piątek, 5 stycznia 2024

Don Paddington - Serce, część 2

 Koszulki z napisem „Gaśnica wolności”, „Ręce precz od Janka Pietrzaka!”, „1670! Żądam kolejnego sezonu. Subito!”, oraz „Polskie media, nie niemieckie!” w cenie już od 67.99 zł, czyli esej o byciu kimś wyjątkowym. 


Boże, jak ja kocham symbolikę!...

(anonimowy komentarz do wydarzeń po 15.10.2023.)



Część 2: Wyobraźnia jest ważna? Równie ważne są statystyki!


Drugie istotne zagadnienie dotyczące bycia kimś wyjątkowym, wiąże się z odpowiedzią na proste pytanie: Czy Alison Doody jest dobrą Irlandką? 

Zanim przystąpimy do meritum powyższej kwestii, proszę pozwolić na krótkie wyjaśnienie. Otóż ośmielam się zaprzątać uwagę Czcigodnych Czytelników postaciami typu „Allan Quatermain”, czy „Alison Doody”, ponieważ niedawno obejrzałem film z 2004 roku, pt. „Kopalnie króla Salomona”. Książka pod tym samym tytułem, to najbardziej znane dzieło H. R. Haggarda – dosyć nużące, przynajmniej dla mnie. Obejrzałem ów film w związku z pobieranymi u Toyaha lekcjami angielskiego. Pomyślałem sobie, że warto osłuchać się z tym dziwacznym językiem, zwłaszcza w jego prostej, choć nie-zwulgaryzowanej wersji, a wydawało mi się, że „Kopalnie…” znakomicie się do tego nadają. Głównym bohaterem książki jest znany nam już Allan Quatermain, którego we wzmiankowanym filmie grał Patrick Swayze, a partnerowała mu właśnie Alison Doody. Aktorka wyglądała w tym filmie bardzo ładnie i kogoś mi przypominała, choć nie wiedziałem kogo. Trochę mnie to męczyło, dlatego wyguglałem co trzeba i dowiedziałem się, że owa pani jest Irlandką, a nade wszystko z pewną dozą zaskoczenia uświadomiłem sobie, że swego czasu, w wieku 23 lat, Alison Doody grała wspaniałą antagonistkę Indiany Jonesa („Indiana Jones i ostatnia krucjata” – 1989), czyli dr Elsę Schneider, zaciekłą nazistkę, romansującą także z ojcem Indiany, granym przez Seana Connery. W roku realizacji „Kopalni…” pani Doody miała 38 lat, stąd jej od razu nie poznałem, ale gdy pojąłem z kim mam do czynienia, popadłem w zachwyt. Zrozumiałem bowiem, że Alison Doody jest dobrą Irlandką, wręcz chlubą Irlandii (a może nawet całej zachodniej cywilizacji), bo jako jedyna w świecie aktorka może się pochwalić tym, że była:

  1. dziewczyną Bonda („Zabójczy widok” – 1985), 

  2. Indiany Jonesa („Indiana Jones i ostatnia krucjata” – 1989), 

  3. Allana Quatermaina („Kopalnie króla Salomona” – 2004). 

Czyż to nie jest wspaniałe? Oczywiście, że jest wspaniałe, niezwykłe, wyjątkowe – a uświadamiamy sobie ową wspaniałość dzięki statystycznej metodzie badania rzeczywistości. 


Tu mała dygresja, bo uczymy bawiąc i bawimy ucząc…

Metoda statystyczna ma dwa oblicza: jedno potoczne, drugie naukowe. Oblicze potoczne sprowadza się do szybkiego, często brutalnego licytowania. Dobrym przykładem tegoż, jest dialog prowadzony między generałem armii austriackiej, a zbójnikiem Kwiczołem, zaprezentowany w serialu „Janosik” Jerzego Passendorfera:

Generał: Brałem udział w siedemnastu bitwach i stu dwudziestu trzech potyczkach; czternaście razy byłem ranny.

Kwiczoł: Ni ma sie cym chwalić generale. Jo trzydzieści setków baranów porwołem, dwadzieścia setków baranów zjadłem, w tym ctery śmierdzące – i zyję, i dobze.

Oblicze naukowe metody statystycznej, to też właściwie licytacja, tyle tylko, że nieco bardziej złożona. Złożoność owa jest niekiedy tak wielka, że bez maszyn liczących nie można się obejść. My bez komputera jakoś sobie poradzimy, tym niemniej spróbujmy się przyjrzeć, co naukowiec, zwany statystykiem, tak naprawdę robi. Otóż najpierw pracowicie zbiera dane (w interesującym nas przypadku: określa co to znaczy „być dziewczyną” Bonda, Indiany Jonesa i Quatermaina, a następnie identyfikuje rzeczone we wszystkich dziełach filmowych traktujących o wspomnianych wyżej bohaterach). Następnie, zebrane dane poddaje analizie (np. ile z owych dziewczyn było rudych? dwie; ile potrafiło prowadzić samochód i pilotować samolot? jedna; ile miało zeza i dużą szparę między zębami? żadna; ile paradowało przed kamerą w stroju do jazdy konnej? jedna; ile spośród nich załapało się na to, by partnerować dwóm, albo nawet trzem z wymienionych wyżej panów? jedna; itd). Gdy już statystyk ma za sobą analizę danych (która – jak widać – zazwyczaj jest ilościowa, stąd mówi się o tzw. „mierzeniu”), przechodzi do interpretacji tego, co udało się zanalizować (1. ile z owych dziewczyn było rudych? dwie? dość ciekawe, ale banalne; 2. ile potrafiło prowadzić samochód i pilotować samolot? jedna? ciekawe, ale niestety też banalne; 3. ile miało zeza i dużą szparę między zębami? żadna? nie ma co interpretować; 4. ile paradowało przed kamerą w stroju do jazdy konnej? jedna? bardzo ciekawe, trochę niezwykłe, ale niewiele mówiące; 5. ile spośród nich załapało się na to, by partnerować dwóm, albo nawet trzem z wymienionych wyżej panów? jedna? no i to jest WOW! – WOW  na które czekaliśmy!).

Jak można bez większego trudu zauważyć, to co jest sednem metody statystycznej, sprowadza się do interpretacji pomiaru, a mówiąc ściśle, do kryteriów w oparciu o które ową interpretację się przeprowadza. Opis owych kryteriów, to podstawowa praca dzisiejszych filozofów (jeśli takowi istnieją), a postępowanie w zgodzie z nimi, to chleb powszedni dziennikarzy, polityków, celebrytów i wszystkich aspirujących.

Na nasz skromny użytek zwróćmy uwagę tylko na to, że najpowszechniej przyjmowanym kryterium, w oparciu o które interpretuje się dane statystyczne jest:

  1. aktualnie obowiązująca moda (kryterium popkulturowe),

  2. profesjonalizm (kryterium fachowości),

  3. a) i b) razem wzięte (kryterium użyteczności).

