sobota, 7 września 2019

Dziadzio rekin, czyli sens życia


      Moja żona – a muszę tu zaznaczyć, że ona moją aktywność w Internecie traktuje jako zło konieczne, a przez to, wszystko co ja tu robię, demonstracyjnie lekceważy    poinformowała mnie, że ona nie jest w stanie znieść tego, że ja do tego stopnia przejąłem się faktem, że zakończyłem 64 rok życia, że mam potrzebę ogłaszać ten fakt publicznie. No ale faktem jest, że dla mnie ten dzień jest w rzeczy samej tak ważny, że to są chyba pierwsze moje urodziny od wielu lat, które w ogóle zauważyłem.
       Czemu tak? Odpowiedź, jak już miałem okazję na to zwrócić uwagę, znajduje się w piosence Beatlesów „When I’m Sixty-Four”, którą znam od zawsze i mam do niej stosunek bardzo osobisty. W czym rzecz? Otóż, nie wiem, czemu tak to się ułożyło, ale ja właściwie od dziecka mam bardzo silne poczucie upływu czasu. Kiedy byłem dzieckiem, a potem młodzieniaszkiem i jeszcze jakiś czas potem, czas swoje życie odmierzałem kolejnymi olimpijskimi igrzyskami. A więc, kiedy miałem 13 lat, a w Meksyku organizowano Olimpiadę, miałem w głowie, że za cztery lata będę miał lat 17, kiedy cztery lata później w Monachium doszło do słynnej masakry, ja sobie myślałem wyłącznie o tym, że za kolejne cztery lata, ja już będę miał symboliczne gdzieniegdzie 21 lat, i tak dalej i tak dalej.
      Dziś mam lat 64 i wciąż słyszę słowa tamtej piosenki Beatlesów, której słuchałem wtedy, gdy właśnie skończyła się olimpiada w Meksyku, i gdyby ktoś nie wiedział, o co tam w ogóle chodzi, już wyjaśniam. Ów tekst jest oczywiście znacznie głębszy i inteligentniejszy, ale krótko mówiąc, rzecz sprowadza się do tego, że on jest bardzo młody, bardzo kocha jakąś dziewczynę, ona oczywiście jego, a on się zastanawia, jak to będzie, kiedy on będzie miał 64 lata, a oni wciąż będą razem, zakochani, wierni sobie i zwyczajnie szczęśliwi.
       No i przyszła kolej na mnie. Sam mam 64 lata i jednocześnie mam poczucie, że nie mam nic wspólnego z tą parą, którą tak pięknie przedstawili w swojej piosence Beatlesi. Owszem to już nie jest to co kiedyś, ale muszę uczciwie przyznać, że kiedy zamknąłem 40 rok życia i moje dzieci narysowały mi tę piękną laurkę, którą zresztą hołubię do dzisiaj, nie mogłem się uwolnić od myśli, że oto właśnie osiągnąłem wiek inżyniera Karwowskiego i z tą myślą nie było mi wesoło. Dziś mam poczucie, że te 24 lata to było nic, a ja wciąż jestem jasny i gotowy.
          Z okazji dzisiejszych urodzin otrzymałem dwa prezenty i, szczerze powiem, nie umiem powiedzieć, który z nich jest dla mnie ważniejszy. Pierwszy z nich to ta flaszka, jaką podarował mi mój serdeczny przyjaciel Aleksy, którą już napocząłem i jestem prawdziwie wzruszony.





      Od mojej żony natomiast otrzymałem coś takiego:




      I tu, w odróżnieniu od obrazka poprzedniego, który mówi sam za siebie, należy się wyjaśnienie. Otóż od czasu gdy zostałem obsypany wnuczkami i moje życie się zmieniło kompletnie, poznałem całą kupę piosenek dla dzieci, a wśród nich i tę gdzie dzidziuś rekin, mama rekin, tata rekin, dziadzio rekin, oraz babcia rekin płyną sobie w oceanie szukając rybek, które mogliby zjeść. Kto jest zainteresowany, może sobie wysłuchać całej historii, dla mnie jednak dziś najważniejsze jest to, że moja żona podarowała mi tego rekina z informacją, że to jest dla Grandpa Shark. A ja właśnie postanowiłem, że z nim dziś będę spał.
     I to jest szczęście związane z faktem, że się skończyło 64 rok życia.
     Miłego weekendu!






