piątek, 10 czerwca 2022

Powrót do teraźniejszości, czyli o wykopywaniu taboretu

 

Od pewnego czasu, kiedy tu próbujemy z uporem – jak mi się coraz częściej wydaje – godnym lepszej sprawy komentować politykę, powraca wciąż jedno i to samo pytanie: Dlaczego? Dlaczego we wszystkich sondażach tak zwana Koalicja Obywatelska – wbrew wszelkiej dostępnej białemu człowiekowi logice – niezmiennie uzyskuje te swoje 26 procent poparcia? Dlaczego na spotkania z Donaldem Tuskiem przychodzą było nie było tłumy i praktycznie żaden z nich nie podejdzie do niego i strzeli mu w ten zakłamany pysk? Dlaczego wreszcie, mimo całej naszej dzisiejszej wiedzy na temat tego czym jest Rosja i kim jest Władimir Putin, tak wielu z nas wciąż pozostaje w szczerym przekonaniu, że to Jarosław Kaczyński kazał swojemu bratu lądować w Smoleńsku, i stąd też się bierze owo niezapomniane do samej naszej śmierci nieszczęście?

  Wpatrujemy się jak zaczarowani w to co się tam, po tamtej stronie bajora, dzieje i wciąż niezmiennie jako jedyne wytłumaczenie owego pomieszania zmysłów pojawia się nienawiść. Pierwotna nienawiść, której już chyba nigdy nic nie odmieni.

  Oglądałem wczoraj fragment wystąpienia Róży Thun w Parlamencie Europejskim, wsłuchiwałem się w słowa Bodnara na temat tego jak Europa powinna potraktować Polskę i bardzo chciałem to wszystko jakoś skomentować i – jak to często ostatnio bywa – uznałem, że od dłuższego czasu brakuje nowych słów i najlepiej będzie przypomnieć coś co powiedziałem przed wielu, wielu laty i co nieszczęśliwie bardzo do dziś pozostało aktualne. Bardzo więc proszę, wróćmy wspomnieniami do roku 2008. Dziś to już 14 lat. Czyż to nie przeraża?

 

Może zabrzmi to jak fikcja, niestety jest najczystszą prawdą.

Otóż spotkałem niedawno pewnego obywatela. Pełny standard: wyższe wykształcenie, rodzina, samochód, porządna praca, bardzo miła powierzchowność, niewymuszona uprzejmość. W pewnym momencie obywatel ów poskarżył mi się, że od pewnego czasu Onet nie chce umieszczać jego postów i że jego zdaniem robi to ze względu na słowo “ścierwo”. Pisze on bowiem tekst zaczynający od słów „Wy piso-bolszewickie ścierwo” i Onet tego nie puszcza. Chodzi teraz o to, żeby owo „ścierwo” zastąpić czymś innym, tylko czym?

Rozmawialiśmy dłużej i mój znajomy powiedział, że jemu osobiście jest wszystko jedno, kto będzie rządził i w ogóle jest mu ogólnie wszystko jedno, ale ma jedno marzenie. Chce zobaczyć Kaczyńskich, Ziobrę, Gosiewskiego, Girzyńskiego, Szczygłę w kajdankach, a potem już z radością przeżywać każdy dzień, wiedząc, że wszyscy oni gniją w więzieniu.

Kiedy mu powiedziałem, że jak już PiS przestanie istnieć, to trzeba będzie się pozytywnie za czymś opowiedzieć, odpowiedział spokojnie i bez śladu emocji, że od czasu rządów Mazowieckiego on osobiście nie obstawia nikogo szczególnie, ale chce, żebym zrozumiał, że to wszystko jest nieistotne, wobec tej jednej jedynej emocji:

„Niech pan zrozumie. Jak już będą wreszcie wieszać Kaczyńskiego, to ja będę pierwszy, który z radością wykopie spod niego ten taboret. Bo ja nie mówię o polityce, o rządzeniu, o tym czy oni coś tam zrobili dobrze, czy źle. Ja ich po prostu nienawidzę”.

Mój rozmmówca ani się nie denerwował, ani nie używał brzydkich słów, ani nie miał szczególnie złej miny. Po prostu chciał mi wytłumaczyć swój stosunek do, jak to określał, „piso-bolszewii”. Nie dyskutował, nie przekonywał, nie był ciekawy moich opinii – po prostu najuczciwiej na świecie tłumaczył swoją społeczno-polityczną postawę.

Przyznam, że osobiście nie sądzę, żeby onet.pl specjalnie ignorował mojego znajomego, urażony słowem „ścierwo”. Jeśli się czyta codzienne komentarze internautów, trudno się słowem „ścierwo” poczuć szczególnie dotkniętym. Nienawiść – czysta, żywa, najszczersza nienawiść do wszystkiego, co reprezentują bracia Kaczyńscy – ubierana jest na forum Onetu w tak fantazyjną retorykę, że tu nie może chodzić o kolejne słowo. I nie o słowach chcę pisać. Chodzi mi mianowicie o ogólne podejście.

Wszyscy jesteśmy okropnie rozdyskutowani, wielu z nas uważa, że ma rację i że ta nasza racja jest tak szczera, że wystarczy krok, a uda się osiągnąć choć minimalne zbliżenie. Jest jednak przy tym tak – i część z nas zdążyła tego boleśnie doświadczyć – że niekiedy po przeciwnej stronie zamiast argumentu spotykamy jedynie prostą, czystą niechęć. Niechęć ta manifestuje się różnie; czasem jest to zdanie typu „A wam tam w PiSie ile płacą za te komentarze?”, a czasem jasne i proste: „Pisiory, zamknąć dzioby”.

Po rozmowie z moim znajomym nagle uzmysłowiłem sobie, że oto po raz pierwszy z taką uczciwością i szczerością zostałem skonfrontowany z całym sednem obecnego sporu. Mój rozmówca nie obrażał mnie, nie złościł się na mnie, nie lekceważył mnie kąśliwymi docinkami. Zwyczajnie przedstawiał stan rzeczy. Chodzi mianowicie o nic innego, jak o najzwyklejszą, najdoskonalszą nienawiść i tyle. Reszta to już tylko tak zwany PR, czy jak mu tam. Gdzie więc miejsce na rozmowę? Gdzie czas na szukanie porozumienia i zgody? Wszędzie może, ale nie w tym temacie.

Mądrzy komentatorzy, znawcy przedmiotu, analitycy bardziej i mniej obiektywni starają się rozpoznać scenę polityczną i społeczną w kraju. Ośrodki badania opinii publicznej mierzą stosunek społeczeństwa do tego czy innego polityka, tego czy innego zdarzenia, a doświadczeni eksperci przedstawiają swoje analizy i proponują rozwiązania. Ostatnio wszyscy zajmujemy się niską oceną społeczną pana Prezydenta. Okazuje się bowiem, że 50% społeczeństwa uważa, że Prezydent powoduje konflikty, 21%, że nie wpływa na nic, 46%, że jest gorszy od prezydenta Kwaśniewskiego, 21%, że zdecydowanie źle wpływa na wizerunek Polski, 58%, że nie reprezentuje godnie Polski, etc. etc. I wszyscy zastanawiamy się, dlaczego, oraz co można i trzeba zrobić, żeby nie było tak źle.