Gwoli wyjaśnienia: Oto mocą swej wyobraźni, oraz w oparciu o potężne narzędzia popkulturowe, ktoś (???) kreuje jakąś modę, która z jednej strony glajchszaltuje (od pięknego niemieckiego słowa „gleichschaltung” jakże znacząco w niemieckiej i nie tylko niemieckiej historii zakorzenionego), to znaczy ujednolica ludzkie postawy, poglądy, wizerunek i ogólny życiowy glamour, a z drugiej strony daje poczucie – paradoksalnie – że uległość wobec tej kreacji uczyni człowieka osobą wyjątkową. Wiem, że jest to dziwne, ale tak to działa i w praktyce się sprawdza. Któż bowiem nie chciałby być kimś nadzwyczajnym? A że zglajchszaltowanie? To tylko mały koszt, który warto ponieść, by być podziwianym jako niezwykłe zjawisko. Jeśli więc czyni się jakieś statystyczne pomiary, w ich interpretacji statystycy odwołują się do kryterium popkulturowego, ponieważ jest to dzięki ujednoliceniu zrozumiałe, a jednocześnie daje konsumentom popu poczucie wyższości nad tymi, którzy z dystansem odnoszą się do tak wysublimowanego narzędzia, jak metoda statystyczna. A dystans ten jest czymś dziwnym, mało profesjonalnym i nie-modnym, ponieważ wystarczy do wyników tej metody się odwołać (np.: „Alison Doody jest jedyną w świecie aktorką, która grała dziewczynę Bonda, Indiany Jonesa i Allana Quatermaina.”, albo „Jakub Piotrowski, piłkarz Łudogorca Razgrad, jest jedynym reprezentantem Polski, który w 2023 roku zdobył trzy trofea: mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Bułgarii.”), by zostać uznanym za fachowca w dziedzinie kinematografii, bądź piłki kopanej.

Podsumowując: „Panie statystyku – mówi dziennikarz, polityk, celebryta, bądź ktoś aspirujący – niech pan te dane, co wie pan, w taki sposób zinterpretuje, albo do interpretacji przygotuje, żebym po podaniu wszystkiego do wiadomości mógł uchodzić za kogoś kto gada w sposób zrozumiały, kto jest profesjonalny i oczywiście jest cool.”

Koniec dygresji.


Zdaję sobie sprawę z tego, że profesjonalny statystyk (zwłaszcza matematyk, a nie socjolog) moją próbę opisu metody statystycznej bezlitośnie obśmieje, jako powierzchowną, naiwną i mącącą ludziom w głowach. Chętnie z tym obśmianiem się zgodzę, tym niemniej ośmielam się zauważyć, że nie aspirujemy tutaj do założenia jakiejś pracowni badań statystycznych, lecz zaledwie do wyjaśnienia kwestii: Czy Alison Doody jest dobrą Irlandką? Wyżej stwierdziliśmy, że jest, wręcz musi być, bo dane statystyczne nie kłamią i nie ma o czym dyskutować. 

Pytanie tylko, dlaczego ta „jedyna w świecie aktorka, która może się pochwalić…”, tak przecież przez to wyjątkowa i niezwykła, nie zrobiła jakiejś oszałamiającej kariery, na ekranie pojawia się bardzo rzadko i w sumie jest właściwie mało znana? Być może chodzi o to, że statystyczne niezwykłości, nie są niezwykłościami realnymi? A być może chodzi o coś tak bardzo zwykłego, że aż w pewnych środowiskach wyjątkowego? Co mam na myśli? Otóż Alison Doody przez całą swoją aktorską karierę zawsze stanowczo odmawiała udziału w scenach z udziałem nagości. Ponoć ta dziwaczna stanowczość kosztowała ją utratę wielu lukratywnych ról filmowych. 

Tak… Zwykłość, która staje się czymś wyjątkowym… Ale o tym, to już w następnym odcinku.


czwartek, 4 stycznia 2024

Don Paddington - Serce, część 1

Po długiej przerwie, odezwał się do nas dobry ksiądz Rafał Krakowiak z całkiem świeżutką refleksją na tematy najważniejsze. Z radością zapraszam wszystkich co wiedzą, czego się spodziewać, ale też tych, co jeszcze nie mieli okazji.



Koszulki z napisem „Gaśnica wolności”, „Ręce precz od Janka Pietrzaka!”, „1670! Żądam kolejnego sezonu. Subito!”, oraz „Polskie media, nie niemieckie!” w cenie już od 67.99 zł, czyli esej o byciu kimś wyjątkowym. 


Boże, jak ja kocham symbolikę!...

(anonimowy komentarz do wydarzeń po 15.10.2023.)


Wstęp: Biję się w pierś.


Jeśli ktoś ma nadzieję, że zaobserwowane przed świętami ożywienie na naszym ulubionym blogu cokolwiek dobrego zwiastuje, to niestety wypada mi tę nadzieję zgasić. Tak to już bowiem jest, że aby cokolwiek na swoim blogu napisać, Toyah musi mieć chęci i czas, a te skutecznie zostały mu odebrane. Pewnie niektórym z Czcigodnych Czytelników przyszła do głowy ta myśl, że chęć do komentowania rzeczywistości odebrał panu Krzysztofowi wynik wyborów z dnia 15 października ubiegłego roku? Jest to myśl jakoś tam oczywista, tyle że błędna. Toyah ma już swoje lata, cieszy się wnukami i oddaje się swej pasji, czyli z zapałem naucza angielskiego, a więc jest do tego co się dzieje w tzw. sferze publicznej odpowiednio i zdrowo zdystansowany, a co za tym idzie nie widzi zapewne powodu, by nie spać po nocach ze względu na dziejące się wokół nas głupstwa. Dlaczego w takim razie blog jest martwy? Do pewnego momentu, opanowany pychą i naiwnością sądziłem, że – nie chwaląc się – jam to sprawił! To przeze mnie Osiejuk zamilkł! Okoliczności owego zamilknięcia były z mojego punktu widzenia następujące: w swej lekkomyślności uległem rozmaitym namowom i zacząłem uczyć się angielskiego. Ponieważ jedynym znanym mi człowiekiem, który mógł mi pomóc w przyswajaniu tego dziwnego języka jest pan Krzysztof Osiejuk, poprosiłem go o pomoc, a on – także powodowany jakąś lekkomyślnością – z radością (???) się zgodził. I to był jego błąd! Zmagając się bowiem bez większego sukcesu z moją wyrazistą tępotą i wrodzoną gnuśnością popadł w stan głębokiego, wręcz depresyjnego zniechęcenia, którego skutki oglądaliśmy także na niniejszym blogu. Tak to było! To znaczy wydawało mi się, że było, bo notka z dnia 21 grudnia rzuciła nieco więcej światła na okoliczności zaistnienia milczenia Toyaha. Mój brak postępów w nauce języka angielskiego miał niewątpliwie duży wpływ na jakże dojmującą martwotę tego miejsca (do niedawna miałem nawet z tego powodu trochę wyrzutów sumienia, choć z drugiej strony, oglądanie przez siebie spowodowanej przemiany człowieka szastającego na prawo i lewo srebrem słów, w człowieka ceniącego sobie nade wszystko złoto milczenia, było naprawdę miłym doświadczeniem), ale okazało się, że głównym powodem, dla którego pan Krzysztof nic nie pisał, było całkowite poświęcenie swego czasu i energii na lekcje angielskiego, które u niego pobierała nowa ministra od zdrowia, czyli pani Izabela Leszczyna. Nie wiem od jak dawna te lekcje się odbywają, ale ich efekt – podobnie jak i w moim przypadku – musi być bardzo mizerny, skoro nasz Gospodarz, nie ukrywając wielkich emocji dał tymże emocjom (czytaj: belferskiej frustracji) publiczny upust, lekko, acz boleśnie drwiąc ze swej uczennicy i jej „imparszjaliti”. Jeśli Toyah zdobył się na tak mało pedagogiczną manifestację bezradności, to tym samym musi być na skraju wytrzymałości. Dobrze to nie wróży i stąd nie należy się spodziewać większej aktywności p. Krzysztofa na blogu (nie dajmy się zwieść jakimś nędznym okruchom, które p. Osiejuk sypie nam w żłoby). Taka jest prawda i trzeba się z nią pogodzić.