piątek, 6 września 2019

Moja słodka prywata na zbliżający się nieuchronnie dzień urodzin


      Do zwykłego trybu, w jakim funkcjonuje ten blog wrócimy już jutro, dziś jednak chciałby go wykorzystać do tak zwanej prywaty i podzielić się, nie tylko z jego stałymi czytelnikami, pewnym donosem. Otóż, zaczynając od początku, mój ostatni telefon został mi sprzedany z numerem u11 przez markę HTC i powiem uczciwie i z czystym sumieniem, że był to absolutnie najlepszy telefon, z jakiego dotychczas miałem okazję korzystać. Tak się jednak stało, że kiedy jakiś czas temu próbowałem nakręcić krótki film z moją wnuczką w roli głównej, wykonując pewien artystyczny manewr, telefon wypuściłem z ręki i ekran, jak to w takich sytuacjach bywa, się potłukł. Potłukł się troszeczkę, w żaden sposób nie przeszkadzając mi w korzystaniu z telefonu, niemniej moje przywiązanie do tego, by wszystko co mnie otacza trzymało odpowiedni poziom, po pewnym czasie uznałem, że z tymi pęknięciami jest mi mocno niewygodnie, na Allegro za 240 zł od radomskiej firmy Pixel GSM kupiłem nowy ekran, zaniosłem go do popularnej tu na miejscu firmy MasterKom i zleciłem im wymianę ekranu. MasterKom wprawdzie zwykle nie dokonuje napraw z wykorzystaniem dostarczonych przez klienta części, jednak z zastrzeżeniem, że jeśli ekran okaże się uszkodzony, oni mnie i tak z tytułu wykonanej pracy skasują na 80 zł, zamówienie przyjęli.
      Kiedy po długich dwóch dniach niezrozumiałego zawieszenia odbierałem telefon z informacją, że telefon nie działa ze względu na niesprawny ekran, uznałem, że jestem do tyłu o 80 zł, ze zdziwieniem dowiedziałem się, że właściwie oni mi te osiem dych darują. Mimo oczywistego zdziwienia, z tego prostego względu, że 80 zł  przynajmniej dla mnie piechotą nie chodzi, nie zapytałem skąd ta ich niezwykła uprzejmość, telefon wraz z ekranem bez słowa odesłałem do Radomia, z prośbą o naprawę.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, Pixel GSM mnie poinformował, że ekran jest sprawny jak najbardziej, jednak przy próbie wymiany zostało uszkodzone gniazdo, tyle że tak poważnie, że próba naprawy musi nieco potrwać. Poczekałem więc nieco, po czym uzyskałem informację kolejną, że uszkodzenie jest tak poważne, że oni naprawy się jednak nie podejmą, i telefon został mi odesłany. Tu przy okazji muszę oddać Pixelowi należny honor, bo oni jak najbardziej zwrócili mi pieniądze za ekran, włącznie zresztą z kosztami wysyłki i uprzejmymi słowami, że jest im przykro, że mnie niepotrzebnie angażowali.
       I oto nagle zdarzyło się coś, co, gdyby miało miejsce wcześniej, prawdopodobnie swoich zmartwień bym nie miał, pojawił się pewien znajomy, który skontaktował mnie z zaufaną firmą serwisującą telefony i tam, po obejrzeniu mojego telefonu, poinformowano mnie, że nieszczęście musiało nastąpić na samym początku całego owego procesu, kiedy to mój telefon, jeszcze przy samym zdejmowaniu popękanego ekranu, został, że pozwolę sobie na cytat, „zmasakrowany”, jest do wyrzucenia, a to że Pixel go w ogóle próbował naprawić to jest wyłącznie gest uprzejmości z ich strony.
       Dziś jest tak, że właśnie, trochę ze zwykłej potrzeby czasów, a trochę z powodu zbliżających się urodzin, kupiłem sobie na raty nowy HTC u11 i znów się mogę cieszyć nową piękną współczesnością. Natomiast przy tej okazji chciałbym wszystkich, których to może zainteresować, poinformować, że katowicki punkt serwisowy o nazwie MasterKom przy ulicy Słowackiego 17 to dupki bez cienia wstydu.
      Nie polecam.


czwartek, 5 września 2019

Co Rafał Ziemkiewicz myśli na temat ptasiego mleczka


Możliwe, że to się już wcześniej wydało, ale z pewną – nie dużą, ale pewną – regularnością oglądam program telewizji TVP Info zatytułowany „W tyle wizji”, a tam niekiedy pojawia się nie kto inny, jak Rafał Ziemkiewicz. Otóż niedawno stało się tak, że ów Ziemkiewicz pochwalił się przed kamerami, że on jest nadzwyczaj dumny ze swojej książki, w której zniszczył Adama Michnika, wydanej pod odważnym bardzo tytułem „Michnikowszczyzna”. Ponieważ ja Ziemkiewicza znam z różnych zachowań, a nie tylko tych, o których on lubi wspominać, postanowiłem, że zadzwonię tam i zapytam go, czy on jest również dumny ze swojej książki zatytułowanej „Polactwo”, gdzie zaatakował nie Michnika, ale tych, których ów Michnik ma w odwiecznej pogardzie, czyli nas. Jak się należy spodziewać, całe to dzwonienie poszło na marne, natomiast ja wciąż mam w głowie to pytanie: Jak się dziś czuje wobec tego, co sobie o Polsce i Polakach myślał przed laty ten, który dziś jest traktowany przez wielu, jako pierwszy patriota i przyjaciel Dobrej Zmiany.
W tej sytuacji chciałbym przypomnieć pewien swój tekst, sprzed wielu, wielu lat i zaproponować chilę refleksji w temacie podstawowym: Jak długo my jeszcze będziemy pozwalać na to, by oni nas mieli za idiotów?

     

