niedziela, 19 stycznia 2020

Czy marszałek Grodzki to groźny alien?


Parę tematów się tu mocno dobija, ponieważ jednak mija weekend, a najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety” nie może dłużej czekać, dziś będzie o marszałku Grodzkim, a jutro zobaczymy. Zapraszam.     


     Pisząc dzisiejszy felieton mam pewien kłopot, jako że marszałkowi Grodzkiemu przyglądam się od niedawna i nie umiem stwierdzić, czy to jak on się zachowuje spowodowane jest jego charakterem, czy może wraz z narastającą presją, on ostatecznie nie wytrzymał i zwyczajnie zwariował. Znajomy, który, podobnie jak ja, przed objęciem przez niego funkcji, Grodzkiego nie znał, twierdzi, że gdy tylko go zobaczył,wiedział, że jest to pierwszej klasy psychopata, w dodatku ze skłonnością do okrucieństwa, no ale, jak mówię, gdy o mnie chodzi, wyrokować nie mogę. Faktem jest natomiast, że gdy widzę, jak Grodzki ostatnio się zachowuje, myślę sobie, że jest pewna szansa, że on już tak miał zawsze.
      O co mi konkretnie chodzi? Otóż wystarczy rzucić okiem, jak on się porusza, by z miejsca wiedzieć, że z nim jest coś nie tak, i to w  sensie znanym z filmu „Pamięć absolutna”, gdzie Arnold Schwarzenegger rozpada się na części, a zamiast niego pojawi się jakaś straszna, plująca krwią plazma, która za chwilę wszystko dookoła unicestwi. Ale nie to jest najważniejsze. O wiele ciekawsze jest to, co marszałek Grodzki robi i co robiąc, mówi. Otóż od czasu, gdy on uświadomił sobie, że jest trzecią osobą w państwie i zaczął ów fakt czynem i słowem na każdym kroku podkreślać, w rzeczy samej pojawiło się podejrzenie, że on naprawdę oszalał i teraz już tylko może być gorzej, no i rzeczywiście oto doniosły media, że zapytany przez niesławnego redaktora Kuźniara z Onetu, czy bierze pod uwagę możliwość awansu w strukturach Platformy Obywatelskiej, stwierdził, że owszem, a to w obliczu faktu, że w tych dniach „The New York Times” napisał w języku angielskim, że Grodzki jest „the most powerful person in the opposition”. Już w kolejnym zdaniu wprawdzie zastrzegł się, że  jako lekarz chirurg jest on człowiekiem nadzwyczaj skromnym i pełnym pokory, no ale w jego sytuacji jako trzeciej osoby w państwie trudno jest lekceważyć fakty.
       I tu, poza wspomnianym dwiema opcjami, a więc parszywego charakteru, oraz choroby psychicznej pojawia się możliwość trzecia, a na nią wskazywałaby niedawna wypowiedź Sławomira Neumanna – autora słynnej już „Zasady Neumanna”, że Platforma będzie swoich broniła jak niepodległości – gdzie każde kolejne słowo świadczyło o tym, że dla nich Grodzki to wcale nie wariat, ale co najmniej szachowy hetman w grze, w której Senat jest traktowany ściśle jako państwo alternatywne, i gdzie on w strukturze władzy pełni funkcję co najmniej Prezydenta.
      A jeśli przyjmiemy, że tak to właśnie jest, to dla nas korzyść jest taka, że trudno sobie wyobrazić bardziej emocjonującą końcówkę, kiedy do końca nie będziemy wiedzieć, czy on w tej roli dotrwa do majowych wyborów, czy jeszcze zanim zejdą śniegi, zaczną z niego wyłazić te wszystkie szufladki i trzeba będzie go zwyczajnie skrępować i gdzieś zamknąć.