No dobra!... Wyjaśniwszy kwestię katatonii w jaką popadł blog Toyaha, spróbuję przejść do adremu, by zaanonsowanym esejem pocieszyć wszystkich fanów naszego Gospodarza. Tuszę, że i On znajdzie w nim jakąś pociechę i orzeźwienie. 



Część 1: Wyobraźnia jest ważna!


Pierwsze nurtujące mnie w tym eseju zagadnienie, które oby okazało się być interesujące także dla Czytelników, jest następujące: Czy Allan Quatermain naprawdę umarł? 

Pytanie wydaje się być bezprzedmiotowe, ponieważ Allan Quatermain jako postać fikcyjna nigdy się nie urodził, a co za tym idzie nie mógł także umrzeć. Jak widzimy, logicznej poprawności powyższego rozumowania (tudzież innych rozumowań w rodzaju: „jeśli nie ma wódki, to nie można jej wypić”; „jeśli nie ma prawa, to nie można go złamać”; „jeśli nie ma Boga, to nie potrzeba się go bać” itd.) nic nie można zarzucić, ale dostrzegamy też, że niestety logika nie wszystkie skomplikowane meandry naszej egzystencji jest w stanie ogarnąć. Okazuje się bowiem – i nie sądzę, by było to dla kogokolwiek zaskoczeniem – że postaci fikcyjne mają swoje życie (w przekazie ustnym, pisanym, filmowym), które niekiedy się kończy (w przekazie ustnym, pisanym, filmowym), a co za tym idzie mogą w naszej wyobraźni całkiem nieźle żyć (owe postaci) i zupełnie na serio umierać. W sumie, nic wyjątkowego. Quatermain jest tutaj jednak postacią niebanalną, ponieważ kiedyś jakiś szaman przepowiedział, że Afryka nie pozwoli mu umrzeć. Oczywiście, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że fikcyjni bohaterowie mają „kilka żyć”, a interesy (bo niby cóż innego?!) pisarzy, filmowców, producentów, wydawców, tudzież oczekiwania konsumentów nie pozwalają rozmaitym Supermanom i Hulkom umrzeć, ale pomysł by Afryka była tamą dla śmierci jakiegoś Allana, jest czymś nader oryginalnym. 

No tak, przyznajmy uprzejmie, że faktycznie takie ujęcie sprawy jest jakoś tam oryginalne, ale dlaczego ma nas to w ogóle obchodzić, skoro wokół nas dzieje się tak wielkie mnóstwo fascynujących rzeczy (znacznie bardziej fascynujących niż „Afryka dzika dawno odkryta”), iż nie jesteśmy w stanie nadążyć z kupnem popkornu? Hm… Może dlatego, że za tego rodzaju obietnicą („Afryka nie pozwoli ci umrzeć!”) musi się kryć jakaś tajemnica. My zaś lubimy tajemnice, prawda?


Oczywiście, że lubimy, pytanie tylko gdzie owa tajemnica tkwi? Bo szczerze mówiąc, sam Allan Quatermain na pierwszy rzut oka nie był ani tajemniczy, ani też jakoś tam niezwykły. Ot, klasyczny, biały kolonizator, w którym była obecna nuta dekadenckich wątpliwości. Jego kreator – czyli Henry Rider Haggard – nie obdarzył go ujmującą powierzchownością, wielką inteligencją, czy nadzwyczajną siłą fizyczną. Był niezłym myśliwym, bo odznaczał się wytrwałością, miał w sobie rozsądną dozę odwagi, no i umiał dobrze strzelać (jak mówią w moich rodzinnych stronach: „mioł cela”), co było właściwie jedyną, ponadprzeciętną umiejętnością, którą Haggard go przyozdobił. Oprócz tego wiemy, że Allan przedwcześnie stracił żonę i syna, co nadało jego charakterowi rys cierpiętniczy, albo jak chcą niektórzy – bardziej ludzki. Kochał Afrykę (z wzajemnością) i źle się czuł, gdy musiał na jakiś czas ją opuścić. À propos zaś owych wspomnianych dekadenckich wątpliwości, ujawniały się one poprzez manifestacyjny szacunek z jakim odnosił się do Afrykanów (tych czarnoskórych), oraz poprzez brak wyrozumiałości wobec tych (zwłaszcza białoskórych), którzy Afrykę bezmyślnie eksploatowali, a wiadomych Afrykanów lekceważyli. To wszystko. Całość podana jak na dłoni, bo przygody Quatermaina i ich opis były tylko pretekstem, by pokazać, że jest on osobą owszem, dość zwyczajną, ale jednocześnie dobrze sobie radzącą nawet wtedy, gdy jest bardzo trudno. Co z tego wynika? Może to, że ktoś taki jak Allan idealnie nadawał się do tego, by odwzorowywać wyobrażenia tzw. prostych ludzi o życiu wypełnionym emocjonującymi wydarzeniami. Quatermain – jakże prosty i zwyczajny, choć żyjący w niezwykłych dla Europejczyka warunkach – stał się swego rodzaju archetypem, pierwowzorem kogoś, kogo każdy może naśladować, nawet ten najzwyklejszy Johann Schmidt z Martinsrieth, czy jeszcze zwyklejszy Dylan Jones z Bryngwyn, że o Stefanie Kaczmarku z Nowieczka i Prokopie Pospiszalu z Borovnika nie wspomnę. I to było coś nadzwyczajnego. To znaczy, nadzwyczajne były okoliczności, z racji których Quatermain został tzw. „bohaterem zbiorowej wyobraźni”.


No dobrze, ale czy mimo tych opisanych wyżej zwykłości, które nie tyle że przeszkodziły, ale wręcz pomogły Allanowi Quatermainowi zostać archetypem bohatera, na którym każdy, kto ma choć odrobinę wyobraźni bez większego trudu może się  wzorować, da się jednak dostrzec w nim samym coś wyjątkowego, jakieś supermoce, jakieś jedno, wielkie WOW? Cóż… Nie widać tego (poza tym, że „mioł cela”), ale owo coś – dość tajemnicze – musiało w nim być, skoro Afryka obiecała, że nie pozwoli mu umrzeć. Nie obiecuje się przecież czegoś takiego jakimś banalnym mięczakom. 