Mnie natomiast wśród pytań sondażowych brakuje jednego, podstawowego: jaki procent z osób badanych i badających żyje od rana do nocy jednym, pięknym marzeniem: by być w końcu tym pierwszym, który wykopie taboret?

 


środa, 8 czerwca 2022

Dlaczego Minister Sportu Rosji jest najbliższym przyjacielem Władimira Putina

 

         Zbliża się doroczny turniej w Wimbledonie i nawet jeśli ktoś nie interesuje się tenisem, to wie że to właśnie tam w Londynie brytyjski rząd, a za nim dyrekcja turnieju, zdecydowały że w tym roku w turnieju nie wystąpią tenisiści z Rosji i Białorusi,  przez co światowe władze tenisa ogłosiły że skoro ktoś zechce wystąpić w turnieju pod nieobecność rosyjskich i białoruskich tenisistów, to droga wolna, ale niech nie liczy na jakiekolwiek punkty. Jeśli spytać o zdanie samych tenisistów, to tu jest podobnie: z wyjątkiem dosłownie kilku, głównie zawodników z Ukrainy i naszej Igi Świątek, wszyscy albo zachowali milczenie, albo poparli decyzję władz i ogłosili w ten czy inny sposób, że nie można karać sportowców za decyzje rządów, bo sport stoi poza polityką i za nią w żaden sposób nie odpowiada.

       Wśród komentarzy w mediach natomiast co jakiś czas pojawia się argument, że dotychczas nigdy w historii sportu nie zdarzyło się by sportowcy byli w ten sposób karani; nigdy działania rządów nie były podstawą do tego, by uniemożliwiać Bogu ducha winnym sportowcom rywalizowanie w zawodach sportowych, a polityka i sport zawsze stały osobno. A ja oczywiście – w sumie ciekawe, że z tego co widzę, jak dotychczas, chyba tylko ja – doskonale pamiętam jak przez wiele długich lat biali sportowcy z Republiki Południowej Afryki nie mogli występować na jakichkolwiek zawodach poza krajem w którym się urodzili, co prowwadziło wręcz do tego, że wielu z nich –  często osób nadzwyczaj zdolnych – decydowało się na zmianę obywatelstwa i emigrację. No ale wygląda na to, że tu jestem jedyny, a reszta robi wrażenie jakby nie miała o niczym pojęcia. Ale mam też świadomość różnicy, jaka była między tamtymi pływakami, a sportowcami kiedyś sowieckimi, a dziś rosyjskimi. RPA to nie było imperium, oni nie mieli ambicji by podbijać świat i zaprowadzać tam swoje porządki, nie wysyłali wojsk do obcych krajów, by tam wyrzynać kobiety i dzieci. Krótko mówiąc, byli u siebie i tak jak żyli, żyli od setek lat, a ich sportowcy reprezentowali praktycznie tylko siebie i swoje umiejętności. A mimo to, z powodu państwowych ustaw uderzających w czarną większość, światowe federacje sportowe sportowców RPA z rywalizacji wykluczyły. Nie zabroniły im występowania pod flagą RPA, ale zwyczajnie wyrzuciły ich na dobre.

     Obejrzałem wczoraj na Netflixie dokument zatytułowany „Icarus” o tym jak to przed zimowymi igrzyskami w Soczi Putin przy pomocy KGB stworzył system dzięki któremu rosyjscy sportowcy przez cały okres trwania zawodów mogli bezkarnie stosować doping, co umożliwiło Rosji osiągnięcie pamiętnego sukcesu w igrzyskach. Wielu z nas pamięta ów rok 2014, głownie przez to że, z jednej strony, od tego to czasu rosyjscy sportowcy nie mogą występować w międzynarodowych zawodach pod rosyjską flagą, a literki RUS nie są wyświetlane na koszulkach i na tablicach, a z drugiej, że niemal natychmiast po owym wielkim sportowym sukcesie Rosja po raz pierwszy napadła na Ukrainę i dokonała aneksji jej wschodnich regionów. Główny bohater filmu „Icarus”, człowiek który przez wiele lat był dyrektorem laboraorium Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) w Moskwie, który w kluczowych latach kontrolował ów proces fałszowania wyników badań, i wreszcie ten który ostatecznie ujawnił cały ten proceder, w pewnym momencie filmu przynaje, że jedną z rzeczy, których nie może sobie darować to to, że to własnie on, swoim zaangażowaniem w ów straszny przekręt, pośrednio doprowadził do napaści Rosji na Ukrainę. Jego zdaniem, co przynaje bardzo jednoznacznie, gdyby nie ów sportowy sukces rosyjskich sportowców na igrzyskach w Soczi, Putin nie miałby wystarczającego społecznego poparcia dla militarnej agresji na Ukrainie. W filmie „Icarus” bardzo jasno jest pokazane, jak bardzo owe medale zdobyte przez Rosję w Soczi umocniły popularność Putina wśród Rosjan i jednocześnie wzmocniły jego władzę. Przyznam szczerze, że choć oczywiście, podobnie jak wielu z nas, wiedziałem bardzo dobrze jak wielkie znaczenie dla imperialnej polityki Rosji ma sport i jak wiele Kreml potrafi zrobić, by wygrywać dla Rosji wszystko co jest do wygrania, to chyba nigdy wcześniej nie zobaczyłem tak wyraźnie, w jaki sposób owe zwycięstwa realizują się w praktyce.

      Niedawno odezwał się słynny rosyjski łyżwiarz figurowy, jeden z niesławnych bohaterów igrzysk w Soczi, Jewgienij Pluszczenko i oficjalnie poparł Putina i napaść na Ukrainę. Wystąpił również zdecydowanie przeciwko stosowaniu sankcji wobec rosyjskich sportowców, argumentując, że spowodują one w Rosji spadek zainteresowania sportem. W kwietniu 2022 roku zorganizował rewię łyżwiarską w Tule, która miała być promocją rosyjskiego łyżwiarstwa, a okazała się pro-wojennym wydarzeniem ku wsparciu Putina i rosyjskiej armii.

      A ja się już tylko zastanawiam, jak to jest, że taki Pluszczenko wie, a niby mądrzejsi od niego nie wiedzą. Dziś na Ukrainie toczy się straszna wojna i mimo bohaterskiej obrony, losy kraju i narodu są bardzo niepewne. By zachować władzę, a jednocześnie podtrzymać przy życiu ów gnijący system, Putin musi zanotować jakiś sukces, który zostanie zauważony i doceniony przez Rosjan. Jeszcze parę miesięcy tego co szczęśłiwie dziś mamy, i bardzo możliwe że sami Rosjanie zaczną na jego widok rzygać. Tym bardziej, gdy została im odebrana ostatnia szansa, by poczuć dawną wielkość – czyli sport. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że podobnie jak oczywiste wspieranie Rosji przez prezydenta Macrona, kanclerza Stoltza i jeszcze paru innych, owo kretyńskie powtarzanie w kółko kłamstwa, że nie należy mieszać sportu z polityką, w największym może stopniu przyczynia się do tego, by Ukraina, a za nią może i kolejne kraje, zostały przez Rosję pożarte.

