poniedziałek, 29 stycznia 2024

O dobra czynieniu

 

Jak tu już kiedyś słusznie zauważył nasz ksiądz Krakowiak, powodem dla którego tak fatalnie się tu ostatnio opuściłem, nie jest moja rozpacz z powodu porażki Prawa i Sprawiedliwości, ani tym bardziej postępki nowej władzy wobec Polski i Polaków, lecz fakt, że moja postępująca starość z każdym dniem wymaga ode mnie koncentrowania się na życiu , i trudno jest mi znaleźć dobry moment, by siąść i coś napisać. Drugim powodem owego zastoju – bpo wciąż wierzę, że jest to zaledwie zastój – jest dramatyczna wręcz ocywistość tego co dziś wszyscy przyżywamy, a ja nigdy nie miałem ambicji by odnosić się do kwesti oczywistych. Stało się jednak tak, że przy okazji kolejnego wydania tak zwanej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy trafiłem na coś, o czym, jak podejrzewam, wielu z czytelników tego bloga wie od dawna, a ja dla tych z nas, którzy, podobnie jak ja, o tym bladego pojęcia nie mieli, chciałbym podrzucić coś nadzwyczaj cennego.

I dalej już nie będzie ani jednego słowa ode mnie, ale dokładny zapis informacji przekazanej przez coś co nosi nazwę Instytutu Zachodniego. Proszę się skupić.

      

      Jednym z bardziej charakterystycznych elementów życia codziennego w III Rzeszy były kwesty uliczne na Dzieło Pomocy Zimowej (Winterhilfswerk, WHW). Była to ogólnokrajowa akcja charytatywna na rzecz potrzebujących zainicjowana w 1933 r. i nadzorowana przez Narodowosocjalistyczną Ludową Opiekę Społeczną (Nationalsozialistische Volkswohlfahrt).

      Zbiórki prowadzano każdego roku od października przez kolejne sześć miesięcy. W tym czasie na ulicach niemieckich miast i miasteczek pojawiali się członkowie partii i innych organizacji z charakterystycznymi puszkami. Prowadzenie zbiórek było obowiązkiem młodych ludzi z Hitlerjugend oraz Związku Niemieckich Dziewcząt. Pomocą służyli im wysocy funkcjonariusze partyjni oraz członkowie różnych nazistowskich formacji, w tym SS i Narodowosocjalistycznego Korpusu Motorowego (NSKK). Kulminacyjny punkt kampanii stanowił „Dzień Solidarności Narodowej”, przypadający w pierwszą niedzielę grudnia. Na ulicach Berlina datki zbierali wówczas czołowi naziści, jak również popularni aktorzy, muzycy czy też bohaterowie wojenni. Jak donosiła berlińska prasa, do Hermanna Göringa, który kwestował na Unter den Linden, ustawiały się kolejki, a „kobiety mdlały, usiłując dostać się do puszek”. Zaangażowanie znanych z życia politycznego osobistości sprawiało, że w 1938 r. tylko w samym Berlinie w ciągu dwóch i pół godziny zebrano ponad milion marek.

      Propaganda przedstawiała tę masową kampanię jako przykład istnienia narodowosocjalistycznej wspólnoty narodowej (Volksgemeinschaft). I rzeczywiście ów „socjalizm czynu” cieszył się niemałym poparciem wśród Niemców. W 1943 r. Pomoc Zimowa zgromadziła 1,6 mld marek. Środki te wykorzystywane były na pomoc socjalną, w ramach której kupowano potrzebującym np. węgiel. Z czasem jednak – zwłaszcza po 1939 r. – przeznaczano je na zbrojenia. To właśnie pod hasłem Pomocy Zimowej zbierano odzież dla żołnierzy na froncie wschodnim. Stąd też rozwijano niekiedy skrót WHW jako Waffenhilfswerk, czyli Dzieło Pomocy Zbrojnej.

      Każdy darczyńca w podzięce otrzymywał odznaki Pomocy Zimowej, które należało przypiąć w widocznym miejscu, co z kolei wymuszało masowe uczestnictwo w akcji. Na plastikowych odznakach, które były przez wielu kolekcjonowane, widniały przeróżne rysunki, jak np. wizerunki miast niemieckich, portrety filozofów, kompozytorów itp. Jak podaje Peter Fritzsche w książce „Życie i śmierć w Trzeciej Rzeszy”, podczas kampanii z lat 1938-1939 wyprodukowano aż 170 mln sztuk odznak Pomocy Zimowej. Zresztą wzrastający popyt na nie ożywił znacząco niemiecki przemysł zabawkarski.

      Bezpośrednio z Dziełem Pomocy Zimowej powiązana była comiesięczna akcja Eintopfsonntag, czyli „jednogarnkowa niedziela”. Idea tej inicjatywy polegała na tym, aby każdej pierwszej niedzieli miesiąca w okresie od października do marca przygotowywać prosty, jednogarnkowy posiłek, którego koszt nie powinien przekracza 0,5 marki na osobę w rodzinie. Tego dnia w mieszkaniach zjawiali się członkowie partii z puszkami Pomocy Zimowej i zbierali „zaoszczędzone” fenigi. Było to też okazją do inwigilacji.

      Obie akcje cieszyły się względnie dużą popularnością wśród Niemców, choć spotykało się też słowa krytyki. Dotyczyły one przede wszystkim ich pozornie dobrowolnego, a w rzeczywistości przymusowego charakteru. Na Pomoc Zimową, nazywaną niekiedy „zorganizowanym rozbojem w biały dzień”, musieli składać się pracownicy przedsiębiorstw państwowych oraz urzędnicy. Za odmównie wpłaty groziły poważane konsekwencje, a nawet sąd. W systemie powszechnej inwigilacji i donosów niespotykana była też odmowa wrzucenia pieniędzy do puszki.

      Zbiórki na Pomoc Zimową organizowano przede wszystkim podczas różnych niemieckich uroczystości. Przykładowo, w 1940 r. dobrą okazją stał się Dzień Policji Niemieckiej (Tag der Deutschen Polizei), obchodzony 18 lutego. W akcję zaangażowani zostali wówczas funkcjonariusze Narodowosocjalistycznego Korpusu Motorowego, kwestujący po ulicach miasta z puszkami.


I to tyle na dziś. Z mojej strony mogę tylko dodać, że gdyby ktoś tu chciał mi zarzucić, że ja sugeruję iż Jerzy Owsiak, w swojej akcji „światełka do nieba” kontynuuje tradycję nazistowskiej dobroczynności, to ja prostestuję. Projekt Jerzego Owsiaka, podobnie jak i jego finansowe efekty, nie mają nic wspólnego z działalnością polskiego państwa. Polskie Państwo z owej działalności nie ma nic. Cały dochód z owej dobroczynności wpada w ręce tego niezwykłego człowieka.




 

czwartek, 11 stycznia 2024

O wolnej Polsce w totalitarnej Europie

 

        W dawnych jeszcze czasach, za gnijącej komuny, ale też później, gdy jakże błędnie zdawało się, że owa komuna odeszła już w kompletną niepamięć, jeśli ktoś mnie pytał, jak rozumiem pojęcie państwa totalitarnego, opowiadałem mu dwie historie z życia, jedną z życia swojego, a drugą zasłyszaną. Otóż pewnego dnia szedłem sobie ulicą i jakiś taksówkarz, chcąc mnie ominąć, walnął we mnie lusterkiem, co na moim ramieniu spowodowało siniak, a gdy chodzi o lusterko, się biedactwo potłukło. Kierowca taksówki zatrzymał się i powiedział mi że będąc pijany zatoczyłem się, zniszczyłem mu lusterko i w związku z tym mam mu za to lusterko zapłacić. Wprawdzie ja pijany w zadnym wypadku nie byłem, a wypadek był ewidentnie spowodowany gapstwem kierowcy, niemniej bez dyskusji dałem mu pieniądze i odszedłem w spokoju. Czemu tak? Bo wiedziałem bardzo dobrze, że jeśli on wezwie milicję, w tej konfrontacji nie będę miał żadnych szans.

