wtorek, 3 września 2019

When You're Sixty Four


       Patrzę na zdjęcia ze ślubu Magdaleny Wałęsy z tym jakimś restauratorem, i nagle się dowiaduję, że ona była już wcześniej zamężna, z poprzedniego związku ma nawet syna, a z okazji wejścia w kolejny, od odprawiającego nabożeństwo proboszcza Bazyliki Mariackiej otrzymała w prezencie ręcznie malowaną ikonę Matki Bożej. Patrzę na te zdjęcia i oczywiście po raz kolejny widzę starego Wałęsę, jak siedzi tam w tych podarowanych mu przez Bono pomarańczowych okularach i koszulce z napisem „Konstytucja”, obok niego Danutę, kwitnącą jak chyba nigdy dotąd, zadbaną i wyszykowaną i nagle sobie uświadamiam, że bardzo trudno by nam było w naszej najnowszej historii znaleźć ludzi choćby zbliżonych w swoim tragizmie do tych nieszczęśników. I chwilę potem myślę sobie, że niezależnie od tego, co dziś cyniczni politycy z tymi ludźmi zrobili, tu naprawdę nie ma się z czego śmiać.
      Wszyscy mamy swoje własne życie, raz lepsze raz gorsze, czasem naprawdę kładące na nasze barki ciężar nie do uniesienia, natomiast myślę sobie, że los, który wziął w swoje ręce życie i świat tych dwojga ludzi okazał się dla nich tak okrutny, że im faktycznie nie pozostało nic, jak tylko oszaleć. O co mi chodzi? Otóż jak wiemy – a ja dodatkowo mam bezpośrednie informacje od księdza, który miał to szczęście, że służył w okolicy, gdzie Lech Wałęsa z rodziną swego czasu budzili codzienny postrach, droga kariery, jaką ten człowiek przez lata przeszedł, zasługuje na osobne potraktowanie i to nie w formie suchej historycznej relacji, lecz analizy ściśle socjologicznej. Jeśli natomiast spojrzymy na niego dziś, jak siedzi w tej gdańskiej bazylice w swoich upiornych okularach i tym śmierdzącym już chyba od potu t-shircie, to nie sposób nie zobaczyć człowieka, który kończy swoje życie z – nie licząc tego dziecka pochowanego w zapomnianym grobie na cmentarzu w Łochocinie na Kujawach oraz zmarłego niedawno tak strasznie tragicznie Przemysława  – z siedmiorgiem dzieci oraz trzynastoma wnukami, z których zdecydowana większość to albo skazani przestępcy, albo pijacy, albo narkomani, albo nędzarze utrzymywani przy życiu przez wrażliwych sąsiadów.
      Jak mówię, wszyscy mamy swoje życie, które jest taki lub inne, jednak bardzo łatwo jest nam sobie wyobrazić, jak to nie może być nic gorszego, jak własne dziecko, któremu w życiu się nie powiodło. Tym bardziej możemy sobie wyobrazić, jak to jest gdy nasze wnuki, które niekiedy kochamy bardziej od własnych dzieci, spotka jakieś nieszczęście. A już chyba nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak to jest, gdy nasz syn umrze od wódy, narkotyków i szaleństwa. Jak to jest gdy sami doprowadzimy się do takiego stanu, że gdy nasze dziecko żyje w takiej nędzy, że musi żebrać o jedzenie, to my postanawiamy się go wyprzeć.
      Jak wiemy, mam troje dzieci, a od niedawna trzy wnuczki, które kocham ponad życie i myślę sobie, że oto już za cztery dni moje 64 urodziny. I słucham sobie starej niemal tak jak ja sam piosenki Beatlesów „When I’m Sixty-Four”, ze szczególnym naciskiem na fragment:
Każdego lata będziemy mogli wynająć chatę na Isle of Wight. Damy radę jeśli nie będzie zbyt drogo. Z wnukami na kolanach, Verą, Chuckiem i Davem”.
        Jak mówię, nie zawsze się to udaje, jednak gdy dochodzi do sytuacji gdy Vera poszła w kurwy, Chuck popadł w nędzę, a Dave zwyczajnie się powiesił, a myśmy od tego oszaleli, to to ja bardzo przepraszam, ale nie widzę powodu do choćby drobnych szyderstw.
        Niniejszym więc ogłaszam wszem i wobec, że od dziś, kiedy nagle sobie to uświadomiłem, o nim już nigdy ani słowa.


  
     

poniedziałek, 2 września 2019

Czy huragan Dorian dotrze do Polski?