Moja hipoteza dotycząca wyjaśnienia tej tajemnicy, jest następująca: jeśli założymy, że wzmiankowana Afryka jest przepełnioną miłością niewiastą, to wszystko staje się klarowne, bo jak uczy nas ludzkie doświadczenie, supermocą mężczyzny jest kochająca kobieta i to ona właśnie czyni faceta kimś wyjątkowym. Ja oczywiście rozumiem, że większość mężczyzn obruszy się na tę hipotezę. Proszę bardzo! Możecie Panowie protestować sobie do woli i podawać jakże w tej sytuacji przewidywalne przykłady usidlonych i zniszczonych przez kobiety facetów. To o niczym nie świadczy, a jeśli już, to co najwyżej o waszej drodzy Panowie lekkomyślności i uleganiu stereotypom. A gdzie żywa wyobraźnia? Przecież wystarczy open swój mind, żeby to wszystko zobaczyć we właściwym świetle! Pomyślcie bowiem, ile kosztuje wyprawa do Afryki, zwłaszcza na safari? A teraz zastanówcie się ile zaoszczędzicie kasy uznając, że nie ma potrzeby jechać do Afryki, skoro Afrykę – i to kochającą – macie w domu? Słowem: coś pięknego i niedrogo! Jesteś wyjątkowy i jesteś tego warty! Afryka nie pozwoli ci umrzeć!


Pewnie zastanawiacie się, po co to wszystko piszę? Cóż… Po prostu czuję, że potrzeba nam niezwykłych ludzi. A ci na kamieniu się nie rodzą. Trzeba ich więc wykreować, ponieważ wyzwania przed którymi stoimy, są na miarę olbrzymów. Otwórzmy się więc na nowatorskie pomysły, odrzućmy wszelkie ograniczenia i zróbmy sobie jakieś nadzwyczajne postanowienie. Kiedy to czynić, jeśli nie na początku roku? Że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane? Dla człowieka o żywej imaginacji, nawet piekło nie jest groźne. Pozwólmy więc działać sile swej wyobraźni. To właśnie ona czyni nas wyjątkowymi. To wyobraźnia czyni wyjątkową rzeczywistość, w której żyjemy. To wyobraźnia ową rzeczywistość tworzy.

A konkrety? Proszę uprzejmie! 

Ja mam na przykład takie przekonanie, że świat stałby się piękniejszy, gdybym u Izabeli Leszczyny – a nie Krzysztofa Osiejuka – pobierał lekcje angielskiego. Równie pięknie byłoby, gdyby red. Ziemkiewicz (ewentualnie Lisicki, a na pewno Sakiewicz) został premierem, albo jeszcze lepiej prezesem ORLENU, albo jeszcze bardziej lepiej papieżem, Jarosław Kaczyński – reporterem sejmowym, mój brat Paweł, oraz prezydent miasta Poznania – hodowcami jedwabników, Stanisław Janecki ajentem „Żabki”, Donald Tusk – mechanikiem samochodowym, Andrzej Seweryn, albo Kuba Wojewódzki – dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury w Borgowie, Toyah, Anita Werner, Łukasz Warzecha i Tomasz Terlikowski – myśliwymi polującymi w Kenii na słonie, a Sławomir Mentzen – powszechnie uwielbianym, pierwszym bardem Rzeczypospolitej. Niemożliwe? Wręcz przeciwnie, bo jak mawiał nieodżałowanej pamięci Immanuel Kant: „Świat jest taki, jakim go sobie w umyśle konstruujemy.”

Że niekoniecznie świat staje się wtedy piękniejszy? No… To jest rzecz do dyskusji. Wcale nie twierdzę, że nie można pewnych rzeczy dopracować, ale to nie zmienia faktu, że w tak ukształtowanym – mocą wyobraźni! – świecie, niezwykłości byłoby całe mnóstwo. Dowiódł tego wspomniany wcześniej w osobie Kanta niemiecki idealizm, będący źródłem prawdziwej niemieckiej kultury, której nikt rozsądny, ze względu na tejże kultury osiągnięcia, negował przecież nie będzie. No a oprócz tego, dzięki niezwykłościom wykreowanym przez ludzką wyobraźnię, macherzy z Hollywood nie muszą narzekać na drętwe scenariusze. Ale o tym (tzn. o Hollywood) napiszę w następnej części.


środa, 27 grudnia 2023

Gdy zło popadło w obłęd

 

          Proszę mi pozwolić dzisiejszy felieton zacząć od dowcipu; w końcu raz na 15 lat chyba mogę sobie na ów wybryk pozwolić. Otóż przychodzi rabin do księdza i pyta: „Panie ksiądz, czy to prawda, że ten wasz Święty Józef był Żydem? „Prawda” – odpowiada ksiądz. „A czy prawdą jest, że i Matka Boska była Żydówką?” – chce wiedzieć rabin. „No tak, to prawda” – mówi ksiądz. „No to z tego wynika” – mówi na to rabin – „że i Jezus był Żydem. Patrz pan cholera, jakiśmy to interes z rąk wypuścili”.

          Przypomniał mi się ten stary już jak świat żart, kiedy poszedłem sobie dziś do EMPiK-u muzycznie zrealizować swoją świąteczną kartę podarunkową i przechodząc przez dworzec zobaczyłem w kiosku okładkę specjalnego wydania „Tygodnika Powszechnego”. Okładka, jak to ona, kolorowa, błyszcząca, na okładce, jak przystało na specjalne świąteczne wydanie czasopisma przedstawiającego się jako katolickie,  postać Jezusa, przez środek wielki napis „KIM JEST JEZUS”, a na samej górze wyjaśnienie „ŻYD UZDROWICIEL SYN BOGA MESJASZ”. Jeśli ktoś nie wierzy, bardzo proszę:

 


         Pierwsze co mnie tu uderzyło to oczywiście ów Żyd, nie dość że w ogóle, to jeszcze na pierwszym miejscu. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z instrukcją dla osób faktycznie potrzebujących się dowiedzieć, co to za jeden ten Jezus. No Żyd. Przede wszystkim Żyd, no ale też uzdrowiciel, nauczyciel, Syn Boży, no i ten no... Mesjasz. Też Żyd. Nie Polak, nie Włoch, nie Hiszpan, nie Grek, ale Żyd. Bóg zszedł na Ziemię i stał się Żydem.

         Niesamowite. Popatrzcie państwo tylko, jaki to interes oni z rąk wypuścili.

         Zwróciłem więc uwagę przede wszystkim na ów zestaw przymiotów Jezusa, ale też oczywiście na samo pytanie: „Kim jest Jezus”. Rzecz w tym, że fakt iż za wyjaśnianie nam tej kwestii zabiera się akurat „Tygodnik Powszechny” stanowi ciekawy paradoks. Akurat ja po księdzu Bonieckim i jego owieczkach spodziewałbym się, skoro już się mamy trzymać kwestii teologicznych, odpowiedzi na pytanie, kim jest Szatan, a najlepiej już czegoś spoza tej sceny, czyli na przykład coś na temat życia i twórczości Michała Bajora, czy Jerzego Stuhra, czy nawet niejakiego  Adama Darskiego. Tymczasem, jak widzimy, on nas potrzebuje uświadamiać religijnie i to na poziomie najgłębszym: „Jezus jest Żydem”.