      Jak już tu kiedyś pisałem, pani Toyahowa tego bloga praktycznie nie czyta. Nie dlatego, że to o czym ja piszę, jej nie interesuje, choć, kto wie? Może czasem chodzić i o to też. Jej problem z tym blogiem jednak jest przede wszystkim taki, że te teksty są za długie, a ona nie ma serca, żeby się skupiać na jednym długim tekście, o ile to nie jest jakaś książka, najchętniej z historią Polski w tle. A zatem, gdybym miał prowadzić jakieś badania nad uczestnictwem Toyahowej w tak zwanej blogosferze, to jestem pewien, że okazałoby się, że ona znacznie częściej na przykład zagląda na stronę coryllus.pl, niż tu.
      Jest jednak typ blogów, które ona odwiedza nagminnie. Mam na myśli tak zwane blogi kulinarne. Z tego co słyszę, ich jest bardzo dużo, a ich autorki – bo to są głównie dziewczyny – z reguły dzielą się z czytelnikami przepisami na przeróżne ciasteczka, desery, torciki i takie tam. Często przepisy te są ozdabiane zdjęciami, niekiedy bardzo pięknie podanymi, i wówczas, oprócz samej radości z czytania, jest też na czym zawiesić oko.
      Niedawno poinformowała mnie Toyahowa o zdarzeniu, które przeleciało jak meteoryt przez nasze media i ostatecznie się rozproszyło w codziennym zgiełku. Otóż autorka jednego z owych ciasteczkowych blogów, niejaka Iwusia, zamieściła u siebie swój przepis na coś, co się popularnie nazywa „ptasie mleczko” i natychmiast otrzymała pismo od prawnika reprezentującego firmę „Wedel”, w którym właściciele „Wedla” żądają od niej, by – ponieważ „ptasie mleczko” to nie jest zwyczajna, popularna nazwa, lecz znak towarowy – obok tego swojego „ptasiego mleczka” umieściła znak ®. Dla większego efektu pozwolę sobie zacytować tu fragment pisma, jakie „Wedel” wysłał do owej Iwusi:
Wobec powyższego, w imieniu Lotte Wedel, zwracam się do Państwa z prośbą o uszanowanie praw mojego Mocodawcy i niezwłoczne zamieszczenie przy przepisach kulinarnych umieszczonych na Państwa stronie i posługujących się znakiem ‘PTASIE MLECZKO®’ notki o następującej treści: ‘Oznaczenie słowne ‘PTASIE MLECZKO ®’ stanowi zarejestrowany znak towarowy chroniony na rzecz Lotte Wedel sp. z o.o.’ oraz symbolu ® przy nazwie PTASIE MLECZKO lub, alternatywnie, niezwłoczne usunięcie przepisów kulinarnych posługujących się znakiem towarowym ‘PTASIE MLECZKO®’ z Państwa strony.
      Reakcja autorki bloga była szybka i oddająca firmie Lotte Wedel wszelką satysfakcję. Ona się tak przestraszyła tym listem, że w jednej chwili, najpierw oznaczyła nazwę „ptasie mleczko” znakiem ®, następnie przepis na to swoje ptasie mleczko usunęła z bloga, a w końcu usunęła z niego wszystkie pozostałe przepisy.
      Jak czytam dziś w Internecie, wszystko skończyło się dobrze. Kiedy strona z przepisami zniknęła, w Sieci podniosła się lekka wrzawa, i ostatecznie właściciele Lotte Wedel wycofali się ze swoich pretensji, przyznali, że ich poniosło, no i wszystko zakończyli odpowiednimi przeprosinami. A ja nie wiem, jaki jest dalszy los bloga tej jakiejś Iwusi i jej przepisów. Kiedy piszę ten tekst, próbuję tam zajrzeć, ale wygląda na to, że poza imieniem Iwusia, tam jest kompletnie pusto i że po przepisach nie pozostał nawet ślad. A zatem, mogę się domyślić, że kiedy ona dostała to pismo, jej strach był tak wielki, że ona nawet nie zachowała zawartości tego bloga, a teraz jest jej trudno to wszystko co tam było, odpowiednio odtworzyć. No ale nie wiem. W sumie, i tak nie moja to sprawa. Ja słodyczy raczej nie jem.
      Ktoś się być może zastanawia, jak to się stało, że Toyahowa w ogóle mi opowiedziała o tej Iwusi. Otóż było tak, że to ja zacząłem, a mianowicie najpierw opowiedziałem o tym, co się przydarzyło wspomnianemu już wcześniej, a jej dość bliskiemu, Coryllusowi. A było tak, że do Coryllusa dotarła informacja, że tygodnik „Uważam Rze” opublikował wyniki sondy, jaką przeprowadził wśród zaprzyjaźnionych patriotów w temacie „Dlaczego jesteś dumny z Polski?”, i w ramach owej sondy zabrał głos Rafał Ziemkiewicz i powiedział co następuje: „Jestem dumny z sarmatyzmu, z kultury i cywilizacji, można by rzec rozproszonej, sieciowej – bez centrów i prowincji, opartej na równości zaścianków”. Dotarła do Coryllusa ta informacja, i on, swoim zwyczajem, dostał szału. Dlaczego? Przede wszystkim oczywiście dlatego, że on ma zwyczaj reagować wybuchowo na wszelkie przejawy nieprawości, no a poza tym przez to, że miał do owego wybuchu pełne prawo. Bo o co chodzi? Znów muszę coś opowiedzieć.
      Otóż jakiś czas temu do Coryllusa zwrócili się przedstawiciele polskiej patriotyczno-konserwatywnej prawicy z prośbą by on im udostępnił parę swoich tekstów na temat polskiego sarmatyzmu, jako przykładu skutecznej organizacji sieciowej, bo oni planują zorganizowanie bardzo poważnej dyskusji, z udziałem tak wybitnych głów, jak choćby głowa Rafała Ziemkiewicza, i chcieliby te jego myśli w tej swojej dyskusji wykorzystać. Chodzi o myśli, nie o samego Coryllusa – on w końcu, jak by to powiedzieć, jeszcze nie całkiem dorósł, by móc debatować z komentatorami tej klasy co Ziemkiewicz – natomiast, jeśli można, teksty by się przydały. Ponieważ Coryllus, jak wiemy, jest bezpośrednim potomkiem wspomnianych sarmatów, odpowiedział patriotom, żeby się od niego odpieprzyli, a jego tekstów nawet nie próbowali ruszać, bo ich poszczuje psami. Patrioci na to wzruszyli ramionami i pierwszym efektem tego aktu obojętności na pohukiwania jakieś niedorobionego sarmaty, była właśnie wspomniana wyżej wypowiedź Ziemkiewicza, w której on wyraża swój podziw dla polskiego zaścianka, jako „można by rzec” – rozumiecie: „można by rzec” – skutecznej organizacji sieciowej.
      A więc mamy do czynienia z najbardziej chamską i bezwzględną kradzieżą intelektualną. Chamską, bo dokonaną przez kogoś kto ma wszelkie możliwości – i obowiązki przy okazji – by prowadzić samodzielną publicystykę na najwyższym poziomie, a bezwzględną, bo przeprowadzoną wobec kogoś, kto nie ma absolutnie żadnych szans i możliwości by się skutecznie obronić. Ale jest tu coś jeszcze. Otóż, jak wie każdy z nas, Rafał Ziemkiewicz znaczną część swojego zawodowego i finansowego sukcesu wyniósł z publikowania tekstów bardzo agresywnie zwalczających polski sarmatyzm i polski zaścianek. Jego dwie opasłe książki „Polactwo” i „Czas wrzeszczących staruszków”, to nic innego jak jeden wielki paszkwil na ten niezwykły skarb, jakim jest tradycja polskiego sarmatyzmu. Czemu Ziemkiewicz swego czasu wywijał owym antysarmackim sztandarem? Odpowiedź jest prosta. Dlatego, ze taka była przez całe lata moda. Kiedy w latach 90-tych do życia budziło się coś, co niektórzy mieli nadzieję, że będzie wolną i niepodległą Polską, było w bardzo dobrym tonie twierdzić, że wszystko by szło jak po maśle, gdyby nie te nasze narodowe przywary. Ten polski zaścianek, ten polski sarmatyzm, i to polskie, wręcz patologiczne, awanturnictwo i pieniactwo. Czy coś się od tego czasu zmieniło. Przyznam, że nie wiem. Osobiście nic nie zauważyłem. Mógłbym sądzić, że linia została zachowana. Dziś jednak widzę, że chyba coś przeoczyłem. A podpowiada mi to wolta, jaką właśnie uczynił Ziemkiewicz, kiedy na pytanie za co kocha Polskę, odpowiada bez mrugnięcia okiem, że za wrzeszczących staruszków.
      Opowiedziałem więc tę historię pani Toyahowej, a ona, jak to ona, wzruszyła ramionami i powiedziała, że przecież to jest zupełnie normalne. Po jaką cholerę oni swego czasu uruchomili te wszystkie blogi? Wyłącznie po to, by mieć darmowy rezerwuar tematów i myśli. Przecież to jest oczywiste. Od czasu jak są blogi, ani Ziemkiewicz, ani jego kumple nie muszą spędzić już ani jednej minuty nad zastanawianiem się, co by tu napisać i na jaki temat. Wszystko mają podane jak na tacy. I kto im podskoczy? No i wtedy mi opowiedziała historię owej Iwusi, jej czekoladek i jej upadku.
A ja już się tylko zastanawiam nad jednym. Kiedy Coryllus opisał swoją przygodę z Ziemkiewiczem, nagle pojawił się pod tym jego tekstem komentarz kogoś, kto się zarejestrował w Salonie specjalnie z tej okazji, i podpisał jako Hefalump. W komentarzu tym ów strejndżer wyraził zdziwienie, że ktoś taki jak Coryllus w ogóle istnieje. Że on nigdy wcześniej nie miał okazji natknąć się na ten nick, na ten blog i te idiotyczne teksty. Hmmm… I myślę sobie teraz, że głupio bardzo postąpiła pani Iwusia, likwidując swoje przepisy. Ona otrzymawszy to pismo od „Wedla” miała zmrużyć w teatralnym geście oczy i zapytać: „Wedel? A to ciekawe! Ptasie mleczko? A to nie ja to wymyśliłam? Bardzo dziwne”.




