesa gdańskiego sądu i szefa jak najbardziej gdańskiej prokuratury, a mnie już nie pozostaje nic innego, jak się zacząć zastanawiać, jak mogła się rozwijać sytuacja w mieście Newark na przełomie lat 50. u 60., zanim zaczął się ów exodus. Ponieważ wiem, że dzisiejsze czasy – a nie dotyczy to tylko Polski – niemal z dnia na dzień autoryzują zwyczaje, które jeszcze dziesięć lat temu były powszechnie wręcz nie do pomyślenia. A więc, niewykluczone, że wtedy to się odbywało mniej spektakularnie. To znaczy, jest bardzo możliwe, że burmistrz Newark nie pokazywał się w sytuacjach towarzyskich z szefem sądu i prokuratury. Że to wszystko odbywało się dużo bardziej dyskretnie. Natomiast nie mam wątpliwości, że owo głoszone tu i ówdzie przekonanie, że mafia potrafi tak samo, tyle lepiej, to bardzo gruby idiotyzm. I że każdy kto będzie chciał tę teorię przetestować na ludziach, nie może wygrać.
Dlatego też mam głębokie przekonanie, że jak idzie o Gdańsk, to ja i moja żona mamy rację, a nie Ci, którzy mówią, że Gdańsk to super fajne miejsce. Mogę się najwyżej zgodzić co do jednego. Że tego co my już wiemy, jeszcze tak w powszechnie dostępnej perspektywie wyraźnie nie widać. Jednak zapewniam, że to już jest zaledwie kwestia najbliższych lat.

Z tego co widzę, jak idzie o książki, wszyscy, co chcieli je sobie kupić - to je kupili. Przynajmniej na razie. One oczywiście wciąż tu są, niemniej, póki co, bardzo proszę w miarę możliwości wspierać ten blog finansowo pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

10 komentarzy:

  1. Zgadzam sie z tym, ze Gdansk robi sie ... dziwny. trudno znalezc jedno okreslenie. Moze wlasnie - mafijny - bedzie zaniedlugo jedynym, pozwalajacym na ocene tego czym jest to miasto.

    Pamietam Gdansk z konca lat 70-tych i calych 80-tych. Pochodze z .... Zor, ale rodzina mamy, trzy siosrty i trzech braci w latach 60-tych wyprowadzili sie z Bialej Podlaskiej do Gdanska wlasnie. Kazde wakacje co najmniej jeden miesiac w Gdansku. To miasto mialo dusze i bylo piekne.

    Obecnie miasto zupelnie nie ma "tego czegos". Jest martwe. i takie sztuczne. No bo co, promedana wzdluz morza, Park Reagana.... Takie ladne, wymuskane ale bez drygu. Reszta miasta zginela pod nawalem centrow handlowych. Na samym Starym Miescie sa dwa!!!! Dworzec donowiony lekko i zglobalizowany przez McDonald i PizzaHut.

    Bywam teraz raz w roku z Gdansku, bo morze o rodzina. Rodzina niestety taka jak Gdansk - lemingowa. Zapracowani w pogoni za pieniadzem nie widza co sie dzieje wokol. Nie maja czasu na spacer po miescie. Wolny czas spedzaja przed TV - oczywiscie TVN i TVN24.

    Pozdrawiam znad fiordow.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety to prawda! W ubiegłym tygodniu miałam okazję zobaczyć Gdańsk i doświadczyć jego "europejskości".Począwszy od chluby Trójmiasta- kolejki( obskurna brudna i smierdząca), a kończąc na drogach(rozkopane, nieprzejezdne). Wiem,że jest ten Gdańsk A,(jest obwodnica!), ale na trasie Gdańsk Główny- cmentarz na Srebrzysku tego Gdańska nie za cholerę nie widać.
    Pamiętam , że nie tak dawno, tuż przed wyborami samorządowymi byłam dwa- trzy dni w Gdańsku i wróciłam stamtąd chora. Śniła mi się po nocach twarz kandydata na prezydenta miasta. Nie było bodaj metra kwadratowego, na którym nie wisiałaby ta gęba. Oczywiście towarzyszyły mu gęby innych kolegów/koleżanek, ale wszystkie oczywiście na tym samym tle, z tym samym logo.Żadnych innych plakatów nie było. ZERO!
    Jakoś tak nie lubię tego miasta....I strasznie mi żal tych...normalnych ludzi, którzy tam jeszcze są.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mialem nieszczczescie przejezdzac przez to miasto w zeszlym roku - horror. Jechalismy z Gdyni cos kolo 3 godzin. No i te rudery straszace naprzeciwko dlugiego targu ...