          Z „Tygodnikiem Powszechnym” miałem do czynienia w tym roku dwukrotnie. Pierwszy raz, czytając artykuł nieznanego mi redaktora o tym, że w polskich kościołach rozpanoszyła się ostatnio moda na modlitwę do Michała Archanioła, w której głupi polaczkowie proszą go o to, by „Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą mocą Bożą strącił do piekła amen”. Sam autor tekstu, ale również naczelny Boniecki w swoim wstępniaku, wyjaśniają, że włączanie owej modlitwy do Mszy Świętej jest pozbawione sensu, niepotrzebne, a co gorsza nielegalne, bo liturgia to liturgia i jeśli ktoś tam chce przy niej grzebać, to ewentualnie Szymon Hołownia a nie księża bez odpowiednich koncesji. Drugi raz gdy wziąłem do ręki to coś, to aby przeczytać rozmowę, jaką Redakcja przeprowadziła z, kiedyś jeszcze księdzem, Tomaszem Węcławskim, który któregoś dnia poszedł w tak zwaną „długą”, zmienił nazwisko na Tomasz Polak, ożenił się i obecnie, jako stuprocentowy ateista prowadzi na UAM-ie w Poznaniu coś co się nazywa Pracownią Pytań Granicznych. W swojej, anonsowanej już na tytułowej stronie „Tygodnika” jego zdjęciem – dokładnie tak jak dziś twarzą Jezusa – obszernej wypowiedzi, prof. Polak informuje, że problemem Kościoła nie jest powszechne zepsucie kleru i watykańskiej hierarchii, ale to, że zarówno Jezus jak i całe chrześcijaństwo z samego założenia jest oszustwem. Zdaniem Profesora, chrześcijaństwo – nie jakie znamy, ale w ogóle chrześcijaństwo – skazane jest na ostateczną anihilację, po której nastąpi nowy okres w dziejach świata, okres rozumu, prawdy i powszechnej szczęśliwości. Taka to oto wypowiedź została nam przekazana przez księdza Adama Bonieckiego i jego wierną gromadkę zaledwie parę miesięcy temu.

        Ktoś mnie spyta, po jasną cholerę ja w ogóle aż dwa razy zdecydowałem się wziąć do ręki to dziwne pismo. Otóż w przypadku tekstu o egzorcyzmie Michała Archanioła ograniczyłem się tylko do omówienia tygodnikowych refleksji w Internecie, natomiast gdy chodzi o opętanego księdza, trzeba nam wiedzieć, że mam znajomego, radykalnego wroga Prawa i Sprawiedliwości i wszystkiego co jest z partią tą związane, który wszelką wiedzę na tematy bieżące czerpie z „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i z „Tygodnika Powszechnego” właśnie. Podczas ostatniej tam wizyty znajomy mój wspomniał mi o tekście Polaka, tekście niezwykle interesującym, w którym ów rozprawia się ze współczesnym Kościołem i jego kapłanami. Na moją uwagę, że były ksiądz Węcławski jest dziś ateistą i jego krytyka hierarchii jest słabo wiarygodna, znajomy mój zapewnił mnie, że w polecanym wywiadzie nie ma śladu ateizmu, ale wyłącznie bardzo spokojna krytyka pogubionego kleru. Przeczytałem więc podsunięty mi tekst, a tam, jak już wspomniałem, nic poza tym, że Jezus to kłamstwo, a Jego religia musi zdechnąć i to już niedługo. Powiedziałem o tym znajomemu, ale on się tylko nieznacznie zafrasował i powiedział, że nic sobie takiego nie przypomina, więc będzie musiał ów wywiad przeczytać jeszcze raz.

        I to mnie prowadzi do refleksji, do której się przygotowuję już od dłuższego czasu i myślę, że nic nie zaszkodzi, jeśli ją przypnę do dzisiejszego tekstu. Otóż wielu z nas, jak sądzę, obserwując naszą sytuację społeczna i polityczną, stawia sobie dwa podstawowe pytania. Pierwsze z nich to: „Czemu oni to robią?”, a drugie: „Co oni mają w głowach?” W którejś z rozmów z moją córką wyraziłem przekonanie, że dopóki Tusk nie zostanie przyłapany na tym, że gwałci małe dzieci, dla pewnych środowisk pozostanie wiecznym bohaterem. Na to jednak moje dziecko powiedziało, żebym się nie łudził, bo nawet jeśli dojdzie to czegoś aż tak drastycznego, ludzie którzy nienawidzą PiS-u, i tak uznają, że owa informacja nie dotyczyła Tuska, tylko Jarosława Kaczyńskiego, ewentualnie – tu cytat – „tej wiejskiej kurwy” Szydło.

        I z bólem serca muszę swojej córce przyznać rację. Gdy chodzi o tych ludzi, tam już nie ma nic poza czystym obłędem. Obłędem, który przy niesławnym lapsusie Prezesa o tym, że białe jest czarne, a czarne jest białe, brzmi jak najprawdziwsza prawda.  

piątek, 22 grudnia 2023

O Wojnie Ośmiu Serc

 

        Jak część z nas wie, zmarł nam niedawno pies. I choć wszyscy jako tako sobie z jego odejściem poradziliśmy, to wczoraj stało się coś niezwykłego. Siedziałem tu sobie w fotelu, gdy nagle w przedpokoju pojawiła się moja żona, zatrzymała się i zaczęła jakoś tak dziwnie wpatrywać się w punkt za rogiem, a ja sobie od razu pomyślałem, że ona patrzy na psa, zatroskana czy on się aby nie czuje żle. Oto siła przyzwyczajenia. 13 lat nie w kij dmuchał, prawda?

     Z kolei ja od paru dni, gdy siedzę niekiedy bawiąc się telefonem, całkiem odruchowo stukam w ikonkę telewizji TVP Info, tylko po to, by zobaczyć informację, że strona się nie wyświetla. Niekiedy też, podobnie w jakimś zamyśleniu, wybieram na pilocie kanał 15 w telewizorze, i w lekkim zdziwieniu stwierdzam, że przede sobą widzę nie swoją tradycyjną stację, ale coś o nazwie TVP Polonia i wtedy sobie przypominam, że wszystko jest jednak na swoim miejscu, przynajmniej przez kilka ostatnich dni i zapewne przez wiele następnych, diabeł jeden wie, jak długich. I znów czuję ową siłę przyzwyczajenia.

    Sytuacja ta jest oczywiście dość ponura, a skoro tak to stąd do paniki jest już bardzo blisko. Moje dzieci na przykład zastanawiają się ostatnio jak to zrobić, by od tego nieszczęścia nie oszaleć i nie skończyć jak ci wszyscy wariaci, którzy przez ostatnie osiem lat biegali po mieście drąc mordy wrzaskiem „Wypierdalać!”, a jeśli spotykaliśmy ich w sytuacjach codziennych, to od razu mogliśmy się zorientować z kim mamy do czynienia, doświadczając ich nieustannej agresji, wściekłości i chamstwa. I ja oczywiście również staram się znaleźć jakiś bezpieczny azyl od tego co nam zgotował Donald Tusk i jego drużyna i nagle przypominam sobie Polskę sprzed niemal już dwóch lat, kiedy to Rosja zaatakowała Ukrainę, rozpoczął się ów niezwykły exodus, katowicki dworzec zaroił się od tych biednych kobiet i dzieci, a my wszyscy i tu i tam i w całej Polsce i na świecie, ruszyliśmy solidarnie z pomocą. Przypominam sobie tamte miesiące, jak z jednej strony wszyscy gotowi byliśmy przytulić każdą tę kobietę i każde to dziecko do serca, a z drugiej coraz bardziej oczywiste stawało się, że nie ma dziś w świecie większego zła niż putinowska Rosja. Z jednej strony patrzyliśmy z podziwem na ukraińskiego prezydenta, a z drugiej wiedzieliśmy, że cokolwiek się stanie to zarówno sam Putin, jak i cała reszta tej bolszewickiej szajki już do końca swoich dni będą powszechnie traktowani jak przestępcy; że jakkolwiek to nieszczęście się rozwinie, to wszystkie możliwe trybunały już ich ze swoich rąk nie wypuszczą. Że już zawsze cały świat, choćby i zachowując jakieś tam pozory akceptacji, będzie wiedział, że Rosja to zło.