       Wydawało mi się, że to się stanie tradycją, jednak wychodzi na to, że bieżących tematów, wymagających szerszego komentarza jest na tyle dużo, że moje krótkie kawałki, jakie raz na miesiąc zamieszczam w „Polsce Niepodległej”, nie będą póki co regularnie uzupełniane przez zestaw dodatkowy. Kto zagląda na ten blok regularnie, wie, o co chodzi, dla tych natomiast, którzy nie wiedzą, mam informację, że nic nie szkodzi, bo to co się liczy to fakt, że dziś, zamiast regularnej jednotematycznej notki, będziemy mieli kilka wesołych bardzo kawałków, głównie związanych z rocznicą wybuchu II Wojny Światowej, a ja mam nadzieję, że one dostarczą Czytelnikom zasłużonej porcji refleksji.



Przyznać muszę, że w tej nędzy, jaką nas raczą organizatorzy najróżniejszych organizowanych przez rząd eventów, pojawiło się absolutnie wyjątkowe logo zaprojektowane specjalnie z okazji owej rocznicy. Mieliśmy tu i pomniki i plakaty i filmy i koncerty, a tu nagle okazało się, że są twórcy, którzy mają i talent i wyczucie i to coś, co daje prawo nazywać się artystą. Proszę tylko się temu przyjrzeć. Czy zdarzyło się im dotychczas coś równie wybitnego?




***
    
 
 No ale przejdźmy już do tak zwanego „merituma”. Proszę sobie oto wyobrazić, że zaproszony jak należy na obchody 80 rocznicy napaści Niemiec na Polskę, prezydent Niemiec postanowił zacisnąć zęby, zdjąć buty i stawić się przed nami boso, błagając o przebaczenie za to, co nam uczynili nie jacyś mityczni naziści, ale jak najbardziej Niemcy. Prezydent Niemiec, którego nazwiska nie pamiętam i pamiętać nie zamierzam, stał boso i zrobił absolutnie wszystko, by ogłosić urbi et orbi, że to co się wydarzyło w latach 1939-1945 spada bezpośrednio na barki narodu niemieckiego i że nie ma takiego sposobu, by oni Niemcy mogli za to co uczynili Polsce odpokutować.
Otóż, uciekając w pewną dygresję, chciałbym poinformować pana prezydenta, że ja wiem, co w kulturze Internetu jest określane nazwą „Instant Karma” i uważam, że owa „karma” właśnie dopadła jego i tych, których on tu przyjechał reprezentować. Rzecz w tym, że ja doskonale wiem, co stało od samego początku za tą ekspiacją. Pan prezydent Niemiec najpewniej uznał, że kiedy on ogłosi, że Auschwitz-Birkenau to był projekt nie polski, lecz niemiecki, to my im darujemy owe reparacje, które się nam należą choćby za to jedno dziecko zamordowane bez najmniejszego powodu przez jednego z nich. Otóż nic z tego. My nie dość że im nie darujemy, to wręcz przeciwnie, po tym wyznaniu, im będzie się naprawdę trudno wymigać od płacenia.
Swoją drogą, ciekawe, że oni mają opinię takich bardziej cwanych. Przecież mogli trzymać fason i razem z Żydami głosić polską odpowiedzialność za wszystko co się stało w tamtym strasznym czasie, a tu nagle uznali, że jeśli wezmą wszystko na siebie, to tych głupich Polaczków wystawią do wiatru. A tu tymczasem – lipa. Czyżby „deutsche wirtschaft“?

***

W ogóle mam wrażenie, że mimo faktu, że zamiast Donalda Trumpa w Warszawie pojawiłił się Mike Pence, siły reakcji dostały takiego obłędu, że nawet ich dotychczasowi zwolennicy stracili panowanie. Oto podczas debaty zorganizowanej w Gdańsku przez lokalne władze w kontrze do uroczystości oficjalnych, pani prezydent Dulkiewicz zwracając się do burmistrza Londynu Sadiqa Khana oraz do sekretarzycy (tak to się chyba powinno w nowym wspaniałym świecie formułować) stanu landu Berlin Sawsan Chebli, ludzi którzy jej zawinili zaledwie tym, że mieli ciemny kolor skóry, nazwała ich „gośćmi egzotycznymi”. Jakby tego było mało, siedzący obok Dulkiewicz urzędnik, czy diabli wiedząc kto, próbując ratować sytuację, zauważył, że dla Khana oraz Chebli egzotyczni możemy być my, jednak mleko się wylało. Nie zmieniło to jednak faktu, że Chebli na te słowa wybuchła śmiechem, a Khan wesoło odpowiedział, że go już różnie nazywano, jednak słowo „egzotyczny” się nie pojawiło. A zatem, wygląda na to, że tam się dzieją rzeczy dziwne.