środa, 4 września 2019

Ksiądz Paweł Reszka, człowiek ze strzykawką w rękawie


      Kiedy, gdy chodzi o moją internetową aktywność, prowadzenie bloga postanowiłem rozszerzyć najpierw o Facebooka, a następnie o Twittera, w pewnym momencie, na wspomnianym Twitterze trafiłem na użytkownika Michała Majewskiego. Był rok 2015, a to co mnie uderzyło niemal w jednej chwili, to dwie rzeczy: pierwsza to taka, że ów Michał Majewski to z całą pewnością TEN Majewski, a druga to ta, że dziś TEN Majewski jest jak najbardziej nasz. I to nasz nie tak sobie, ale nasz pełną gębą, z tym samym co zawsze zaangażowaniem i jak najbardziej z tymi samymi co zawsze talentami. Ponieważ jednak kiedy czytałem kolejne polityczne komentarze Majewskiego, znacznie bardziej niż to, co on ma mi do powiedzenia, zainteresowało mnie to, czego on tu nagle szuka, zwróciłem się do niego z bardzo grzecznym pytaniem, co słychać u Reszki. W tym momencie Majewski dostał na mnie takiej cholery, że mnie natychmiast oraz bez słowa zablokował i utrzymuje ową blokadę skutecznie do dnia dzisiejszego.
      Ponieważ wiem, że większość czytelników nie ma bladego pojęcia, o czym mówię, już spieszę wyjaśniać. Otóż był czas, jeszcze przed zamordowaniem prezydenta Kaczyńskiego, ów Majewski z Reszką tworzyli w dziś już szczęśliwie zdechłej  gazecie „Dziennik” tandem dziennikarski, gdzie pełnili rolę czegoś, co sam w jednym ze swoich tekstów na blogu określiłem mianem „Ubermana i Szykuły w wersji turbo”. No i tu znowu muszę, zwłaszcza młodszym czytelnikom sprawę naświetlić. Uberman i Szykuła stanowili dziennikarski tandem w „Dzienniku Telewizyjnym” najgorszych lat Stanu Wojennego, no a Majewski z Reszką z nadzwyczajnym talentem realizowali nauki starszych, prowadząc nas wszystkich skutecznie do tego, co się stało wiosną roku 2010. I to tyle gdy chodzi o historię.
      Trafiłem więc wówczas na owego Majewskiego i powiem szczerze, że do wczoraj nie umiałem znaleźć odpowiedzi na moje pierwsze pytanie: „Co słychać u Reszki?” I oto, proszę sobie wyobrazić, w dniu wczorajszym zaszedłem na Onet, a tam patrzę i oczom nie mogę się nadziwić, bo ów Reszka siedzi w onteowskiej bryce i udziela redakcji wywiadu. Zanim w ogóle usłyszałem, co on ma do powiedzenia, dowiedziałem się oczywiście i tego, że jest on dziś szefem działu krajowego redakcji „Polityki”, a poza tym pisarzem – tak zresztą został w owym wywiadzie określony – i rozmowa z nim jest poświęcona wyłącznie jego najnowszej książce, zatytułowanej „Czarni”, a poświęconej oczywiście czarnym. Co jest w tej książce, tego oczywiście nie wiem, bo rozmowy nie wysłuchałem, natomiast, owszem, zdążyłem się dowiedzieć, że ona powstała w ten sposób, że Reszka przebrał się za księdza, jako ksiądz jeździł po Polsce, zbierając materiały z samego środka tego cyklonu, a dziś zostaje zaproszony do Onetu, by zachęcić nas, byśmy tę książkę kupowali.
       Otóż to nie jest pierwszy raz jak widzę, że dziś Onet, ale przecież nie tylko on, istnieje już głównie po to, by reklamować książki swoich znajomych. Bardzo niedawno, w tych samych okolicznościach, widziałem Kubę Wojewódzkiego, jak udzielał wywiadu owemu portalowi, dbając bardzo o to, by okładka jego nowej książki nawet na chwilę nie wypadła z kadru. Ale to jeszcze nic. Proszę zrobić eksperyment, wpisać w Google’a hasło „Paweł Reszka”, a zobaczą Państwo, co się tam w pierwszej kolejności pokaże:

WP Wiadomości: „Paweł Reszka udawał księdza. Wszystko opisał w książce”;
Tok FM: „Paweł Reszka opisał świat księży”;
Onet Kultura: „Udawał księdza i napisał o tym książkę”;
Dziennik.pl: „Paweł Reszka wszedł w środowisko księży”.
       