       O drugim zdarzeniu opowiadała mi koleżanka ze studiów. Studiowała ona w Sosnowcu, a przez to że pochodziła z Radomia, zawsze na weekend jeżdziła pociągiem do domu, gdzie zawsze na dworcu czekał na nią jej chłopak. Któregoś piątku wieczorem pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał, więc chłopak koleżanki udał się do odpowiedniego okienka dowiedziać się, co się dziej, ale obsługująca okienko pani stała w końcu pomieszczenia, plotkowała z koleżanką i chłopaka lekceważyła. Po kilku nieudanych próbach zwrócenia na siebie uwagi chłopak wrzasnął, pani przyszła, wystawiła głowę za szybkę i zawołała kręcących się po hali dworca milicjantów, żeby zrobili porządek z jakimś awanturującym się pijakiem. Ponieważ chłopak nie był tak przezorny jak ja, zaczął się stawiać, w związku z czym został wrzucony do radiowozu, zawieziony na komisariat, a po jakimś czasie dostał wezwanie na tak zwane „kolegium”, gdzie mu wlepiono na dzisiejsze czasy jakieś 5 tysięcy złotych kary.

       Ktoś się zapyta, skąd ja byłem taki mądry, że już wtedy wiedziałem, czym jest państwo totalitarne. Otóż głównie z obserwacji, ale też, proszę sobie wypobrazić, z książki niegdysiejszego Jacka Fedorowicza pod tytułem „W zasadzie tak”, w dużej mierze poświęconej wyjaśnianiu meandrów totalitarnego właśnie państwa. W pewnym miejscu pisał Fedorowicz, że kiedy idziemy do restauracji coś zjeść, pod żadnym pozorem nie wolno nam zamawiać alkoholu. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że w konfrontacji kelner – klient, klient, a więc obywatel, jest wyłącznie prochem marnym, podczas gdy kelner reprezentuje państwo i w momencie gdy kelner wręczy klientowi rachunek przekraczający choćby i dziesięć razy faktyczny koszt zamówienia, jako osoba pijana, ten będzie musiał wskazany rachunek uiścić. I to też w najlepszym dla siebie wypadku.

      Przeczytałem tekst Fedorowicza i zadałem sobie sprawę z tego, że tak właśnie wygląda państwo totalitarne. Dopóki obywatel znajduje się wśród innych obywateli, i się nie wyrywa, pozostaje wolny i bezpieczny; w momencie jednak gdy trafi na panią w kiosku Ruchu, sprzedawczynię w sklepie, panią aptekarkę, kierowcę autobusu, kasjerkę na dworcu kolejowym, nie mówiąc już o urzędniku w urzędzie, czy nie daj Boże milicjanta, trafia na margines, a naprzeciwko ma już tylko totalitarne państwo, które może wobec niego użyć – jak to kiedyś jeszcze, będąc ministrem w rządzie Hanny Suchockiej, zachciał określić sam Jan Maria Rokita – całej swojej siły. I podobnie oczywiście się dzieje, gdy obywatel wychodzi rano do pracy, czy to w sklepie, czy w urzędzie, czy jako konduktor w pociągu, przestaje być obywatelem i staje się przedstawicielem totalitarnego państwa.

       Opowiadałem te historie swoim znajomym, a później już, przez całe długie lata, swoim dzieciom i to pewnie dlatego wczoraj moja córka przez cały dzień nuciła pod nosem piosenkę „Ojczyzno ma”, a dziś rano wsiadła w pociąg i udała się do Warszawy, mówiąc mi na pożegnanie: „To twoja wina, bo tak mnie wychowałeś”. A ja piszę ten tekst i przez to, co usłyszałem, ale też po to, by zwrocić uwagę na to co się od pewnego czasu wokół nas dzieje. Polskie państwo, trafiwszy w stalowy uścisk Obersturmbannfuhrera Webera, Donalda Tuska i jego lokalnej ferajny i wszystkich możliwych służb tego państwa, stało się państwem jak najbardziej totalitarnym. Widać to choćby wczoraj i dziś, gdy wokół Sejmu pojawiają się barierki, ministrowie Wąsik i Kamiński przewożeni są z warszawskiego aresztu dziesiątki kilometrów w głąb kraju, pod siedzibą telewizji Republika pojawiają się koparki i robotnicy z łopatami, miejski autobus blokuje wiazd do Belwederu, udające sie do Warszawy pociągi są zatrzymywane, autokary udające się na protest pod Sejmem są na swojej trasie godzinami kontrolowane, a ludzie w pociągach rozdają między siebie środki przeciwko gazowi pieprzowemu.

      Oto państwo totalitarne, którym Polska stała się na powrót praktycznie z dnia na dzień. Na szczęście jest jedna rzecz, która nas różni od tamtych czasów i która daje nam pewną nadzieję na przetrwanie. A paradoksalnie do tego doprowadzili sami nowi władcy Polski. Otóż dla podtrzymania swojej pozycji, budując tę straszną nienawiść i przez nią dzieląc przez całe lata nasze społeczeństwo w tak dramatyczny sposób, sprawili jednocześnie, że po drugiej stronie nie mają już rozproszonej grupki obywateli, oraz ich przedstawicieli, lecz zorganizowaną, patriotyczną siłę, której – Bóg da – bramy piekielne nie przemogą.



          

sobota, 6 stycznia 2024

Don Paddington: Serce, część 3

 Koszulki z napisem „Gaśnica wolności”, „Ręce precz od Janka Pietrzaka!”, „1670! Żądam kolejnego sezonu. Subito!”, oraz „Polskie media, nie niemieckie!” w cenie już od 67.99 zł, czyli esej o byciu kimś wyjątkowym. 


Boże, jak ja kocham symbolikę!...

(anonimowy komentarz do wydarzeń po 15.10.2023.)



Część 3: Najważniejsze jest to, co w sercu.


Trzeci problem, z którym wypada nam się w tym eseju zmierzyć, ilustruje pewna robocza hipoteza, którą można sformułować w sposób następujący: Allan Quatermain i Alison Doody  – choć sami w sobie imponujący – nie mają wstanu do Władka.

Oczywiście nie mam tutaj na myśli Allana Quatermaina i Alison Doody w sensie ścisłym, lecz efekty działania niemieckiego idealizmu i efekty stosowania metody statystycznej – efekty w postaci tworzenia niezwykłości w naszym świecie, których symbolem są w niniejszym tekście Allan i Alison. Sadzę, że jest to jasne, natomiast nie sądzę, by ktokolwiek z Czytelników wiedział, kim jest Władek.