       


piątek, 3 czerwca 2022

O tym jak nie być jak Tomasz Terlikowski

 

W związku z falą dość zabawnego zainteresowania, z jakim prawa część naszej sceny potraktowała zapowiedź udziału Tomasza Terlikowskiego w evencie Rafała Trzaskowskiego pod nazwą „Campus Polska”, pomyślałem sobie, że zamiast atakować otwarte na oścież drzwi, wygrzebię któryś ze swoich testów sprzed lat, w których wytargałem Terlikowskiego za uszy. I proszę sobie wyobrazić, że wśród wielu, znalazłem dwa takie, które by się doskonale tu dziś znalazły. A ponieważ nie potrafiłem sie zdecydować, uznałem za stosowne połączyć je w jeden i się w ten sposób wspólnie z Czytelnikami Terlikowskim pobawić. Proszę popatrzeć, co mi wyszło.

 

 

 

      Oto pojawiła się informacja, że ma się ukazać nowy tygodnik, zatytułowany „Wprost przeciwnie”, którego zadaniem będzie wsparcie na rynku prasowym bardziej tradycyjnie zorientowanej część opinii publicznej. Dowiedzieliśmy się, że jest on szykowany i że ma stanowić reakcję na przejęcie przez Tomasza Lisa i jego patronów oryginalnego „Wprostu”. Ma on być „nasz”, będą tam pisali sami „nasi” i dzięki niemu „nasi” urosną w siłę, i wszystkim nam przez to zrobi się lepiej. I oto okazało się, że po pierwsze, do współredagowania owego pisma zgłosiła się najpierw cała plejada – jak najbardziej „naszych” – najznakomitszych publicystów, a po drugie, kiedy okazało się, że zaszła pomyłka, bo owo „Wprost przeciwnie” wcale nie jest „nasze”, tylko „ich” – i to jeszcze najprawdopodobniej „ich” w wydaniu turbo – większość z nich w popłochu uciekła, mrucząc pod nosem, że oni nie wiedzieli, że chcieli dobrze i że im się tylko wydawało.

      No trudno. Zdarza się. Wprawdzie ja, gdyby mi ktoś zaproponował, bym został redakcyjnym kolegą Korwina-Mikke, natychmiast bym zaczął coś węszyć, no ale, jak wiadomo, ja jestem inny, więc się tu nie liczę. A więc trudno. Bywa i tak. Z tego też powodu, przyjmuję wyjaśnienia na przykład Sławomira Cenckiewicza, że on się dał wyrolować i nie zamierzam go już dręczyć. Natomiast bardzo mnie zainteresowała reakcja innego chętnego do tworzenia nowego, „prawdziwie prawicowego pisma przeznaczonego dla polskiej prawicy” – Tomasza Terlikowskiego. On, jak czytam, najpierw zgodził się firmować swoim nazwiskiem ten szary projekt, następnie napisał na swoim blogu tekst, promujący pierwszy numer tego czegoś, wraz z otwierającym go głównym tekstem, a kiedy zorientował się, jakie palnął głupstwo, natychmiast rakiem się wycofał, udając, że on nic nie wie, bo jak się to gówno działo, to on akurat siedział w swojej przydomowej kaplicy i się modlił.

      Szczegółów tej kompromitacji nie znam, ale sprawa mniej więcej wygląda tak, że redakcja „Wprost przeciwnie” postanowiła swój pierwszy numer poświęcić, jak rozumiemy, szalenie oczywiście ciekawemu zjawisku, że politycy – wszystkich jak najbardziej opcji – politycznie wykorzystują Kościół i to jest karygodne,  Następnie u Terlikowskiego – jako najpopularniejszego katolika w kraju – zamówiła odpowiedni tekst, Terlikowski go pięknie sprokurował pod tytułem „Kościół Tuska kontra Kościół Kaczyńskiego”, a Redakcja go zamieściła, zdobiąc go okładką, na której Kaczyński i Tusk, przebrani w szaty liturgiczne, udzielają sobie wzajemnie komunii. Takie jaja. Kiedy Terlikowski zobaczył tę okładkę, wpadł w panikę, bez słowa wyjaśnienia usunął swój tekst o tym, jak to ten grzesznik Kaczyński, wraz ze swoim bratem w grzechu, Tuskiem, plugawią naszą wiarę, i – jak już wcześniej wspomniałem – udał, że się akurat modli i o niczym nie wie.

      A mnie się od razu przypomniał pewien dawny koszmar, co do którego dziś już nie jestem w stanie stwierdzić, czy to był autentyczny sen, czy może jakieś nadzwyczaj chore wyobrażenie, ale proszę mi pozwolić go opowiedzieć. Otóż śniło mi się, że zadzwoniła do mnie Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” i zapytała, czy nie zgodziłbym się udzielić jej wywiadu. Pomysł był oto taki, że im bardzo zależy na tym, by zainicjować debatę na temat prawicowego obłędu, i uznali, że ja, jako wybitny przedstawiciel tak zwanej patriotycznej części politycznej sceny, oraz osoba szczególnie niezrównoważona, idealnie pokażę zjawisko, o którym „Wyborcza” chciałaby opowiedzieć swoim czytelnikom. W moim koszmarze, redaktor „Gazety Wyborczej” zapewniła, że wywiad będzie miał aż sześć stron, zostanie opublikowany w piątkowym wydaniu, będzie nosił tytuł „Smoleńscy mordercy nie unikną kary”, i że wszystko, co powiem, zostanie najpierw przez mnie autoryzowane, a następnie wiernie opublikowane. No i śniło mi się, że ja tę propozycję przyjąłem.

To był straszny sen. Śniło mi się, że do tej rozmowy doszło i że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak obiecywała mi redaktor z „Gazety Wyborczej”; że ja powiedziałem dokładnie wszystko co chciałem, mogłem mówić wszystko, co chciałem, i z każdym swoim słowem czułem, że oto wreszcie mam okazję powiedzieć to, co przez tyle lat nam mówić nie pozwalano, i że ja jestem tym, który jako pierwszy, przez swoją determinację i odwagę, powiedział to, co powiedzieć należało.

I śniło mi się, że ten wywiad się ukazał. Dokładnie w kształcie, jaki mi redakcja „Gazety” obiecała, i że żadne moje słowo nie zostało ocenzurowane, i że to był początek mojej kariery, jako przedstawiciela polskiej patriotycznej prawicy.