      Dziś, jak wiemy, po naszych marzeniach o wolnej i cywilizowanej Ukrainie niewiele zostało, nawet nasza Iga Świątek zdecydowała się odpiąć od swojej czapeczki niebiesko-żółtą tasiemkę, militarna pomoc ze strony wspierającego Ukrainę świata staje się stopniowo coraz słabsza, a ja sobie myślę, że cokolwiek z tego zostatnie, to najpewniej owa świadomość, że Rosja to zło, Rosjanie to banda zaczadzonych durniów i przestępców, a cała ich historia, cywilizacja i kultura to wyłącznie przemoc i kłamstwo.

        Odruchowo próbuję sobie włączyć w telewizorze moją ulubioną stację TVP Info, w telefonie klikam w ikonkę tvp.info, a tam nic. Zaglądam więc do Polsatu, czy telewizji Republica, dotychczas w moim życiu kompletnie nieobecnych, w internecie wchodzę na stronę i.pl i widzę coś co w podobnej skali mogłem przeżywać chyba tylko w grudniu 1981, te policyjne radiowozy, te barierki, te obstawiające siedziby państwowych mediów kordony, no i wystąpienia triumfującej nowej władzy w Sejmie i w nowych mediach. No i oczywiście nie mogę nie pomyśleć, że mamy drugi stan wojenny, wprawdzie bez czołgów na ulicach, bez godziny policyjnej, bez internowania kolejnych polityków, bez powszechnego strachu że na ulicy podejdzie do nas policjant i da nam po pysku, ale oczywiście jak najbardziej stan wojenny z tym co było w nim być może najgorsze, czyli terrorem emocjonalnym i psychicznym, z ową świadomością, że, jak to pięknie określił jeszcze w roku 1992 niegdysiejszy Jan Maria Rokita, państwo jest w mocy użyć całej swojej siły by wyplenić z politycznego i społecznego życia wszelkie zło i doprowadzić do tego, że w Polsce zapanuje prawdziwy ład i demokracja.

       Mamy więc, i w to nie wątpią ci wszyscy nawet, którzy dziś triumfują i tak bardzo się radują, faktyczną, realną dyktaturę, bezczelne bezprawie i brutalną przemoc. I tego już nic nie zmieni. Już zawsze, jeśli będziemy rozmawiać o rządach Donalda Tuska i jego koalicjantach, o czasach rządów tzw. Koalicji Obywatelskiej z lewackimi przyległościami, owa świadomość pozostanie na zawsze z nami. Tu już nie będzie żadnej dyskusji, żadnej debaty, żadnych odcieni. A jeśli przed naszymi oczami pojawi się sam Donald Tusk, to będziemy w nim widzieć wyłącznie nowego Wojciecha Jaruzelskiego z całym bagażem, który zabrał ze sobą do grobu. I taka będzie powszechna świadomość. I jeszcze jedno, być może najważniejsze, w odróżnieniu od tego co nas tak dręczyło przez wiele wiele lat, nie będziemy mieli najmniejszego powodu, by nie dzielić się tym swoim przekonaniem publicznie.

       I w tym, moim zdaniem, jest moc nie do pogardzenia.



    

czwartek, 21 grudnia 2023

Koalicja Ośmiu Serc na zjeżdżalni

 

      Włączyłem sobie wczoraj na ułamek chwili telewizję TVN24 i tak się złożyło, że zaczynał się właśnie skrót wiadomości. Któryś z pracowników stacji zaczął przekaz w następujący sposób: „Dziś, 20 grudnia 2023 roku skończył się w Polsce hejt. Przed siedzibą TVP pojawili się politycy PiS-u, by bronić tuby propagandowej swojej partii”. Słyszałem to na własne uszy. Tak było. W taki właśnie sposób stacja poinformowała o wydarzeniu dnia. A ja sobie pomyślałem, że tym oto sposobem wspomniane niedawno przez posłankę Leszczynę, z charakterystycznym dla niej wdziękiem, „imparszjaliti” osiągnęło ostateczny triumf.

      Wróciłem do oglądania Polsatu i tam z kolei pokazano mi to co się wydarzyło dokładnie o godzinie 11. TVP Info nadawała swój codzienny program, ludzie w swoich domach siedzieli sobie przed telewizorami i pochłaniali jak co dzień informacje dnia, gdy nagle obraz się najpierw wykrzywił, zamrugał i sygnał zniknął, by w następnym momencie zostać zastąpiony przez program TVP1, i tu znów mogłem podziwiać owo „imparszjaliti” w pełnej krasie.

       Kiedy piszę ten tekst, kończy się ten nieprawdopodobny kompletnie dzień i zachodzę w głowę, co się wydarzy jutro, pojutrze, i w kolejnych dniach, może tygodniach, czy miesiącach. I choć nie przychodzi mi do głowy nic ani szczególnie mądrego, ani choćby oryginalnego, to jedno wiem na pewno. To mianowicie, że coś bardzo podobnego, choć może nie aż o takiej intensywności, miało miejsce już parokrotnie wcześniej. I wbrew pozorom nie chodzi mi o pamiętną noc i poranek 13 grudnia 1981, do czego dziś wszyscy, swoją drogą bardzo słusznie, wracamy, ale o lata znacznie późniejsze. Mam na myśli czerwiec roku 1992 i kolejne miesiące, a później jesień roku 2007, kiedy to po dwóch ciężkich latach koalicyjnych rządów Prawa i Sprawiedliwości, LPR-u i Samoobrony, swoją upiorną twarz pokazała tak zwana „miłość”, by nie dać nam spokoju przez kolejne osiem lat. Od roku 2007, a tym bardziej od niesławnego „Lewego Czerwcowego”, upłynęło wystarczająco dużo czasu, by wielu z nas, zwłaszcza tych, którzy dziś mają 30 czy 40 lat, a niekiedy nawet i więcej, patrząc na to co się właśnie wydarzyło, uznało że oto właśnie skończył się świat jaki znali. A ja piszę ten tekst po tak okropnie długiej przerwie głównie po to, by im powiedzieć – a mam tu również na myśli moje dzieci, które są dziś w autentycznej rozpaczy i takim samym przerażeniu – że nie dzieje się nic aż tak szczególnego, jak im się może wydawać. Oczywiście, tego że w ciągu jednego dnia, bez słowa ostrzeżenia, z minuty na minutę, władza złamała wszelkie możliwe przepisy prawa, włącznie z zapisami Konstytucji, wyłączając ludziom w milionach domów sygnał telewizyjny, wyrokiem reżimowego sądu skazując na wieloletnie więzienie opozycyjnych polityków i wyrzucając z pracy legalnie zatrudnionych ludzi, nie widzieliśmy od czasu Stanu Wojennego, niemniej, jak mówię, ten rodzaj zimnej agresji, przemocy i nienawiści, udekorowanej bezczelnymi frazesami o demokracji, sprawiedliwości, przywracaniu normalności i nowych czasach niepokonanej miłości, mieliśmy okazję obserwować już wcześniej. I choć, jak mówię, intensywność z jaką owa miłość jest egzekwowana robi wrażenie, to jest parę rzeczy, na które warto zwrócić uwagę i spróbować je docenić.