sobota, 18 stycznia 2020

Czekając na pierwsze skuteczne pchnięcie rządu Prawa i Sprawiedliwości


      Znany swego czasu dość powszechnie amerykański pisarz John Barth napisał coś, co ja tu od czasu do czasu lubię przypominać, dziś jednak w nieco innym niż zwykle kontekście:
     Przystanęła na środku kuchni, by napić się wody. I w tym momencie, po pięćdziesięciu latach cierpliwego oczekiwania, zerwał się sufit w pokoju obok. Lub on, samotny, w pustym gabinecie, nasłuchując, w blasku marcowego dnia, jak mu w myślach szeleści świat, gdy – ni stąd ni zowąd – półtorametrowa półka odrywa się od ściany. Przez całe długie wieki, niewidoczne pęknięcie drąży skałę, by w jednej sekundzie cały taras i barierki i turyści i turbiny – wszystko z hukiem runęło do Niagary. Który płatek śniegu uruchamia lawinę? Dom eksploduje. Gwiazda. W głowie twojej żony, tak pozornie pełnej rezygnacji, zabójstwo pulsuje jak płód. Jedna niepozorna decyzja rządu – całe kolonie powstają”.
     Nie mam pojęcia, z jakiej to jest książki Bartha i szczerze powiedziawszy nie bardzo mnie to zajmuje. Sam cytat zresztą znalazłem zupełnie gdzie indziej i w zupełnie osobnym kontekście, natomiast dziś mi się on przypomniał w związku z tym, że podczas gdy jeszcze wczoraj nawet mi w głowie nie było, by dzisiejsza notka nosiła taki a nie inny tytuł, stało się coś, co zmusiło mnie do tego, by opowiedzieć o czymś, co przede wszystkim chodzi mi po głowie od lat, a odnośnie czego miałem mocne postanowienie, że będę milczał jak grób do końca moich dni.
       No i nagle, jak ta skała nad Niagarą...
       Myślę, myślę i myślę i daje słowo, nie umiem powiedzieć, co stanęło na początku owej decyzji. Czy to może wiadomość, że gdzieś w okolicach Torunia jakichś dwóch najpierw uwięziło pewną kobietę, następnie przez długie godziny ją torturowało, bijąc w okrutny sposób, następnie obcięło jej palce, by w końcu pozbawić ją życia, wbijając siekierę w głowę, a pewien sędzia uznał, że oni owszem tę kobietę zabili, ale nie można tu mówić o szczególnym okrucieństwie? A może to wciąż pokłosie tych wszystkich informacji związanych z niedawnym głosowaniem przeciwko Polsce w Parlamencie Europejskim? A może wreszcie zupełnie świeży twit Donalda Tuska, w którym on mi zarzuca, że ja popieram Prawo i Sprawiedliwość, bo tylko oni mi gwarantują, że będę mógł dłużej bezkarnie kraść? Diabli wiedzą. Coś się jednak stało, że nagle uznałem, że przynajmniej częściowo powinienem podzielić się pewną bardzo istotną wiedzą, która mnie od lat dręczy jak jasna cholera.
        Ze względów zarówno procesowych, jak i z tego prostego powodu, że ponieważ o wszystkim wiem z, aczkolwiek w pełni zaufanej, to jednak  drugiej ręki, a mój informator obiecał mi solennie, że jeśli tylko spróbuję o tym napisać, to on się z wszystkiego w jednej chwili wycofuje, a na domiar złego sprawa jest naprawdę grubo zbyt gruba, uznałem że nie ma najmniejszego sensu bym się miał tu udzielać szerzej i głębiej, niż przedstawiając bardzo symbolicznie stan, w jakim po owych trzydziestu już latach przejmujemy Polskę z rąk szczerych rzezimieszków i proponując nam wszystkim swoistą naukę gry, która się tu tak naprawdę toczy.