      Jeśli ktoś sądzi, że ja tu się postanowiłem poznęcać nad Reszką, a tym bardziej jeszcze Majewskim, jest w dużym błędzie. Oni tak naprawdę, jak sami widzimy, nie są nawet wspomnieniem. To co mnie natomiast niezmiennie porusza, to kwestia rynku książki. Proszę mianowicie zobaczyć, z czym mamy do czynienia. Jakieś gówno bez znaczenia, z tym jedynym argumentem, że ma znajomych w mediach głównego nurtu, przebiera się za księdza, wchodzi w to środowisko, następnie swoje przygody publikuje w formie książkowej, a wspomniani znajomi w jednej chwili, nie oglądając się na nic, stają na głowie, by informacja o owej książce trafiła do jak najszerszej publiczności, z tą nadzieją, że ludzie ruszą do księgarń, cały nakład wykupią, a Reszka będzie mógł dorobić tak, by jakoś pospłacać swoje długi.
        Ja już o tym pisałem, ale dziś pozwolę sobie powtórzyć. Ani Reszka, ani Wojewódzki, ani Semka, ani nawet były minister Rotfeld nie sprzedadzą choćby dziesięciu egzemplarzy swoich książek, a nawet gdyby sprzedali ich znacznie więcej, nie zarobią na nich ani grosza, bo nie po to się dziś handluje książkami, by nakarmić autorów. Gdy chodzi o książki, dziś na nich mogą zarobić wyłącznie tacy autorzy jak Mróz, czy Bonda i to też nie dlatego, że ktoś to kupuje, ale dlatego, że mają oni podpisane umowy z wydawnictwami, które im płacą za wszystko z góry, a to, czy te egzemplarze wylądują ostatecznie w „Żabce”, czy w „Biedronce”, to już nie ich zmartwienie. Ich bowiem jedynym zadaniem jest dostarczanie alibi temu czemuś, co nie wiadomo dlaczego wciąż nosi nazwę „rynku”.   
      Dlatego przyznam szczerze, nie jestem w stanie zrozumieć, czemu jedni i drudzy pakują się w ten geszeft. Czemu tacy ludzie jak, z jednej strony, Wojewódzki czy Reszka, ludzie mimo że głupi, to jednak jakoś tam inteligentni, a z drugiej, poważne medialne korporacje, wchodzą w ten interes, zupełnie bez sensu i kompletnie na darmo? Czy to możliwe, że oni wszyscy – z wyjątkiem, jak już powiedziałem tych paru szczęśliwców, którzy przeżywają swoje 15 minut – są w takiej finansowej dupie, że przez to kompletnie stracili poczucie rzeczywistości i faktycznie wierzą, że wystarczy odrobina desperacji, by się podnieść?
      Reszka. Ciekawy jest ten człowiek. On naprawdę musi mieć coś w sobie. Kiedy jeszcze w roku 2008 pisałem tekst o Ubermanie i Szykule, zakończyłem go tak: „Ja wiem, jak wyprowadzić z równowagi panów Reszkę i Majewskiego. Jaki guzik nacisnąć, żeby się na mnie wściekli. Oczywiście jest jeszcze taka możliwość, że oni akurat nie są ludźmi, więc może nie zadziałać.
Tak czy inaczej, nie zdradzę jednak tu tej metody. Nie napiszę tu czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem mogłoby się dla mnie źle skończyć. Ich zezłościć, ale mi bardzo zaszkodzić.
      Dziś widzę, że się jednak myliłem. Wówczas chyba jednak nie znałem owego sposobu. Natomiast po latach okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Wystarczyło zapytać na Twitterze Majewskiego, co słychać u Reszki. On chyba jednak wie znacznie więcej od nas o swoim dawnym koledze od mokrej roboty.





wtorek, 3 września 2019

When You're Sixty Four


       Patrzę na zdjęcia ze ślubu Magdaleny Wałęsy z tym jakimś restauratorem, i nagle się dowiaduję, że ona była już wcześniej zamężna, z poprzedniego związku ma nawet syna, a z okazji wejścia w kolejny, od odprawiającego nabożeństwo proboszcza Bazyliki Mariackiej otrzymała w prezencie ręcznie malowaną ikonę Matki Bożej. Patrzę na te zdjęcia i oczywiście po raz kolejny widzę starego Wałęsę, jak siedzi tam w tych podarowanych mu przez Bono pomarańczowych okularach i koszulce z napisem „Konstytucja”, obok niego Danutę, kwitnącą jak chyba nigdy dotąd, zadbaną i wyszykowaną i nagle sobie uświadamiam, że bardzo trudno by nam było w naszej najnowszej historii znaleźć ludzi choćby zbliżonych w swoim tragizmie do tych nieszczęśników. I chwilę potem myślę sobie, że niezależnie od tego, co dziś cyniczni politycy z tymi ludźmi zrobili, tu naprawdę nie ma się z czego śmiać.
      Wszyscy mamy swoje własne życie, raz lepsze raz gorsze, czasem naprawdę kładące na nasze barki ciężar nie do uniesienia, natomiast myślę sobie, że los, który wziął w swoje ręce życie i świat tych dwojga ludzi okazał się dla nich tak okrutny, że im faktycznie nie pozostało nic, jak tylko oszaleć. O co mi chodzi? Otóż jak wiemy – a ja dodatkowo mam bezpośrednie informacje od księdza, który miał to szczęście, że służył w okolicy, gdzie Lech Wałęsa z rodziną swego czasu budzili codzienny postrach, droga kariery, jaką ten człowiek przez lata przeszedł, zasługuje na osobne potraktowanie i to nie w formie suchej historycznej relacji, lecz analizy ściśle socjologicznej. Jeśli natomiast spojrzymy na niego dziś, jak siedzi w tej gdańskiej bazylice w swoich upiornych okularach i tym śmierdzącym już chyba od potu t-shircie, to nie sposób nie zobaczyć człowieka, który kończy swoje życie z – nie licząc tego dziecka pochowanego w zapomnianym grobie na cmentarzu w Łochocinie na Kujawach oraz zmarłego niedawno tak strasznie tragicznie Przemysława  – z siedmiorgiem dzieci oraz trzynastoma wnukami, z których zdecydowana większość to albo skazani przestępcy, albo pijacy, albo narkomani, albo nędzarze utrzymywani przy życiu przez wrażliwych sąsiadów.
      Jak mówię, wszyscy mamy swoje życie, które jest taki lub inne, jednak bardzo łatwo jest nam sobie wyobrazić, jak to nie może być nic gorszego, jak własne dziecko, któremu w życiu się nie powiodło. Tym bardziej możemy sobie wyobrazić, jak to jest gdy nasze wnuki, które niekiedy kochamy bardziej od własnych dzieci, spotka jakieś nieszczęście. A już chyba nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak to jest, gdy nasz syn umrze od wódy, narkotyków i szaleństwa. Jak to jest gdy sami doprowadzimy się do takiego stanu, że gdy nasze dziecko żyje w takiej nędzy, że musi żebrać o jedzenie, to my postanawiamy się go wyprzeć.
      Jak wiemy, mam troje dzieci, a od niedawna trzy wnuczki, które kocham ponad życie i myślę sobie, że oto już za cztery dni moje 64 urodziny. I słucham sobie starej niemal tak jak ja sam piosenki Beatlesów „When I’m Sixty-Four”, ze szczególnym naciskiem na fragment:
Każdego lata będziemy mogli wynająć chatę na Isle of Wight. Damy radę jeśli nie będzie zbyt drogo. Z wnukami na kolanach, Verą, Chuckiem i Davem”.
        Jak mówię, nie zawsze się to udaje, jednak gdy dochodzi do sytuacji gdy Vera poszła w kurwy, Chuck popadł w nędzę, a Dave zwyczajnie się powiesił, a myśmy od tego oszaleli, to to ja bardzo przepraszam, ale nie widzę powodu do choćby drobnych szyderstw.
        Niniejszym więc ogłaszam wszem i wobec, że od dziś, kiedy nagle sobie to uświadomiłem, o nim już nigdy ani słowa.


