środa, 10 marca 2021

O amatorach z cyrklem i czaszką za dwie stówy

 Ponieważ w tych dniach w przestrzeni publicznej pojawiła się opinia, że największym wrogiem kobiety w dzisiejszym  świecie jest Kościół Katolicki, pomyślałem sobie, że na drodze do pełnego już mam nadzieję powrotu do zdrowia, przedstawię Państwu kolejny dawny bardzo tekst, jeszcze z roku 2011, bez specjalnej intencji – ot tak, dla wspólnej rozrywki. O masonach!

 

 

      Miniony weekend spędziłem z panią Toyahową częściowo w naszym ukochanym Przemyślu – który z każdym rokiem coraz bardziej poraża swoją urodą – i na Ukrainie, która jest po prostu Ukrainą. I kropka. Tym razem jednak nie byliśmy we Lwowie, ale tu, bliżej, czyli w Truskawcu, Drohobyczu i Samborze. No i przejechaliśmy się prawdziwą ruską kolejką przez prawdziwe polskie Karpaty… i muszę przyznać, że sięgam pamięcią w minione lata, i trudno mi jest znaleźć wydarzenie i obraz bardziej inspirujące, niż ta właśnie zielona Ukraina sprzed paru dni. Pisałem o Ukrainie parę razy, zawsze wywołując raczej wrogość – i to wrogość obustronną – niż akceptację, a po ostatnim tekście dowiedziałem się wręcz, że jestem zwykłym faszystą. Niestety, wygląda na to, że wszystko, co dotychczas w tym temacie miałem do powiedzenia, zyskało wyłącznie potwierdzenie, i, na domiar złego, jedyne co mogę do tego wszystkiego dodać, moje dotychczasowe refleksje, wyłącznie wzbogaci. A powiedzieć, i to powiedzieć na ten temat wiele, będę, prędzej czy później, musiał.

      Ponieważ wszystko jednak ma swój czas, dziś o Ukrainie nie będzie nic. Co gorsza – dla tych, którzy na coś tu liczyli – tematem dzisiejszej notki będzie coś kompletnie innego, i jeśli w jakikolwiek sposób pierwsze jej zdanie w jakikolwiek sposób może ów temat anonsować, to wyłącznie przez to, że, owszem, za tym wszystkim stoi Przemyśl i te parę spędzonych tam dni. Mam jednak nadzieję, że to co wyjdzie, będzie wystarczająco pikantne. Otóż, trzeba nam wiedzieć, że tam gdzie my mamy swoje w Przemyślu miejsce, telewizji się raczej nie ogląda, natomiast czyta się prasę, a w tym: „Gazetę Wyborczą”, „Tygodnik Powszechny” i „Politykę”. Ostatnio, jak podejrzewam, również „Wprost”, choć tego akurat nie zauważyłem. Nieważne. Jest jak jest, i nie ma co w to w ogóle wchodzić, zwłaszcza że każdy z nas ma tu swoje do opowiedzenia. Jak idzie o mnie, ile razy jestem w Przemyślu, największe tu wrażenie robi na mnie jednak „Polityka”. Gdy idzie o „Gazetę Wyborczą”, żadnych tajemnic nie ma. Wszyscy wiemy mniej więcej wszystko. Podobnie ma się rzecz z „Tygodnikiem Powszechnym”. Każde dodatkowe słowo będzie kompletnie zbędne. Gdyby tam był jeszcze ten „Wprost”, czy „Newsweek”, też moglibyśmy właściwie powtórzyć – i na temat samych tych tytułów i ludzi, którzy czerpią przyjemność w nurzaniu się w każdym z nich – to co już mówiliśmy tyle razy, i sprawę zamknąć. Z „Polityką”, przynajmniej z mojego punktu widzenia, sprawa jest bardziej skomplikowana. Otóż, ile razy mam okazję, to coś brać do ręki, to odnoszę wrażenie, że mam przed sobą najprawdziwszy PRL. Tak jak za starej komuny, mieliśmy do dyspozycji „Trybunę Ludu” i jej lokalne klony, a, jak idzie o tygodniki, to jakieś „Zwierciadło”, „Przyjaciółkę”, „Panoramę”, „Kulturę”, no i właśnie „Politykę”, tak dziś, „Polityka” właśnie robi wrażenie czegoś absolutnie przez upływ czasu nietkniętego. Ani jej nie zamknięto, tak jak tych innych gazet, ani też nie „zreformowano” pod nowe czasy – ona została taka jak była kiedyś, z tym Passentem, Mleczkiem, Grońskim, Czeczotem, Pietkiewicz, Paradowską i całą tą komunistyczną bandą, którą możnaby wymieniać do porzygania, i – gdyby jakoś już nie umarli – to pewnie byliby tam wciąż Toeplitz i Rakowski, i – gdyby nie znalazł sobie innego, lepszego, biznesu – to i Urban.

      A zatem mamy tę „Politykę”, zwyczajne peerelowskie ścierwo, nawet za bardzo nie udające, że proponuje coś nowego, i okazuje się, że jej czytelnikami nie są w żadnym wypadku ci starzy, ledwo przytomni dziadkowie z czerwonymi sztandarami wyciąganymi z garderoby raz na rok 30 kwietnia, lecz kwiat nowej polskiej inteligencji. I to jest dla mnie doświadczenie wręcz degradujące. A degradujące również przez to, ze ja nagle postanowiłem o tym w ogóle pisać. Przyznam szczerze, że czuję się tu trochę tak, jakbym nagle miał się zajmować Jaruzelskim, czy Gomułką. A tu jest jeszcze gorzej, bo ja nie dość, że piszę to co piszę, to jeszcze jeden z tych numerów dość dokładnie przejrzałem, a jeden z tych tekstów przeczytałem w całości. Tyle tylko nadziei, że z tego będziemy mieli za chwilę trochę zabawy.

      Artykuł, który w najnowszym wydaniu „Polityki” zwrócił moją uwagę, choć sam zatytułowany jest skromnie „Pod fartuszkiem”, anonsowany jest w spisie treści tytułem „Masoni rosną w siłę”, i jest oczywiście poświęcony masonerii. Chyba już tu o tym kiedyś wspominałem, ale myślę, że nie zaszkodzi powtórzyć, że bardzo mnie interesuje zjawisko polegające na tym, że przekaz publiczny, taki jaki jest do nas wysyłany – i wcale nie mam tu na myśli „Naszego Dziennika” i okolic – z jednej strony, raz na jakiś czas, podaje nam przeróżne informacje na temat tego, co słychać u masonów, czy to we Francji, czy to w Anglii, czy też i u na w Polsce, a z drugiej każe nam wierzyć, że coś takiego jak masoneria w ogóle nie istnieje, a jeśli ktoś coś na ten temat wspomina, to z pewnością ma coś nie po kolei w głowie. Z jednej strony, któregoś dnia czytamy w „Gazecie Wyborczej”, na przykład, wywiad z jakimś mądralą, anonsowanym jako Wielki Mistrz jakiejś loży, na temat tego, jaka to masoneria jest silna, liczna i wpływowa, a w chwilę później, w tym samym miejscu, ktoś boki zrywa z tego, że gdzieś ktoś coś wspomniał na temat masonów, którzy mają wpływy. Nie mam pojęcia, o co tu chodzi, ale jestem pewien, że nawet jeśli to jest szaleństwo, to z całą pewnością jest w nim nie byle jaka metoda.

      Autor artykułu w „Polityce” na temat masonów, fartuszków i rośnięciu w siłę, niejaki Wawrzyniec Smoczyński, swój tekst podaje bez śladu ironii, możnaby wręcz powiedzieć, że na kolanach przed wielkością tej szczególnej idei. A gdyby komuś, czytającemu te słowa o owych fartuszkach i czarach, przyszło do głowy chichotać, to obok jest też wywiad z samym największym francuskim mistrzem, dodatkowo ilustrowanym bardzo wyraźnym zdjęciem, na którym ten mistrz wygląda jak jakiś, panie, minister, czy nawet prezydent. I nawet mu z ust nic nie cieknie.