        Oto proszę sobie wyobrazić, że we wczesnych latach 90-tych, gdy nowa polska władza, budując tak zwany wolny rynek, sprzedawała wszystko co tylko ktokolwiek zgodził się kupić, jedna z poważnych zachodnich korporacji wysłała do Polski swojego człowieka od zadań specjalnych, którego misją było skontaktowanie się z najbardziej decyzyjną osobą w polskim rządzie i uzyskanie od niej obietnicy wyłączności na zakup pewnej bardzo mocnej marki. Ponieważ Polska była wówczas krajem, który dopiero zgłaszał swój akces do tak zwanego wolnego rynku i nie znał wszystkich obowiązujących w szerokim świecie owego runku procedur, do spotkania doszło w którejś z restauracji, a tam wszystko odbyło się, jak w wiejskiej gospodzie, gdzie z jednej strony zjawił się wspomniany emisariusz z wypchaną walizką, a z drugiej przedstawiciel właściciela, czyli Polskiego Państwa. Po krótkiej i satysfakcjonującej dla obu stron rozmowie doszło do umowy, a emisariusz się dyskretnie oddalił, zapominając oczywiście zabrać walizki spod stolika.
       Jakież było jego zdziwienie, kiedy po powrocie do swojego kraju i przekazaniu dobrych wieści swoim mocodawcom, których pieniędzmi dysponował, okazało się, że towar został w międzyczasie sprzedany komuś zupełnie innemu. I dziś nie ma najmniejszego znaczenia, czy stało się to przez to, że ten ktoś dał więcej, czy może był bardziej zaprzyjaźniony, czy może od samego początku tam wszystko było starannie rozdysponowane, a nowej polskiej władzy nie chodziło o nic innego jak o to, by tu wziąć, tu zabrać, a tam zwyczajnie podpieprzyć. Nie jest też tak naprawdę ważne, czy człowiek z walizką był tu zaledwie jednym z wielu wystawionych do wiatru przez nasze nowe elity, czy było ich znacznie więcej, tyle że ja, przez swoje kontakty poznałem kogoś, kto jednego z tych frajerów znał osobiście i dziś mogę o jego nieszczęściu zaświadczyć. Nie jest to, jak mówię, dla nas ważne, rzecz bowiem w tym, że zleceniodawcy człowieka z walizką, nie będąc w stanie uwierzyć w to, że gdziekolwiek na, cywilizowanym było nie było świecie, mogło dojść do sytuacji, gdzie wręcza się komuś łapówkę, ten ktoś tę łapówkę przyjmuje, a potem udaje, że o niczym nie wie, uznali że ich człowiek zwyczajnie okradł i zażądali od niego ich zwrotu. Ponieważ tych pieniędzy było tak dużo, że ów biedak, mimo że, jak się należy domyślać, fucha jaką się zajmował dawała mu bardzo dobre utrzymanie, nie był w stanie się wypłacić, to po krótkim czasie z rozpaczy popełnił samobójstwo.
        Jak mówię, mimo że – czego jestem pewien – każdy z nas zna świetnie zarówno markę, o której mówimy, jak i nazwiska uczestników opisanego dealu oraz ludzi, którzy za tymi nazwiskami do dziś dumnie – przynajmniej z naszej polskiej strony – stoją, nie będę ich tu ujawniał, przede wszystkim z powodów, o których wspomniałem na samym początku tej notki, ale może też dlatego, że nawet gdybyśmy teraz owe wszystkie nazwiska poznali, to daję słowo, że nie zmieniłoby to nic w naszym postrzeganiu tego, co się dzieje z Polską i dlaczego to co się z nią dzieje, tak bardzo wymaga możliwie szybkiej i skutecznej reakcji. To co mamy wiedzieć, nawet gdy chodzi o bohaterów tej ponurej historii, to już wiemy, natomiast mam wielką nadzieję, że nawet mimo braku tych nazwisk, przynajmniej część z nas zechce wreszcie pojąć, że dziś dla Polski nie ma absolutnie żadnego innego ratunku, jak utrzymanie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Cokolwiek bowiem byśmy o ich różnorakich występkach sobie nie myśleli, jak bardzo byśmy nie wierzyli w to, że jest ktoś kto znacznie lepiej od PiS-u zadba o nasz wspólny polski interes, to prawda jest taka, że przede wszystkim sytuacja jest dramatycznie zła i to wcale nie najbardziej przez to, że amerykańscy Żydzi podobno chcą od nas wyciągnąć 300 miliardów dolarów, a Mateusz Morawiecki z Andrzejem Dudą stają na głowie, by im je jakoś niepostrzeżenie dla opinii publicznej przekazać.
      A żeby sobie z ową sytuacją poradzić, nie wystarczy być pasjonatem, choćby i najbardziej cwanym.