  
     

poniedziałek, 2 września 2019

Czy huragan Dorian dotrze do Polski?


       Wydawało mi się, że to się stanie tradycją, jednak wychodzi na to, że bieżących tematów, wymagających szerszego komentarza jest na tyle dużo, że moje krótkie kawałki, jakie raz na miesiąc zamieszczam w „Polsce Niepodległej”, nie będą póki co regularnie uzupełniane przez zestaw dodatkowy. Kto zagląda na ten blok regularnie, wie, o co chodzi, dla tych natomiast, którzy nie wiedzą, mam informację, że nic nie szkodzi, bo to co się liczy to fakt, że dziś, zamiast regularnej jednotematycznej notki, będziemy mieli kilka wesołych bardzo kawałków, głównie związanych z rocznicą wybuchu II Wojny Światowej, a ja mam nadzieję, że one dostarczą Czytelnikom zasłużonej porcji refleksji.



Przyznać muszę, że w tej nędzy, jaką nas raczą organizatorzy najróżniejszych organizowanych przez rząd eventów, pojawiło się absolutnie wyjątkowe logo zaprojektowane specjalnie z okazji owej rocznicy. Mieliśmy tu i pomniki i plakaty i filmy i koncerty, a tu nagle okazało się, że są twórcy, którzy mają i talent i wyczucie i to coś, co daje prawo nazywać się artystą. Proszę tylko się temu przyjrzeć. Czy zdarzyło się im dotychczas coś równie wybitnego?




***
    
 
 No ale przejdźmy już do tak zwanego „merituma”. Proszę sobie oto wyobrazić, że zaproszony jak należy na obchody 80 rocznicy napaści Niemiec na Polskę, prezydent Niemiec postanowił zacisnąć zęby, zdjąć buty i stawić się przed nami boso, błagając o przebaczenie za to, co nam uczynili nie jacyś mityczni naziści, ale jak najbardziej Niemcy. Prezydent Niemiec, którego nazwiska nie pamiętam i pamiętać nie zamierzam, stał boso i zrobił absolutnie wszystko, by ogłosić urbi et orbi, że to co się wydarzyło w latach 1939-1945 spada bezpośrednio na barki narodu niemieckiego i że nie ma takiego sposobu, by oni Niemcy mogli za to co uczynili Polsce odpokutować.
Otóż, uciekając w pewną dygresję, chciałbym poinformować pana prezydenta, że ja wiem, co w kulturze Internetu jest określane nazwą „Instant Karma” i uważam, że owa „karma” właśnie dopadła jego i tych, których on tu przyjechał reprezentować. Rzecz w tym, że ja doskonale wiem, co stało od samego początku za tą ekspiacją. Pan prezydent Niemiec najpewniej uznał, że kiedy on ogłosi, że Auschwitz-Birkenau to był projekt nie polski, lecz niemiecki, to my im darujemy owe reparacje, które się nam należą choćby za to jedno dziecko zamordowane bez najmniejszego powodu przez jednego z nich. Otóż nic z tego. My nie dość że im nie darujemy, to wręcz przeciwnie, po tym wyznaniu, im będzie się naprawdę trudno wymigać od płacenia.
Swoją drogą, ciekawe, że oni mają opinię takich bardziej cwanych. Przecież mogli trzymać fason i razem z Żydami głosić polską odpowiedzialność za wszystko co się stało w tamtym strasznym czasie, a tu nagle uznali, że jeśli wezmą wszystko na siebie, to tych głupich Polaczków wystawią do wiatru. A tu tymczasem – lipa. Czyżby „deutsche wirtschaft“?

***

W ogóle mam wrażenie, że mimo faktu, że zamiast Donalda Trumpa w Warszawie pojawiłił się Mike Pence, siły reakcji dostały takiego obłędu, że nawet ich dotychczasowi zwolennicy stracili panowanie. Oto podczas debaty zorganizowanej w Gdańsku przez lokalne władze w kontrze do uroczystości oficjalnych, pani prezydent Dulkiewicz zwracając się do burmistrza Londynu Sadiqa Khana oraz do sekretarzycy (tak to się chyba powinno w nowym wspaniałym świecie formułować) stanu landu Berlin Sawsan Chebli, ludzi którzy jej zawinili zaledwie tym, że mieli ciemny kolor skóry, nazwała ich „gośćmi egzotycznymi”. Jakby tego było mało, siedzący obok Dulkiewicz urzędnik, czy diabli wiedząc kto, próbując ratować sytuację, zauważył, że dla Khana oraz Chebli egzotyczni możemy być my, jednak mleko się wylało. Nie zmieniło to jednak faktu, że Chebli na te słowa wybuchła śmiechem, a Khan wesoło odpowiedział, że go już różnie nazywano, jednak słowo „egzotyczny” się nie pojawiło. A zatem, wygląda na to, że tam się dzieją rzeczy dziwne.