       Przede wszystkim, póki co nie mamy do czynienia z serią politycznych zabójstw, czego przykłady możemy bez większego wysiłku przywołać z lat 1990. Siła i polityczna pozycja jaką się cieszy dziś Jarosław Kaczyński i jego ugrupowanie wielokrotnie przewyższa to, na co mogliśmy liczyć w latach poprzednich. A samo już to sprawia, że psychiczny i towarzyski terror, jakiemu tylu z nas było poddawanych przez lata, niemal każdego dnia, w domu, w pracy, w szkole i na ulicy, już się nie ma szansy powtórzyć. Mimo ogromnego ciosu, jaki został zadany Polskiej Telewizji, ludzie wciąż mają dostęp do informacji, czy to dzięki mediom społecznym, czy to prasie regionalnej, czy to nawet jakiejś, szczątkowej, bo szczątkowej, ale jednak niezależności Polsatu. No i jeszcze coś. O ile informacyjna siła Telewizji Polskiej w roku 2006 i w latach kolejnych była tak fatalnie słaba, że jej faktyczna utrata po ostatecznej zmianie władzy, nie wywarła na nas większego wrażenia, to dziś miliony Polaków nie pozwolą sobie na to by tak łatwo zapomnieć o tym, czym owa telewizja była dla nich przez osiem minionych lat. I niech źli ludzie się nie łudzą i głupio nie cieszą: to że w protestach, jakie są organizowane w całej Polsce przed lokalnymi siedzibami TVP bierze udział tak mało osób, w żaden sposób nie świadczy o tym, że owe miliony za swoją telewizją nie będą tęsknić tak długo, aż ona do nich prędzej czy później wróci. No i znów, pamiętajmy też, że jest nas osiem, dziesięć, może więcej, a w niedługiej przyszłości kto wie, czy nie jeszcze więcej milionów; ludzi którzy nie zapomną tych lat prawdziwej wolności i dobrego życia i już nigdy nie dadzą się przestraszyć, jak to bywało tyle razy wcześniej.

      I niech się nam też nie wydaje, że na upadek tego zła będziemy musieli czekać choćby ułamek tego czasu, któryśmy już zdążyli parokrotnie przecierpieć. Koalicja ośmiu serduszek zdechnie szybciej niż nam się zdaje.

 


niedziela, 29 października 2023

O memach i diabłach na ostrzu noża

 

      Dzień przed wyborami zamieściłem tu króciutką notkę, w której napisałem, że być może najbardziej bolesnym efektem objęcia władzy przez Donalda Tuska będzie to, że nienawiść, która nas truje od tylu już lat nie zniknie, a być może nawet urośnie. A komentarz Tomasza Lisa o konieczności wyciągnięcia konsekwencji wobec wyborców prawicy, czy tekst w „Gazecie Wyborczej”, w którym owi wyborcy nazywani są „małpoludami”, to zaledwie ułamek całości. Dziś wprawdzie pojawiają się znaki dające nadzieję, że po owym „zwycięstwie” już za chwilę nie pozostanie choćby kupka popiołu, póki co jednak liczę na to, że wielu z nas dobrze widzi, co konkretnie miałem na myśli. Jak zatem sytuacja się rozwinie, tego oczywiście nie wiemy, natomiast ja wciąż zachodzę w głowę, co takiego się stało, że niemal rzutem na taśmę Koalicja Obywatelska z przyległościami znalazła się w miejscu, gdzie zaczyna się robić naprawdę groźnie.

       Wyjaśnień jest wiele, zaczynając, jak zawsze, od zarzutów kierowanych pod adresem samej kampanii, przez utratę niemal bez walki mediów społecznościowych, po oczywiście telewizję publiczną, która to, zdaniem wielu, była pierwszym grabarzem kampanii Prawa i Sprawiedliwości. A ja, choć, owszem, wszystkie te błędy widzę, to przypominam sobie kampanię z roku 2007, kiedy to upadł rząd i władzę na długie osiem lat przejęła tak ładnie opisana przez Jarosława Kaczyńskiego „partia zewnętrzna” i odtwarzam sobie niemal jak film całą serię kolejnych memów, których jedynym celem było wypełnienie sceny pop niczym innym jak nienawiścią zagłuszaną powszechnym rechotem.

       Próbuję sobie przypomnieć, co było na początku i wydaje mi się, wszystko zaczęło się od „kaczora”. Aż trudno uwierzyć, że coś w sposób ewidentny tak głupiego, a jednocześnie niewinnego, jak przekręcenie czyjegoś nazwiska (Kaczyński – kaczor, Baranowski – baran, Kurowski – kura, Gruszkowski – gruszka... można wymyślać w nieskończoność) może na całe dziesięciolecia wykształcić w ludziach czystą nienawiść do jednego człowieka w postaci różnego rodzaju „kaczymów”, „kaczafich”, „kaczych fuhrerów”, „polowań na kaczki”, „kaczek po smoleńsku” i tak dalej i tym podobnie, przeplatanych „kurduplami”, „kotami”, czy „mlaskaczami”. Później, i to też na długie lata, pojawił się niesławny „borubar”, a po nim lawina wręcz kolejnych memów, czasem tylko na parę dni, czy tygodni, ale też niekiedy na długie lata, i zawsze, dzięki wykorzystaniu kultury popularnej, sięgających po najbardziej egzotyczne zakątki społeczeństwa. Wszyscy pamiętamy przecież niegdysiejsze „wieśmaki”, „małpki” prezydenta Kaczyńskiego, czy oczywiście przezabawny rysunek Andrzeja Mleczki na którym widzimy prezydencką limuzynę ciągnącą toi-toia, ale też pamiętamy jak już nie tylko artysta Mleczko, ale cała Polska ryczała ze śmiechu na myśl o Prezydencie ze sraczką. No a skoro juz wspomniałem wybory roku 2007, to też słynną skołowaną babcię w moherowym berecie, która nie umie znaleźć dowodu osobistego. I o ile sobie przypominam, od roku 2005, nie został nam tu oszczędzony choćby jeden dzień. W ten muł nie można było włożyć szpilki.

        No właśnie: wybory. Popatrzmy na bilans obu kampanii roku 2023 i tego wszystkiego co do niej przez minione lata prowadziło. W jaki sposób przez ten czas Prawo i Sprawiedliwość dotarło nie do rozumu, nie serc, nie resentymentów, ale do samej duszy społeczeństwa? Z tego co pamiętam, to na dłuższą metę zapisał się Donald Tusk jako „rudy niemiec” i to naprawdę wszystko. A biorąc pod uwagę fakt, że ów mem miał zasięg ograniczony właściwie tylko do najbardziej żywo zainteresowanych, to było jedno wielkie nic, gdyż i tak cała przestrzeń była już zajęta przez osiem gwiazdek.