Od tego czasu zacząłem być zapraszany do różnego rodzaju debat w TVN24, Polsacie i TVP Info. Któregoś dnia wystąpiłem nawet w programie Tomasza Lisa i tam z gorącym sercem broniłem wartości, polskiej tradycji i mówiłem wszystko, co powiedzieć należało. Wreszcie Bogdan Rymanowski zaprosił mnie, jako stałego gościa do programu „Kawa na ławę”, bym przedstawiał tam opinie w imieniu tak zwanych mediów społecznych, a Monika Olejnik zaczęła mnie regularnie gościć w swojej audycji w Radio Zet.

Moja sława w pewnym momencie stała się tak wielka, że mainstreamowe media nadały mi przydomek „Oszołom z Katowic”, a ja sam, ile razy pokazywałem się publicznie, w ten sposób się przedstawiałem: „Hej, witam Was, Kochani! To ja Wasz Oszołom z Katowic. Przyszedłem powiedzieć Wam prawdę. Wbrew propagandzie Tuska i jego postkomunistycznej bandy”.

I wreszcie, w tym niekończącym się koszmarze, w pewnym momencie okazało się, że występuję w programie TVN24 obok Tomasza Terlikowskiego. On, jako Talib z Warszawy, a ja, jako Oszołom z Katowic, rozmowę prowadził redaktor Morozowski, który się praktycznie nie odzywał. Mówiliśmy tylko my. Terlikowski bronił życia poczętego, ja odsłaniałem prawdę o Smoleńsku, a po programie, Morozowski nas uściskał, a my udaliśmy się wspólnie do stołówki ITI, gdzie zjedliśmy polski żurek oraz pierogi z kapustą. Oczywiście na koszt tych zdrajców. No i wtedy się obudziłem.

      Co za wstyd! Co za kompromitacja! Jakież to za dno! A jednocześnie – jakaż to nauka. Nie tylko dla mnie, dla Terlikowskiego, ale też i dla nas wszystkich. Tym się właśnie kończy z jednej strony kłamstwo, a z drugiej głupota. To jest właśnie ten błąd i to jest właśnie ta kara. I wracając do kwestii wspomnianego tygodnika z piekła rodem, Cenckiewicz jeszcze przynajmniej potrafił się zachować. Terlikowski pokazał wyłącznie, że jest niczym więcej, jak rozmodloną szmatą. Czy to mnie zaskakuje? Otóż nie. Jak pisałem już wcześniej, ja nigdy nie byłem na tyle nieroztropny, żeby ufać ludziom tylko z tego powodu, że mi pokażą krzyżyk na szyi, zdjęcie Kaczyńskiego w portfelu, opowiedzą mi dowcip o Piterze i zapewnią, że są przeciwko aborcji i pedałom.

      Wieć myślę sobie, że z Terlikowskiego katolik, jak z koziej dupy trąba, i że jeśli mam wybierać między nim, a jakimś na przykład Kutzem, to nie mam zdania, ale oto mamy Kutza. Opublikował on bowiem tekst o tym że on nie lubi patrzeć na całujących się staruszków, a konkretnie Jarosława Kaczyńskiego i Zytę Gilowską. Żart i satyra Kutza polegały na tym, że prezes Kaczyński i prof. Gilowska to stare pierniki i że jak oni się tak ściskają, to Kutza bierze na śmiech. I to uważam za przypadek niezwykle znamienny. Bo ja akurat miałem okazję oglądać Kutza wczoraj w telewizji, i to co on pokazał, było autentycznie szokujące. Ja nie wiem, ile on ma lat dokładnie, ale nawet jeśli 90, lub 100, to stanu, w jakim on się znajdował, nie usprawiedliwia nic. Przede wszystkim, Kutz praktycznie nie siedział, lecz leżał, mówił tak bełkotliwie, że jego słów w większości nie sposób było zrozumieć, a kiedy ten bałwan Kajdanowicz zadawał mu pytania, ten tylko stękał, by mu powtórzyć, bo on nie dosłyszał. W pewnym momencie zrobiło się tak upiornie, że zacząłem się autentycznie bać, że Kutz za chwilę umrze, zrobi się atmosfera jak z tego skeczu Mony Pytona o krykiecie, i będzie głupio, bo z jednej strony tragedia, a drugiej – powiedzcie państwo sami, jak tu się nie śmiać?

      No ale rozumiem. Sprawa jest poważna, wszyscy się starzejemy i nie ma w tym nic zabawnego. Natomiast mi dziś chodzi o coś znacznie szerszego, a mianowicie o sytuację, w której ludzie, którzy powinni milczeć – gadają. I tu nie ma żadnych ograniczeń. Pełna demokracja. Starzy, młodzi, dzieci, mądrzy, głupi, pobożni, ateiści, nasi i obcy – wszyscy. Widzą, że się coś dzieje, natychmiast się pojawiają i zaczynają nadawać. I ani im do głowy nie przyjdzie, że świat staje jak wryty i zaczyna się już tylko rumienić.

 


wtorek, 31 maja 2022

Wojciech Fibak czyli o nie wychodzeniu przed szereg

 

      Kiedy parę dni temu dotarłl do mnie informacja, że na ostatniej konwencji Platformy Obywatelskiej, jako gwiazda eventu wystąpił niesławny poseł Franek Sterczewski, pomyśłałem sobie że oto został przebity kolejny sufit żenady. Chwilę potem jednak usłyszeliśmy wszyscy, że ów Sterczewski został wprowadzony przez Donalda Tuska w taki oto sposób i nastąpił szok:

„Franek, pamiętasz nasze pierwsze, dłuższe spotkanie po moim powrocie. Poznaliśmy się wtedy i ja trochę wyłysiałem i posiwiałem, bo nie spodziewałem się, że będą aż tak zadziorne postaci i o takim politycznym temperamencie, ale też nauczyłem się, przepraszam za to sformułowanie, nauczyłem się Ciebie i tego typu postaw”.

      I oto te słowa sprawiły, że w moim najszczerszym przekonaniu doszliśmy do ostatniej już ściany, czy, jeśli kto woli, przebiliśmy ostatni już sufit, i w tym momencie owa przedziwna historia ludzkiego skretynienia ostatecznie dobiegła końca.

     Nie zdążył jednak opaść ten czarny kurz, gdy na portalu sport.pl przeczytałem bardzo obszerny wywiad z Wojciechem Fibakiem i autentycznie osłupiałem. Myślę że większość ze starszych wielkiem czytelników tego bloga, pamięta kim jest, a raczej kim kiedyś był, Wojciech Fibak, ale na wszelki wypadek przypomnę, zwłaszcza że tu pewności mieć wcale nie mogę. Otóż w czarnych czasach PRL-u, w samej końcówce lat 70., Fibak był jedynym polskim tenisistą występującym w turniejach ATP, przez co stał się tu w kraju gwiazdą najwyższej jasności. Oczywiście, w tamtym czasie osiągane przez niego sukcesy były traktowane u nas jako coś bardzo specjalnego, co jednak nie zmienia faktu, że obiektywnie rzecz biorąc były one takie sobie. Najwyższą pozycją jaką Fibak zajął w rankingu zawodowego tenisa było miejsce 10 z roku 1977, największym sukcesem był awans do finału Masters w roku 1976, a poza tym mógł sobie Fibak na koncie zapisać 15 wygranych turniejów w całej karierze, osiągając maksymalnie ćwierćfinały w którymkolwiek z Wielkich Szlemów. Gdy zorientował się, że z tej kariery nic już nie będzie, machnął Wojciech Fibak ręką na ten cały sport i postanowił zaangażować się w handel sztuką.