Władek, dzisiaj już świętej pamięci, był moim parafianinem. Zmarł na krótko przed świętami i wszyscy którzy go znali, są jego śmiercią nader przejęci. Sama śmierć była bardzo zwyczajna: Władek zmarł na szpitalnym łóżku, zmożony ciężką chorobą. Tyle tylko, że ciężko jest uwierzyć, że już go pośród nas nie ma…

Był kilka lat starszy ode mnie. Sprawiał wrażenie chłopa nie do zdarcia. Był mężem, ojcem i dziadkiem. Był rolnikiem i strażakiem. Głośno i wyraźnie wyrażał swoją opinię o różnych sprawach. Zawsze był obecny na pierwszej niedzielnej Mszy Świętej i zawsze przystępował do Komunii Świętej. Tyle. W sumie nic nadzwyczajnego…

Gdy Władek zmarł i przyszedł dzień pogrzebu, przewożono rankiem jego ciało z kostnicy do kościoła. I wtedy mieszkańcy wioski, w której Władek mieszkał, wylegli na ulicę, by mu pomachać i w ten sposób go pożegnać. Zachowanie tych ludzi było niezwykłe. Pogrzeby się zdarzają i dość często dotyczą one osób nader przyzwoitych, czy wręcz zasłużonych. Tym niemniej ja, w swej dość już długiej karierze proboszcza, nie spotkałem się jeszcze z tego rodzaju manifestacją. Bo to była manifestacja. Żegnano Władka jak króla, prezydenta, papieża, choć jako żywo królem, prezydentem, czy papieżem nie był. Kim więc był?


Mówiłem kazanie na pogrzebie Władka. Znałem go trochę, ale postanowiłem porozmawiać wcześniej z ludźmi – krewnymi, przyjaciółmi, znajomymi – którzy z racji oczywistych znali go znacznie lepiej. Z ich opowieści wynikało, że Władek, tak trochę niepostrzeżenie zyskał sobie pośród nich taką pozycję, że teraz, gdy go nie ma, trudno im jest sobie wyobrazić codzienne życie bez niego. Gdy coś takiego mówi żona, albo dzieci, należy przyjąć to ze zrozumieniem i złożyć wyrazy współczucia. Ale gdy mówią coś takiego znajomi? Sąsiedzi? Także młodzi ludzie? Kim ten Władek był?


Kazanie, które powiedziałem na pogrzebie bardzo się ponoć ludziom spodobało. Nie będę go teraz powtarzał, natomiast warto nadmienić, że mówiąc o Władku, starałem się go pokazać jako porządnego faceta. Niekiedy używamy tego określenia – „porządny facet” – chcąc w skrócie opisać od dobrej strony jakiegoś mężczyznę, ale generalnie nie zastanawiamy się jaka jest, jaka powinna być treść tego określenia. Mam już 60 lat i przyznam się, że dopiero śmierć Władka i okoliczności dotyczące jego pogrzebu skłoniły mnie do tego, by nad tą treścią się zastanowić. To nie było trudne, ponieważ „porządny facet” wyłonił się ze zbieranych o Władku opowieści.

Oto więc, drodzy Czytelnicy, przedstawiam wam:

Przepis na to, w jaki sposób być porządnym Facetem

(podpowiedzi śp. Władka)


  1. Trzymać z Bogiem i Kościołem.


  1. Pracować, trzymać się swej żony, troszczyć się o najbliższych, szanować sąsiadów.


  1. Pomagać potrzebującym (zgodnie ze strażackim zawołaniem: „Bogu na chwałę, ludziom na ratunek!”).


  1. Mówić prawdę prosto w oczy: nie owijać w bawełnę, lecz otwarcie przedstawiać co leży na wątrobie.


  1. Wiedzieć z kim wypić, ale też wiedzieć komu odmówić towarzystwa.


  1. Wiedzieć kogo i za co pochwalić.


  1. Wiedzieć kogo i za co opieprzyć.


Jakże to wszystko jest proste i oczywiste. I jednocześnie trudne. Trudne w tym znaczeniu, że może zdarzyć się ktoś, kto postępuje w zgodzie z punktem 4. powyższego przepisu, ale à propos punktu 5. gubi się szalenie; ktoś z punktem 6. i 7. jest za pan brat, ale jednocześnie nie jest mu po drodze z punktem 1. Możliwości kombinacyjnych jest tutaj dużo. Władek zaś był wierny wszystkim 7. punktom jednocześnie. I to go czyni wyjątkowym. A źródło owej wyjątkowości biło w jego sercu.


Gdy niniejszej części eseju o byciu wyjątkowym dałem tytuł „Najważniejsze jest to, co w sercu”, pomyślałem sobie, że być może część Czcigodnych Czytelników uzna go za nieznośnie trywialny, kościółkowy, coelhowski. Niestety, myśląc o Władku i o tym na czym polega bycie kimś wyjątkowym, nie byłem w stanie nic mądrzejszego i zgrabniejszego wymyśleć. Wskazanie bowiem na serce jest tutaj trafne, ponieważ w Piśmie Świętym serce jest synonimem wnętrza człowieka: serce to jego dusza, wola, rozum, sumienie. To właśnie tam, człowiek – jeśli tylko chce – jednoczy się z Bogiem. I tam, z tego zjednoczenia (a nie ze statystyk, bujnej wyobraźni i tym podobnych pomysłów), wyłania się to, co prawdziwie jest wyjątkowe. 

Tak… Najważniejsze jest to, co w sercu. Wszystko inne, to głupstwa.


Pozdrawiam wszystkich serdecznie.


P.S.: Bardzo proszę, by zainteresowani koszulkami kierowali zamówienia bezpośrednio do producenta, czyli do wspomnianego już wcześniej p. Stefana Kaczmarka, właściciela firmy NOWIECZEK. Firma jest duża i bardzo znana; bez kłopotu można namiary na nią znaleźć w internecie.


P.P.S.: Istnieje też możliwość, że wzmianka o koszulkach w tytule eseju, jest zwykłym, chamskim klikbajtem.


piątek, 5 stycznia 2024

Don Paddington - Serce, część 2

 Koszulki z napisem „Gaśnica wolności”, „Ręce precz od Janka Pietrzaka!”, „1670! Żądam kolejnego sezonu. Subito!”, oraz „Polskie media, nie niemieckie!” w cenie już od 67.99 zł, czyli esej o byciu kimś wyjątkowym. 


Boże, jak ja kocham symbolikę!...

(anonimowy komentarz do wydarzeń po 15.10.2023.)



Część 2: Wyobraźnia jest ważna? Równie ważne są statystyki!


Drugie istotne zagadnienie dotyczące bycia kimś wyjątkowym, wiąże się z odpowiedzią na proste pytanie: Czy Alison Doody jest dobrą Irlandką? 

Zanim przystąpimy do meritum powyższej kwestii, proszę pozwolić na krótkie wyjaśnienie. Otóż ośmielam się zaprzątać uwagę Czcigodnych Czytelników postaciami typu „Allan Quatermain”, czy „Alison Doody”, ponieważ niedawno obejrzałem film z 2004 roku, pt. „Kopalnie króla Salomona”. Książka pod tym samym tytułem, to najbardziej znane dzieło H. R. Haggarda – dosyć nużące, przynajmniej dla mnie. Obejrzałem ów film w związku z pobieranymi u Toyaha lekcjami angielskiego. Pomyślałem sobie, że warto osłuchać się z tym dziwacznym językiem, zwłaszcza w jego prostej, choć nie-zwulgaryzowanej wersji, a wydawało mi się, że „Kopalnie…” znakomicie się do tego nadają. Głównym bohaterem książki jest znany nam już Allan Quatermain, którego we wzmiankowanym filmie grał Patrick Swayze, a partnerowała mu właśnie Alison Doody. Aktorka wyglądała w tym filmie bardzo ładnie i kogoś mi przypominała, choć nie wiedziałem kogo. Trochę mnie to męczyło, dlatego wyguglałem co trzeba i dowiedziałem się, że owa pani jest Irlandką, a nade wszystko z pewną dozą zaskoczenia uświadomiłem sobie, że swego czasu, w wieku 23 lat, Alison Doody grała wspaniałą antagonistkę Indiany Jonesa („Indiana Jones i ostatnia krucjata” – 1989), czyli dr Elsę Schneider, zaciekłą nazistkę, romansującą także z ojcem Indiany, granym przez Seana Connery. W roku realizacji „Kopalni…” pani Doody miała 38 lat, stąd jej od razu nie poznałem, ale gdy pojąłem z kim mam do czynienia, popadłem w zachwyt. Zrozumiałem bowiem, że Alison Doody jest dobrą Irlandką, wręcz chlubą Irlandii (a może nawet całej zachodniej cywilizacji), bo jako jedyna w świecie aktorka może się pochwalić tym, że była:

  1. dziewczyną Bonda („Zabójczy widok” – 1985), 

  2. Indiany Jonesa („Indiana Jones i ostatnia krucjata” – 1989), 

  3. Allana Quatermaina („Kopalnie króla Salomona” – 2004). 

Czyż to nie jest wspaniałe? Oczywiście, że jest wspaniałe, niezwykłe, wyjątkowe – a uświadamiamy sobie ową wspaniałość dzięki statystycznej metodzie badania rzeczywistości. 


Tu mała dygresja, bo uczymy bawiąc i bawimy ucząc…

Metoda statystyczna ma dwa oblicza: jedno potoczne, drugie naukowe. Oblicze potoczne sprowadza się do szybkiego, często brutalnego licytowania. Dobrym przykładem tegoż, jest dialog prowadzony między generałem armii austriackiej, a zbójnikiem Kwiczołem, zaprezentowany w serialu „Janosik” Jerzego Passendorfera:

Generał: Brałem udział w siedemnastu bitwach i stu dwudziestu trzech potyczkach; czternaście razy byłem ranny.

Kwiczoł: Ni ma sie cym chwalić generale. Jo trzydzieści setków baranów porwołem, dwadzieścia setków baranów zjadłem, w tym ctery śmierdzące – i zyję, i dobze.

Oblicze naukowe metody statystycznej, to też właściwie licytacja, tyle tylko, że nieco bardziej złożona. Złożoność owa jest niekiedy tak wielka, że bez maszyn liczących nie można się obejść. My bez komputera jakoś sobie poradzimy, tym niemniej spróbujmy się przyjrzeć, co naukowiec, zwany statystykiem, tak naprawdę robi. Otóż najpierw pracowicie zbiera dane (w interesującym nas przypadku: określa co to znaczy „być dziewczyną” Bonda, Indiany Jonesa i Quatermaina, a następnie identyfikuje rzeczone we wszystkich dziełach filmowych traktujących o wspomnianych wyżej bohaterach). Następnie, zebrane dane poddaje analizie (np. ile z owych dziewczyn było rudych? dwie; ile potrafiło prowadzić samochód i pilotować samolot? jedna; ile miało zeza i dużą szparę między zębami? żadna; ile paradowało przed kamerą w stroju do jazdy konnej? jedna; ile spośród nich załapało się na to, by partnerować dwóm, albo nawet trzem z wymienionych wyżej panów? jedna; itd). Gdy już statystyk ma za sobą analizę danych (która – jak widać – zazwyczaj jest ilościowa, stąd mówi się o tzw. „mierzeniu”), przechodzi do interpretacji tego, co udało się zanalizować (1. ile z owych dziewczyn było rudych? dwie? dość ciekawe, ale banalne; 2. ile potrafiło prowadzić samochód i pilotować samolot? jedna? ciekawe, ale niestety też banalne; 3. ile miało zeza i dużą szparę między zębami? żadna? nie ma co interpretować; 4. ile paradowało przed kamerą w stroju do jazdy konnej? jedna? bardzo ciekawe, trochę niezwykłe, ale niewiele mówiące; 5. ile spośród nich załapało się na to, by partnerować dwóm, albo nawet trzem z wymienionych wyżej panów? jedna? no i to jest WOW! – WOW  na które czekaliśmy!).

Jak można bez większego trudu zauważyć, to co jest sednem metody statystycznej, sprowadza się do interpretacji pomiaru, a mówiąc ściśle, do kryteriów w oparciu o które ową interpretację się przeprowadza. Opis owych kryteriów, to podstawowa praca dzisiejszych filozofów (jeśli takowi istnieją), a postępowanie w zgodzie z nimi, to chleb powszedni dziennikarzy, polityków, celebrytów i wszystkich aspirujących.

Na nasz skromny użytek zwróćmy uwagę tylko na to, że najpowszechniej przyjmowanym kryterium, w oparciu o które interpretuje się dane statystyczne jest:

  1. aktualnie obowiązująca moda (kryterium popkulturowe),

  2. profesjonalizm (kryterium fachowości),

  3. a) i b) razem wzięte (kryterium użyteczności).

Gwoli wyjaśnienia: Oto mocą swej wyobraźni, oraz w oparciu o potężne narzędzia popkulturowe, ktoś (???) kreuje jakąś modę, która z jednej strony glajchszaltuje (od pięknego niemieckiego słowa „gleichschaltung” jakże znacząco w niemieckiej i nie tylko niemieckiej historii zakorzenionego), to znaczy ujednolica ludzkie postawy, poglądy, wizerunek i ogólny życiowy glamour, a z drugiej strony daje poczucie – paradoksalnie – że uległość wobec tej kreacji uczyni człowieka osobą wyjątkową. Wiem, że jest to dziwne, ale tak to działa i w praktyce się sprawdza. Któż bowiem nie chciałby być kimś nadzwyczajnym? A że zglajchszaltowanie? To tylko mały koszt, który warto ponieść, by być podziwianym jako niezwykłe zjawisko. Jeśli więc czyni się jakieś statystyczne pomiary, w ich interpretacji statystycy odwołują się do kryterium popkulturowego, ponieważ jest to dzięki ujednoliceniu zrozumiałe, a jednocześnie daje konsumentom popu poczucie wyższości nad tymi, którzy z dystansem odnoszą się do tak wysublimowanego narzędzia, jak metoda statystyczna. A dystans ten jest czymś dziwnym, mało profesjonalnym i nie-modnym, ponieważ wystarczy do wyników tej metody się odwołać (np.: „Alison Doody jest jedyną w świecie aktorką, która grała dziewczynę Bonda, Indiany Jonesa i Allana Quatermaina.”, albo „Jakub Piotrowski, piłkarz Łudogorca Razgrad, jest jedynym reprezentantem Polski, który w 2023 roku zdobył trzy trofea: mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Bułgarii.”), by zostać uznanym za fachowca w dziedzinie kinematografii, bądź piłki kopanej.

Podsumowując: „Panie statystyku – mówi dziennikarz, polityk, celebryta, bądź ktoś aspirujący – niech pan te dane, co wie pan, w taki sposób zinterpretuje, albo do interpretacji przygotuje, żebym po podaniu wszystkiego do wiadomości mógł uchodzić za kogoś kto gada w sposób zrozumiały, kto jest profesjonalny i oczywiście jest cool.”

Koniec dygresji.


Zdaję sobie sprawę z tego, że profesjonalny statystyk (zwłaszcza matematyk, a nie socjolog) moją próbę opisu metody statystycznej bezlitośnie obśmieje, jako powierzchowną, naiwną i mącącą ludziom w głowach. Chętnie z tym obśmianiem się zgodzę, tym niemniej ośmielam się zauważyć, że nie aspirujemy tutaj do założenia jakiejś pracowni badań statystycznych, lecz zaledwie do wyjaśnienia kwestii: Czy Alison Doody jest dobrą Irlandką? Wyżej stwierdziliśmy, że jest, wręcz musi być, bo dane statystyczne nie kłamią i nie ma o czym dyskutować. 