      Oto minione wybory. Proszę popatrzeć, co mieliśmy po tamtej stronie: „PiS = drożyzna”, „po ile wizy”, „piekło kobiet”, „konstytucja”, „wolne sądy”, „wolne media”, „jebać PiS”, "dziura Morawieckiego"... no i wieczny „kaczyzm” oraz „pisowskie państwo”. A co tu u nas? Niemiec, Niemcy, emigranci, Tusk, Tusk, Tusk...

       A zatem, tu polegliśmy na całej linii, jednak to co w tym najgorsze, to fakt, że dzięki kulturowym i cywilizacyjnym różnicom między wszelkiej maści lewactwem i społeczeństwem konserwatywnym, kultura popularna i jej niezwykły talent w przejmowaniu najbardziej wulgarnych, a jednocześnie nadzwyczaj nośnych memów, innego wyniku trudno sie było spodziewać. I wcale nie jest tak, że zapominam o roku 2005, 2015, czy choćby jeszcze 2019, kiedy to przecież tamci nie dali rady. Oczywiście że nie dali, podobnie jak w pewnym sensie nie dali też rady i przed dwoma tygodniami, jednak nie oszukujmy się: bez owego popululturowego wsparcia, Prawo i Sprawiedliwość od roku 2005 rządziłoby większością konstytuacyjną, a po Donaldzie Tusku i jego szajce nie pozostałoby już nawet wspomnienie.

      Co mam na myśli, wspominając o kulturze i cywilizacji? Otóż trzeba nam wiedzieć, że wspomniane osiem gwiazdek, to nie był jakiś szczególny wykwit inteligencji i wyobraźni zatrudnianych przez Platformę Obywatelską specjalistów od reklamy. Hasło „Fuck Trump”, tańczyło po całej Ameryce lata wcześniej, i to nie tylko w postaci gwiazdek, ale w najróżniejszych i najprzedziwniejszych konfiguracjach. Któryś z nich to zobaczył, wymyślił, że to się sprawdzi i u nas, no i lawina ruszyła. I to z sukcesem, który czujemy do dziś na plecach. Czy problem w tym, że tamci nas wyprzedzili? Że okazali się szybsi? Sprytniejsi? Że podkradli nam wspaniałe hasło, typu „Jebać Tuska”, czy „Jebać TVN”? Możliwe że byli szybsi, ale przede wszystkim nie widzę osobiście możliwości, by którykolwiek z polityków, czy wyborców prawicy choćby pomyślał o tego typu upadku. Czy można sobie wyobrazić, by w powszechnym użyciu po prawej stronie sceny pojawił się mem z nazwiskiem Kierwiński przekręconym dajmy na to na Kurwiński, lub by prawicowa scena internetu powszechnie wrzucała zdjęcia Tuska z dorobionym hitlerowskim ząbkiem i wąsikiem. Oczywiście, z patologią mamy do czynienia wszędzie, ale ja tu mówię o trendzie powszechnym, sięgającym po uniwersytety.

        Czy zatem jest już po nas? Możliwe. Możliwe bardzo, niemniej jest pewne światło nadziei, i wbrew temu co można by sądzić, możemy je dostrzec nawet i dziś, nawet jeśli nie w szansie zebrania sejmowej większości, to w tym, że tamto zło, tamto zdziczenie i tamto kłamstwo, jest jednak bardzo rozdrobnione i oni, zanim zbudują jakąś realną siłę, to się zagubią w liczeniu, ile to diabłów może się zmieścić na ostrzu noża.

    


 

piątek, 13 października 2023

O co naprawdę są te wybory

     Był może rok 2007, kiedy to rozmawiałem sobie z pewnym znajomym, gorącym przeciwnikiem Prawa i Sprawiedliwości, gdy ten, zapytany przeze mnie jaki on ma plan dla Polski bez PiS-u, odpowiedział mi mniej więcej tak: "Zrozum to wreszcie. Mnie jest obojętne, kto rządzi i jak rządzi. Moim jedynym marzeniem jest ujrzeć Kaczyńskiego na taborecie ze sznurem na szyi i być tym, który kopnie ten taboret". 

      Od tego czasu minęły lata, a emocje, które objawiły się w wypowiedzi znajomego nie dość że nie wygasły, to jeszcze się nasiliły i to nasiliły do tego stopnia, że dziś tamta uwaga na temat taboretu nie robi na nas żadnego wrażenia. Pojutrze wybory i wszyscy zastanawiamy się, w jaki sposób zarówno tamten mój znajomy, jak i wielu, wielu innych jemu podobnych, zareagują na ich wynik, a ja osobiście się obawiam, że niezależnie od tego, czy władzę zachowa Prawo i Sprawiedliwość, czy przejmie ją tzw. Opozycja Demokratyczna, efekt będzie podobny, czyli rozlegnie się wielkie wołanie o sznury i taborety. Dlaczego? Bo poziom szaleństwa jaki dziś już  osiągnęła najbardziej zaangażowana cześć elektoratu Donalda Tuska jest tak duży, że go powstrzymać może tylko nadzwyczajna interwencja sił porządkowych.

      Przed chwilą wysłuchałem wywiadu, jakiego publicznej telewizji udzielił Jarosław Kaczyński, i w jego trakcie prowadząca wywiad dziennikarka poprosiła by ten w najkrótszy sposób zachęcił widzów do głosowania na PiS. Prezes wypowiedział kilka argumentów, jednak mnie zabrakło jednego, i kto wie, czy nie najważniejszego. Otóż, moim zdaniem, jeśli wygra Tusk, owa nienawiść - przypomnijmy, że mówimy o nienawiści nie mającej granic - będzie trwała. Niech się ewentualni zwycięzcy nie łudzą. Nawet jeśli PiS utraci władzę, nie zniknie ani Partia ani tym bardziej jej wyborcy. A oni nie znikną, bo za nimi stoi nie moda, nie obce ideologie, nie wielkie pieniądze, ale pierwotna wiara, której nic nie zniszczy. I oni na polskiej scenie politycznej będą obecni zawsze i ta obecność będzie na tyle żywa i niezłomna, że świat, choćby się cały zjednoczył, jej się nie pozbędzie. Oni każdą porażkę przetrzymają, tak jak zrobili to wiele razy i ów świat się ich nie pozbędzie, nie uciszy i jedyne co mu pozostanie to owa wściekłość i to straszne Życzenie Śmierci.

      Dlatego dla naszego wspólnego dobra, dobra tych z nas, którzy tak naprawdę pragną tego tak dawno niedoświadczanego pokoju, a mam tu na myśli również tych co naiwnie wierzą, że gdy tylko PiS utraci władzę, to oni poczują w sobie to dawne dobro i zaznają upragnionego spokoju duszy, mam prośbę: Głosujmy na Prawo i Sprawiedliwość. Tylko pokonanie Zła, które miesza nam w głowach już ponad 30 lat, sprawi, że ono zamilknie, rozpadnie się na drobny mak i już nigdy się nie odrodzi. Dla dobra nas wszystkich, nawet tych, którzy dziś tego nie wiedzą.




        

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...