***

To co jednak przynajmniej na mnie zrobiło największe wrażenie, to fakt, że zgromadzona na wspomnianej debacie publiczność zachowała się jakby w ogóle nie zrozumiała co się stało, nagradzając wszystkich radosnym śmiechem oraz brawami, i w dalszym ciągu pogrążając się w owej dyskusji. I tak też sobie myślę, że to co się dzieje w tych łbach, to już normalny, mniej egzotyczny, niż mieszkaniec Gdańska nie zrozumie. Niedawno, jak wiemy, w Warszawie zepsuła się oczyszczalnia ścieków i w związku z tym prezydent Warszawy uznał, że ponieważ poza Warszawą świata nie ma, on te ścieki wyleje do Wisły, a one sobie popłyną dalej do Płocka i w końcu z Gdańska do Bałtyku. Na Twitterze pojawił się zabawny komentarz ironicznie informujący, że według najnowszych badań 53 procent Warszawian jest „raczej zadowolona” z awarii. Ciekawe jakie by były wyniki sondażu, w kwestii kompromitacji prezydent Dulkiewicz. 53% czy więcej „raczej dumnych” z tego, co się stało?

***

Tego oczywiście nie wiemy, ale jest faktem, że owszem, poza salą doszło do pewnych kontrowersji. Otóż proszę sobie wyobrazić, że fakt iż prezydent Dulkiewicz uznała, że Khan i Chebli to Murzyni, zirytowała działaczy ultralewicowych organizacji walczących tu u nas z faszyzmem i sprowokowała ich do zajęcia nadzwyczaj krytycznego stanowiska wobec zdarzenia. Na to natychmiast zareagował niesławny redaktor Tomasz Lis i wdał się z komunistami w awanturę, tłumacząc, że PiS jest jeszcze gorszy i to z PiS-em, nie z Dulkiewicz – choćby była idiotką – należy walczyć.
Kiedy piszę ten tekst awantura trwa, a ja nie mam ani sposobu, ani ochoty, by ją śledzić, natomiast, owszem, wiem, co słychać u Tomasza Lisa.

***

Jak wszyscy wiemy, wspomniany Tomasz Lis to polski dziennikarz o pozycji, pod nieobecność Grzegorza Miecugowa, porównywalnej może tylko z Moniką Olejnik. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, co u niego słychać, to informuję, że on cały swój czas spędza na Twitterze, informując swoich fanów o aktualnym stanie pogody w okolicach Florydy. Chodzi o to mianowicie Lisowi, by udowodnić swoim fanom, że rzekomy huragan, jaki nadciąga nad Florydę i rzekomo miał stać za odwołaniem przez Donalda Trumpa wizyty w Polsce, to polityczny fejk. Przegląda więc Lis od rana do wieczora Internet, wyszukując informacje, że tam się właściwie nic nie dzieje, z takim wnioskiem, że Trump odwołał wizytę w Polsce, bo jest przeciwnikiem faszyzmu.
Czy huragan uderzy we Florydę, czy nie – tego nie wiemy. Jak na dziś, pomijając ekspertyzy Tomasza Lisa, wygląda na to, że huragan niestety uderzy, natomiast oni, jak widać, dostali autentycznego obłędu i już niedługo zaczniemy ich pokazywać w cyrkach.

***

Swoją drogą, owa histeria, jaka ogarnęła środowiska antypisowskie po tym jak Donald Trump przełożył swoją wizytę jest ciekawa sama w sobie. Otóż wedle owych analiz prezydent Trump odwołał swój przyjazd na obchody 80 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej, by w ten sposób zaprotestować przeciwko łamaniu przez Prawo i Sprawiedliwość Konstytucji. A ja przede wszystkim myślę sobie, że jeśli to prawda, to on ma naprawdę kiepskich doradców, skoro oni najpierw zaproponowali mu tę wizytę, później ją zorganizowali do tego punktu, że w Warszawie pojawiła się nawet jego słynna limuzyna o nazwie „potwór”, czy „morderca” – nie pamiętam – i oto nagle zorientowali się, że to Polska, a nie, jak oni od początku myśleli, Armenia. Inna sprawa, że już nie mogę się doczekać, jak Donald Trump pokaże się w koszulce z napisem „OTUA” i ogłosi, że następny raz jak przyjedzie do Polski to wtedy dopiero, gdy prezydentem będzie Rafał Trzaskowski.

***

Na koniec jeszcze coś specjalnego, a propos owego OTUA. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że któraś z córek Pana Bolesława wyszła za mąż za jakiegoś Lecha, a ten natychmiast przyjął nazwisko żony. Bolesławowi ten pomysł się tak spodobał, że nie dość, że się pojawił na ślubie, to jeszcze na swój słynny t-shirt, zamiast kamizelki, w której chodzi na ryby, założył marynarkę. Osobiście jestem za tym, by Lechu młodszy zapuścił wąsa, żeby panowie się zaprzyjaźnili i wszędzie chodzili razem, w tym samym outficie, z tymi samymi matkami boskimi w klapie. Będą wyglądali jak Pat i Pataszon, albo Flip i Flap.

niedziela, 1 września 2019

Nie czytaj mi, Mamo (dla Coryllusa)