Przypominam, że komentowanie na tym blogu od pewnego czasu jest możliwe tylko po akceptacji z mojej strony. A zatem wszystkich zainteresowanych proszę o przysyłanie zgłoszeń na adres k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 17 stycznia 2020

Ile wynosi współczynnik wkurwiania u Janusza Lewandowskiego?


      Od wczoraj owa garstka z nas, którą polityka w ogóle jeszcze obchodzi, żyje dwoma wydarzeniami. Pierwsze z nich to rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie rzekomego łamania praworządności w Polsce i na Węgrzech, a dokładnie rzecz biorąc fakt, że ową rezolucję poparli wszyscy jak jeden posłowie Koalicji Europejskiej, drugie natomiast to opinia, jaką w tej samej sprawie skierowała do naszego Senatu tak zwana Komisja Wenecka, zachęcając w niej senacką póki co większość do nieustępliwej postawy wobec polskiego rządu.
      O zachowaniu brukselskiej lewicy gadać mi się nie chce, choćby z tego względu, że ja ich do pewnego stopnia rozumiem. Oni tam nie szli po to, by dzielić się ze światem swoimi przemyśleniami, ani tym bardziej po to, by się tam jakoś szczególnie intelektualnie napinać. Owa dziwna organizacja została stworzona przede wszystkim po to, by jej członkowie mogli skutecznie przewalać wszelkiego rodzaju budżety, walcząc jednocześnie o to, by z tego stołu mogli jak najwięcej – i jak najdłużej – zgarniać dla siebie, więc trudno jest się spodziewać, że choćby niewielka ich część będzie miała ambicję popisywania się tam jakąkolwiek niezależnością. Natomiast, owszem, zainteresowało mnie wystąpienie Komisji Weneckiej, a dokładnie ten jej fragment, w której ci dziwni ludzie wreszcie przedstawili nową i od dziś, jak sądzę, powszechnie obowiązującą odpowiedź na pytanie, czemu inni mogą, a Polska już nie bardzo. Chodzi mianowicie o te konkretnie słowa:
Są kraje demokratyczne, w których sądownictwo jest niezawisłe, mimo że nominacje sędziowskie są dokonywane przez władzę wykonawczą. Mimo to, Komisja Wenecka z zadowoleniem przyjmuje fakt, że praktycznie wszystkie nowe demokracje, w których w niedawnej historii sądownictwo zostało podporządkowane innym gałęziom władzy, ustanowiły Rady Sądownictwa”.
       To ciekawe zdanie było wczoraj wielokrotnie cytowane w naszych mediach, jednak, o ile czegoś nie przegapiłem, zabrakło tu koniecznego moim zdaniem komentarza. Otóż dotychczas było tak, że ile razy zadawaliśmy przedstawicielom kasty pytanie, czemu oni się tak pieklą na pisowskie reformy, jakoby przekazujące władzę sądowniczą w ręce polityków, czemu wciąż gadają o jakichś powszechnych rzekomo europejskich standardach, czemu oni nie chcą zauważyć, że są w Europie kraje – i nie mówimy o Rosji, czy Turcji, gdzie sądownictwo jest przez władzę wykonawczą wręcz trzymane za mordę i poprawiane butem, oni albo natychmiast zmieniali temat, albo powtarzali jak mantrę zdanie, że nie powinniśmy się interesować podwórkiem cudzym, lecz swoim. I oto wreszcie z pomocą przybiegła rzeczona Komisja Wenecka i przedstawiła opinię, że, choć owszem, gdzie indziej władza sądownicza nie jest formalnie niezależna, ale oni bardzo by chcieli, żeby w Polsce akurat była, i to była nie tylko tak, że rząd się nie będzie wtrącał w sędziowskie nominacje i konsekwentnie w owych nominatów niezawisłość, ale że całą kontrolę nad aparatem sprawiedliwości przekaże w ręce samego aparatu. Dlaczego? No, tego już nam nie wyjaśniono, jeśli przyjąć, że nie stanowi sensownego wyjaśnienia uwaga, że nasza polska demokracja jest jeszcze młoda i nieopierzona.
       No ale pojawiło się tu jeszcze coś bardzo interesującego. Otóż kiedy przeczytałem zacytowane wyżej zdanie, gdzie nas poinformowano, z czego Komisja Wenecka czerpie zadowolenie, przypomniałem sobie czasy, kiedy cała ta awantura o Polskę się dopiero rozpoczynała, a to przy okazji decyzji rządu w sprawie przywrócenia poprzedniego wieku emerytalnego. Dziś już, jak wiele innych zdarzeń, i to wypadło nam z pamięci, ale ja akurat sobie bardzo dobrze przypominam, rwetes, jaki nastąpił gdy chodzi o ów wiek emerytalny. W pewnym momencie otrzymaliśmy z Brukseli informację, że Europa absolutnie nie wyraża zgody na to, by w Polsce mężczyźni pracowali do 65 roku życia, a kobiety do 60, bo to nie jest zgodne z europejskimi standardami. I wtedy również, kiedy próbowaliśmy im tłumaczyć, że tu nie ma czegoś takiego jak europejskie standardy, bo w różnych krajach ludzie w różnym wieku przechodzą na emeryturę, pojawiła się opinia – dziś juz nie pamiętam, czy tu przypadkiem znów nie zabrała głosu Komisja Wenecka – że może i faktycznie tu i ówdzie ludzie wchodzą w wiek emerytalny wcześniej, ale Polska jest młodą demokracją, a Europie zależy, by te młode własnie demokracje wytyczały nowe standardy. Stopniowe przesuwanie wieku emerytalnego stanowi bardzo dobry pomysł, perspektywa jest już wytyczona, więc w Europie póki co będzie jak jest, ale gdy chodzi o Polskę, pozwolenia na pyskowanie nie ma.
        Pozostaje pytanie, czemu oni to robią? Czemu oni tak bardzo się angażują w wyszukiwanie tych idiotycznych kompletnie argumentów, zamiast powiedzieć temu, kto im wciąż zawraca głowę swoimi skargami na Polskę, że to iż stracił władzę to jego problem, a więc jeśli dziś tak bardzo chce ją odzyskać, to niech się sam o to postara? Krótko mówiąc, chciałbym wiedzieć, czemu ich to wszystko aż tak bardzo obchodzi? Otóż mam bardzo mocne przekonanie, że oni, nawet jeśli nie mają bladego pojęcia, o tym, co się dziś w Polsce naprawdę dzieje, to wiedzą bardzo dobrze, że ci, którzy gwarantują im zachowanie pełnej kontroli nad całym tym dobytkiem, sami utraconej władzy nie odzyskają, bo są na to zbyt głupi i gnuśni, a w dodatku przy tym do końca zepsuci. A w tej sytuacji oni czują, że muszą wciąż pisać te memoriały, opinie i ekspertyzy, później tu do nas z nimi przyjeżdżać i je gdzie się da wygłaszać.
      Powstaje pytanie, co w takim razie dalej. Otóż jestem pewien na sto procent, że to będzie trwało, dopóki ta tak zwana Europa ma tych idiotów się zwyczajnie nie – pardon me french – nie wkurwi. W momencie jednak kiedy oni stracą owo wsparcie, stracimy ich z oczu i z pamięci w jednej sekundzie. No ale znów ciekawe byłoby wiedzieć, co się musi stać, by ta cierpliwość się wypaliła. Tego niestety nie wiem, ale nie należy wykluczyć, że może już za kilka lat to im akurat zacznie się palić grunt pod nogami i wtedy ostatnią rzeczą, jaka ich będzie zajmować, to ratowanie pozostawionego w Polsce dobytku.
       