       Z czasów, kiedy Fibak odgrywał jako taką rolę w światowym tenisie w jego historii pozostało wiele nazwisk, takich jak McEnroe, Borg, Villas, Becker, Lendl, Sampras, Connors, Agassi... można wymieniać. Fibak pozostał w historii dyscypliny gdzieś na poziomie Okkera, Orantesa, czy Jana Kodesa.

        Przez wiele lat o Fibaku nic nie było słychać aż bodajże do roku 2013, kiedy to tygodnik „Wprost” zarzucił mu, że przez pewien czas trudnił się stręczycielstwem, sprzedając jakimś bogatym starcom, swoim znajomym z branży handlu sztuką młodziutkie dziewczyny. Fibakowi nigdy nic nie udowodniono, natomiast on sam na wszelki wypadek wyjechał z kraju i, jak się nagle okazuje, wrócił i promuje swoją książkę o sobie i swoich rzekomych sportowych i towarzyskich sukcesach. Wywiad dla portalu sport.pl jest, jak wspomniałem, bardzo obszerny, a ja tu tylko zacytuję parę fragmentów doskonale obrazujących z czym mamy do czynienia.

O planach na książkę: „Mnie namawiały nawet największe wydawnictwa z USA. Nie miałem czasu, zawsze pędziłem”;

O Djokovicu: „Jesteśmy na US Open 2013. Jestem praktycznie głównym trenerem Novaka Djokovicia, bo Marian Vajda wezwał mnie na pomoc i dał mi pełną swobodę”; 

„Mogłaby to zdradzić tylko Serena Williams, bo z Novakiem rozmawiałem w jej obecności. Serena gimnastykowała się obok nas i przybierała coraz dziwniejsze pozy. W końcu całkiem przestała ćwiczyć i coraz uważniej przysłuchiwała się naszej rozmowie”;

„Później zadzwonił jeszcze menedżer Novaka, zaproponował mi klasę biznes w Air France, bo moje ukochane concordy już nie latały. Wie pan, że ja nimi leciałem ponad 100 razy w życiu? W czasie tych lotów ucinałem sobie pogawędki m.in. z prezydentem Richardem Nixonem i z Luciano Pavarottim. Ale obóz Djokovicia przygotował mi świetną ofertę - najlepsze loty, najlepsze hotele i bonusy od nagród wywalczonych przez Novaka na korcie. Proszę uwierzyć, że to były potężne bonusy”;

„Około roku 2008, zaprosiłem Novaka na lunch na plaży w Monte Carlo i wytłumaczyłem, że musi grać tenis bardziej ofensywny, że musi prowadzić grę, a nie stosować stylu zachowawczego i nie czekać tylko na błędy przeciwnika. Wtedy nastąpił przełom w jego grze. Narodził się nowy Djoković”; 

O Johnie McEnroe: „Ja i John oczywiście jesteśmy kolegami. Wprowadziłem go w świat sztuki, dzięki mnie został kolekcjonerem. Inwestycje w obrazy, choćby Jean-Michela Basquiata, przyniosły mu potężne miliony”;

O swojej pozycji gwiazdy polskiego sportu: „Gdyby w 1976 roku nie było igrzysk olimpijskich w Montrealu ze wspaniałymi wynikami Polaków, to pewnie bym plebiscyt wygrał. Jacek Wszoła przebił mnie naprawdę minimalną liczbą punktów. I pytany o sportowego idola powiedział, że jest nim Wojtek Fibak, co mnie bardzo wzruszyło. Proszę zauważyć, że za mną znaleźli się złoci medaliści Ślusarski, Pyciak-Peciak, siatkarze. Gdy wracałem do Polski, to celnicy na lotniskach, taksówkarze czy recepcjoniści w hotelach powtarzali: ‘panie Wojtku, dziękuję, że pan pokazał, że Polak potrafi’. Wielkie wrażenie na ludziach wywierało to, że zostałem jednym z najlepszych w świecie zawodowców”.

O Kirku Douglasie: „Manolo chciał zejść z kortu, praktycznie się poddał. Wielki tenisista, zwycięzca US Open 1975, już nie miał ochoty na grę, bo młokos z Polski dawał mu lekcję. Niestety, organizatorzy wpadli na pomysł urozmaicenia sytuacji. W przerwie przy wyniku 4:1 w tej największej na świecie hali wypełnionej kibicami odnaleziony został Kirk Douglas i z aktorską sławą przeprowadzono wywiad transmitowany na wielkich ekranach. Problem w tym, że ja i Orantes to widzieliśmy i słyszeliśmy. ‘The Times’ pisał, że to była największa kontrowersja w historii tenisa. Douglas i jego żona już mi pogratulowali zwycięstwa, a do Orantesa zwrócili się ze słowami pocieszenia. Mówili, że tym razem nie wygrał, ale i tak jest świetny, że pięknie gra w tenisa, a w końcu, że może jednak jeszcze powalczy, bo nigdy się nie poddaje. Manolo na nich spojrzał, uśmiechnął się i zupełnie innym, energicznym krokiem wszedł na kort. Zaczął nieprawdopodobnie walczyć. Z 4:1 szybko zrobiło się 5:5. Przy 5:3 i 30:15 pechowo pękły mi struny w rakiecie. Przegrałem tego seta w tie-breaku. W piątym secie już nie miałem siły walczyć z tak pobudzonym przeciwnikiem. Przegrałem 1:6. Czułem zmęczenie z całego roku”;

O swojej drodze do sławy: „Jeszcze wtedy nie znałem się ani z Kirkiem Douglasem, ani z Robertem De Niro, z którym się później bardzo zaprzyjaźniłem, ani z Erikiem Claptonem, ani z nikim bardzo znanym z tego artystycznego świata. Wtedy byłem bardzo dumny z przyjaźni z artystami i zarazem moimi kibicami Danielem Olbrychskim, Aliną Janowską, Janem Englertem, Wojtkiem Gąsowskim czy Gustawem Holoubkiem. I z Ulą Dudziak, Michałem Urbaniakiem, Januszem Głowackim, Ryszardem Horowitzem, czyli przyjaciółmi z Nowego Jorku. Wielkie światowe gwiazdy odkryły mnie trochę później”;

