wtorek, 25 marca 2008

Jak hartują się autorytety

W moim ostatnim wpisie, gdzie próbowałem Robertowi Krasowskiemu z Dziennika wyjaśnić, że jego pretensje do bycia konserwatystą są mocno nieszczere, a nawet jeśli w jego przekonaniu szczere, to niczym nie usprawiedliwione, wspomniałem o Lechu Wałęsie. O człowieku, który nie kiwnąwszy palcem – jedynie dzięki swojej nienawiści – został wyciągnięty z zaułków, do których ludzie poważni nie zaglądają i stał się niekwestionowanym autorytetem.
Dziś chciałem poświęcić swoje refleksje tej właśnie przedziwnej postaci, trochę po to, żeby młodszym uczestnikom Salonu powiedzieć coś, czego mogą nie wiedzieć, starszym nie dać zapomnieć, a poza tym temat sam w sobie jest niezwykle interesujący, więc czemu nie? I nie będę się tu starał tłumaczyć, za co ludzie Wałęsę kochali i za co go kochać przestali, czy słusznie kochali, ani czy słusznie przestali. To temat na inną dyskusję. Przed nami tekst o upadku i powstawaniu autorytetów.
Otóż wypadałoby pamiętać, że dziś funkcjonujący jako właśnie jeden z najwyższych autorytetów nowej Polski Lech Wałęsa, jeszcze nie tak dawno był dla wielu środowisk skupionych wokół tak zwanego establishmentu, publicznym wrogiem nr 1. W latach 1990, 1991 i jeszcze w roku 1992 Lech Wałęsa traktowany był przez ów establishment, czyli przez wszystkie media i przez karmioną medialną odżywką opinię publiczną, jak, nie przymierzając, dziś Antoni Macierewicz, albo ojciec Rydzyk. Przeciętny intelektualista mówiąc o prezydencie Wałęsie używał słowa “cieć”, “pastuch”, “matoł”, albo - to ci z tytułami profesorskimi - “ten elektryk”. Przyznać się przed wykształconym człowiekiem z miasta, że popiera się Lecha Wałęsę było czymś absolutnie dyskredytującym i zupełnie nie na miejscu.
Była jesień 1990 roku i prezydencka kampania wyborcza. Każdy zdrowo myślący człowiek wiedział, że popularność Lecha Wałęsy jest tak ogromna, że nie ma absolutnie żadnej wątpliwości, że to on wygra wybory. Lech Wałęsa przedstawił jasną wizję polityki i wiadomo było, że tylko on może mieć wystarczającą siłę i wolę, żeby Polskę do sukcesu doprowadzić. Tadeusz Mazowiecki, który na początku był autentycznie uwielbiany i w pierwszych miesiącach swojego premierowania miał poparcie ponad 90%, po kilku miesiącach wśród tych samych zdrowo myślących osób budził wyłącznie irytację, a cała nadzieja skupiała się wyłącznie na osobie Lecha Wałęsy. Pamiętam jedną scenę. Stoję na ulicy i rozdaję ulotki wzywające do głosowania na Wałęsę. Nagle podchodzi do mnie dawno niewidziana koleżanka ze szkoły, staje jak wryta i oznajmia mi: “No wiesz! Tego się po tobie nie spodziewałam.” Tak było i takie sytuacje trzeba było znosić każdego dnia..
Kiedy Lech Wałęsa wygrał wybory (jeśli Donald Tusk nie pamięta, premier Mazowiecki – najpopularniejszy premier III RP – po roku urzędowania nie dostał się nawet do drugiej tury) rozpacz elit sięgnęła zenitu. Nie został oszczędzony nikt – ani Solidarność, ani Wałęsa, ani jego ministrowie, ani premier Bielecki, ani ministrowie rządu. Nikt. Poziom wyszydzania zarówno w mediach, jak na ulicach miast, Lecha Wałesy równać się może tylko z tym, co się obecnie wyprawia wokół braci Kaczyńskich.
To już przeszłość. Od tego czasu mit Lecha Wałęsy był różnie przedstawiany przez główny nurt medialny, na ogół krytycznie (nawet Tomaszowi Wołkowi zdarzało się dorzucić swoje trzy grosze) i dopiero dziś to przedziwne ciało, o którym wspominam w moim poprzednim wpisie, którego kształtu, pochodzenia i kompetencji nijak nie umiem zidentyfikować, poinformowało ustami i piórami autorytetów, że Lech Wałęsa jest wielki. Dlaczego jest wielki? Nie dlatego, że zdobył wykształcenie, że zaczął mądrze przemawiać, nie dlatego, że przestał bywać w kościele, nie dlatego też, że przyznał, że kiedyś niewłaściwie potraktował red. Turowicza. Dlatego tylko, że znalazł się po właściwej stronie. Nawet nie musiał się deklarować. Po raz pierwszy od 18 lat, zwyczajnie, w sposób pełny i doskonały stanął po stronie “naszej”.
I to mnie prowadzi do refleksji kończącej te słowa i tak naprawdę refleksji o znaczeniu podstawowym. Gdyby ktoś kiedyś powiedział, że nadejdzie dzień, gdy Wałęsa – sam nie zmieniając jednego gestu – stanie się bohaterem środowisk mainstreamowych w Polsce, nikt by mu nie uwierzył; gdyby ktoś przy tym przewidywał, że dziennikarze głównych telewizyjnych stacji będą rozmawiali z Wałęsą na kolanach, zostałby wyśmiany. Ale jak się okazuje, kuźnia autorytetów może czynić cuda. Jakie to cuda, pokaże jeszcze jedna historia.
Pewien mój znajomy, człowiek wykształcony, oczytany, całe dorosłe życie związany ze środowiskami zbliżonymi do Tygodnika Powszechnego, wierny fan Tadeusza Mazowieckiego i tak zwanych okolic, niedawno bardzo się oburzył, że z lekceważeniem wypowiedziałem się na temat Lecha Wałęsy, “o którym przecież można myśleć różnie, ale to przecież nasz największy żyjący autorytet”. Przypomniałem mu więc, że jako osoba, która głosowała na Wałęsę przeciwko Mazowieckiemu mam prawo go krytykować, bo mnie oszukał. Natomiast on, jako człowiek z którego ust padały przeciwko Wałęsie prezydencie i Wałęsie przewodniczącym związku słowa, które jego autorytetu bynajmniej nie honorowały, mógłby być bardziej uczciwy. Mój znajomy na to: “Przecież ja też głosowałem na Wałęsę”. Co prawda, po chwili okazało się, że owszem, ale tylko przeciwko Kwaśniewskiemu, ale już krótko potem, podczas naszej kolejnej, ostatniej rozmowy, znajomy mój przypomniał sobie “bardzo wyraźnie”, że przecież on na 100% głosował na Wałęsę również w roku 1990! Tylko, że o tym zapomniał.
I to jest właśnie moja końcowa, smutna bardzo refleksja. Przypomina się Orwell i jego Rok 1984: “A jeśli partia powie, że pięć, to ile będzie?” pyta O’Brien, a Winston nie wie... nie wie nic... lecz za chwilkę już wie. Już sobie przypomniał. Już nie ma wątpliwości. Powie co trzeba, pomyśli, co pomyśleć trzeba. Znalazł swój autorytet. I mu zaufał. Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.