       Ale spojrzymy na sam tekst. Oto jego początek: „Długie rzęsy, wysokie szpilki i bezpośredni styl bycia. Na pierwszy rzut oka Eloise Auffret nie różnie się od zwykłej paryżanki. – Do masonerii wstąpiłam dwa lata temu. Jestem czeladniczką w Loży Jedność, należącej do Wielkiej Loży Żeńskiej Francji – mówi 32-letnia kobieta. Czeladnik to drugi stopień wtajemniczenia masonerii błękitnej, pierwszy to uczeń, trzeci – mistrz. Auffret zna hasło i gest rozpoznawczy dla swojego stopnia. W loży może się już odzywać, nie wolno jej tylko głosować”.

      Zanim zaczniemy czytać dalej, patrzymy w górę, a tam duże, kolorowe zdjęcie przedstawiające czyjąś dłoń w białej rękawiczce z młotkiem, przed nią palącą się świecę, obok wypięty brzuch z zieloną szarfą i czerwono-żółtym masońskim fartuszku, a dalej jakiegoś człowieka w garniturze, stojącego pod złotym trójkątem, a wszystko to zanurzone w tak okrutnie zagęszczonej i tandetnej symbolice, że gdyby choć dziesięć procent tego znalazło się w dwudziestej trzeciej części Harrego Pottera, te wszystkie biedne dzieci musiałyby zobaczyć wreszcie, jaka to nędza ta cała Rowling. No i jest podpis pod zdjęciem: „Wnętrze świątyni masońskiej w Dijon. Po lewej: Pulpit pierwszego dozorcy. W głębi stoi czcigodny mistrz”. A zatem już właściwie wiadomo wszystko, a przecież to tylko początek. Czytajmy dalej. „We Francji wolnomularzem można zostać z polecenia innego masona, albo na własny wniosek […]. Najpierw kandydata czeka spotkanie z czcigodnym mistrzem, jedynym jawnym przedstawicielem loży. Następnie [list motywacyjny] czytany jest w loży, a bracia lub siostry głosują. Jeśli list się spodoba, loża przeprowadza dochodzenie na temat adepta, którego wyniki znowu trafiają pod głosowanie. Jeśli kandydat przejdzie i tę próbę, jest zapraszany na posiedzenie pod opaską, czyli z zawiązanymi oczami. Bracia i siostry biorą go w krzyżowy ogień pytań, a potem głosują, czy może zostać przyjęty do loży […]. Wyznaczonego dnia adept stawia się w loży w odświętnym stroju. Najpierw trafia do izby rozmyślań, gdzie przy świeczce i czaszce ma spisać swój testament […]. Już w świątyni adepta czeka rytualna podróż przez cztery żywioły: ziemię, wodę, powietrze i ogień […]. Po zakończonej inicjacji kandydatowi zdejmuje się opaskę i czcigodny pasuje go mieczem na ucznia”. Jak wspomina cytowana przez autora „Polityki” Auffret, przeżyć, jakie w tym momencie następują, nie da się opisać słowami: „To jak poprosić kobietę, by opisała poród”.

      Niestety, ani tu, ani nigdzie później, nie jest napisane, co powinien zawierać ów list motywacyjny, jak też i to, jak wygląda owo dochodzenie w sprawie kandydata, podobnie jak też nie wiemy, jakie to pytania w owym krzyżowym ogniu temu komuś zadają „bracia i siostry”, no i wreszcie, cóż takiego – choćby w najbardziej ogólnym zarysie – może kandydat na masona pisać w tym swoim „testamencie”, kiedy to siedzi przy biurku, na którym blask świecy tak uroczo i dostojnie oświetla czaszkę.

      Oczywiście, możemy też tylko zgadywać, jak wygląda podróż przez ziemię, wodę, powietrze i ogień. Czy to jest tylko tak, że oni tej Auffret przypalają te jej długie rzęsy zapalniczką, a następnie wsadzają jej łeb do jakiejś wypełnionej wodą czaszki, albo może kładą ją do trumny i zakopują w ziemi, czy też ten rytuał jest tak wzniosły, że próba jego opisania jest równie bezcelowa, jak próba opisania porodu?

      Jedno wiemy na pewno. Przynajmniej francuscy masoni, tych czaszek nie wykradają z okolicznych cmentarzy, ale kupują – wraz z fartuszkami i mieczami – w specjalnych sklepach. Za ciężkie pieniądze. Bo honor i zasady francuskim masonom nie pozwalają zamawiać taniego towaru w Chinach. Poważnie. Ja tego nie wymyśliłem.

      Oczywiście, jak wszyscy widzimy, cała ta historia, to czysta kupa śmiechu. Wystarczy sobie wyobrazić, czy to tę kobietę z długimi rzęsami, na szpilkach, czy to tego człowieka o postawie i twarzy ministra, lub prezesa jakiejś gangsterskiej firmy – jedna cholera – jak zakładają te fartuszki i coś tam z zawiązanymi oczami mamroczą do kupionej za paręset euro w sklepie na rogu czaszki, a wszystko w takim uniesieniu, że słowa nie są tego w stanie opisać, żeby już świetnie wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Problem tylko niestety w tym, że zarówno dla nich, jak i dla tego jakiegoś Wawrzyńca Smoczyńskiego, to wszystko jest w najwyższym stopniu poważne. Oni z całą pewnością gotowi są śmiać się z dzieci klęczących ze świecą do Pierwszej Komunii, czy starszych pań ściskających w dłoniach różańcowe krzyżyki, oni są w stanie się nawet śmiać z ludzi robiących znak krzyża na dźwięk nadchodzącej burzy. Oni oczywiście potrafią ryczeć do rozpuku z kolejnego kazania księdza Natanka. Jak idzie o tych wszystkich wypasionych mądrali z milionami na kontach bankowych i tych idiotycznych fartuszkach, snujących się wśród świec, czaszek, trójkątów, i diabli wiedzą czego jeszcze, im już tylko gardła ściska wzruszenie.

       I każdy zdrowo myślący człowiek może zapytać: Co to za cholera? Czy to są jacyś kompletni pomyleńcy, czy może oni faktycznie coś mają na oku? Czy to są ludzie, którzy zupełnie postradali zmysły, czy może każdy z nich, w chwili, kiedy zakłada ten fartuszek i zaczyna coś mamrotać do stojącej przed nim czaszki, czuje taką samą doniosłość sytuacji, jak my, gdy przyjmujemy Najświętszy Sakrament?

      Jedno jest pewne. Trzeciej możliwości być nie może. Oni są albo kompletnie zbzikowani, albo równie kompletnie zaczarowani. Ale, co jest jeszcze ciekawsze, jakkolwiek by na to nie patrzeć, bez względu na to, czy za tym co oni wyprawiają stoi szaleństwo, czy wiara – źródło tego musi być jedno. Mianowicie opętanie. A więc Szatan. A zatem, im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym większą mam pewność, że ta cała masoneria, z tymi czaszkami, fartuszkami, mieczami, trójkątami i szachownicami to najbardziej wyrafinowany satanizm. Taki satanizm, przy którym ten nieszczęsny Nergal ze swoim kumplem sędzią, o którym ostatnio tak dużo rozmawiamy, nie byliby w stanie nawet porządnie sklecić tego wstępnego podania o przyjęcie na adepta.

       Koś mi powie, że nie warto było pisać tych niemal już czterech stron, by na końcu stwierdzić coś tak oczywistego. Że masoneria to satanizm. Może i tak. Są jednak dwa powody, dla których jednak ten tekst tu zamieszczam. Pierwszy to taki, że, gdy się zastanowić, to żaden z dotychczasowych wpisów na tym blogu nie traktował o sprawach mniej oczywistych, niż ta dzisiejsza. Jeśli się zastanowić, to wszystko co tu powstaje, w ten czy inny sposób jest oczywiste w sposób modelowy. Ktoś kiedyś zresztą powiedział – a ja się z tym mogę chętnie zgodzić – że ja tu zamieszczam najbardziej proste i nudne prawdy, tyle że podane tak, że można się przy tym albo pośmiać, albo powzruszać. Otóż tak to właśnie jest i tak ma być.