czwartek, 16 stycznia 2020

O cienkiej czerwonej linii między miłością a miłością


      Pierwszy powód dla którego piszę dziś ten tekst jest nadzwyczaj błahy, mam jednak nadzieję, że to co się znajdzie na samym końcu okaże się warte wysiłku. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zdecydował, by jedną z ulic w stolicy nazwać imieniem nieświętej pamięci prezydenta Gdańska, Adamowicza. Do tego, czemu zacząłem w tak agresywny sposób, nawiążę krótko później, teraz natomiast chciałbym się skupić na samej decyzji Trzaskowskiego. Otóż w momencie gdy pojawiła się informacja o tym, że powstanie w Warszawie ulica Adamowicza, ktoś zadał pytanie, a co z ulicą Lecha Kaczyńskiego – było nie było, nie tylko prezydenta Warszawy, a nie Gdańska, Lublina, czy Krakowa, ale całego Kraju – na co prezydent Trzaskowski odpowiedział, że to akurat jeszcze nie teraz, ponieważ podczas gdy prezydent Adamowicz przez swoje życie i służbę dla Polski nie wywołuję dziś najmniejszych kontrowersji, to prezydent Kaczyński owszem, a to może spowodować, że każda próba upamiętnienia go nazwą ulicy może wywołać tak silne protesty, że polskie społeczeństwo może tego nie wytrzymać i to zaszkodzi zbliżającej się kampanii wyborczej.
       Zdając sobie sprawę z tego, że wielu z nas, słysząc wypowiedź Trzaskowskiego, zawrzała oburzeniem, ja jednak gotów jestem mu przyznać słuszność. Można bowiem było z góry założyć, że uhonorowanie prezydenta Adamowicza ulicą w polskiej stolicy – a to zresztą zdążyliśmy już chyba skutecznie potwierdzić – nie wywoła jednego głosu sprzeciwu. Wszyscy ci, którzy Adamowicza z różnych powodów nie szanowali, na tę informację najprawdopodobniej zareagowali wzruszeniem ramion, a kto wie, czy nie dobrotliwym uśmiechem i tyle wszystkiego. Co innego, gdyby władze Warszawy znalazły choćby najbardziej zapyziałe miejsce gdzieś na podwarszawskiej prowincji i ogłosiły, że ono od dziś będzie zaświadczało o zasługach Lecha Kaczyńskiego dla Polski, w całym kraju, że już nie wspomnę o samej Warszawie, podniósłby się taki rwetes, że Trzaskowski musiałby już po chwili wycofywać się ze swojej decyzji rakiem.
      I to jest właśnie pierwszy powód, dla którego piszę dziś ten tekst. Nie chodzi mi ani o ulicę Adamowicza, ani o to co się roi w tym tępym łbie, ale o stan, w jakim znaleźliśmy się my Polacy. Mamy mianowicie prezydenta Trzaskowskiego, który z jednej strony ogłasza, że Paweł Adamowicz, w porównaniu do prezydenta Kaczyńskiego, jest postacią niekontrowersyjną, a my musimy uznać, że to co on głosi, to najczystsza prawda, w tym sensie, że o owej kontrowersyjności, czy jej braku zaświadcza obecnie wyłącznie reakcja tak zwanego ludu. A gdy chodzi o ów głos, to sprawa jest jasna: Adamowicz, człowiek, o którym sam przewodniczący Neumann swoim autorytetem zaświadczył, że to jest jedyny polityk związany z obozem opozycji, który nie ma najmniejszej możliwości by się bronić przed prokuratorskimi zarzutami, nie budzi najmniejszych kontrowersji, natomiast prezydent Lech Kaczyński, którego jedyną realną winą  było to, że był bratem Jarosława Kaczyńskiego, jest postacią na tyle kontrowersyjną, że najlepiej by było jego imienia w ogóle nie przywoływać w obawie przed wściekłością tłumu.
       A rzecz w tym, że to jest najprawdziwsza prawda. Gdyby Lech Kaczyński otrzymał dziś w Warszawie swoją ulicę, już na drugi dzień dowiedzieliśmy, że jacyś aktywiści urządzili w danym miejscu relacjonowaną przez antyrządowe media demonstrację, niektórzy z nich albo zamalowali czerwoną farbą jego nazwisko, albo po prostu ową tabliczkę zwyczajnie zerwali, natomiast politycy opozycji w swoich kolejnych wypowiedziach podkreślali, że nie ma się co dziwić reakcji obywateli, jeśli się weźmie pod uwagę, kim tak naprawdę był Lech Kaczyński. A kim był? To już może przy innej okazji.
      Co się dzieje teraz, gdy z wielką pompą władze miasta urządzają Pawłowi Adamowiczowi ową fetę? Czy Kluby Gazety Polskiej zwołują tam na miejscu demonstrację, drąc mordy w oskarżeniach, jakim to ciężkim aferzystą był Paweł Adamowicz? Czy Tomasz Sakiewicz dołącza do kolejnego wydania swojej gazety tekst protestu, który należy wysyłać do warszawskiego Ratusza? Czy politycy Prawa i Sprawiedliwości obrażają jego pamięć, przypominając wszystkie te przekręty, jakie wspólnie z żoną on przez lata realizował w poczuciu całkowitej bezkarności? Czy jakieś prawicowe świry kręcą się tam w okolicy, kombinując ja by tu zdjąć te tabliczki? Oczywiście że nie. Czemu nie? Bo nienawiść jest kompletnie nie tam, gdzie nam się próbuje wmówić, że jest.
      Wczoraj na Facebooku wpadłem na stronę poświęconą kandydatce Kidawie-Błońskiej, której nazwy nie pamiętam, ale krąży ona wokół starego pomysłu łowienia sympatyków na hasła typu „Dobro powraca”, „Nienawiść zabija”, „Pozytywne wibracje”, czy coś w tym stylu. Zajrzałem tam i zapoznałem się ze znajdującymi się komentarzami. Większość z nich nie dotyczyła ani kampanii Błońskiej w wyborach prezydenckich, ani nawet awantury w sprawie wymiaru sprawiedliwości, ale szydzenia z Jarosława Kaczyńskiego, oraz ujawniania pedofilskich występków Kościoła, a wszystko pod hasłem „Niech zdychają”. Piszę ten tekst, rozmyślam o tym i o owym i dochodzę do wniosku, że to jest naprawdę niezwykłe, że można aż tak zwyciężać, tak naprawdę nie mając nic do zaoferowania poza zwykłym życiem i najbardziej prostymi emocjami, najczęściej dotyczącymi tego właśnie życia. A mimo to zwyciężamy i jak wiele wskazuje, będziemy nadal zwyciężać. Im natomiast już tylko pozostaje pluć i głosić, że dobro powraca, a miłość zwycięża.




Przypominam, że każdy kto pragnie komentować na tym blogu, powinien mnie o tym poinformować pod adresem k.osiejuk@gmail.com.