O Hugh Grancie: „Ze swoją ówczesną partnerką, znaną aktorką Liz Hurley, często bywali moimi gośćmi, a nawet się zdarzało, że do mojego XVIII-wiecznego pałacyku w Lasku Bulońskim [sic!] przyjeżdżali, kiedy byłem w Nowym Jorku. Hugh na moim rowerze jeździł na targ po najlepsze sery, szynki i owoce. Ojciec Liz lubił po cichutku zakradać się na dół po skrzypiących, drewnianych schodach. Stawał przy otwartej lodówce i podjadał”;

O Janie Pawle II: „W rozmowie od razu okazało się, że papież bardzo się interesuje tenisem, że zna wszystkich moich rywali. Nagle zaproponował, żebyśmy poszli zobaczyć kort trawiasty na terenie Watykanu. Okazało się, że jest trochę zaniedbany. Ojciec święty powiedział, że wszystko zostanie doprowadzone do porządku i następnym razem, gdy będę w Rzymie, zagramy. Z typowym dla siebie poczuciem humoru żartował, że chce się sprawdzić z najlepszym Polakiem. Kiedy po powrocie na korty Foro Italico o tym opowiedziałem mediom, to rwetes się zrobił na cały świat. Ta wiadomość była ważniejsza niż regularne doniesienia o wynikach”.

        I tak to opowiada o sobie Wojciech Fibak, zachęcając nas oczywiście do tego, byśmy sobie kupili jego najnowsza książkę, bo tam takich historii, jak zapewnia, będzie dużo, dużo więcej. A jeśli ktoś się zastanawia, po ciężką cholerę, jak się tym dziwnym człowiekiem zjmuję, już tłumaczę. Otóż, jak juz wspomniałem, Wojciech Fibak w historii tenisa to gwiazda na poziomie Czecha Kodesza, czy Holendra Okkera, ale jestem pewien, że żaden z nich w życiu by nie zrobił z siebie idioty opowiadając Czechom czy Holendrom tego typu banialuki. Dlaczego? Bo oni wszyscy mieli szczęście obracać się w towarzystwie, gdzie nikt im nie wmawiał, że są częścią narodu, któremu los przypisał rolę „brzydkiej panny na wydaniu”. Nie wyobrażam sobie, by którykolwiek z nich, czy to Hiszpan Orantes, czy Rumun Nastase, czy Szwed Bjork krztusili się z emocji na wspomnienie tego,  że jakiś aktor odwiedzali ich w jego XVII-wiecznym pałacyku. No ale też nie wydaje mi się by którykolwiek z nich miał też okazję, by rzucić publicznie coś takiego:

„Nigdy nie czytam komentarzy na mój temat. I wiem, że nie czytają również moi znajomi, którzy też coś w życiu osiągnęli. Nie czytamy ze względu na krzywdzący, obrzydliwy hejt, który pokazuje się między rzeczowymi opiniami. Powiem tylko tyle, że nawet tygodnik ‘Nie’ Jerzego Urbana odrzucił propozycję opublikowania tego nielegalnego, oczerniającego mnie nagrania ‘Wprostu’. Jedyną motywacją prowokatorek była chęć zysku i sławy. Dziś najbardziej żałuję, że nie oddałem sprawy do sądu”.

      No i jest jeszcze jeden powód. Otóż kiedy w roku 2010, tuż po Katastrofie Smoleńskiej, wokół Bronisława Komorowskiego budowano komitet poparcia, Fibak pojawił się tam jako jedno z głównych nazwisk. Dziś, gdy portal sport.pl pyta go o opinie w sprawie propozycji bojkotu rosyjskich i białoruskich tenisistów podczas zbliżającego sie Wimbledonu, odpowiada tak:

„Uważam, że decyzja organizatorów Wimbledonu jest niesprawiedliwa, niepotrzebna i przedwczesna. Nie można tych ludzi wykluczać tylko dlatego, że są Rosjanami. To jest przeciwko pryncypiom ATP. Nie jest to też decyzja w brytyjskim stylu, wyważonym, a wyjście przed szereg. Ofiarą rosyjskiego reżimu są przede wszystkim Ukraińcy, ale na drugim miejscu Rosjanie. I nie mam na myśli oligarchów, tylko zwykłych obywateli Rosji, których tracą pracę lub mają ograniczane prawa obywatelskie”.

       Chętnie bym w tym momencie coś dodał, ale nie wiem, czy to nie byłoby zbyt ryzykowne. W końcu są branże z którymi lepiej nie zadzierać.


 


 

 

 

 

piątek, 27 maja 2022

O tym jak Niemcy budowali przyszłość wolnego i demokratycznego świata (część ostatnia)

 Dziś już ostatni fragment artykułu z niemieckiego „Der Spiegela" na temat niesławnej Ostpolitik.

      W roku 1991 Kohl brał zupełnie serio pod uwagę możliwość, że ów straszny nacjonalizm, który wystąpił we Wschodniej Europie po I Wojnie Światowej, może pojawić się ponownie. Wierzył też zatem, że gdyby tak się stało że kraje bałtyckie uzyskają niepodległość „znów dojdzie do starcia z Polską”, tak jak to miało miejsce między Polską a Litwą w roku 1920. W tej sytuacji, jedyną konkluzją jaką z owego przekonania mógł Kanclerz wysnuć była ta, że „rozpad Związku Sowieckiego absolutnie nie może być w interesie Niemiec”.

      Ostatecznie jednak, kraje bałtyckie niepodległość uzyskały i dziś najprawdopodobniej nie da się już ustalić z całą pewnością, czy to owo rozumowanie Kohla było błędne, czy też po prostu Łotysze i Litwini mieli to szczęście, że ich droga do niepodległości przeszła tak spokojnie.

      Tak czy inaczej, wiele państw Zachodu, analizując sytuację na własną rękę, raczej wspierało w tej kwestii Niemcy. Francuski prezydent Mitterrand osobiście narzekał na Bałtów, tłumacząc im, że „nie mogą ryzykować wszystkiego co udało im się osiągnąć dzięki Moskwie, tylko po to by pomagać krajom, które tak naprawdę nie cieszyły się samodzielnym bytem od 400 lat”. Nawet prezydent George Bush, skądinąd chłodny realista, nie omieszkał wygłosić parę cierpkich słów pod adresem polityków z krajów bałtyckich i ich dążeniu do niezależności.  

        Gdy chodzi natomiast o Kohla, jego przyjazne realacje z Moskwą pozwoliły mu posunąć się do tego, by przy pewnej okazji udawać że nie zauważył swoieckich działań ściśle przestępczych. 13 stycznia 1991 roku stacjonujące w Wilnie sowieckie siły specjalne zaatakowały obywatelski ruch niepodległościowy, szturmując miejską stację telewizyjną i inne budynki. Śmierć poniosło 14 nieuzbrojonych cywilów, a setki innych odniosło rany. Reakcja Bonn była, i to w najlepszym wypadku, letnia. Kilka dni po owej agresji Kohl odbył telefoniczną rozmowę z Gorbaczowem. Będący jej świadkiem niemiecki dyplomata zapisał w swojej notatce, że obaj panowie „wymienili między sobą serdeczności”. Gorbaczow narzekał, że nie ma możliwości, by posuwać się do przodu „nie podejmując niekiedy bardziej surowych kroków”, co zostało odczytane jako aluzja do tego co się stało w Wilnie. Reakcja Kohla była szokująca: „W polityce, wszyscy musimy być otwarci na to, że są momenty, gdy trzeba wybrać drogę okrężną. Liczy się natomiast przede wszystkim to, by nie stracić z oczu celu podstawowego”.