      Ale jest jeszcze jeden powód dla tego, że nie dość że wziąłem do ręki ten numer „Polityki”, nie dość że przeczytałem ten tekst, to jeszcze zatruwam nim ludziom czas. Mam bowiem wrażenie, że jest coś, co warto przy tej okazji powiedzieć bardzo stanowczo. Jeśli w tym wszystkim nie chodzi o zniszczenie Boga i stworzenie świata bez religii, ale tylko i wyłącznie wpuszczenie tu demona – a wszystko na to, musimy się zgodzić, wskazuje – to oni mogą równie dobrze zacząć od dziś te swoje świątynie przerabiać na kawiarnie. Bo religia to w żaden sposób nie jest pole, na którym oni wykazują jakiekolwiek kompetencje. Oni mogą się do tego swojego demona modlić cały boży rok, a i tak jedyny tego widoczny efekt będzie taki, że jeden dureń podrze Pismo Święte, drugi określi ten gest, jako działalność artystyczną, a trzeci powie, że chrześcijaństwo to sekta.




 

wtorek, 9 marca 2021

Sznurek i kulka, czyli Bóg się rodzi, moc truchleje

 

Dzięki Bogu, wiele wskazuje na to, że powoli dochodzę do siebie i jeszcze parę dni, a ożyję całkowicie. Chodzi mi po głowie kilka tematów, którym chętnie bym poświęcił czas, natomiast gdy chodzi o siły, to już nie tak bardzo, a zatem, spróbuję zaproponować dziś Państwu naprawdę piękną historię jeszcze z roku 2010, która po tych wszystkich latach robi wrażenie może jeszcze bardziej aktualnej niż kiedykolwiek wcześniej. Bardzo polecam i życzę dobrych wrażeń.

 

       Kompletnie nie mam pojęcia, dlaczego moje najmłodsze dziecko, kiedy jej to opowiadam, śmieje się ze mnie i informuje, że musiało mi się coś przyśnić i teraz już tylko miesza mi się fikcja z rzeczywistością. Nie rozumiem tego, bo przede wszystkim, moim zdaniem, dzieci powinny szanować swoich ojców, a nie wmawiać im, że mają pomieszane w głowie, a poza tym, moja historia, choć, owszem, dość szczególna – nieszczególnych, jak już czytelnicy tego bloga zauważyli, tu raczej nie ma – wcale nie jest aż tak egzotyczna, by trudno było w nią uwierzyć. A stało się tak, że jeszcze zanim zaczęła się ta zima na dobre, a więc zanim spadł pierwszy śnieg, któregoś ranka, jak zwykle, poszedłem z urodzinowym psem wspomnianej już mojej córki do parku na spacer. Jak mówię, śniegu jeszcze nie było, natomiast zrobiło się już zdecydowanie zimniej, i na trawie, na drzewach i na ławkach leżał szron. Pewnie dlatego, że było dość zimno i jakoś ponuro, park był raczej pusty i w polu widzenia mieliśmy właściwie tylko siebie. On mnie, a ja jego.

      Kiedy w parku jest pusto, uczucia mam mieszane. Z jednej strony, cieszę się, bo wiem, że mogę bezpiecznie spuścić psa ze smyczy, nie ryzykując, że jego nieskończenie przyjazna natura każe mu potraktować inne osoby jak najbliższych przyjaciół, i tym samym wprowadzić mnie w stan poważnego zakłopotania. Gorzej, że nie ma ładnych dziewcząt z psami, z którymi można pogawędzić, a przecież dla kogoś w moim wieku, okazja do zamienienia paru uprzejmych słów miłą dziewczyną, stanowi zawsze bardzo sympatyczną odmianę. Zresztą, wcale nie musi chodzić tylko o dziewczyny. Nie wiem, na ile jest to wiedza powszechna, ale fakt jest taki, że ludzie, których spotkać można w parku przed południem, kiedy spacerują ze swoimi psami, to w ogóle najczęściej bardzo mili ludzie. A więc, kiedy się od czasu do czasu kogoś spotka, bywa dobrze.

      Tym razem, jak mówię, w powietrzu było zimno, wszędzie dookoła leżał szron, powietrze zanurzone było w lekkiej mgle, a wokół nie było nikogo. W pewnym momencie w oddali zauważyłem chłopca z psem. Mówię „chłopca” na podobnej zasadzie, jak marszałek Ewa Kopacz mówi „chłopiec” o swoim idolu Palikocie, a więc jak ktoś, dla kogo w pewnym momencie życia nawet osoby już mocno dorosłe stają się wyłącznie chłopcami, czy dziewczynami. Ale, owszem, był to człowiek dość młody, z dużym, białym, kudłatym psem, możliwe że Husky. Szli sobie daleką alejką i wyglądali razem naprawdę bardzo ładnie. W pewnym momencie, chłopak zatrzymał się przy jednej z ławek i najwyraźniej zaczął coś na niej pisać palcem. To znaczy, oczywiście, nie po samej ławce – no bo jak? – ale po pokrywającym ją szronie. Po chwili ruszył dalej i zniknął nam z oczu. A my przez chwilę jeszcze potarzaliśmy się po oszronionej trawie, obsikaliśmy parę patyków, a ja sobie pomyślałem, że pójdziemy w stronę tej ławki i zobaczę, co on tam uznał za stosowne nam powiedzieć.

      Powiem uczciwie, że jako ktoś, kto zdecydowanie woli się trzymać z dala od wszelkich ekscesów, nie bardzo mam też zaufanie do ludzi, którzy od czasu do czasu czują w sobie impuls, by wziąć i napisać coś na murze, czy w ogóle gdziekolwiek, na zasadzie opisanej wyżej. Nie wiem, z czego to wynika, ale wydaje mi się, że człowiek, który ma wszystko starannie poukładane w głowie i mniej więcej stara się kontrolować sytuację, nie znajduje w sobie potrzeby do tego typu pustych demonstracji. No bo co można napisać na murze? Zwłaszcza podczas porannego spaceru ze swoim psem. „CHWDP”? „Jebać Ruch”? „Kocham Monikę”? A może coś kompletnie niezrozumiałego, ale za to w jakimś oryginalnym bardzo kształcie, tak jak to robią młodzi hip-hopowcy? A więc szedłem w stronę tej ławki, z jednej strony z pewnym zaciekawieniem, a z drugiej – zdecydowanie bez większych nadziei. W pewnym momencie, pomyślałem nawet sobie, że coś mi się zdawało, i pewnie ten chłopak nic tam nie napisał. I proszę sobie wyobrazić, że wcale mi się nie zdawało. Na tym pokrywającym ławkę w moim parku szronie widniał, bardzo starannie, bardzo porządnie, równo i elegancko, wymalowany dużymi literami napis: „TUSK ZDRAJCA POLSKIEGO NARODU”.

      Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili mogą się tu pojawić niemal wyłącznie dwie reakcje. Jedna, ze strony wszystkich tych, którzy premiera Tuska nie szanują i mają ku temu swoje jak najbardziej określone powody, polegająca na pełnym poparciu dla tego niezwykłego, w tych – że zacytuję klasyka – okolicznościach przyrody, gestu, a druga, ze strony tych wszystkich, którzy twierdzą, że aby nazwać Tuska zdrajcą, trzeba najpierw mocno zwariować, z pełnymi tej wiary konsekwencjami. Jak idzie o mnie, to ja przede wszystkim, naturalnie, odczuwam w stosunku do tego chłopaka wyłącznie sympatię, niemniej, w pewien bardzo szczególny sposób, czuję też coś na kształt strachu. Zwyczajnego strachu. Bo, proszę sobie uświadomić, że jeśli tylko zachowamy w sobie przekonanie, że coś takiego jak zdrada narodu w tych szczególnie posuniętych czasach w ogóle jeszcze istnieje, tak naprawdę stoimy wobec dwóch tylko możliwości. Albo Donald Tusk w istocie jest zdrajcą, a wtedy – szczególnie biorąc pod uwagę fakt owej nieprawdopodobnej wręcz bezsilności, w jakiej musimy się poruszać my wszyscy, w tym też wyżej wspomniany chłopak – to że on sporządził ten napis na szronie, nie dość że stanowi z jego strony gest słuszny i wierny prawdzie, to wręcz konieczny. Jeśli nie – to nie ma o czym gadać, a ten tekst jest kompletnie pozbawiony sensu.