środa, 15 stycznia 2020

Wolność i swoboda i dziewczyna młoda, czyli power to the pipul


            Kiedy już opublikowałem wczorajsze refleksje na temat sytuacji na naszych uniwersytetach, pomyślałem sobie, że chyba niepotrzebnie wpadłem w aż tak ponury nastrój, bo przecież to co dziś zmuszeni jesteśmy znosić, to zaledwie moda, i nawet jeśli być może jeszcze bardziej odporna na upływ czasu niż choćby omawiane tu kiedyś tatuaże, to jednak wciąż tylko moda, która prędzej czy później musi przeminąć. Tymczasem z owych paru komentarzy, jakie się tu pojawiły, wynika, że mój tekst był przecież całkiem jeszcze optymistyczny. W tej sytuacji pomyślałem sobie, że uzupełnię tamtą notkę paroma informacjami dotyczącymi fali, po której – mimo, że swego czasu była bezdyskusyjnie najpotężniejsza jak możemy sobie tylko wyobrazić – pozostało nam dziś już może tylko tych parę piosenek Janis Joplin i ewentualnie grób Jima Morrisona na paryskim Père Lachaise.
          Mam na myśli serię strajków na amerykańskich uniwersytetach pod koniec lat 60-tych, podczas których takie organizacje jak Black Students Union, Latin American Students Organization, Pilipino American Collegiate Endeavor, Filipino-American Students Organization, Asian American Political Alliance, czy zrzeszająca Amerykanów pochodzenia meksykańskiego grupa o nazwie El Renacimiento, zrzeszone w koalicji o nadzwyczaj spektakularnej nazwie Frontu Wyzwolenia Trzeciego Świata, przeprowadziły strajk do dziś uważany za najdłuższy studencki protest w całej historii Stanów Zjednoczonych. I nie trzeba nam nawet tego co się tam wyprawiało śledzić bardziej uważnie; wystarczy przejrzeć kalendarium tamtych wydarzeń, oraz być może jeszcze owe 10 plus 5 żądań  z jakimi strajkujący występowali, by choć na chwilę się uśmiechnąć i uwierzyć, że, jak w tym ruskim dowcipie, lepiej już było, a i tak po tych kilku latach te wszystkie ideały jasna cholera wzięła.
        A jeśli komuś wciąż mało, pragnę przytoczyć fragment z autora, o którym tu już parokrotnie była mowa, amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, który swego czasu opisał swoje spotkanie z pewną studentką, redaktorem studenckiej gazetki, która chciała się od niego dowiedzieć, jak mianowicie wyglądało naprawdę życie uniwersyteckie w czasach, gdy Greene miał okazję być jego aktywnym świadkiem i uczestnikiem. I oto, jak on tej dziewczynie odpowiedział, dzieląc swoją wypowiedź na osobne zakresy tematyczne:
Campus – nie było klasycznych, męskich czy żeńskich akademików. Zamiast tego w momencie rejstracji świeżo upieczony student był przypisywany do swojej komuny, gdzie pokoje nosiły specjalne nazwy takie jak ‘Farma Pokoju’, czy ‘Niebo Hanoi’. Zwykłe posiłki były zakazane, a nasza dieta składała się głównie z granoli oraz orzechów. Pieniądze były zakazane; wszyscy żyliśmy z uprawy warzyw, a wszelkie dobra materialne przekazywaliśmy Ludowi. Przez pełne cztery lata spaliśmy na podłodze, ponieważ uważaliśmy, że tak jest bardziej naturalnie, a poza tym będzie to stanowiło symbol solidarności z naszymi braćmi i siostrami w Trzecim Świecie. Bardzo często w jednym pokoju mieszkało nawet 15 osób. W drzwiach nie było zamków, ponieważ  wszyscy byliśmy piękni i ufaliśmy sobie wzajemnie.
Seks – Wszyscy studenci uprawiali seks publicznie nawet kilka razy dziennie, często na zewnątrz, w błocie. Nierzadko, student kończąc studia mógł się pochwalić nawet tysiącem partnerów. Tabletki antykoncepcyjne były dostarczane za darmo z wielkich pojemników rozmieszczonych w strategicznych punktach campusu. W lecie, gdy było bardzo ciepło, studenci na ogół chodzili nago, nawet na zajęcia.
Rodzice – Rodzice z naszego punktu widzenia równie dobrze mogli nie żyć.
Ubiór – sklepy z odzieżą, takie jak je znamy dziś, nie istniały. Głównie chodziło się w mundurach wojskowych, które można było bardzo łatwo zdobyć w różnych punktach na campusie. Studenci często malowali swoje twarze w barwy wojenne. Buty oczywiście były zakazane. Chodziło się wyłącznie boso.
Rasa – Społecznie było rzeczą o wiele bardziej akceptowalną być osobą czarną. W związku z tym, podczas roku akademickiego wielu studentów było czarnych, by stać się z powrotem białymi w czasie pobytu w domu na Święta Bożego Narodzenia oraz podczas wakacji. Ja na przykład byłem czarny od samego początku aż do czasu gdy otrzymałem dyplom i zacząłem szukać pracy.
Narkotyki – Wszyscy chodziliśmy wiecznie zaćpani. LSD było dostępne z kranów z wodą, a w drodze na zajęcia asystenci rozdawali nam marihuanę. Znajdujące się na campusie automaty oferowały meskalinę, barbiturany, oraz amfetaminę. Były również specjalne miejsca, gdzie można było nalać sobie szklankę wina, by spłukać tabletki. Piwo było zakazane. Student przyłapany na piciu piwa był automatycznie wyrzucany.
Polityka – Wszyscy oczywiście byliśmy komunistami.
Muzyka – Zewsząd, 24 godziny na dobę, grała głośna rockowa muzyka, również podczas zajęć.
Studia Zajęć jako takich nie było. Zamiast tego, każdego dnia gromadziliśmy się na zewnątrz, by wykrzykiwać obraźliwe słowa na temat prezydenta Lyndona Johnsona, podczas gdy nasi profesorowie gratulowali nam, że jesteśmy tacy  młodzi i cudowni. Wszyscy oczywiście otrzymywaliśmy najwyższe oceny tylko za to, że przyszło nam żyć w tak ekscytującym i pełnym ciekawych wydarzeń czasie”.
      Bardzo zabawne jest samo zakończenie felietonu Greene’a. Otóż pisze on tak:
 Strasznie to było dawno. Kiedy opowiadałem o tamtych czasach owej studentce, poczułem nostalgię. Ja mówiłem, ona notowała, by wreszcie powiedzieć, że musi wracać na campus.
 - Do widzenia - powiedziała.
 - Peace - odpowiedziałem”.
       Przepraszam bardzo, ale nawet jeśli przyjąć, że Greene trochę się tu wygłupia, to ja już naprawdę zniosę nawet to nasze śmieszne LGBT, nawet jeśli ono będzie niesione na sztandarach Ruchu Wyzwolenia Krów.


     


wtorek, 14 stycznia 2020

Czy studiowanie pism Indian Navajo to klucz do potęgi naszych wnuków?