       Gorbaczow zakończył wymianę uprzejmości zapewnieniem, że „bardzo sobie ceni” przyjętą przez Kanclerza pozycję. Wedle tego co znalazło się w notatce, słowo „Litwa” podczas owej rozmowy nie padło ani razu.

      Rola, jaką w owej zbrodni odegrał osobiście Gorbaczow, do dziś nie została wyjaśniona. 


 

 

 

czwartek, 26 maja 2022

O tym jak Niemcy budowali przyszłość wolnego i demokratycznego świata (część 3)

 

Dziś kontynuujemy relację niemieckiego „Der Spiegla”  na temat polityki prowadzonej przez Niemcy w stosunku do Związku Sowieckiego i tego co po nim zostało.      


      I w tej oto sytuacji Genscher postanowił niejako „przekierować” marzenia krajów Europy Wschodniej i Środkowej o przystąpieniu do NATO i poszukać rozwiązań alternatywnych, które mogły by być „akceptowalne” dla Związku Sowieckiego. Wtedy też wpadł na pomysł utworzenia Rady Partnerstwa Euro-Atlantyckiego, a więc ciała w ramach którego kraje Europy Wschodniej i Środkowej uzyskałyby prawo do zabrania głosu. 

      „Choć początkowo, dawne kraje Paktu Warszawskiego liczyły na możliwość uzyskania członkowstwa w NATO”,mówił Genscher, „to w trakcie poufnych dyskusji zostały one skutecznie do tego zniechęcone”.

       Przez pewien czas, Niemcy dążyły do tego, by NATO wyszło z oficjalną deklaracją, że nie rozszerzy się na wschód. Jednak po tym jak Genscher w maju 1991 roku złożył wizytę w Waszyngtonie i usłyszał od Amerykanów, że „w przyszłości rozszerzenia wykluczyć nie można”, szybko zmienił front i ogłosił, że nigdy nie był za tym by składać „ostateczne deklaracje”. Faktycznie jednak, wydaje się że w dalszym ciągu bardzo chciał uniknąć rozszerzenia.

      Tymczasem w Bonn, pierwszej stolicy świeżo powstałego nowego państwa niemieckiego, trwał nastrój bardzo pewnego siebie optymizmu. Zimna wojna się skończyła, Niemcy były zjednoczone, a Kohl wraz z Genscherem naciskali na konsolidację w stronę Unii Europejskiej. Sam kanclerz jednocześnie również nie potrafił przestać szukać historycznych okazji do rozwiązań na rzecz wzmocnienia relacji ze Związkiem Sowieckim. „Być może teraz uda nam się naprawić to co w bieżącym stuleciu poszło źle”, mówił. Po II Wojnie Światowej, z milionami jej ofiar i tragicznym podziałem Niemiec, który nastąił w jej wyniku, miał Kohl nadzieję na otwarcie nowego rozdziału w relacjach z Moskwą.

       W owym czasie przywódcą Związku Sowieckiego był Michaił Gorbaczow, ideowy, choć mówiący o reformach, komunista. Gorbaczowa, z wdzięczoności za to, że zgodził się na likwidację NRD, Niemcy uwielbiali. „Jeśli Niemcy są dziś gotowe wspierać Związek Sowiecki,  to głównie z wdzięczności za rolę jaką odegrał Gorbaczow w kwestii zjednoczenia Niemiec”, tak opisywał sytuację Kohl. To natomiast że Gorbaczow całym sercem był przeciwko rozszerzaniu NATO, gdy chodziło o szacunek jakim się cieszył w Niemczech, nie miało najmniejszego znaczenia.   

      Później zresztą sam kanclerz mówił publicznie, że z radością wziął na siebie rolę „pierwszego adwokata” Gorbaczowa. Obaj liderzy pozostawali cały czas w kontaktach ściśle osobistych, przesyłali swoim małżonkom okolicznościowe pozdrowienia i bardzo często gawędzili przez telefon.

      Kohl używał wszystkich swoich wpływów, jakimi się cieszył na świecie, by organizować poparcie dla „Miszy” i jego polityki. Osobiście sprawił, że sowiecki przywódca otrzymał zaproszenie na szczyt G-7, a Moskwa nigdy od nikogo nie uzyskała zagranicznej pomocy takiej jak ta od Niemiec pod przywództwem Kohla.

      Wielką troską Kohla było przy tym to, że przeciwnicy Gorbaczowa w sowieckiej armii, tajnych służbach, oraz w aparacie państwowym  mogą spiskować na rzecz odsunięcia go od władzy. Zaledwie chwilę wcześniej, w sierpniu 1991 roku udało się odeprzeć tzw. pucz Janajewa, ówczesnego wiceprezydenta. Janajew wraz z grupą swoich zwolenników umieścił Gorbaczowa w areszcie domowym, jednak masowe demonstracje oraz powszechna odmowa wykonywania rozkazów przez  wojsko, ale również bardzo aktywna postawa óczesnego prezydenta Republiki Rosyjskiej, Jelcyna sprawiły że Gorbaczow władzę zachował.  

       Dziś możemy sobie oczywiście wyobrażać, co by się mogło stać, gdyby pucz odniósł sukces, a armia sowiecka trafiła pod rozkazy Janajewa, w czasie gdy setki tysięcy wojsk sowieckich wciąż jeszcze stacjonowało na wschodnich terenach Niemiec, a dodatkowe jednostki czekały w gotowości w Polsce i w Czechosłowacji. Dokumenty niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych wskazują jednoznacznie, że wycofanie wojsk stanowiło priorytet niemieckiej polityki, a jednocześnie nie można było choć przez chwilę zapomnieć o około 30 tysiącach głowic nuklearnych, stanowiących oczywiste i bardzo znaczące zagrożenie. „Nuklearne bezpieczeństwo terytorium Związku Sowieckiego powinno stanowić absolutny priorytet dla reszty świata”, głosił komunikat płynący z Bonn

      Z tej perspektywy, dopuszczenie do jakiegokolwiek osłabienia Gorbaczowa było poza dyskusją, i to samo dotyczyło Związku Sowieckiego jako całości, który Gorbaczow próbował utrzymać za wszelką cenę.