      Otóż ja uważam, że tak, Donald Tusk, ale także większość członków jego rządu – i tego i poprzedniego – większość dziennikarzy, większość publicznych i medialnie wpływowych osób, popierających projekt o nazwie Platforma Obywatelska, sam Prezydent i jego współpracownicy – to są wszystko zdrajcy polskiego narodu. I nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości. Wiem też jednak oczywiście, że dziś, gdy takie słowa jak wierność, miłość, prawda, uczciwość, oddanie, poświęcenie, wiara – można by wymieniać – praktycznie straciły swój pierwotny sens, również zdrada stała się czymś, co tak naprawdę nie wiadomo już, czym w istocie jest. A do tego jeszcze, nawet jeśli uznamy pojęcie zdrady za wciąż jakoś tam obowiązujące, to już z całą pewnością nie będziemy mogli się zgodzić z równie pierwotnym, jak samo to pojęcie, postulatem, by zdrada wobec Państwa i Narodu była traktowana jak najbardziej okrutna zbrodnia. No bo w końcu, czym jest Naród? Czym jest dziś Państwo?

      Żyjemy w czasach rozpasanego tak zwanego humanizmu, gdzie człowiek jest bytem absolutnie najwyższym, a przez to właśnie, że jest bytem najwyższym i całkowicie niezależnym od wszystkiego co poza nim, ma prawo zarówno do swojej wielkości, jak i swojego upadku. W końcu, jak to wie każde dziecko, w życiu, jak to w życiu – raz jest z górki, raz pod górkę. Poza tym, jak wiemy z telewizji, ludzkie życie jest tak niezwykle skomplikowane, że w efekcie człowiek nie ma wpływu na nic, i jeśli zdarzy nam się coś nieoczekiwanego, często nie jest to nawet nasza wina, lecz wina zwyczajnego zbiegu okoliczności. W dzisiejszym więc świecie, jeśli nawet przyjąć, że taki Donald Tusk istotnie zdradził Polskę, to jest naprawdę wystarczająco dużo kar, w tym udzielenie mu obywatelskiej nagany, by nie trzeba było się uciekać do tak drastycznych rozwiązań, jak sznur na szyję, czy kula w łeb. Przecież on tak naprawdę jest tylko zwykłym człowiekiem. Tak jak my wszyscy. To zaledwie jeden z nas. Z żoną , dziećmi, przyjaciółmi, marzeniami… A tu nagle jacyś dziwni ludzie chcieliby go narażać na tak ciężką nieprzyjemność jak sprawiedliwa kara.

      Otóż, z mojego punktu widzenia, sprawa jest bardzo jasna i czytelna. Przede wszystkim, nikt Donaldowi Tuskowi – podobnie jak jego ministrom, Arabskiemu, Sikorskiemu, czy Kopacz – nie kazał brać na siebie odpowiedzialności za sprawy tak poważne i kluczowe, jak losy Narodu i Państwa. Podobnie, każdy z nich miał okazję żyć w czasach, kiedy o Polsce mówiło się wyłącznie z należnym nabożeństwem, i jeśli każdy z nich nagle doszedł do przekonania, że to wszystko jest jednak strasznie nudne i głupie, to – przepraszam bardzo – ale nie ma litości. Jeśli oni wszyscy, jeszcze przecież nie tak dawno, mieli świadomość tego że obraz – jakże okropnie absurdalny – polskiego samolotu, gnijącego w przemieszanej z rosyjskim błotem polskiej krwi na obcej ziemi, bez należnej pamięci i należnego szacunku, jest czymś absolutnie horrendalnym, a dziś – z sobie tylko wiadomych względów – doszli do przekonania, że jest akurat wręcz odwrotnie, że to wszystko jest warte jedynie śmiechu, lub irytacji – to znaczy, że dla nich nie ma już litości. Dla nich należałby się najpierw już tylko porządny sąd, a potem sznur, lub kula w łeb. Choćby ze względu na pamięć o tych, co dla Polski, jeszcze w czasach podstawowych wartości, oddali życie.

      No ale niech będzie, że czasy faktycznie się zmieniły. Że skoro nawet nie można jak należy powiesić zwykłego, okrutnego mordercy – bo albo na to nie pozwala nowa cywilizacja, albo niezgłębione serce Ojca Świętego – to trudno sobie wyobrazić, by świat miał się brać za jakichś Bogu ducha winnych bałwanów, których, czy to dzieje, czy też ich rozbuchane ambicje, rzuciły tam, gdzie oni dziś są, a gdzie jest i trudno i niebezpiecznie. No więc dobra - niech sobie używają swojego nędznego życia. Ale skoro tak, miejmy przynajmniej odrobinę zrozumienia dla ludzi – młodych, kurcze, bardzo – którzy wstają rano z łóżka, by wyprowadzić psa na spacer, idą z nim do parku, chodzą sobie między drzewami, krzakami i alejkami, i nagle – być może wyłącznie po to, by im z tego wzruszenia nie pękło serce – napiszą palcem na zaszronionej ławce słowa prostej, zwykłej prawdy.

 


niedziela, 7 marca 2021

Czy przeciętny profesor uniwersytetu może być głupszy od przeciętnego psa?

Z jednej strony, przerwa, jaką musiałem przeznaczyć na chorowanie, okazała się dłuższa od spodziewanej, z drugiej jednak strony, cały ten COVID to zaraza, której nikomu nie  życzę i ostatecznie mogę sie tylko cieszyć, że mija pierwszy tydzień choroby, a ja właściwie dziękuję Panu Bogu, że to się chyba faktycznie już kończy i to kończy prawdziwym hukiem.  Trzeba Państwu wiedzieć, że opieka, jaką Polskie Państwo obejmuje chorych na COVID, organizacja tej opieki, bieżące monitorowanie stanu zdrowia, to coś, czego osobiście ani nie przeżyłem, ani się przeżyć nie spodziewałem. Co trzy godziny, od rana do wieczora, mam raportować swoje samopoczucie, w bezpośredniej rozmowie z przedstawicielem służb, co oczywiście czyniłem chętnie i starannie przez 6 dni, tyle że wczoraj wieczorem nagle zachciało mi się dość wcześnie spać i nie odebrałem telefonu z Centrali. Nie minęła godzina, jak pod nasze okna podjechała straż pożarna oraz policyjny radiowóz, i do naszych drzwi zapukali jedni i drudzy, żeby sprawdzić czy ja przypadkiem nie umarłem, albo przynajmniej do umierania się nie wybieram. Trzech policjantów, trzech strażaków – to było coś, czego nawet nasz kochany labrador nie wytrzymał, i uciekł z piskiem podkulając resztkę ogona. W sumie jednak było bardzo sympatycznie, panowie pomachali mi z daleka, życzyli „zdrówka” i sobie poszli. A ja poczułem autentyczną moc.

Ponieważ dziś czuję się już właściwie dobrze, pomyślałem, że wrzucę najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, napisany jeszcze przed testem, trochę w temacie sprzed tygodnia, , warty każdego słowa. Zapraszam i do zobaczenie, może jutro, a może jeszcze za chwilę. 