         Początkowo nawet do głowy mi nie przyszło, by  o tym opowiadać, jednak doszło do pewnych bardzo istotnych wydarzeń, których identyfikować akurat nie mam ani potrzeby, ani ochoty, a które sprawiły, że nagle pewne rzeczy muszą zostać pokazane i odpowiednio nazwane. Otóż muszę tu Czytelników poinformować, że owe, wspominane tu niedawno, ostatnie 18 egzemplarzy książki z listami od śp. Zyty Gilowskiej, gdzieś w zakamarkach Uniwersytetu Opolskiego odnalazł nasz kolega Wacek i mi je tu przywiózł. Gdyby ktoś nie wiedział, skąd one się tam wzięły, sprawa jest prosta. Otóż wspólnie z moim kolegą i wydawcą Coryllusem mieliśmy tam swego czasu kilka organizowanych przez uczelnianą Solidarność  spotkań, no i okazało się, że to co się przy którejś z tych okazji sprzedało, to się sprzedało, natomiast reszta została zapomniana i wrzucona gdzieś w kąt. Po latach Wacek te egzemplarze odgrzebał, mi je zwrócił, a ja 13 z nich sprzedałem po sto złotych, a resztę wystawiłem – o czym tu miałem okazję poinformować i ozdobić odpowiednim objaśnieniem – na Allegro po dwieście.
         I teraz chciałbym przedstawić hit, który jest faktycznym powodem, dla którego dzisiejsza notka w ogóle powstaje. Otóż kiedy po uzyskaniu pierwszej informacji, że znalazły się ostatnie egzemplarze Listów, zapytałem Wacka, ile ich jest, a on mi odpowiedział, że cała paczuszka, czyli jakieś 50. Kiedy jednak zacząłem tę książki wypakowywać, okazało się, że ich jest, jak już wspomniałem zaledwie 18, natomiast cała reszta, przez owe Listy przykryta, to... książka Kazimierza Michała Ujazdowskiego o tytule – uwaga, uwaga – „Polityka ambitna”.
      Jak rozumiem, w czasie gdy jeszcze gościł w Opolu, funkcjonował Kazimierz Michał Ujazdowski jako wybitny polski intelektualista i patriota, a dziś, jako element antysocjalistyczny, który porządnym komunistom odbiera miejsca na listach wyborczych, już tylko prowokuje wewnątrzpartyjne awantury po stronie liberalnej opozycji – co samo w sobie jest zagadnieniem nadzwyczaj ciekawym – ja jednak chciałby się skupić na wspomnianej książce. Otóż wspomniana książka stanowi wybór politycznych refleksji publikowanych przez Ujazdowskiego w latach między rokiem 1990, a 2011 w głównych polskich mediach od „Naszego Dziennika” poczynając, przez „Gazetę Polską”, aż na „Rzeczpospolitej” kończąc, a opatrzona jest entuzjastyczną przedmową samego Piotra Zaremby, gdzie ten w taki oto sposób komentuje wspomniany dorobek:
      Wskażcie mi wielu innych polityków z podobnym dorobkiem, z równie szerokimi i różnorodnymi polami ekspresji, a uznam, że nie ma czego chwalić. Są zaś jeszcze smaczki: miłość do francuskiej myśli politycznej, do przedwojennych i powojennych książek, kanon lektur, kanon bohaterów. Kazimierz Ujazdowski to polityk, któremu z ochotą powierzyłbym misję wychowywania mojego dziecka. Byłoby to wychowanie kulturalne, a przecież nie nudne, ani schematyczne. Mówię wprost i bez obłudy: taka lekcja przyda się wszystkim Polakom”.
     Mam oczywiście dobrą nadzieję, że dzieci Zaremby zostały wychowane bez łaskawej pomocy Kazimierza Michała Ujazdowskiego, natomiast daję słowo, że chciałbym zupełnie szczerze parę z tych słów poświęcić nie tyle Zarembie i jego dzieciom, co samemu „politykowi ambitnemu”, Kazimierzowi Ujazdowskiemu i jego dziełu. Otóż przykro mi to mówić, ale to jest nie do zrobienia. Tam nie ma nic, co by w jakikolwiek sposób mogło wypełnić przestrzeń tej notki, natomiast, owszem, bardzo szczęśliwie pojawiają się nazwiska i proszę mi pozwolić owymi nazwiskami zamknąć te refleksje. Otóż w niemal zamykającym książkę tekście, zatytułowanym „Alfabet pominiętych” Ujazdowski przedstawia swoją prywatną listę osób, których pominięcie, jego zdaniem, „zubaża debatę o stanie kultury”. Przed nami zatem 47 pozycji – swoją drogą, bardzo to jest ciekawe, przez jaką to gnuśność Ujazdowski nie potrafił znaleźć jeszcze tych trzech, tak by uzyskać równe 50 – z których pozwolę sobie wymienić zaledwie kilka, z zapewnieniem, że nie pominąłem nikogo, kto by mógł znacząco wpłynąć na stan rzeczy:
- Miriam Akavia (izraelska pisarska);
- Andrej Chadanowicz (poeta białoruski);
- Jean-Claude Casanova (francuski intelektualista);
- Adam Ciechanowiecki (kolekcjoner sztuki);
- Waldemar „Major” Frydrych (legenda Wrocławia);
- Dariusz Gawin (historyk idei);
- Grzegorz Górny (publicysta);
- Sławomir Idziak (operator filmowy);
- Paweł Lisicki (pisarz);
- Leszek Mądzik (twórca sceny teatralnej);
- Jan Polkowski (poeta);
- Andrzej Seweryn (aktor);
- U2 (jeden z najważniejszych zespołów w historii muzyki rozrywkowej, świadek i komentator wielkich przemian społeczno-politycznych w Europie, manifestował wsparcie dla ‘Solidarności’ w czasie stanu wojennego);
- Wojciech Wencel (poeta);
- Bronisław Wildstein (pisarz);
- Krzysztof Zanussi (reżyser);
- Krystian Zimmerman (pianista).
      O co zatem chodzi? Otóż o nic wielkiego. Rzecz w tym, że ja dziś tu u siebie mam parędziesiąt egzemplarzy książki Kazimierza Michała Ujazdowskiego, zatytułowanej – muszę to tu powtórzyć – „Polityka ambitna”, książki kompletnie bezużytecznej, zapomnianej, bezwartościowej, nikomu niepotrzebnej i oczywiście wiem, że powinienem ją oddać Wackowi, który mi ją tu przez zagapienie przywiózł, no ale wiem też, że ona jest jak psu na budę zarówno jemu, jak i  tym bardziej każdemu, któremu bym ją zaproponował za okrągłą stówę. Co ja mówię, za stówę? Ja nikogo nie zmuszę, by te egzemplarze stąd zabrał nawet za zgrzewkę piwa. Oczywiście mógłbym te kilogramy papieru odesłać Piotrowi Zarembie, by ten przekazał to swoim dzieciom, no ale to by było zbyt okrutne, nawet jak na mnie. Prawdopodobnie zatem wszystko się skończy na tym, że przy najbliższej okazji, kiedy tu u mnie będzie mój zięć, poproszę go, by wziął to pudło i je zniósł za mnie na dół do kibla.
       Pozostanie jednak problem pierwszy i podstawowy: co tu się do kurwy nędzy dzieje?




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...