      Właśnie dotarła do mnie informacja, skądinąd w wybranych środowiskach już od pewnego czasu pewnie znana, że w odpowiedzi na donos grupki studentów pierwszego i drugiego roku socjologii Uniwersytetu Śląskiego, że oto socjolog rodziny oraz wieloletni wykładowca uczelniany dr hab. Ewa Budzyńska w swoich wykładach narzucała słuchaczom „ideologię anti-choice, poglądy homofobiczne, antysemityzm, dyskryminację wyznaniową, informacje niezgodne ze współczesną wiedzą naukową oraz promowała poglądy radykalno-katolickie”, tamtejszy  rzecznik dyscyplinarny prof. Wojciech Popiołek skierował do komisji dyscyplinarnej wniosek o ukaranie Budzyńskiej naganą.  Jak stwierdził w przedstawionej opinii rzeczony Popiołek, dr Budzyńska wykładała tym wrażliwym dzieciom poglądy oparte o „własny, światopogląd o charakterze wartościującym, stanowiący przejaw braku tolerancji wobec grup społecznych i ludzi o odmiennym światopoglądzie, nacechowany wobec nich co najmniej niechęcią, w szczególności wypowiedzi homofobiczne, wyrażające dyskryminację wyznaniową, krytyczne wobec wyborów życiowych kobiet dotyczących m.in. przerywania ciąży”.

      Jak się również dowiaduję, w geście protestu przeciwko owemu szaleństwu, dr Budzyńska złożyła wypowiedzenie z pracy, które zostało przez władze uczelni z zadowoleniem przyjęte i dziś sprawa jest zarówno zakończona, jak i jednocześnie pozostaje w zawieszeniu, a to w związku z faktem, że w sprawę dr Budzyńskiej zaangażował się instytut Ordo Iuris, oraz podobno również minister Gowin. A zatem, nawet jeśli samej dr Budzyńskiej uratować się już nie da, to jest pewna szansa, że przez wprowadzenie odpowiedniej ustawy, zanim będzie za późno, uda się wziąć bandę tych durniów za twarz i uchronić nas przed tą barbarią.
     Moim zdaniem jednak, jeśli rzeczywiście możemy liczyć na jakąś zmianę, to na pewno jeszcze nie teraz. Owa ideologiczna agresja, która opanowała nasze uniwersytety, jest bowiem bezpośrednim odpryskiem tego, z czym się od lat muszą mierzyć Bogu ducha winni mieszkańcy takich państw jak Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania, Dania, czy Hiszpania i obawiam się, że jeszcze długo po tym, jak tamci się w końcu opamiętają i zaczną wielkie sprzątanie po pozostawionych przez siebie zgliszczach, my tu będziemy tkwić w przekonaniu, jacy to strasznie jesteśmy nowocześni, i robić z siebie pośmiewisko.
       Jest jednak coś, na co naprawdę liczę. Otóż jest duża szansa, że w tym świńskim truchcie z jakim walczymy o pozycję w cywilizowanym niezmiernie  naszym zdaniem świecie, uda nam się pominąć etap najbardziej kompromitujący, o którym tak pięknie pisał swego czasu Rush Limbaugh w swojej fantastycznej książce „The Way Things Ought To Be”, wydanej w czasach, gdy przynajmniej tu u nas panowała jeszcze stara dobra kulturowa wolność i jedynym tabu na uniwersytetach było twierdzenie, że Lech Wałęsa to naturalny ludowy przywódca, a tam u nich już się sprawy kotłowały na całego. Proszę posłuchać:
Kilka lat temu grupa radykalnych studentów z uniwersytetu Stanford urządziła manifestację na rzecz usunięcia z programu nauczania przedmiotu zwanego Historia cywilizacji zachodniej. Manifestanci zorganizowali marsz protestacyjny w czasie którego wykrzykiwali: ‘Hey, hey, ho, ho, Western culture's gotta go’. Władze uniwersytetu Stanford skapitulowały i historię Zachodu usunęły z curriculum. Zastąpiono ją rozmytą pseudowiedzą, która analizowała dzieje cywilizacji pod kątem ‘przynależności rasowej, klasowej i płci’. Odtąd więc, zamiast pism św. Augustyna czy Johna Locke'a, studenci analizują biografię gwatemalskiej przywódczyni marksistowskiej partyzantki Rigoberty Menchu czy dokumenty plemienia Navajo zatytułowane Nasz świat, nasza owca, nasze ciało, My”.
       Ja naprawdę na temat towarzystwa, które oblazło nasze uniwersytety, nie mam niemal nic dobrego do powiedzenia, w to jednak by oni kiedyś moim wnuczkom kazali studiować dokumenty Indian Navajo trudno mi uwierzyć. To już prędzej spodziewać się mogę traktatu autorstwa prof. dr hab. Mai Ostaszewskiej o życiu erotycznym wyzwolonych krów. A z tym, jak sądzę, jakoś sobie poradzimy. 