      Kohl z Genscherem wyznawali tu swoistą teorię domina, która kazała im wierzyć że jeśli państwa bałtyckie uniezależnią się od Związku Sowieckiego, Ukraina zrobi to samo, po czym Związek Sowiecki upadnie, a wraz z nim upadnie też Gorbaczow. I tak to mniej więcej się debatowało przez cały rok 1991. Kohl jednak przy tym miał swoje wątpliwości, czy przede wszystkim tego typu rozpad będzie miał szanse na pokojowy koniec. Wierzył głeboko, że w efekcie tego co się stanie, może dojść do „wojny domowej”, podobnej do tej, która już niedługo miała wybuchnąć w Jugosławi. Wieloletni minster spraw zagranicznych Gorbaczowa, Edward Szewardnadze, pozwolił sobie nawet na to, by skierować pod adresem Niemiec swoiste ostrzeżenie. W trakcie wizyty Genschera w Moskwie w październiku 1991 roku, który w tym czasie swoją drogą już był zaledwie byłym ministrem, ostrzegał, że jeśli Związek Sowiecki się rozpadnie, przywództwo w Moskwie przejmie „faszysta”, który pierwsze co zrobi to zażąda zwrotu Krymu. Jak wiemy, dwadzieścia lat później aneksji Krymu dokonał Putin.



środa, 25 maja 2022

O tym jak Niemcy budowali przyszłość wolnego i demokratycznego świata (część druga)

 Przed nami kolejna część refleksji na temat polityki Niemiec wobec krajów Europy Wschodniej i Środkowej, zamieszczonych w kwietniowym wydaniu magazynu „Der Spiegel”.

      Polityka Niemiec wobec Europy Wschodniej i Środkowej  prowokuje jednak też pytania. W roku 1991 przestał istnieć Pakt Warszawski, co sprawiło że Genscher zaczął szukać coraz to zręczniejszych sposobów, by krajom takim jak Polska, Węgry i Rumunia uniemożliwić wstąpienie do NATO. Powód owych akcji był wciąż ten sam – troska o samopoczucie Związku Sowieckiego. Jak informował jeszcze w lutym 1991 roku niemiecki ambasador w Moskwie, wyraźne przyspieszenie działań krajów Wschodniej i Środkowej Europy w kwestii wesjścia do NATO, budowało w Moskwie „atmosferę z jednej strony lęku przed zagrożeniem militarnym, z drugiej obawy przed izolacją, ale też frustracji z powodu niewdzięczności ze strony jeszcze do niedawna zaprzyjaźnionych przecież krajów”. Genscher był wyraźnie zaniepokojony sposobem w jaki sytuacja się rozwijała. Członkowstwo krajów Wschodniej i Środkowej Europy „nie leży w niemieckim interesie”, mówił. Kraje te, dodawał, mają oczywiście prawo by przystąpić do sojuszu państw Zachodu, my powinniśmy się jednak skupiać na tym, by „korzystanie z owego prawa im uniemożliwić”.

        Czy stanowisko to było wynikiem szczególnie pojętej roztropności i pragnienia utrzymania pokoju w Europie? A może czymś co całkiem niedawno poseł SPD Michael Roth określił jako potrzebę zachowania dobrych stosunków z Moskwą „kosztem innych krajów Wschodniej Europy”? Roth, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych w Bundestagu, poparł niedawno pomysł powołania specjalnej komisji śledczej do zbadania błędów jakie w swojej polityce wschodniej popełniła jego własna partia. Twierdzi on, że Niemcy „de facto zakwestionowały suwerenność sąsiednich krajów”. Roth ma tu akurat na myśli zachowanie Niemiec w ostatnich latach, ale czy nie warto by było sięgnąć refleksjami głębiej w historię? Konkretnie do czasów Kohla i Genschera?

      Widzimy dziś wszyscy jak niemiecka Ostpolitik – zarówno w okresie tuż przed zjednoczeniem, jak i w latach późniejszych – stała się dziś celem krytyki niemal ze wszystkich stron. Co ciekawe jednak, nawet i Rosja kieruje pod adresem Niemiec swoje osobiste pretensje, oskarżając Niemcy o złamanie danego słowa w kwestii ekspansji NATO na wschód. Niektóre z owych niedawno ujawnionych dokumentów mogą wkrótce wręcz zostać wykorzystane przez Putina i jego otoczenie jako ciężka broń w toczącej się wojnie propagandowej, a to z tego powodu, że w kilku przypadkach Genscher i jego czołowi dyplomaci wspominają wyraźnie o wyraźnej obietnicy, że NATO nie będzie się rozszerzać się na wschód, którą Niemcy złożyły w trakcie znanych pod nazwą Dwa Plus Cztery negocjacji, a dotyczących zjednoczenia obu niemieckich państw. W dodatku, rosyjscy politycy zapewniają, że owo zapewnienie nie było jednorazowe, ale obowiązywało niezmiennie od dzisięcioleci. Sam Putin przecież bardzo chętnie używał tego argumentu próbując usprawiedliwić swoją inwazję na Ukrainę, nawet jeśli w Akcie Założycielskim NATO-Rosja z roku 1997, choćby i bardzo niechętnie, Moskwa ów kierunek jednak zaakceptowała.

     Wiele z ujawnionych dokumentów zdaje się jednak wspierać rosyjski punkt widzenia:

      . 1 marca 1999 roku Genscher poinformował Stany Zjednoczone, że Niemcy sprzeciwiają się rozszerzeniu NATO w kierunku wschodnim, z takim właśnie wyjaśnieniem, że „podczas negocjacji Dwa Plus Cztery obiecano Sowietom, że nie ma mowy o ekspansji na wschód”.

     . Sześć dni później, wysoki urzędnik w niemieckim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Jürgen Chrobog, podczas spotkania z dyplomatami z Wielkiej Brytanii, Francji i Stanów Zjednoczonych wspomniał o tym, że podczas negocjacji Dwa Plus Cztery „istniało pełne zrozumienie co do tego, że wycofanie wojsk sowieckich nie będzie wykorzystywane dla osiągnięcia przez nas jakichkolwiek korzyści”.

      . 18 kwietnia Genscher w rozmowie ze swoim greckim odpowiednikiem przyznał, że poinformował Rosjan, że „Niemcy pozostaną członkiem NATO nawet po zjednoczeniu, ale w zamian za zgodę Rosji, nie dojdzie do ekspansji na wschód...”.

      . 11 października Genscher spotkał się z odpowiednimi ministrami z Francji i Hiszpanii, Rolandem Dumasem i Francisco Fernándezem Ordóñezem. Notatka z owego spotkania wskazuje, że odnośnie przyszłości krajów Wschodniej i Środkowej Europy zostało stwierdzone: „Nie możemy zaakceptować członkowstwa [owych krajów] w NATO (zarówno ze względu na możliwą sowiecką reakcję, oraz fakt obietnicy złożonej podczas negocjacji 2+4, że NATO nie będzie rozszerzało się na wschód). Każdy krok na rzecz zachowania stabilizacji między Krajami Europy Wschodniej i Środkowej i Związkiem Sowieckim jest nadzwyczaj istotny”.


CDN

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...