    OdpowiedzUsuń
  4. @Ponponka1
    Może to wymuskanie o którym piszesz, też tu ma znaczenie. W moich obserwacjach jednak nawet tego nie było. Kiedy ją ostatnio byłem w Gdańsku, tam było pusto i ciemno. W zeszłym roku przed Euro pojechała tam moja żona, i z jej relacji wynikało, że nie ma nic gorszego niż znaleźć się w Gdańsku i mieć wolny czas. Wszędzie - w Krakowie. Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach nawet masz te różnego rodzaju knajpy, czy sklepy, gdzie możesz pozabijać godziny. Tam ona nawet nie znalazła prostej sieciowej kawiarni.
    A Żory? Pierwsza klasa! Niedawno tłumaczyłem dla tamtejszego Ratusza prospekt reklamowy i mieście. Wygląda na to, że tam jest prawdziwy świat.
    Uściski dla wszystkich bliskich nad tymi zinnymi fiordami!

    OdpowiedzUsuń
  5. @Eliza
    O tak! Ta kolejka to prawdziwą atrakcja! No i widok z niej. Zupełnie jak trasa kolejową Katowice-Bytom.
    A ludzie? No, nie wiem, jak oni to czują. Ja tam mam bardzo wielu przyjaciół, którzy czytają ten blog i go wspierają. W Gdańsku i całym Trójmieście.
    Przy okazji, przepraszam ich za te smutne słowa na temat ich miasta.

    OdpowiedzUsuń
  6. Potwierdzam Twoje obserwacje. Podczas wakacji zwiedzaliśmy z rodziną Podlasie. Polecam. Jeździliśmy kilka dni, a było co oglądać przez miesiąc. I na rozległych terenach, ani jednego miejsca, gdzie byłoby można dobrze zjeść. Znajdowaliśmy takie, owszem, ale dlatego, że siostra żony, jako stary bywalec, wiedziała gdzie. Od razu opowiedziałem im przypowieść, jak na początku lat dziewięćdziesiątych byłem na Słowacji, i rozpoznawałem hotele po tym, że były to jedyne budynki, w których nie świeciło się żadne światło. Regres.

    OdpowiedzUsuń
  7. I o trasie Katowice-Bytom: pewnego razu, pod koniec lat osiemdziesiątych, jechałem tamtędy wczesnym rankiem, odrobinę przed wschodem słońca. Pociąg mijał te wszystkie, jeszcze czynne, ale prawie tak samo zrujnowane huty i kopalnie. I nagle, w porannej mgle, zobaczyłem tęczę, rozmiaru około jednego metra, o rzut beretem od toru. Widok jak ze snu, niestety, wtedy nie było aparatów fotograficznych w komórkach, a komórki były tylko newsem z Wolnej Europy.

    OdpowiedzUsuń
  8. @SilentiumUniversi
    Komórki to jednak chyba dopiero lata 90. No i raczej bez telefonów.

    OdpowiedzUsuń
  9. No wlasnie to wymuskanie jest bardzo punktowe: promenada wzdluz morza, Park Reagana i okolice centrow handlowych. Reszta, szkoda gadac. Tak piekny kiedys i zachwycajacy mnie Dlugi Targ obecnie to przemykajacy sie niemieccy turysci, rozdawacze ulotek i naganiacze do restauracji.
    SKM to inna historia. Ja musialam sie przejechac, bo jako dziecko kursowalam na linii Zaspa - Dworzec Glowny niemal codziennie :) No i cofnelam sie w czasie o 35 lat. Widoki z kolejki. Najsmutniejszy - stoczni. Zdjecie Ani tu u gory bardzo dobrze to pokazuje.Ja pamietam stocznie tetniaca zyciem, moze nie zadbana ale zyjaca....


    Pozdrowienia przekazane

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie ma zgody. Pierwszy raz o komórkach posłyszałem podczas moich praktyk studenckich w 1978 roku. Były to raczej telefony satelitarne niż komórkowe i brzmiało jak coś pomiędzy Lemem a Asimovem. Mówił o nich jakiś pracownik Politechniki Śląskiej na wykładzie.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.