Pytanie tylko, dlaczego ta „jedyna w świecie aktorka, która może się pochwalić…”, tak przecież przez to wyjątkowa i niezwykła, nie zrobiła jakiejś oszałamiającej kariery, na ekranie pojawia się bardzo rzadko i w sumie jest właściwie mało znana? Być może chodzi o to, że statystyczne niezwykłości, nie są niezwykłościami realnymi? A być może chodzi o coś tak bardzo zwykłego, że aż w pewnych środowiskach wyjątkowego? Co mam na myśli? Otóż Alison Doody przez całą swoją aktorską karierę zawsze stanowczo odmawiała udziału w scenach z udziałem nagości. Ponoć ta dziwaczna stanowczość kosztowała ją utratę wielu lukratywnych ról filmowych. 

Tak… Zwykłość, która staje się czymś wyjątkowym… Ale o tym, to już w następnym odcinku.


czwartek, 4 stycznia 2024

Don Paddington - Serce, część 1

Po długiej przerwie, odezwał się do nas dobry ksiądz Rafał Krakowiak z całkiem świeżutką refleksją na tematy najważniejsze. Z radością zapraszam wszystkich co wiedzą, czego się spodziewać, ale też tych, co jeszcze nie mieli okazji.



Koszulki z napisem „Gaśnica wolności”, „Ręce precz od Janka Pietrzaka!”, „1670! Żądam kolejnego sezonu. Subito!”, oraz „Polskie media, nie niemieckie!” w cenie już od 67.99 zł, czyli esej o byciu kimś wyjątkowym. 


Boże, jak ja kocham symbolikę!...

(anonimowy komentarz do wydarzeń po 15.10.2023.)


Wstęp: Biję się w pierś.


Jeśli ktoś ma nadzieję, że zaobserwowane przed świętami ożywienie na naszym ulubionym blogu cokolwiek dobrego zwiastuje, to niestety wypada mi tę nadzieję zgasić. Tak to już bowiem jest, że aby cokolwiek na swoim blogu napisać, Toyah musi mieć chęci i czas, a te skutecznie zostały mu odebrane. Pewnie niektórym z Czcigodnych Czytelników przyszła do głowy ta myśl, że chęć do komentowania rzeczywistości odebrał panu Krzysztofowi wynik wyborów z dnia 15 października ubiegłego roku? Jest to myśl jakoś tam oczywista, tyle że błędna. Toyah ma już swoje lata, cieszy się wnukami i oddaje się swej pasji, czyli z zapałem naucza angielskiego, a więc jest do tego co się dzieje w tzw. sferze publicznej odpowiednio i zdrowo zdystansowany, a co za tym idzie nie widzi zapewne powodu, by nie spać po nocach ze względu na dziejące się wokół nas głupstwa. Dlaczego w takim razie blog jest martwy? Do pewnego momentu, opanowany pychą i naiwnością sądziłem, że – nie chwaląc się – jam to sprawił! To przeze mnie Osiejuk zamilkł! Okoliczności owego zamilknięcia były z mojego punktu widzenia następujące: w swej lekkomyślności uległem rozmaitym namowom i zacząłem uczyć się angielskiego. Ponieważ jedynym znanym mi człowiekiem, który mógł mi pomóc w przyswajaniu tego dziwnego języka jest pan Krzysztof Osiejuk, poprosiłem go o pomoc, a on – także powodowany jakąś lekkomyślnością – z radością (???) się zgodził. I to był jego błąd! Zmagając się bowiem bez większego sukcesu z moją wyrazistą tępotą i wrodzoną gnuśnością popadł w stan głębokiego, wręcz depresyjnego zniechęcenia, którego skutki oglądaliśmy także na niniejszym blogu. Tak to było! To znaczy wydawało mi się, że było, bo notka z dnia 21 grudnia rzuciła nieco więcej światła na okoliczności zaistnienia milczenia Toyaha. Mój brak postępów w nauce języka angielskiego miał niewątpliwie duży wpływ na jakże dojmującą martwotę tego miejsca (do niedawna miałem nawet z tego powodu trochę wyrzutów sumienia, choć z drugiej strony, oglądanie przez siebie spowodowanej przemiany człowieka szastającego na prawo i lewo srebrem słów, w człowieka ceniącego sobie nade wszystko złoto milczenia, było naprawdę miłym doświadczeniem), ale okazało się, że głównym powodem, dla którego pan Krzysztof nic nie pisał, było całkowite poświęcenie swego czasu i energii na lekcje angielskiego, które u niego pobierała nowa ministra od zdrowia, czyli pani Izabela Leszczyna. Nie wiem od jak dawna te lekcje się odbywają, ale ich efekt – podobnie jak i w moim przypadku – musi być bardzo mizerny, skoro nasz Gospodarz, nie ukrywając wielkich emocji dał tymże emocjom (czytaj: belferskiej frustracji) publiczny upust, lekko, acz boleśnie drwiąc ze swej uczennicy i jej „imparszjaliti”. Jeśli Toyah zdobył się na tak mało pedagogiczną manifestację bezradności, to tym samym musi być na skraju wytrzymałości. Dobrze to nie wróży i stąd nie należy się spodziewać większej aktywności p. Krzysztofa na blogu (nie dajmy się zwieść jakimś nędznym okruchom, które p. Osiejuk sypie nam w żłoby). Taka jest prawda i trzeba się z nią pogodzić.


No dobra!... Wyjaśniwszy kwestię katatonii w jaką popadł blog Toyaha, spróbuję przejść do adremu, by zaanonsowanym esejem pocieszyć wszystkich fanów naszego Gospodarza. Tuszę, że i On znajdzie w nim jakąś pociechę i orzeźwienie. 



Część 1: Wyobraźnia jest ważna!


Pierwsze nurtujące mnie w tym eseju zagadnienie, które oby okazało się być interesujące także dla Czytelników, jest następujące: Czy Allan Quatermain naprawdę umarł? 

Pytanie wydaje się być bezprzedmiotowe, ponieważ Allan Quatermain jako postać fikcyjna nigdy się nie urodził, a co za tym idzie nie mógł także umrzeć. Jak widzimy, logicznej poprawności powyższego rozumowania (tudzież innych rozumowań w rodzaju: „jeśli nie ma wódki, to nie można jej wypić”; „jeśli nie ma prawa, to nie można go złamać”; „jeśli nie ma Boga, to nie potrzeba się go bać” itd.) nic nie można zarzucić, ale dostrzegamy też, że niestety logika nie wszystkie skomplikowane meandry naszej egzystencji jest w stanie ogarnąć. Okazuje się bowiem – i nie sądzę, by było to dla kogokolwiek zaskoczeniem – że postaci fikcyjne mają swoje życie (w przekazie ustnym, pisanym, filmowym), które niekiedy się kończy (w przekazie ustnym, pisanym, filmowym), a co za tym idzie mogą w naszej wyobraźni całkiem nieźle żyć (owe postaci) i zupełnie na serio umierać. W sumie, nic wyjątkowego. Quatermain jest tutaj jednak postacią niebanalną, ponieważ kiedyś jakiś szaman przepowiedział, że Afryka nie pozwoli mu umrzeć. Oczywiście, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że fikcyjni bohaterowie mają „kilka żyć”, a interesy (bo niby cóż innego?!) pisarzy, filmowców, producentów, wydawców, tudzież oczekiwania konsumentów nie pozwalają rozmaitym Supermanom i Hulkom umrzeć, ale pomysł by Afryka była tamą dla śmierci jakiegoś Allana, jest czymś nader oryginalnym. 