***

To co jednak przynajmniej na mnie zrobiło największe wrażenie, to fakt, że zgromadzona na wspomnianej debacie publiczność zachowała się jakby w ogóle nie zrozumiała co się stało, nagradzając wszystkich radosnym śmiechem oraz brawami, i w dalszym ciągu pogrążając się w owej dyskusji. I tak też sobie myślę, że to co się dzieje w tych łbach, to już normalny, mniej egzotyczny, niż mieszkaniec Gdańska nie zrozumie. Niedawno, jak wiemy, w Warszawie zepsuła się oczyszczalnia ścieków i w związku z tym prezydent Warszawy uznał, że ponieważ poza Warszawą świata nie ma, on te ścieki wyleje do Wisły, a one sobie popłyną dalej do Płocka i w końcu z Gdańska do Bałtyku. Na Twitterze pojawił się zabawny komentarz ironicznie informujący, że według najnowszych badań 53 procent Warszawian jest „raczej zadowolona” z awarii. Ciekawe jakie by były wyniki sondażu, w kwestii kompromitacji prezydent Dulkiewicz. 53% czy więcej „raczej dumnych” z tego, co się stało?

***

Tego oczywiście nie wiemy, ale jest faktem, że owszem, poza salą doszło do pewnych kontrowersji. Otóż proszę sobie wyobrazić, że fakt iż prezydent Dulkiewicz uznała, że Khan i Chebli to Murzyni, zirytowała działaczy ultralewicowych organizacji walczących tu u nas z faszyzmem i sprowokowała ich do zajęcia nadzwyczaj krytycznego stanowiska wobec zdarzenia. Na to natychmiast zareagował niesławny redaktor Tomasz Lis i wdał się z komunistami w awanturę, tłumacząc, że PiS jest jeszcze gorszy i to z PiS-em, nie z Dulkiewicz – choćby była idiotką – należy walczyć.
Kiedy piszę ten tekst awantura trwa, a ja nie mam ani sposobu, ani ochoty, by ją śledzić, natomiast, owszem, wiem, co słychać u Tomasza Lisa.

***

Jak wszyscy wiemy, wspomniany Tomasz Lis to polski dziennikarz o pozycji, pod nieobecność Grzegorza Miecugowa, porównywalnej może tylko z Moniką Olejnik. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, co u niego słychać, to informuję, że on cały swój czas spędza na Twitterze, informując swoich fanów o aktualnym stanie pogody w okolicach Florydy. Chodzi o to mianowicie Lisowi, by udowodnić swoim fanom, że rzekomy huragan, jaki nadciąga nad Florydę i rzekomo miał stać za odwołaniem przez Donalda Trumpa wizyty w Polsce, to polityczny fejk. Przegląda więc Lis od rana do wieczora Internet, wyszukując informacje, że tam się właściwie nic nie dzieje, z takim wnioskiem, że Trump odwołał wizytę w Polsce, bo jest przeciwnikiem faszyzmu.
Czy huragan uderzy we Florydę, czy nie – tego nie wiemy. Jak na dziś, pomijając ekspertyzy Tomasza Lisa, wygląda na to, że huragan niestety uderzy, natomiast oni, jak widać, dostali autentycznego obłędu i już niedługo zaczniemy ich pokazywać w cyrkach.

***

Swoją drogą, owa histeria, jaka ogarnęła środowiska antypisowskie po tym jak Donald Trump przełożył swoją wizytę jest ciekawa sama w sobie. Otóż wedle owych analiz prezydent Trump odwołał swój przyjazd na obchody 80 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej, by w ten sposób zaprotestować przeciwko łamaniu przez Prawo i Sprawiedliwość Konstytucji. A ja przede wszystkim myślę sobie, że jeśli to prawda, to on ma naprawdę kiepskich doradców, skoro oni najpierw zaproponowali mu tę wizytę, później ją zorganizowali do tego punktu, że w Warszawie pojawiła się nawet jego słynna limuzyna o nazwie „potwór”, czy „morderca” – nie pamiętam – i oto nagle zorientowali się, że to Polska, a nie, jak oni od początku myśleli, Armenia. Inna sprawa, że już nie mogę się doczekać, jak Donald Trump pokaże się w koszulce z napisem „OTUA” i ogłosi, że następny raz jak przyjedzie do Polski to wtedy dopiero, gdy prezydentem będzie Rafał Trzaskowski.