 

 

 

          Zdaję sobie sprawę z tego, że sprawa jest na tyle niepoważna, że kiedy felieton ten trafi do    kiosków, nikt może o niej niej nie pamiętać, ja jednak chciałbym jej poświęcić dzisiejsze refleksje, ponieważ moim zdaniem z paru względów wiąże się ona z czymś, na co powinniśmy mieć oko. Otóż, jak wiemy, „Gazeta Wyborcza” opublikowała tzw. Taśmy Obajtka, i choć dziś już właściwie wszyscy zgodnie twierdzą, że pieniądze jakie oni wydali na to swoje śledztwo, równie dobrze mogli przepuścić na dziwki, dragi i alkohol, to przyznajmy, że towarzystwo, które tak naprawdę nadaje sens ich trwaniu, trzyma się mocno i wygląda na to, że kiedy ono będzie znikać z powierzchni Ziemi, to w tym samym stanie obłąkania, z jakiego ono się nam dało poznać lata temu. Oto popularna pisarka Manuela Gretkowska, komentując na Facebooku doniesienia na temat tego, że prezes Obajtek dotknięty jest tak zwanym Zespołem Tourette’a, jego chorobę nazwała dowcipnie Zespołem Taboreta, a nazwisko Obajtek równie dowcipnie zmieniła na Osrajtek. Nie trzeba wspominać, że popis Gretkowskiej wywołał wśród jej fanów autentyczny entuzjazm, gdzie deklaracje typu „kocham Panią” należały do tych bardziej wstrzemięźliwych.

        Gdyby ktoś uznał, że Gretkowska to upadła kobieta, którą poważni ludzi nie powinni się zajmować, śpieszę poinformować, że już chwilę później na tym samym Facebooku specjalne oświadczenie opublikowało tak zwane Polskie Stowarzyszenie Zespołu Tourette’a, jednak nie po to, by sprzeciwić się wyszydzaniu owej choroby przez tak zwane polityczne i obywatelskie autorytety, ale żeby wyrazić swoje oburzenie tym, że pospolite chamstwo jakim się 15 lat temu popisał Daniel Obajtek, próbuje się łączyć z cierpieniem osób autentycznie chorych. Oświadczenie tych państwa natychmiast oczywiście zostało w całości opublikowane przez Onet, wywołując kolejną falę komentarzy.

        Nie wiem, co ma z tym wspólnego Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza, ale jego prezes, niejaka Agata Stremecka pochwaliła się, tym razem na Twitterze, że ona sama „klnie jak szewc”, jest z tego bardzo dumna, no a Orlen powinien zostać natychmiast sprzedany prywatnemu inwestorowi.

        No i  kiedy wydawało się, że już nic więcej ciekawego nas nie spotka, gruchnęła wiadomość, że gdzieś w Polsce jakaś wariatka wjechała swoim BMW na stację Orlenu i po dokonaniu ciężkich zniszczeń uciekła policji. Na opublikowanym w sieci nagraniu widzimy policjantów jak bezskutecznie próbują ją zatrzymać i dalej już tylko znajdujemy komentarze, że Polska Policja to banda tępych nieudaczników, którzy zamiast samochód przykładnie ostrzelać, postanowili się skompromitować.

       A ja proponuję byśmy zobaczyli może najpierw jak do owej demonstracji odniesie się tak zwany niezawisły sąd, no i jak by się do niej odniósł, gdyby tej pani podczas akcji cokolwiek się stało. No i najważniejsze, skoro już postanowiliśmy uznać, że policjanci to banda głupków,  pomyślmy, jaka na poziomie intelektualnym jest różnica między policjantem, a politykiem, pisarzem, dziennikarzem, czy profesorem uniwersytetu.

 



poniedziałek, 1 marca 2021

Psy

 

Jak pewnie część z nas zauważyła, od paru dni nie pojawiło się tu nic nowego, a ja już śpieszę wyjaśniać, że to przez to, że się pochorowałem i pisać mi się zwyczajnie nie chciało. Dalej zresztą czuję się byle jak, a jeśli dziś jednak piszę, to dlatego, że po pierwsze nie chcę zwlekać przez kolejne dni, no a po drugie zrobiła na mnie wrażenie afera z z tą wariatką w BMW, która spokojnie demolowała stację Orlenu, a obecni na miejscu policjanci, zamiast użyć broni, bezradnie się jej przyglądali. I dziś z tego wszystkiego pozostało już tylko szyderstwo z psów – tępych, głupich psów. No a w tej sytuacji przypomnieć pragnę swój kolejny stary tekst, o psach właśnie. Bardzo proszę.

 

 

W cudownym komiksie dla dzieci Charlesa M. Schultza zatytułowanym Peanuts, a w Polsce znanym jako Fistaszki, jest taka scena jak pada deszcz, i Linus w desperacji postanawia wypowiedzieć zaklęcie : „Rain, rain, go away, come again some other day”, i … deszcz w jednej chwili przestaje padać. W pierwszej chwili chłopczyk jest zaledwie zaciekawiony, ale kiedy przy kolejnej próbie, sytuacja się powtarza, wpada w panikę i zaczyna płakać, że on z pewnością jest czarownicą i kiedy świat się o tym dowie, to go spali. Przychodzi Lucy i oczywiście nawet go nie próbuje pocieszać. Wręcz przeciwnie, bardzo ją to bawi i wciąż mu każe powtarzać eksperyment. No a on płacze. Taka to historyjka.

Przypomniała mi się ona wczoraj, kiedy włączyłem tefauenowskie Fakty i pokazała się informacja z mojego punktu widzenia absolutnie porażająca. Otóż, jak się okazuje, pewien policjant został zelżony przez chuliganów słowami ‘pies’ i ‘pała’, poczuł się obrażony i podał ich do sądu o znieważenie. W odpowiedzi, sąd – TVN puścił odpowiednią wypowiedź rozbawionego sędziego – ogłosił, że słowa ‘pies’ i ‘pała’ nie obrażają, że pretensje policjanta są nieuzasadnione, i sprawę oddalił. TVN w związku z tym przygotował dłuższy reportaż, w którym tak jak tylko ci ludzie potrafią, z jednej strony całą sytuację wykpił, zamienił ją w cyrk i zabawę, a z drugiej zasugerował, że niech policjanci się uspokoją, bo im się od tego dobrobytu już w głowie przewraca. Żeby udowodnić swoją tezę, że wszystko to głupstwo i bzdura, dziennikarze TVN-u pokazali, jak to język polski potrafi być giętki i, gdy trzeba, potrafi najróżniejsze pojęcia zastępować opisem zastępczym. Że na przykład na adwokatów mówi się ‘papugi’ – w tym momencie na ekranie pojawił się odpowiedni ptak – a oni w ogóle nie mają o to pretensji. Na kontrolerów ludzie mówią ‘kanar’ i w tym momencie puszczono wypowiedź jakiegoś kontrolera, i ten powiedział, że jemu to w ogóle nie przeszkadza. I tak po kolei, wyciągano z przepastnych kieszeni języka polskiego jakieś nic nie znaczące epitety i próbowano dowodzić, że w gruncie rzeczy, to wszystko jest nieważne. Na końcu, zaprezentowano jakąś panią z miotłą, którą ona sobie włożyła między nogi i zaczęła z nią wywijać fikołki, a następnie kazano jej powiedzieć, że ona jest cieciem i uważa, że tak jest w porządku. Dla podsumowania całego wywodu, wrócono do ‘psa’ i ‘pały’ i wesoły komentator powiedział, że wprawdzie ‘pies’ to nic takiego, bo to miłe zwierzę, natomiast ‘pała’, faktycznie, może brzmieć niemiło, zwłaszcza w ustach jakiegoś „buraka”. No ale z drugiej strony – w tym momencie na ekranie pojawił się prawdziwy burak – czy na buraka wolno powiedzieć „ty buraku”? Chyba nie. Lepiej może „ty barszczu”. I zobaczyliśmy talerz z zupą. Koniec. Śmiech.