poniedziałek, 13 stycznia 2020

WOŚP, czyli zaznaczanie terenu


       Nie planowałem już więcej pisać na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, jednak dwie rzeczy mnie do tego zachęciły. Przede wszystkim, jak się okazuje, dwa ostatnie teksty, jakie owemu tematowi poświęciłem, spotkały się tu ogromnym zainteresowaniem, generując za każdym razem niemal 3 tysiące unikalnych odsłon, a to świadczy o tym, że temat żyje. Poza tym, to że atmosfera, jaka przy tej okazji kreowana jest rok w rok przez ów moralny terror, jakiemu poddawani są nawet ludzie, którzy w tę styczniową niedzielę jedyny kontakt jaki mają ze światem, to wyjście rano do kościoła na Mszę, znów nie wytrzymałem. Oto dziś z samego rana media podały informację, że wiceprezydent Białegostoku na swoim Twitterze zamieścił zdjęcie, na którym w towarzystwie innych osób świętuje kolejny sukces Jerzego Owsiaka i ktoś natychmiast zauważył, że w tej rozradowanej grupce, tuż obok wiceprezydenta stoi człowiek, który dziesięć lat temu, podczas wpychania penisa do odbytu, pragnąc wzmocnić wspólne erotyczne wrażenia, przy pomocy sznurka, udusił swojego homoseksualnego partnera. Przyznaję, że owa wiadomość zrobiła na mnie podwójne wrażenie i to wcale nie z Jerzym Owsiakiem w roli głównej. Przede wszystkim, przypomniał mi się znakomity film Friedkina „Cruising”, który przez to, że w sposób niezwykle graficzny prezentował środowisko homoseksualne z tej właśnie perspektywy, został skazany na wieczną publiczną niesławę, no a poza tym zacząłem sobie myśleć o owym mordercy, który zamiast zdychać w więzieniu dziś zadaje szyku w pierwszym rzędzie festiwalu WOŚP w Białymstoku. I o nim właśnie chciałem dziś napisać parę słów.
      Otóż zastanawia mnie czemu on wziął wczoraj udział w tej zabawie i to w tak spektakularnym stylu. Czy podczas pobytu w więzieniu – myślę, że coś tam jednak odsiedział; w końcu w roku 2009 sędziowie nie mieli jeszcze powodu, by terroryzować społeczeństwo z którym są w stanie wojny – doznał nawrócenia i uznał, że od tej chwili będzie już tylko czynił dobro? A może już po odbyciu wyroku doszedł do wniosku, że najpewniejszą drogą do resocjalizacji będzie nawiązanie kontaktu z ludźmi o czystych sercach i dobrych intencjach? Może wreszcie, całkiem przeciwnie, wpadł na pomysł, że to tam, podczas tych corocznych finałów będzie mógł wyszukiwać kolejnych partnerów do seksualnych orgii, tyle że takich, którzy mu nie będą od razu walić kity od głupiego sznurka?

        Może tak to właśnie było? Przypominam sobie książkę Vonneguta „Galapagos”, której jednym z bohaterów jest psychopatyczny morderca i jak najbardziej gej, który regularnie zakładał sweter na drugą stronę, tak by metka była na zewnątrz, wychodził na miasto i w ten sposób prowokował do zaprzyjaźniania się swoje kolejne ofiary. To ta metka właśnie służyła mu jako znak rozpoznawczy i jednocześnie przynęta. Przypominam sobie ową vonnegutowską metkę i zastanawiam się nad funkcją serduszek, które lata temu Jerzy Owsiak zaczął rozprowadzać po całym świecie. Ja oczywiście nie sugeruję, że to nadzwyczaj miłe i porządne małżeństwo z trójką miłych i porządnych dzieci, którzy mieszkają w pobliżu i których często spotykam w kościele podczas mszy, a którzy wczoraj solidarnie i dumnie demonstrowali swoje dobre serca, w ów dziwny sposób się dekorują, by zakładać sznurki na szyję Bogu ducha winnym gejom. A może, ktoś powie, że moim zdaniem oni dają sobie przylepiać te serduszka po to, by każdy wiedział, że oni są dobrymi ludźmi, którzy poszczą, odmawiają różaniec i dają jałmużnę? Też nie. Im by w życiu nie przyszło do głowy by trąbić w trąby, kiedy czynią dobro; w końcu z cała pewnością co wieczór czytają Pismo Święte. W moim rozumieniu, w każdej z opisanej sytuacji chodzi zawsze o to samo, a mianowicie o to, by się członkowie w gruncie rzeczy sekty wzajemnie rozpoznawali. I to, moim  zdaniem, stanowi największy biznesowy sukces Jerzego Owsiaka; nie te ukradzione pieniądze, nie to moralne i intelektualne zepsucie, z którym mamy do czynienia na organizowanych przez niego eventach, nie wreszcie ta sława i kto wie, czy nie wreszcie od lat wyczekiwana Nagroda Nobla, ale to, że jemu udało się z tak nieprawdopodobną skutecznością, dzięki tym serduszkom, zaznaczyć teren i podzielić Polskę na dwie osobne części.

      I tu widzę podobieństwo. Jeśli bowiem wczoraj w kościele podczas Mszy jedna połowa modliła się z przylepionymi do piersi czerwonymi sercami, a druga bez, to tak naprawdę wcale nie chodziło o to, by każdy wiedział, że jedni są dobrzy, a drudzy źli, ewentualnie, że jedni są głupi, a drudzy mądrzy, ani tym bardziej o to, by uczestnicy owej modlitwy się rozpoznawali i czuli ze sobą więź, która nie ma nic wspólnego ze znanymi nam celami. Tu nawet nie chodzi o to, że ci wszyscy, którzy odmawiają Ojcze Nasz, składając dłonie na owsiakowym serduszku, w ten sposób deklarują, że w majowych wyborach zagłosują na każdego, byle nie Dudę, a pozostali to ciemny PiS. Nic podobnego. Tu mamy do czynienia wyłącznie z kwestią przynależności do organizacji, której nazwę, kształt i zadania zna chyba tylko Owsiak, a kto wie, czy nawet i on. To znaczy, gdy chodzi o mnie, to ja pewne podejrzenia mam i myślę, że jestem na dobrym tropie, no ale to jest już temat na osobny felieton.



 

Trzy kwestie na koniec. Przypominam, że ci wszyscy którzy pragną mieć możliwość komentowania na tym blogu powinni swoją chęć zgłosić pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Druga rzecz to ta, że ci którzy, choć zapowiedzieli chęć komentowania do końca miesiąca nie pokażą, że to było na poważnie, zostaną z listy usunięci. No i wreszcie coś z zupełnie innej beczki. Własnie się dowiedziałem, że w księgarni Kliniki Języka zostało już tylko ok. 170 egzemplarzy mojej ostatniej książki o Imperium Brytyjskim. Jak znam Gabriela, dodruku, przynajmniej na razie, nie będzie. Zainteresowanych zachęcam albo do zamawiania książki pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie do kontaktu bezpośredniego. Mam tu też pewną liczbę egzemplarzy z osobistą dedykacją.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...