***

Na koniec jeszcze coś specjalnego, a propos owego OTUA. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że któraś z córek Pana Bolesława wyszła za mąż za jakiegoś Lecha, a ten natychmiast przyjął nazwisko żony. Bolesławowi ten pomysł się tak spodobał, że nie dość, że się pojawił na ślubie, to jeszcze na swój słynny t-shirt, zamiast kamizelki, w której chodzi na ryby, założył marynarkę. Osobiście jestem za tym, by Lechu młodszy zapuścił wąsa, żeby panowie się zaprzyjaźnili i wszędzie chodzili razem, w tym samym outficie, z tymi samymi matkami boskimi w klapie. Będą wyglądali jak Pat i Pataszon, albo Flip i Flap.

niedziela, 1 września 2019

Nie czytaj mi, Mamo (dla Coryllusa)


         Początkowo nawet do głowy mi nie przyszło, by  o tym opowiadać, jednak doszło do pewnych bardzo istotnych wydarzeń, których identyfikować akurat nie mam ani potrzeby, ani ochoty, a które sprawiły, że nagle pewne rzeczy muszą zostać pokazane i odpowiednio nazwane. Otóż muszę tu Czytelników poinformować, że owe, wspominane tu niedawno, ostatnie 18 egzemplarzy książki z listami od śp. Zyty Gilowskiej, gdzieś w zakamarkach Uniwersytetu Opolskiego odnalazł nasz kolega Wacek i mi je tu przywiózł. Gdyby ktoś nie wiedział, skąd one się tam wzięły, sprawa jest prosta. Otóż wspólnie z moim kolegą i wydawcą Coryllusem mieliśmy tam swego czasu kilka organizowanych przez uczelnianą Solidarność  spotkań, no i okazało się, że to co się przy którejś z tych okazji sprzedało, to się sprzedało, natomiast reszta została zapomniana i wrzucona gdzieś w kąt. Po latach Wacek te egzemplarze odgrzebał, mi je zwrócił, a ja 13 z nich sprzedałem po sto złotych, a resztę wystawiłem – o czym tu miałem okazję poinformować i ozdobić odpowiednim objaśnieniem – na Allegro po dwieście.
         I teraz chciałbym przedstawić hit, który jest faktycznym powodem, dla którego dzisiejsza notka w ogóle powstaje. Otóż kiedy po uzyskaniu pierwszej informacji, że znalazły się ostatnie egzemplarze Listów, zapytałem Wacka, ile ich jest, a on mi odpowiedział, że cała paczuszka, czyli jakieś 50. Kiedy jednak zacząłem tę książki wypakowywać, okazało się, że ich jest, jak już wspomniałem zaledwie 18, natomiast cała reszta, przez owe Listy przykryta, to... książka Kazimierza Michała Ujazdowskiego o tytule – uwaga, uwaga – „Polityka ambitna”.
      Jak rozumiem, w czasie gdy jeszcze gościł w Opolu, funkcjonował Kazimierz Michał Ujazdowski jako wybitny polski intelektualista i patriota, a dziś, jako element antysocjalistyczny, który porządnym komunistom odbiera miejsca na listach wyborczych, już tylko prowokuje wewnątrzpartyjne awantury po stronie liberalnej opozycji – co samo w sobie jest zagadnieniem nadzwyczaj ciekawym – ja jednak chciałby się skupić na wspomnianej książce. Otóż wspomniana książka stanowi wybór politycznych refleksji publikowanych przez Ujazdowskiego w latach między rokiem 1990, a 2011 w głównych polskich mediach od „Naszego Dziennika” poczynając, przez „Gazetę Polską”, aż na „Rzeczpospolitej” kończąc, a opatrzona jest entuzjastyczną przedmową samego Piotra Zaremby, gdzie ten w taki oto sposób komentuje wspomniany dorobek:
      Wskażcie mi wielu innych polityków z podobnym dorobkiem, z równie szerokimi i różnorodnymi polami ekspresji, a uznam, że nie ma czego chwalić. Są zaś jeszcze smaczki: miłość do francuskiej myśli politycznej, do przedwojennych i powojennych książek, kanon lektur, kanon bohaterów. Kazimierz Ujazdowski to polityk, któremu z ochotą powierzyłbym misję wychowywania mojego dziecka. Byłoby to wychowanie kulturalne, a przecież nie nudne, ani schematyczne. Mówię wprost i bez obłudy: taka lekcja przyda się wszystkim Polakom”.
