poniedziałek, 12 maja 2008

Donek Elektronek, czyli etap przedostatni

Specjaliści od tworzenia wizerunku Pana Premiera wkroczyli w nowy etap przedsięwzięć promocyjnych na rzecz powodzenia tak zwanej Ekipy Tuska i wszystko wskazuje na to, że jest to etap jeden z końcowych, jeśli już nie ostatni.
Przy tym tempie prac nad wizerunkiem człowieka w rzeczywistości pozbawionego jakiegokolwiek wizerunku, możliwe jest już tylko rozwiązanie ostateczne: pokazanie Donalda Tuska jako prostego idioty, idioty jak każdy idiota z sąsiedztwa, a to już może się okazać za dużo nawet jak na pomysłowość ludzi o pomysłach wydawałoby się nieograniczonych. No można jeszcze Donalda Tuska zaprezentować, jako idiotę szczególnego, ale w to, że desperacja może sięgnąć aż tak daleko, już zupełnie nie uwierzę.
Pomysł najświeższy, zaproponowanie obywatelom premiera, który, jak się okazja nadarzy, musi strzelić sobie fajeczkę, został w sposób pełny i bardzo barwny skomentowany tu w Salonie przez Norberta Maliszewskiego. Ja mogę tylko od siebie dodać, że mam wrażenie, iż ten gest, to tak okropnie nachalne oparcie się na Clintonie, jest dowodem albo ciężkiej właśnie desperacji twórców wizerunku tej władzy, albo może pragnienia uzyskania jakiegoś pola manewru, na wypadek, gdyby Premier Tusk podczas któregoś z najbliższych spotkań z Prezydentem w pewnym momencie z nerwów nagle spadł pod stół, zaczął charczeć i nie dał się wyciągnąć.
W tej mojej obecnej refleksji chciałbym się raczej skupić na tym, o czym już wspomniałem na początku: sztuczka z marychą jest jedynie etapem w całym szeregu działań promujących to, co nastąpiło po PiSie. Gdy Agnieszka Holland otrzymała zamówienie na swój serial o rządzie z bajki, to może niektórzy naprawdę liczyli na to, że sprawę da się przeprowadzić w miarę skutecznie. Że wystarczy posadzić za biurkiem fajnego faceta i reszta jakoś się ułoży.
I nawet nie poszło o to, że Tusk wcale nie jest fajny, a ministrowie Grad, Zdrojewski, czy pani Kasia Hall jeszcze mniej nadają się do pracy rządowej, niż Hania Suchocka i jej minister Jaś Rokita.
Problem w tym, że nie udało się przez czas dłuższy, niż parę dni utrzymać obywateli w złudzeniu, że oto przyszedł czas rzekomego wybawienia, że toczy się jakaś walka, że przed nami czas wielkich decyzji i wielkich wyborów. Okazało się, że nie dość, że ministerstwa zostały obsadzone jakimiś kompletnie nieprzygotowanymi, wziętymi z najbardziej ordynarnej łapanki smutnymi typami, których najwyższa ambicja sprowadza się do tego, by pobiegać sobie pod wieczór z Donaldem za piłeczką, to jeszcze ten film jest kompletnie pozbawiony akcji. Nie ma nic. Nie ma treści, nie ma tempa, nie ma aktorów, nie ma nic. Nie ma nawet tej krowy, o której wspominał Zdzisław Maklakiewicz w “Rejsie”.
Więc co pozostaje? Oblepiać tą zużytą plasteliną Pana Premiera. Bo jest znany. Bo podoba się starszym paniom. No i podobno kiedyś ktoś mówił (może nawet on sam), że jest równy facet. Więc wysyła się człowieka do Włoch na narty, pokazuje się do znudzenia jego dzieci i żonę, nasyła się na niego Dodę Elektrodę, by pokazał, jak uroczo się potrafi przytulić, a później i tak wszystko szlag trafia, bo Prezydent poczęstował gościa winem, a ten się schlał, jak dziecko, bo w tym nieustannym stresie kropla alkoholu go zrzuca z nóg i odejmuje rozum.
Więc wydają ciężkie pieniądze, by w majowy weekend pokazał Polakom swe piękne czoło i błękitne wejrzenie, a ten zamiast skorzystać z szansy i pokazać ludziom, że mają do czynienia z kimś, kto czegoś naprawdę chce, nerwowo miętosi i tak już wymiętoszone do bólu dłonie i pokazuje telewidzom coś, co małe dzieci określają słowem fak.
A czas płynie. Ludzie drapią się po skołowanych głowach, PiS pokłada się ze śmiechu, komuniści podskakują z radości, że odkryli drugą szansę. Więc trzeba wyciągnąć coś nowego. Więc dowiadujemy się, że Donald Tusk to wcale nie takie byle co. Że jak był młody, to i marihuanę palił, a nawet się zaciągał, że podobno i chlał. Że z ojcem swoim się żarł. Że Kościoła nienawidził. Może i nawet chuliganił. Jeszcze zdjęcie pokażą, że miał długie włosy.
A tu i tak nic z tego. Bo przede wszystkim wszyscy dobrze wiedzą, że nawet wśród chuliganów trafiają się zwykłe dupki, a na dodatek każdy przepytywany polityk, chwali się przed kamerą, że on też był trudnym dzieckiem i broił na potęgę. A w tej sytuacji, to atrakcyjność Kaczorów, czy Zbigniewa Ziobro, czy Pawła Kowala, czyli ludzi porządnych, zdolnych, inteligentnych i zawsze rozumiejących, co warto, a co nie, natychmiast zaczyna zwyżkować. Bo oni przynajmniej są inni.
Więc, jak już tu wspomniałem, kiedy PR-owcy Donalda Tuska zorientują się, że z tym marihuanowym przekazem udało im się dotrzeć tylko do tych najbardziej zaćpanych użytkowników forum dyskusyjnego onet.pl, pozostanie im, albo zwinąć manatki i zostawić ten smutny rząd swojemu smutnemu losowi, albo podjąć jeszcze jedna próbę poprawienia wizerunku Premiera. Jak? Nie wiem. Ale może być ciekawie
Straszno. Ale ciekawie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.