Czemu mnie ten reportaż poraził? Przede wszystkim dlatego, że ja sobie od razu pomyślałem o tym policjancie, który chcąc zapewnić nam jakiś spokój i porządek, zatrzymał paru bandytów, a kiedy oni nazwali go ‘psem’, on poczuł się dotknięty i zgłosił tę sprawę do prokuratury. Jestem głęboko pewien, że gdyby on – ten policjant – był rzeczywiście kimś takim, jakim go opisuje kultura popularna, machnąłby na tego ‘psa’ ręką. A dla lepszego samopoczucia ruszył by w miasto, tu by komuś wpieprzył, tu by od kogoś wziął łapówkę, kupił sobie flaszkę i wypił po pracy. On natomiast, czując się, jak najbardziej słusznie, funkcjonariuszem państwowym, uznał, że są rzeczy ważniejsze niż jego ból czy obojętność. Że tu chodzi o szacunek do państwa. On zresztą najprawdopodobniej, tak jak my, ogląda w telewizji amerykańskie filmy o policjantach i wie, że tam, w jakimś Teksasie czy Nowym Jorku, kiedy policjant mówi, że podejrzany ma położyć ręce na kierownicy, następnie lewą ręką powoli sięgnąć do stacyjki i wyjąć kluczyki, następnie te kluczyki wolnym ruchem mu podać przez uchylone okno, to on nie żartuje, a ostatnią rzeczą jaką zatrzymany kierowca może zechcieć zrobić, to mu powiedzieć – „Ty psie”. I biedny, pomyślał, że w Polsce też pewien cywilizacyjny zapis obowiązuje.

To pierwszy powód. Drugi natomiast jest taki, że zarówno sąd, jak i redaktorzy TVN-u – stacji bądź co bądź bardzo ważnej i wpływowej - w konflikcie między wspomnianymi bandytami, a policjantem, którego oni nazwali ‘psem’ wzięli stronę bandytów. Jedyne wytłumaczenie tego zachowania jakie mi przychodzi do głowy, to takie, że oni najprawdopodobniej sami, mrowiąc o policji, używają epitetu ‘psy’. Mam bardzo mocne podejrzenie, że zarówno redaktor przygotowujący ten reportaż, podobnie zresztą jak wcześniej słuchany sędzia, i tak samo jak cały w najszerszym znaczeniu tego słowa tefaunowski establishment, policji bardzo nie lubią, policją pogardzają, z policjantów szydzą, a jak o nich wspominają, to nie tylko używają słowa ‘psy’, ale do tego jeszcze dodają przymiotnik ‘jebane’. Dlaczego? Znów z dwóch powodów. Przede wszystkim, większość z nich, czy to duchowo, czy faktycznie, tkwią wciąż w Polsce peerelowskiej i kiedy myślą o policjantach, widzą przed sobą milicjanta z pałą, a to co słyszą, to tylko kawały o „psie z dwoma chujami”. Dla nich policja, podobnie jak wojsko, ojczyzna, patriotyzm, państwo, ład, flaga, Kościół, to są symbole PRL-u i oni o tym wszystkim nawet nie chcą słyszeć. Druga, jak mi się zdaje, przyczyna tego typu podejścia ma już bezpośredni związek z tym co się dzieje dziś. Oni zdecydowanie muszą czuć, że policjanci są bardzo niepewnym elementem tego, co im przeszkadza dobrze i bezpiecznie egzystować. Oczywiście, póki co, policja jest posłuszna. Jak trzeba zabezpieczyć mecz – to na policję można liczyć. Jak się im powie, żeby postawili barierki na Krakowskim Przedmieściu, to je postawią, a nawet sami zgodzą się tam postać, jak ma iść jakaś demonstracja Solidarności, to oni pomogą powstrzymać bardziej energiczny atak. Z drugiej jednak strony, świetnie zdają sobie sprawę z tego, do jakiego stanu doprowadził polską policję system, który oni wspierają i tworzą. Oni wiedzą, że policjanci, podobnie jak nauczyciele, górnicy, robotnicy w najróżniejszych firmach produkcyjnych, inne branże mundurowe, cierpią tę sama biedę i w ten sposób tworzą tę drugą Polskę. Polskę której oni nienawidzą, która jest im obca, a której na codzień się boją. Parę dni temu w dodatku, widzieli ich, jak protestują pod ich urzędami w Warszawie i jestem pewien, że na ten widok zalewała ich krew.

Co ma do tego Linus z jego niefortunnym zaklęciem? Otóż ja parę dni temu, kompletnie nie mając pojęcia, że gdzieś w Polsce jakiś policjant poczuł się obrażony przez paru bandytów, a polski sąd mu powiedział, żeby spadał na drzewo, napisałem tekst własnie o tym, jak to dzisiejsza Polska, Polska, którą nam ufundował ten bezwzględny i niszczący System, systematycznie niszczy nasze państwo. Jak to najpierw kompletnie rozbito władzę z jej autorytetem, rządzenie sprowadzono do czegoś, co nazwałem „wiecznymi wakacjami”, a całość odpowiedzialności za życie publiczne scedowano na skorumpowane i niekompetentne samorządy, zlikwidowano wojsko, a teraz próbuje się zdemolować policję. Pisałem więc o tych ‘psach’ i o tych ‘palach’ i apelowałem, żebyśmy chociaż nie dawali się wciągnąć tę brudną grę. I oto zaledwie po paru dniach, System pokazuje nam otwarcie i oficjalnie, co on na ten temat myśli. Tak otwarcie i tak oficjalnie, że gdyby któregoś dnia TVN swoje logo przyozdobił znaczkiem CHWDP, naprawdę niewiele by to zmieniło. A więc, czyżbym był czarownikiem???

Chyba jednak nie. Deszczem naprawdę nie jest łatwo kierować. Podobnie jak mgłą, choć akurat tu podobno zaobserwowano pewne postępy. Co do naszego życia politycznego, nie trzeba być cudotwórcą, żeby widzieć ich wszystkie czyny i zamierzenia, jak w kalejdoskopie. To naprawdę żadna sztuka. Człowiek się budzi rano i jeśli tylko nie jest nieprzytomny po minionym wieczorze, słyszy każdy ich krok. Każdy oddech. Widzi każdy cień. I wie że nic go już nie zaskoczy.



 

piątek, 26 lutego 2021

O władzy pierwszej i jedynej

 

Ponieważ jest piątek, do kiosków trafił kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim i mój felieton. Tym razem o władzy pierwszej z wielu. Zapraszam.

 

Jak pewnie większość z nas wie, były prezydent Stanów Zjednoczonych został przez zarząd Twittera dożywotnio zablokowany, co – tu wyjaśnienie dla części mniej zorientowanych czytelników – oznacza, że on akurat od dziś do końca świata nie będzie mógł, jako Donald Trump, aktywnie korzystać z owego medium. Czy dotychczas ktokolwiek – a mam tu na myśli oczywiście wszelkie inne komunikatory – zdecydował się na tego typu gest w stosunku do kogokolwiek, nic mi nie wiadomo, podejrzewam jednak, że nawet jeśli, to nie mieliśmy do czynienia z kimś choćby w jednym procencie w randze byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jest dziś jednak tak, że oto właśnie Donald Trump dowiedział się, że w kwestii komunikowania się ze światem przy pomocy Twittera, będzie on mógł przekazywać swoje komunikaty wyłącznie jako Józef Nowak z Pułtuska. A wszystko przez to, że okazał się starym kłamcą, co w Internecie, jak wiemy, jest przestępstwem wręcz niewyobrażalnym.

       My tu oczywiście wiemy, dlaczego oni wzięli się akurat za Donalda Trumpa, zwłaszcza gdy jasne jest, że to właśnie on tak naprawdę wygrał ostatnie wybory i poparcie dla niego może już tylko z każdym rokiem rosnąć, nas natomiast interesuje dziś coś nie do końca związanego z Trumpem i sytuacją w jakiej się znalazły Stany Zjednoczone, a mianowicie to, jak bardzo, ni stąd ni z owąd, media stały się do tego stopnia pierwszą władzą, że ich właściciele doskonale zdają sobie sprawę z tego, że bez nich żadne, choćby najbardziej niewinne kłamstwo, się nie uchowa. W ostatnich latach widzą bardzo wyraźnie i oni, ale przy okazji również my, że bez wsparcia mediów, ani nie utrzyma się jakakolwiek władza, ani żadna nowa władza nie powstanie.

