sobota, 28 czerwca 2008

Jak mówić do komucha, czyli o potrzebie kulturalnej debaty

Wczoraj w telewizji, komunistyczny poseł Wenderlich wreszcie osiągnął to, czego próbował przez całe lata, a co z jakiegoś powodu mu się nie udawało. Wyprowadził swojego rozmówcę z równowagi. Ta jego seria porażek była dla mnie o tyle zadziwiająca, że, ile razy osobiście widziałem Wenderlicha w akcji, myślałem sobie niezmiennie, że ja bym raczej nie wytrzymał.
Może bym nie zaczął wrzeszczeć na Wenderlicha, ani tym bardziej nie zrzuciłbym go z tefauenowskiego krzesełka, ale spróbowałbym powiedzieć mu coś tak złośliwie pozamerytorycznego, że to raczej on by się zdenerwował. Musiałbym oczywiście wcześniej, wiedząc, że czeka mnie rozmowa z tą wyjątkową osobą, coś przygotować, ale bym przygotował.
Niestety, marszałek Romaszewski, jak przystało na osobę poważną i znającą swój honor, nie tracił czasu na przygotowania do rozmowy z Wenderlichem, nie silił się na wymyślanie ripost, ale po prostu zareagował sercem. Zdążył tylko złagodzić swe emocje przez dodanie słówka "kochany" i zamiast "komunistyczna szujo" krzyknął do Wenderlicha "kochany komuchu".
I to go zgubiło.
Dziś w Salonie odezwał się ktoś podpisujący się Chevalier_des_Arts i wykpił Romaszewskiego. Wbrew pozorom, nie za to, że Romaszewski nie rzucił tekstem otwartym, ani też za to, że dodał tego "kochanego", ale za to, że powiedział do Wenderlicha "komuchu", czym obniżył poziom dyskursu.
Z tego, co udało mi się dostrzec w pisarstwie Chevaliera_des_Arts, jest on przedstawicielem tej części społeczeństwa, która o polityce i społeczeństwie wie tyle, że Kaczyńscy to oszołomy, Kościół to banda złodziei i pedofilów, Michnik to człowiek z klasą, a cała reszta jego filozofii jest dokładnym odbiciem tej skromnej wiedzy, którą ktoś przed laty wlał do głowy naszemu publicyście.
Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która różni Chevaliera_des_Arts od reszty tej otumanionej masy konsumentów. On umie napisać gramatycznie poprawne zdanie i bardzo lubi te swoją umiejętność eksploatować.
No i eksploatuje. W żaden specjalny sposób; trochę w takim kabaretowym stylu wymyśla óżne możliwe epitety z użyciem przymiotnika kochany. I można by było nad tym jego wpisem przejść do porządku dziennego, bo żartów na tym poziomie satyry i tak mamy na co dzień po uszy w esemesach do Szkła Kontaktowego, gdyby nie to, że ogólna postawa Chevaliera_des_Arts symbolizuje coś większego.
Chodzi mianowicie o to, że widzimy dwie osoby, takie jak Wenderlich i Romaszewski. W pewnym momencie, Wenderlich, drogą najbardziej tępej insynuacji, w sposób absolutnie nadzwyczajnie intelektualnie zbrodniczy, wyprowadza Romaszewskiego z równowagi, a na to nasi niedzielni intelektualiści marszczą swoje, i tak już sterane latami próżnego wysiłku, czoła i mruczą pod nosem: Cóż to za brak elegancji!
Widzą i słyszą Wenderlicha - nie po raz pierwszy raz w życiu zresztą - i ich poczucie estetyki pozostaje absolutnie nieporuszone. Dopiero Romaszewski - człowiek, zły, głupi, zakłamany - zmusza ich do zabrania głosu. Głosu w obronie jakości debaty.
Co za pokręcone dusze!
W latach osiemdziesiątych i jeszcze wcześniej, zarówno ja, jak i moi znajomi, jeśli tylko była okazja, o ludziach takich jak Wenderlich, nie mówiliśmy inaczej, jak "komunistyczne psy". To była jedyna możliwa forma debaty i o ile człowiek nie natknął się na jakiegoś starego ubowca w kolejce po banany, albo bobofruty dla wnuczka, to problem nie istniał. Każdy wiedział o co chodzi i nikt się takim określeniom nie dziwił.
Oczywiście nie było też tak, że wszyscy biegaliśmy po mieście i krzyczeliśmy, że komuchy to czarna hołota. Wprawdzie nie było wielkich szans na to, że będzie akurat obok przechodził obecny poseł Wenderlich i nas zapuszkuje, ale istniała znaczna obawa, że jakiś posła Wenderlicha kolega z SB usłyszy i nas zamorduje. Bo czemu nie.
Więc dziś, jeśli ktokolwiek reaguje na słowa senatora Romaszewskiego z oburzeniem, udowadnia tym tylko to, że, pewnie należy do grupy tych śliniących się z nienawiści obywateli, którzy tylko po to, żeby podleczyć swoje kompleksy gotowi są do najbardziej pospolitego kłamstwa. Takiego choćby jak wmawiany przede wszystkim sobie news, że prezydent Kaczyński nie powiedział: dobry był także nasz bramkarz Artur Boruc bardzo, lecz przekręcił nazwisko naszej piłkarskiej gwiazdy na Artur Borubar.
Albo - inna też opcja - że jest po prostu kulturowo i mentalnie związany z tego typu bohaterami naszej najnowszej historii, jak choćby Zenon Płatek, czy ten - ostatnio sławny - szef SB z Karkowa Jan Bill.
A jak to jest z panem, Kochany Kawalerze?
PS: Ciekawe. Próbuję nazwisko posła Wenderlicha w tagach napisać z dużej litery, a tu mi system zmienia na małą. Ten system to musi być jakiś zoologiczny antykomunista.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.