No tak, przyznajmy uprzejmie, że faktycznie takie ujęcie sprawy jest jakoś tam oryginalne, ale dlaczego ma nas to w ogóle obchodzić, skoro wokół nas dzieje się tak wielkie mnóstwo fascynujących rzeczy (znacznie bardziej fascynujących niż „Afryka dzika dawno odkryta”), iż nie jesteśmy w stanie nadążyć z kupnem popkornu? Hm… Może dlatego, że za tego rodzaju obietnicą („Afryka nie pozwoli ci umrzeć!”) musi się kryć jakaś tajemnica. My zaś lubimy tajemnice, prawda?


Oczywiście, że lubimy, pytanie tylko gdzie owa tajemnica tkwi? Bo szczerze mówiąc, sam Allan Quatermain na pierwszy rzut oka nie był ani tajemniczy, ani też jakoś tam niezwykły. Ot, klasyczny, biały kolonizator, w którym była obecna nuta dekadenckich wątpliwości. Jego kreator – czyli Henry Rider Haggard – nie obdarzył go ujmującą powierzchownością, wielką inteligencją, czy nadzwyczajną siłą fizyczną. Był niezłym myśliwym, bo odznaczał się wytrwałością, miał w sobie rozsądną dozę odwagi, no i umiał dobrze strzelać (jak mówią w moich rodzinnych stronach: „mioł cela”), co było właściwie jedyną, ponadprzeciętną umiejętnością, którą Haggard go przyozdobił. Oprócz tego wiemy, że Allan przedwcześnie stracił żonę i syna, co nadało jego charakterowi rys cierpiętniczy, albo jak chcą niektórzy – bardziej ludzki. Kochał Afrykę (z wzajemnością) i źle się czuł, gdy musiał na jakiś czas ją opuścić. À propos zaś owych wspomnianych dekadenckich wątpliwości, ujawniały się one poprzez manifestacyjny szacunek z jakim odnosił się do Afrykanów (tych czarnoskórych), oraz poprzez brak wyrozumiałości wobec tych (zwłaszcza białoskórych), którzy Afrykę bezmyślnie eksploatowali, a wiadomych Afrykanów lekceważyli. To wszystko. Całość podana jak na dłoni, bo przygody Quatermaina i ich opis były tylko pretekstem, by pokazać, że jest on osobą owszem, dość zwyczajną, ale jednocześnie dobrze sobie radzącą nawet wtedy, gdy jest bardzo trudno. Co z tego wynika? Może to, że ktoś taki jak Allan idealnie nadawał się do tego, by odwzorowywać wyobrażenia tzw. prostych ludzi o życiu wypełnionym emocjonującymi wydarzeniami. Quatermain – jakże prosty i zwyczajny, choć żyjący w niezwykłych dla Europejczyka warunkach – stał się swego rodzaju archetypem, pierwowzorem kogoś, kogo każdy może naśladować, nawet ten najzwyklejszy Johann Schmidt z Martinsrieth, czy jeszcze zwyklejszy Dylan Jones z Bryngwyn, że o Stefanie Kaczmarku z Nowieczka i Prokopie Pospiszalu z Borovnika nie wspomnę. I to było coś nadzwyczajnego. To znaczy, nadzwyczajne były okoliczności, z racji których Quatermain został tzw. „bohaterem zbiorowej wyobraźni”.


No dobrze, ale czy mimo tych opisanych wyżej zwykłości, które nie tyle że przeszkodziły, ale wręcz pomogły Allanowi Quatermainowi zostać archetypem bohatera, na którym każdy, kto ma choć odrobinę wyobraźni bez większego trudu może się  wzorować, da się jednak dostrzec w nim samym coś wyjątkowego, jakieś supermoce, jakieś jedno, wielkie WOW? Cóż… Nie widać tego (poza tym, że „mioł cela”), ale owo coś – dość tajemnicze – musiało w nim być, skoro Afryka obiecała, że nie pozwoli mu umrzeć. Nie obiecuje się przecież czegoś takiego jakimś banalnym mięczakom. 

Moja hipoteza dotycząca wyjaśnienia tej tajemnicy, jest następująca: jeśli założymy, że wzmiankowana Afryka jest przepełnioną miłością niewiastą, to wszystko staje się klarowne, bo jak uczy nas ludzkie doświadczenie, supermocą mężczyzny jest kochająca kobieta i to ona właśnie czyni faceta kimś wyjątkowym. Ja oczywiście rozumiem, że większość mężczyzn obruszy się na tę hipotezę. Proszę bardzo! Możecie Panowie protestować sobie do woli i podawać jakże w tej sytuacji przewidywalne przykłady usidlonych i zniszczonych przez kobiety facetów. To o niczym nie świadczy, a jeśli już, to co najwyżej o waszej drodzy Panowie lekkomyślności i uleganiu stereotypom. A gdzie żywa wyobraźnia? Przecież wystarczy open swój mind, żeby to wszystko zobaczyć we właściwym świetle! Pomyślcie bowiem, ile kosztuje wyprawa do Afryki, zwłaszcza na safari? A teraz zastanówcie się ile zaoszczędzicie kasy uznając, że nie ma potrzeby jechać do Afryki, skoro Afrykę – i to kochającą – macie w domu? Słowem: coś pięknego i niedrogo! Jesteś wyjątkowy i jesteś tego warty! Afryka nie pozwoli ci umrzeć!


Pewnie zastanawiacie się, po co to wszystko piszę? Cóż… Po prostu czuję, że potrzeba nam niezwykłych ludzi. A ci na kamieniu się nie rodzą. Trzeba ich więc wykreować, ponieważ wyzwania przed którymi stoimy, są na miarę olbrzymów. Otwórzmy się więc na nowatorskie pomysły, odrzućmy wszelkie ograniczenia i zróbmy sobie jakieś nadzwyczajne postanowienie. Kiedy to czynić, jeśli nie na początku roku? Że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane? Dla człowieka o żywej imaginacji, nawet piekło nie jest groźne. Pozwólmy więc działać sile swej wyobraźni. To właśnie ona czyni nas wyjątkowymi. To wyobraźnia czyni wyjątkową rzeczywistość, w której żyjemy. To wyobraźnia ową rzeczywistość tworzy.

A konkrety? Proszę uprzejmie! 

Ja mam na przykład takie przekonanie, że świat stałby się piękniejszy, gdybym u Izabeli Leszczyny – a nie Krzysztofa Osiejuka – pobierał lekcje angielskiego. Równie pięknie byłoby, gdyby red. Ziemkiewicz (ewentualnie Lisicki, a na pewno Sakiewicz) został premierem, albo jeszcze lepiej prezesem ORLENU, albo jeszcze bardziej lepiej papieżem, Jarosław Kaczyński – reporterem sejmowym, mój brat Paweł, oraz prezydent miasta Poznania – hodowcami jedwabników, Stanisław Janecki ajentem „Żabki”, Donald Tusk – mechanikiem samochodowym, Andrzej Seweryn, albo Kuba Wojewódzki – dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury w Borgowie, Toyah, Anita Werner, Łukasz Warzecha i Tomasz Terlikowski – myśliwymi polującymi w Kenii na słonie, a Sławomir Mentzen – powszechnie uwielbianym, pierwszym bardem Rzeczypospolitej. Niemożliwe? Wręcz przeciwnie, bo jak mawiał nieodżałowanej pamięci Immanuel Kant: „Świat jest taki, jakim go sobie w umyśle konstruujemy.”