        Gdy chodzi o nas, dziś przez Polskę przewala się fala walki o tak zwane „wolne media”. Napięcie jakie się w związku z tą awanturą wytworzyło, wskazuje bardzo jasno i wyraźnie, że tak naprawdę nie ma znaczenia ani COVID, ani 500+, ani trzynasta czy czternasta emerytura, ani sukcesy polskiej gospodarki w dobie pandemii, ale jedynie to, kto będzie kontrolował ogólnopolskie media, które, jak wiemy dzielą się na RTV oraz całą resztę, i że jeśli ów podział zostanie zachowany, to nie ma takiej siły, by Polskie Państwo się choćby zachwiało.

       Osoby czytające ten felieton zdają sobie sprawę z nędzy oferty publicznej telewizji, a zwłaszcza jej propagandowego ramienia w postaci TVPInfo. Wielu z nas zapewne myśli też sobie, że tak dłużej ciągnąć się nie da i jeśli natychmiast nie wyrzucimy prezesa Kurskiego i nie zastąpimy go kimś bardziej stonowanym, to Polska na tym wyłącznie straci. Otóż nie. Polska nie dość że straci, ale przestanie istnieć, jeśli nie daj Boże stracimy publiczne media, bo wówczas okaże się, że zostanie nam naprawdę już tylko Twitter, no i oczywiście – z owych bardziej poważnych nadawców – Onet.



środa, 24 lutego 2021

Czy żona Hioba była ateistką?

 

       Niedawno na Twitterze pewien ksiądz zwrócił się do pojawiających się tam od czasu do czasu osób, przedstawiających się tam jako ateiści, z pytaniem czemu oni, deklarując swoją niewiarę w Ewangelię, tak strasznie wciąż chcą na jej temat dyskutować. Nie ogłosić swój brak wiary, nie zadać pytanie, nie prosić o wyjaśnienie jakiejś zagadki, ale dyskutować. I też nie dyskutować na temat prawdopodobieństwa tego co jest w Ewangeliach przedstawione, braku naukowych podstaw dla owych przedstawień, ale przedstawiać egzegezę zawartych tam treści, czy wręcz kwestionować sam zawarty w nich przekaz. Nie muszę chyba mówić, że na apel Księdza zareagowały dziesiątki chętnych do dalszej dyskusji osób, tyle że niemal każda z nich albo uznała za stosowne poinformować kogo się tylko da, że Kościół Katolicki w Polsce to gniazdo żmij gwałcących małe dzieci i terroryzujących społeczeństwa swoimi fobiami, albo jak najbardziej zarzucić księżom zdradę wypełniającego Ewangelię przesłania miłości. I znów, nie mogłem nie zauważyć, by ktokolwiek stanął z podniesioną głową i powiedział na przykład, że potrzebuje dyskutować na temat tego, co jest napisane w Piśmie Świętym, bo nie może znieść tego jak świat oszalał i bezsensownie przyjął kłamstwo, na którym owo Słowo jest oparte.

        Czytałem przez dwa ostatnie dni znaczną część wspomnianych wystąpień, niekiedy próbując nawet temu czy owemu z ich autorów zwrócić uwagę na szaleństwo w jakim oni są pogrążeni i w pewnym momencie któryś z nich poinformował mnie, że on, wbrew temu, co mi się zdaje, znakomicie się orientuje zarówno w tym co jest napisane w Piśmie Świętym, jaki i w Katechizmie Kościoła Katolickiego i że jeśli chcę, mogę go przeegzaminować. A ja najpierw zwróciłem uwagę, że żaden porządny egzamin nie wchodzi w grę, w sytuacji gdy egzaminowany ma nieograniczoną ilość czasu na odpowiedź, a w dodatku jest uzbrojony w internetowe wyszukiwarki, po chwili jednak pomyślałem sobie, że go jakoś tam sprawdzę i poproszę o odpowiedź na jedno pytanie: Czy żona Hioba była ateistką? I proszę sobie wyobrazić, że on mi wprawdzie na to pytanie nie  odpowiedział, natomiast, owszem, pokazał, że chyba pewną wiedzę posiada, bo zareagował jednym zdaniem: „Fajne”.

       A ja bym chciał dziś krótko opowiedzieć, co w moim pytaniu owemu „ateiście” się spodobało. Otóż jest tak, że ja miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z ludźmi deklarującymi brak wiary w Boga i w pewnym momencie uderzyło mnie u nich to, że im niemal nigdy nie zdarzyło się oświadczyć że Bóg to fikcja, zamiast tego natomiast albo mówią, że On już dawno umarł, lub nas zdradził, ewentualnie został pokonany przez Szatana, czy że może ma stworzony przez Siebie świat w Swojej wyniosłej pogardzie. Rozmawiałem kiedyś ze znajomym, który miał to okropne doświadczenie, kiedy to przez dłuższy czas spędzał czas w szpitalu na oddziale onkologicznym i w pewnym momencie postąpił on dokładnie tak jak oni wszyscy: nie powiedział, że tam w tych korytarzach nie było żadnego Jezusa, tylko ludzkie cierpienie, ale z ironicznym uśmiechem stwierdził, że Jezus może i tam kiedyś wpadł, ale rozejrzał się i jak to wszystko co się tam dzieje zobaczył, to – tu będzie cytat – „spierdolił za róg”.

      I oto mamy w tym momencie naszego Hioba, który zostaje doświadczony wszelkimi możliwymi nieszczęściami. Najpierw zostaje pozbawiony majątku, następnie domu, wreszcie zostaje dotknięty trądem, co siłą rzeczy skazuje go na samotne cierpienie i kiedy już nie ma nic poza owym cierpieniem, przychodzi do niego żona i wzywa go, by przestał wreszcie wielbić tego swojego Boga i Mu złorzeczył. I to w tym właśnie momencie pojawia się kwestia owego ewentualnego ateizmu, o którym oczywiście mowy być nie może. Żona Hioba bowiem ani przez chwilę nie próbuje gnijącego we własnych odchodach męża przekonywać, że żadnego Boga nie ma, a zamiast Niego jest już tylko wieczne cierpienie i śmierć; wręcz odwrotnie, Bóg ani nie umarł, ani też od zawsze nie stanowił jedynie bajki dla naiwnych – On jest jak najbardziej, tyle że Hioba zdradził i kiedy ten cierpi, to się z niego już tylko złośliwie śmieje.

        I tu, moim zdaniem, tkwi całe sedno owego rzekomego ateizmu. Pomijając naprawdę nielicznych dziwaków, oni wszyscy doskonale wiedzą, że Bóg stworzył nas i cały nasz świat, że  wszystko kontroluje i trzyma na wszystkim Swoje oko, tyle że jest to oko kogoś nieskończenie złego i okrutnego, kto nie zasługuje na nic więcej jak na nasz gniew. Owi „ateiści” to ludzie, którzy w pewnym momencie stracili wiarę nie w Boga, ale w Jego nieskończone dobro i miłosierdzie, i z czystego już tylko strachu, od czasu do czasu, gdy nikt nie słucha, powtarzają sobie w sercu, że Go nie ma i nigdy nie było. I też z tego strachu o wiele chętniej próbują wciąż z nami rozmawiać o księżach pedofilach, księżach złodziejach i księżach pijakach, i również od czasu do czasu zniszczyć nawet jakiś święty wizerunek, czy choćby drzwi od kościoła.

