wtorek, 17 czerwca 2008

Zamknięcie oczu nie zlikwiduje świata; nie zlikwiduje też choćby jednej prostej prawdy

Bardzo małe dzieci lubią kierować się taką logiką, że kiedy czują się zawstydzone, zasłaniają oczy, wierząc, że w momencie, gdy przestają widzieć, same automatycznie stają się niewidoczne dla świata.
Logika ta, mam niekiedy wrażenie, bywa przenoszona do świata ludzi dorosłych w najróżniejszej formie, niemniej zawsze jest tak czy inaczej związane z tak zwanym zaklinaniem rzeczywistości.
Jakie formy mam tu na myśli? Najbardziej znaną z nich jest tak zwane zakrzykiwanie prawdy. Jeśli chcemy stworzyć wrażenie, że niewygodna dla nas kwestia nie istnieje, albo jest mało istotna, wzniecamy odpowiednio silny gwar medialny, licząc na to, że właściwe przesłanie zginie w ogólnym zgiełku i sprawa zostanie skutecznie załatwiona.
Innym sposobem ukrywania prawdy jest zagadywanie rzeczywistości, czyli odwracanie uwagi od sedna sprawy tak, by ci których cała akcja dotyczy, mogli się skupić na innych, mniej ważnych kwestiach i tak, by to co chcemy by pozostało niezauważone, niezauważone pozostało.
Ostatnio jednak, nie sposób nie zauważyć, że ci, którzy zawodowo trudnią się kształtowaniem świadomości społecznej, uznali, że można się skutecznie skupić nie na dźwięku, ale również na obrazie. Chodzi o to, że wspomniani już specjaliści nie tylko postanowili, że można społeczeństwu jakoś przytkać słuch, ale dodatkowo jeszcze zasłonić oczy.
Niestety, tym razem, wygląda na to, zgubiła ich albo nadmierna pewność siebie, albo zbyt rozbuchane emocje, bo w czasach post-komunistycznych, czyli w czasach, gdy cenzury nie można już stosować formalnie, a więc skutecznie, informacje można owszem zagłuszyć, niestety nie można zakazać ludziom patrzeć. A patrzeć jest o tyle łatwiej niż słuchać, ponieważ, o ile jeśli ktoś mówi, to można zacząć wrzeszczeć, natomiast trudno jest przy tym zacząć rozpylać jakąś mgłę tak, żeby nic nagle nie było widać.
Stało się więc tak, że dopóki nasi współcześni inżynierowie dusz wydawali z siebie jedynie hałaśliwe: “nenenenenenenenenenene...”, mogli liczyć na odpowiedni efekt; kiedy jednak zasłonili oczy wierząc, że w tym samym momencie my też przestaniemy cokolwiek widzieć, to zachowali się typowo i jednak śmiesznie.
Po raz pierwszy zauważyłem to komiczne zachowanie, gdy nowa cenzura nie pozwoliła na pokazanie w TVP filmu o Lechu Wałęsie Plusy dodatnie, plusy ujemne, licząc na to, że jeśli oni nie pokażą, to film przestanie istnieć. Posunięcie to, w dobie choćby Internetu, musiało być nieskuteczne.
Gdyby bowiem telewizja pokazała ten film, a następnie przez kolejny tydzień puszczała naszym głuptasom jakieś programy rozrywkowe, albo kabarety o Kaczyńskich, albo po prostu jakąś nową mydlaną operę – czyli wykonała zwykłą akcję zagłuszania – po jakimś czasie pies z kulawą nogą nie pamiętałby ani o Bolku, ani o jakichś tam innych agentach.
A tak, zamknęli ci szczególnie państwo oczy i jak małe dzieci podskoczyli z radości, uznając, że już nic nigdzie nie widać.
Dziś mija kolejny dzień, poprzedzający ostateczną publikację książki IPN-u o Lechu Wałęsie. Zarówno sam były prezydent, jak i cała jego towarzyska, polityczna, obywatelska i medialna obstawa, dochodząc do wniosku, że zagłuszanie to za mało, postanowili po raz kolejny zasłonić oczy i udawać, że świat zniknął.
W jaki sposób się to objawia? Na przykład w taki mianowicie, że Monika Olejnik zaprasza do swojego programu któregoś z zamierzchłych komunistycznych agentów, który mówi, że Wałęsa to nie Bolek, a TVN-24 tę kuriozalną informację puszcza w kółko na pasku przez 20 minut.
Albo wypuszcza się jakąś panią, która pisze list do Lecha Wałęsy z przeprosinami, a TVN-24 przez cały dzień informuje, że w IPN-ie doszło do buntu.
Do przyszłego tygodnia, czyli do publikacji książki, jeśli tak dalej pójdzie, w telewizji pojawi się 15 kolejnych pań i panów, którzy będą uroczyście deklamować, i zaświadczać, że Lech Wałęsa nie był Bolkiem. Później, pewnie w najbliższą sobotę, państwo Walterowie przedstawią trzykrotną retransmisję wręczenia Nobla przewodniczącemu Wałęsie sprzed lat.
Natomiast w niedzielę wszyscy będziemy mogli obejrzeć i wysłuchać pięciokrotną retransmisję przemówienia Przewodniczącego przed amerykańskim Kongresem, również sprzed wielu lat, w czjejś tam nadziei, że z telewizorów popłynie jakaś trująca mgła i ci, którzy mają oślepnąć, nagle faktycznie oślepną.
Chciałem tu więc zwrócić się do wszystkich tych zdziecinniałych dorosłych z przypomnieniem. To tak nie działa. Film Plusy dodatnie, plusy ujemne istnieje. Nawet jeśli niektórzy go jeszcze nie widzieli, to w końcu zobaczą. Na dodatek najprawdopodobniej w publicznej telewizji.
Istnieje również Lech Wałęsa, z całą swoją historią, ze wszystkimi przez siebie wykonanymi gestami i z każdym wypowiedzianym słowem.
Jeśli w końcu idzie o mnie, to oczywiście nie mam absolutnie żadnych dowodów na to, że Lech Wałęsa, były przewodniczący Solidarności i były prezydent Polski, był agentem o imieniu Bolek.
Natomiast to co mam, to zdrowy rozsądek i to właśnie on mi każe twierdzić, że cała przedziwna prezydentura Wałęsy, ci wszyscy dziwni ludzie u jego boku, ten cały pięcioletni idiotyzm, z którym musieliśmy się męczyć, może mieć tylko jedno wytłumaczenie.
A jeśli było inaczej, jeśli całe to gadanie o agenturalnej przeszłości Wałęsy to zwykłe plotki i pomówienia, to wszystko, cały nas świat, jest absolutnie pogrążony w chaosie, a my nie wiemy nic o niczym, nic nie jest ani pewne, ani sensowne, ani nawet prawdopodobne, ani choćby możliwe.
No i w tej nowej sytuacji, przede wszystkim, plusy mogą być dodatnie i mogą też być ujemne.
Wszędzie dookoła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.