Że niekoniecznie świat staje się wtedy piękniejszy? No… To jest rzecz do dyskusji. Wcale nie twierdzę, że nie można pewnych rzeczy dopracować, ale to nie zmienia faktu, że w tak ukształtowanym – mocą wyobraźni! – świecie, niezwykłości byłoby całe mnóstwo. Dowiódł tego wspomniany wcześniej w osobie Kanta niemiecki idealizm, będący źródłem prawdziwej niemieckiej kultury, której nikt rozsądny, ze względu na tejże kultury osiągnięcia, negował przecież nie będzie. No a oprócz tego, dzięki niezwykłościom wykreowanym przez ludzką wyobraźnię, macherzy z Hollywood nie muszą narzekać na drętwe scenariusze. Ale o tym (tzn. o Hollywood) napiszę w następnej części.


środa, 27 grudnia 2023

Gdy zło popadło w obłęd

 

          Proszę mi pozwolić dzisiejszy felieton zacząć od dowcipu; w końcu raz na 15 lat chyba mogę sobie na ów wybryk pozwolić. Otóż przychodzi rabin do księdza i pyta: „Panie ksiądz, czy to prawda, że ten wasz Święty Józef był Żydem? „Prawda” – odpowiada ksiądz. „A czy prawdą jest, że i Matka Boska była Żydówką?” – chce wiedzieć rabin. „No tak, to prawda” – mówi ksiądz. „No to z tego wynika” – mówi na to rabin – „że i Jezus był Żydem. Patrz pan cholera, jakiśmy to interes z rąk wypuścili”.

          Przypomniał mi się ten stary już jak świat żart, kiedy poszedłem sobie dziś do EMPiK-u muzycznie zrealizować swoją świąteczną kartę podarunkową i przechodząc przez dworzec zobaczyłem w kiosku okładkę specjalnego wydania „Tygodnika Powszechnego”. Okładka, jak to ona, kolorowa, błyszcząca, na okładce, jak przystało na specjalne świąteczne wydanie czasopisma przedstawiającego się jako katolickie,  postać Jezusa, przez środek wielki napis „KIM JEST JEZUS”, a na samej górze wyjaśnienie „ŻYD UZDROWICIEL SYN BOGA MESJASZ”. Jeśli ktoś nie wierzy, bardzo proszę:

 


         Pierwsze co mnie tu uderzyło to oczywiście ów Żyd, nie dość że w ogóle, to jeszcze na pierwszym miejscu. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z instrukcją dla osób faktycznie potrzebujących się dowiedzieć, co to za jeden ten Jezus. No Żyd. Przede wszystkim Żyd, no ale też uzdrowiciel, nauczyciel, Syn Boży, no i ten no... Mesjasz. Też Żyd. Nie Polak, nie Włoch, nie Hiszpan, nie Grek, ale Żyd. Bóg zszedł na Ziemię i stał się Żydem.

         Niesamowite. Popatrzcie państwo tylko, jaki to interes oni z rąk wypuścili.

         Zwróciłem więc uwagę przede wszystkim na ów zestaw przymiotów Jezusa, ale też oczywiście na samo pytanie: „Kim jest Jezus”. Rzecz w tym, że fakt iż za wyjaśnianie nam tej kwestii zabiera się akurat „Tygodnik Powszechny” stanowi ciekawy paradoks. Akurat ja po księdzu Bonieckim i jego owieczkach spodziewałbym się, skoro już się mamy trzymać kwestii teologicznych, odpowiedzi na pytanie, kim jest Szatan, a najlepiej już czegoś spoza tej sceny, czyli na przykład coś na temat życia i twórczości Michała Bajora, czy Jerzego Stuhra, czy nawet niejakiego  Adama Darskiego. Tymczasem, jak widzimy, on nas potrzebuje uświadamiać religijnie i to na poziomie najgłębszym: „Jezus jest Żydem”.

          Z „Tygodnikiem Powszechnym” miałem do czynienia w tym roku dwukrotnie. Pierwszy raz, czytając artykuł nieznanego mi redaktora o tym, że w polskich kościołach rozpanoszyła się ostatnio moda na modlitwę do Michała Archanioła, w której głupi polaczkowie proszą go o to, by „Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą mocą Bożą strącił do piekła amen”. Sam autor tekstu, ale również naczelny Boniecki w swoim wstępniaku, wyjaśniają, że włączanie owej modlitwy do Mszy Świętej jest pozbawione sensu, niepotrzebne, a co gorsza nielegalne, bo liturgia to liturgia i jeśli ktoś tam chce przy niej grzebać, to ewentualnie Szymon Hołownia a nie księża bez odpowiednich koncesji. Drugi raz gdy wziąłem do ręki to coś, to aby przeczytać rozmowę, jaką Redakcja przeprowadziła z, kiedyś jeszcze księdzem, Tomaszem Węcławskim, który któregoś dnia poszedł w tak zwaną „długą”, zmienił nazwisko na Tomasz Polak, ożenił się i obecnie, jako stuprocentowy ateista prowadzi na UAM-ie w Poznaniu coś co się nazywa Pracownią Pytań Granicznych. W swojej, anonsowanej już na tytułowej stronie „Tygodnika” jego zdjęciem – dokładnie tak jak dziś twarzą Jezusa – obszernej wypowiedzi, prof. Polak informuje, że problemem Kościoła nie jest powszechne zepsucie kleru i watykańskiej hierarchii, ale to, że zarówno Jezus jak i całe chrześcijaństwo z samego założenia jest oszustwem. Zdaniem Profesora, chrześcijaństwo – nie jakie znamy, ale w ogóle chrześcijaństwo – skazane jest na ostateczną anihilację, po której nastąpi nowy okres w dziejach świata, okres rozumu, prawdy i powszechnej szczęśliwości. Taka to oto wypowiedź została nam przekazana przez księdza Adama Bonieckiego i jego wierną gromadkę zaledwie parę miesięcy temu.

        Ktoś mnie spyta, po jasną cholerę ja w ogóle aż dwa razy zdecydowałem się wziąć do ręki to dziwne pismo. Otóż w przypadku tekstu o egzorcyzmie Michała Archanioła ograniczyłem się tylko do omówienia tygodnikowych refleksji w Internecie, natomiast gdy chodzi o opętanego księdza, trzeba nam wiedzieć, że mam znajomego, radykalnego wroga Prawa i Sprawiedliwości i wszystkiego co jest z partią tą związane, który wszelką wiedzę na tematy bieżące czerpie z „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i z „Tygodnika Powszechnego” właśnie. Podczas ostatniej tam wizyty znajomy mój wspomniał mi o tekście Polaka, tekście niezwykle interesującym, w którym ów rozprawia się ze współczesnym Kościołem i jego kapłanami. Na moją uwagę, że były ksiądz Węcławski jest dziś ateistą i jego krytyka hierarchii jest słabo wiarygodna, znajomy mój zapewnił mnie, że w polecanym wywiadzie nie ma śladu ateizmu, ale wyłącznie bardzo spokojna krytyka pogubionego kleru. Przeczytałem więc podsunięty mi tekst, a tam, jak już wspomniałem, nic poza tym, że Jezus to kłamstwo, a Jego religia musi zdechnąć i to już niedługo. Powiedziałem o tym znajomemu, ale on się tylko nieznacznie zafrasował i powiedział, że nic sobie takiego nie przypomina, więc będzie musiał ów wywiad przeczytać jeszcze raz.