       A ja sobie przypominam swój stary tekst o tym, co nam Kościół daje nawet gdy Go szczerze nienawidzimy i chętnie to co tam napisałem powtórzę. On nam mianowicie daje to, że nawet gdy umieramy z twarzą wykrzywioną złością i strachem, jeśli tylko chcemy, Kościół do nas przyjdzie i pomodli się o Boże miłosierdzie i zbawienie naszej duszy, bo nikt z nas równie dobrze jak ci co odeszli nie poznał tego światła, które w pewnym momencie każdy musi ujrzeć, i nikt z nas nigdy nie poczuł tego żalu, który czują ci, co na niego postanowili czekać całe życie. I Kościół jest w dużej mierze też dla nich.  



wtorek, 23 lutego 2021

Nie martw się, i Ty zostaniesz memem

 

       Czy to przez obserwowaną ostatnio przez cały świat bezczelność, z jaką zaczynają się rozpychać społecznościowe serwisy w rodzaju Facebooka, czy Twittera, czy może uczony doświadczeniem mijających lat, od paru tygodni coraz baczniej przyglądam się intensywności z jaką ogólnie media stają się władzą pierwszą przed pierwszymi. I mógłbym pewnie powiedzieć, że nie ma takiej rzeczy, która by mnie na tym polu do tego stopnia zainteresowała, bym chciał temat ciągnąć ponad to, co już zostało powiedziane. Tymczasem syn mój niespodziewanie przypomniał mi pewne zdarzenie jeszcze z roku 2004, które możemy uznać za zwiastujące to z czym mamy dziś do czynienia w pełnym rozkwicie. Oto, jak pewnie niektórzy z nas jeszcze pamiętają, w efekcie ataku na wieże World Trade Center w Nowym Jorku w roku 2001, traktowany przez cały światowy mainstream jako wróg publiczny nr 1 George Bush młodszy niespodziewanie odzyskał siły i zdobył drugą kadencję, pokonując z przysłowiowym palcem w nosie kandydata Demokratów Johna Kerry'ego. To co jednak było już wtedy, a dziś ze ściśle historycznego względu, może być dla nas powodem do bardzo poważnych refleksji, było to co się wydarzyło w obozie Demokratów podczas prawyborów roku 2003/2004.

        Oto, proszę sobie wyobrazić, przeciwko późniejszemu kandydatowi Johnowi Kerry’emu wystartował ówczesny gubernator stanu Vermont, Howard Dean, określany przez swoich przeciwników jako tzw. lewicowy populista, a więc z punktu widzenia klasycznej lewicy ktoś jeszcze gorszy nie tylko od Busha Jr., ale nawet Richarda Nixona z Donaldem Trumpem w jednym. Na domiar złego, już w pierwszych dniach kampanii okazało się, że popularność Deana jest tak wielka, że w całych Stanach Zjednoczonych nie było sondażu w którym ktokolwiek miał szansę go pokonać. W tym momencie establishment w Waszyngtonie oraz w Nowym Jorku plus oczywiście pozostające na jego usługach media zaczęły wyszydzać Deana jako wiejskiego buraka, który nie nadaje się na to, by rządzić Ameryką. I oto podczas prawyborów w stanie Iowa 19 stycznia 2004 roku Dean niespodziewanie stracił swoją dotychczas bardzo mocną pozycję nie tylko do Kerry’ego, ale również do niejakiego Johna Edwardsa i w reakcji na tę porażkę wystąpił przed tłumem swoich zwolenników z następującym wystąpieniem:


    

        Jak wspominają dziś ci, którzy tam byli obecni, gdy Dean wszedł na scenę, 3 tys. zgromadzonych wznieciło taki tumult, jakby przed sobą mieli nie polityka, lecz gwiazdę rocka. A kiedy ten zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli, został praktycznie zagłuszony. I wbrew temu co mogli sobie wówczas pomyśleć ludzie na sali, ale również wielu z nas, ów sukces stał się dla Deana początkiem upadku. Oto w jednej chwili ktoś uznał, że to jest idealny moment, by wszystkie dotychczasowe kierowane pod adresem Deana złośliwości skumulować w jedną i uczynić z niej – wtedy jeszcze to słowo w dzisiejszej formie nie istniało – pierwszej klasy mema. W ciągu następnych czterech dni owo „Yeah!” zostało powtórzone z odpowiednim jak najbardziej komentarzem we wszystkich ogólnokrajowych mediach w całych Stanach Zjednoczonych 633 razy, a w ciągu pierwszego tygodnia niemal 1000 razy. Dodatkowo, użyty przez medialnych fachowców zapis dźwiękowy pochodził z mikrofonu Deana, co spowodowało, że jego głos został bardzo mocno wzmocniony, wrzask publiczności natomiast równie mocno stłumiony, co spowodowało, że w publicznym odbiorze Dean pokazał się jako kompletny, odklejony od rzeczywistości wariat.

        Niemal natychmiast popularni artyści zaczęli publikować piosenki z wrzaskiem Deana, a popularny telewizyjny prezenter Jay Leno w swoim programie zażartował: „Widzieliście wczoraj wystąpienie Deana? Matko Boska! Jak słyszę, wśród krów w Iowa wybuchła panika przed chorobą wściekłego Deana. To jest zawsze zły znak, gdy pod koniec przemówienia doradca strzela do ciebie pociskiem uspokajającym”; David Letterman z kolei żartował: „Wiecie co się stało? Mieszkańcy stanu uznali, że nie życzą sobie za prezydenta człowieka o mentalności kibola”; a Dennis Michael Miller, popularny komik i komentator polityczny, w swoim programie używał specjalnego dzwonka z nagranym okrzykiem Deana, jako przerywnika. Na sam koniec do tego grona dołączył nieznany nam gość specjalny, który wymyślił ów wieczny mem, w postaci hasła „I have a scream”, który stanowił nawiązanie do słynnego „I have a dream” Martina Luthera Kinga, a dzięki któremu Dean trafił do historii. I wszyscy bawili się do tego stopnia świetnie, że w ciągu zaledwie paru tygodni Dean został na tyle skompromitowany, że zmuszony został swoją kampanię najpierw zawiesić, a następnie z wyścigu się wycofał.

       Pisałem tu parokrotnie o tym, w jaki sposób media prowadzą swoje kampanie mające na celu niszczenie tych, których zniszczyć należy. Tu nigdy nie chodziło w pierwszej kolejności by ukrywać pewne kwestie, manipulować prawdą, czy wręcz kłamać. Tym co zawsze było najskuteczniejsze to uruchomienie – na tydzień, dwa, czy, jeśli trzeba, na miesiąc – medialnej kampanii, dotyczącej choćby najdrobniejszego zdarzenia, która obejmie wszelkie zakamarki przestrzeni publicznej, od telewizji, przez rozrywkę, kabarety, a w efekcie również ulicę i internet, czyli wszystko to co określamy nazwą pop. Pamiętamy wszyscy jak jeszcze dawno dawno temu prezydent Lech Kaczyński wypowiedział w sposób niezbyt wyraźny nazwisko bramkarza Boruca, ktoś natychmiast uznał, że on zamiast „Boruc”, powiedział „Borubar”, i to wystarczyło, że przez kolejne lata każdy idiota, czy to w górach, czy nad morzem, czy na jeziorach, w sklepie, w pracy, czy na uniwersytecie, uważał za doskonały dowcip przy pierwszej lepszej okazji użyć tego kompletnie absurdalnego nazwiska, by się odpowiednio dobrze znaleźć towarzysko.

        Co ja mówię, „Borubar”? Po co szukać tak daleko? Wystarczy zwykła żółta gumowa kaczuszka kojarząca się bardzo dowcipnie z nazwiskiem Kaczyński, kotem Prezesa, czy, jeśli się tylko postarać, to nawet również z długopisem Dudy. I pewnie można by się było już do tego wszystkiego przyzwyczaić i na wszystkie kolejne ich wybryki wzruszać ramionami. Problem w tym jednak, że jeśli w końcu przyjdzie ten czas, że tak naprawdę głos mediów zagłuszy wszystko co ważne, podobnie jak pamiętny mikrofon kandydata Howarda Deana, zrobi się naprawdę niewesoło.

 

 

 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...