        I to mnie prowadzi do refleksji, do której się przygotowuję już od dłuższego czasu i myślę, że nic nie zaszkodzi, jeśli ją przypnę do dzisiejszego tekstu. Otóż wielu z nas, jak sądzę, obserwując naszą sytuację społeczna i polityczną, stawia sobie dwa podstawowe pytania. Pierwsze z nich to: „Czemu oni to robią?”, a drugie: „Co oni mają w głowach?” W którejś z rozmów z moją córką wyraziłem przekonanie, że dopóki Tusk nie zostanie przyłapany na tym, że gwałci małe dzieci, dla pewnych środowisk pozostanie wiecznym bohaterem. Na to jednak moje dziecko powiedziało, żebym się nie łudził, bo nawet jeśli dojdzie to czegoś aż tak drastycznego, ludzie którzy nienawidzą PiS-u, i tak uznają, że owa informacja nie dotyczyła Tuska, tylko Jarosława Kaczyńskiego, ewentualnie – tu cytat – „tej wiejskiej kurwy” Szydło.

        I z bólem serca muszę swojej córce przyznać rację. Gdy chodzi o tych ludzi, tam już nie ma nic poza czystym obłędem. Obłędem, który przy niesławnym lapsusie Prezesa o tym, że białe jest czarne, a czarne jest białe, brzmi jak najprawdziwsza prawda.  

piątek, 22 grudnia 2023

O Wojnie Ośmiu Serc

 

        Jak część z nas wie, zmarł nam niedawno pies. I choć wszyscy jako tako sobie z jego odejściem poradziliśmy, to wczoraj stało się coś niezwykłego. Siedziałem tu sobie w fotelu, gdy nagle w przedpokoju pojawiła się moja żona, zatrzymała się i zaczęła jakoś tak dziwnie wpatrywać się w punkt za rogiem, a ja sobie od razu pomyślałem, że ona patrzy na psa, zatroskana czy on się aby nie czuje żle. Oto siła przyzwyczajenia. 13 lat nie w kij dmuchał, prawda?

     Z kolei ja od paru dni, gdy siedzę niekiedy bawiąc się telefonem, całkiem odruchowo stukam w ikonkę telewizji TVP Info, tylko po to, by zobaczyć informację, że strona się nie wyświetla. Niekiedy też, podobnie w jakimś zamyśleniu, wybieram na pilocie kanał 15 w telewizorze, i w lekkim zdziwieniu stwierdzam, że przede sobą widzę nie swoją tradycyjną stację, ale coś o nazwie TVP Polonia i wtedy sobie przypominam, że wszystko jest jednak na swoim miejscu, przynajmniej przez kilka ostatnich dni i zapewne przez wiele następnych, diabeł jeden wie, jak długich. I znów czuję ową siłę przyzwyczajenia.

    Sytuacja ta jest oczywiście dość ponura, a skoro tak to stąd do paniki jest już bardzo blisko. Moje dzieci na przykład zastanawiają się ostatnio jak to zrobić, by od tego nieszczęścia nie oszaleć i nie skończyć jak ci wszyscy wariaci, którzy przez ostatnie osiem lat biegali po mieście drąc mordy wrzaskiem „Wypierdalać!”, a jeśli spotykaliśmy ich w sytuacjach codziennych, to od razu mogliśmy się zorientować z kim mamy do czynienia, doświadczając ich nieustannej agresji, wściekłości i chamstwa. I ja oczywiście również staram się znaleźć jakiś bezpieczny azyl od tego co nam zgotował Donald Tusk i jego drużyna i nagle przypominam sobie Polskę sprzed niemal już dwóch lat, kiedy to Rosja zaatakowała Ukrainę, rozpoczął się ów niezwykły exodus, katowicki dworzec zaroił się od tych biednych kobiet i dzieci, a my wszyscy i tu i tam i w całej Polsce i na świecie, ruszyliśmy solidarnie z pomocą. Przypominam sobie tamte miesiące, jak z jednej strony wszyscy gotowi byliśmy przytulić każdą tę kobietę i każde to dziecko do serca, a z drugiej coraz bardziej oczywiste stawało się, że nie ma dziś w świecie większego zła niż putinowska Rosja. Z jednej strony patrzyliśmy z podziwem na ukraińskiego prezydenta, a z drugiej wiedzieliśmy, że cokolwiek się stanie to zarówno sam Putin, jak i cała reszta tej bolszewickiej szajki już do końca swoich dni będą powszechnie traktowani jak przestępcy; że jakkolwiek to nieszczęście się rozwinie, to wszystkie możliwe trybunały już ich ze swoich rąk nie wypuszczą. Że już zawsze cały świat, choćby i zachowując jakieś tam pozory akceptacji, będzie wiedział, że Rosja to zło.

      Dziś, jak wiemy, po naszych marzeniach o wolnej i cywilizowanej Ukrainie niewiele zostało, nawet nasza Iga Świątek zdecydowała się odpiąć od swojej czapeczki niebiesko-żółtą tasiemkę, militarna pomoc ze strony wspierającego Ukrainę świata staje się stopniowo coraz słabsza, a ja sobie myślę, że cokolwiek z tego zostatnie, to najpewniej owa świadomość, że Rosja to zło, Rosjanie to banda zaczadzonych durniów i przestępców, a cała ich historia, cywilizacja i kultura to wyłącznie przemoc i kłamstwo.

        Odruchowo próbuję sobie włączyć w telewizorze moją ulubioną stację TVP Info, w telefonie klikam w ikonkę tvp.info, a tam nic. Zaglądam więc do Polsatu, czy telewizji Republica, dotychczas w moim życiu kompletnie nieobecnych, w internecie wchodzę na stronę i.pl i widzę coś co w podobnej skali mogłem przeżywać chyba tylko w grudniu 1981, te policyjne radiowozy, te barierki, te obstawiające siedziby państwowych mediów kordony, no i wystąpienia triumfującej nowej władzy w Sejmie i w nowych mediach. No i oczywiście nie mogę nie pomyśleć, że mamy drugi stan wojenny, wprawdzie bez czołgów na ulicach, bez godziny policyjnej, bez internowania kolejnych polityków, bez powszechnego strachu że na ulicy podejdzie do nas policjant i da nam po pysku, ale oczywiście jak najbardziej stan wojenny z tym co było w nim być może najgorsze, czyli terrorem emocjonalnym i psychicznym, z ową świadomością, że, jak to pięknie określił jeszcze w roku 1992 niegdysiejszy Jan Maria Rokita, państwo jest w mocy użyć całej swojej siły by wyplenić z politycznego i społecznego życia wszelkie zło i doprowadzić do tego, że w Polsce zapanuje prawdziwy ład i demokracja.

       Mamy więc, i w to nie wątpią ci wszyscy nawet, którzy dziś triumfują i tak bardzo się radują, faktyczną, realną dyktaturę, bezczelne bezprawie i brutalną przemoc. I tego już nic nie zmieni. Już zawsze, jeśli będziemy rozmawiać o rządach Donalda Tuska i jego koalicjantach, o czasach rządów tzw. Koalicji Obywatelskiej z lewackimi przyległościami, owa świadomość pozostanie na zawsze z nami. Tu już nie będzie żadnej dyskusji, żadnej debaty, żadnych odcieni. A jeśli przed naszymi oczami pojawi się sam Donald Tusk, to będziemy w nim widzieć wyłącznie nowego Wojciecha Jaruzelskiego z całym bagażem, który zabrał ze sobą do grobu. I taka będzie powszechna świadomość. I jeszcze jedno, być może najważniejsze, w odróżnieniu od tego co nas tak dręczyło przez wiele wiele lat, nie będziemy mieli najmniejszego powodu, by nie dzielić się tym swoim przekonaniem publicznie.

       I w tym, moim zdaniem, jest moc nie do pogardzenia.



    

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...