     Mam oczywiście dobrą nadzieję, że dzieci Zaremby zostały wychowane bez łaskawej pomocy Kazimierza Michała Ujazdowskiego, natomiast daję słowo, że chciałbym zupełnie szczerze parę z tych słów poświęcić nie tyle Zarembie i jego dzieciom, co samemu „politykowi ambitnemu”, Kazimierzowi Ujazdowskiemu i jego dziełu. Otóż przykro mi to mówić, ale to jest nie do zrobienia. Tam nie ma nic, co by w jakikolwiek sposób mogło wypełnić przestrzeń tej notki, natomiast, owszem, bardzo szczęśliwie pojawiają się nazwiska i proszę mi pozwolić owymi nazwiskami zamknąć te refleksje. Otóż w niemal zamykającym książkę tekście, zatytułowanym „Alfabet pominiętych” Ujazdowski przedstawia swoją prywatną listę osób, których pominięcie, jego zdaniem, „zubaża debatę o stanie kultury”. Przed nami zatem 47 pozycji – swoją drogą, bardzo to jest ciekawe, przez jaką to gnuśność Ujazdowski nie potrafił znaleźć jeszcze tych trzech, tak by uzyskać równe 50 – z których pozwolę sobie wymienić zaledwie kilka, z zapewnieniem, że nie pominąłem nikogo, kto by mógł znacząco wpłynąć na stan rzeczy:
- Miriam Akavia (izraelska pisarska);
- Andrej Chadanowicz (poeta białoruski);
- Jean-Claude Casanova (francuski intelektualista);
- Adam Ciechanowiecki (kolekcjoner sztuki);
- Waldemar „Major” Frydrych (legenda Wrocławia);
- Dariusz Gawin (historyk idei);
- Grzegorz Górny (publicysta);
- Sławomir Idziak (operator filmowy);
- Paweł Lisicki (pisarz);
- Leszek Mądzik (twórca sceny teatralnej);
- Jan Polkowski (poeta);
- Andrzej Seweryn (aktor);
- U2 (jeden z najważniejszych zespołów w historii muzyki rozrywkowej, świadek i komentator wielkich przemian społeczno-politycznych w Europie, manifestował wsparcie dla ‘Solidarności’ w czasie stanu wojennego);
- Wojciech Wencel (poeta);
- Bronisław Wildstein (pisarz);
- Krzysztof Zanussi (reżyser);
- Krystian Zimmerman (pianista).
      O co zatem chodzi? Otóż o nic wielkiego. Rzecz w tym, że ja dziś tu u siebie mam parędziesiąt egzemplarzy książki Kazimierza Michała Ujazdowskiego, zatytułowanej – muszę to tu powtórzyć – „Polityka ambitna”, książki kompletnie bezużytecznej, zapomnianej, bezwartościowej, nikomu niepotrzebnej i oczywiście wiem, że powinienem ją oddać Wackowi, który mi ją tu przez zagapienie przywiózł, no ale wiem też, że ona jest jak psu na budę zarówno jemu, jak i  tym bardziej każdemu, któremu bym ją zaproponował za okrągłą stówę. Co ja mówię, za stówę? Ja nikogo nie zmuszę, by te egzemplarze stąd zabrał nawet za zgrzewkę piwa. Oczywiście mógłbym te kilogramy papieru odesłać Piotrowi Zarembie, by ten przekazał to swoim dzieciom, no ale to by było zbyt okrutne, nawet jak na mnie. Prawdopodobnie zatem wszystko się skończy na tym, że przy najbliższej okazji, kiedy tu u mnie będzie mój zięć, poproszę go, by wziął to pudło i je zniósł za mnie na dół do kibla.
       Pozostanie jednak problem pierwszy i podstawowy: co tu się do kurwy nędzy dzieje?




sobota, 31 sierpnia 2019

O skutecznym propagandy sposobie


Dziś przedstawiam Państwu jeszcze pachnący drukiem felieton z „Warszawskiej Gazety”.     


      Zbliżają się wybory, gdzie wszyscy mamy nadzieję, że Prawo i Sprawiedliwość nie dość że utrzyma władzę, to być może jeszcze zwiększy jej siłę, a ja sobie myślę, że to są pierwsze wybory od chyba jednak samego początku tak zwanej demokracji, kiedy to obie strony politycznego starcia, gdzie z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego z jego życiowym projektem, a z drugiej całą resztę, mają idealnie równe szanse w dostępie do propagandowych instrumentów i z owych instrumentów są w stanie swobodnie korzystać.
      Zdaję sobie oczywiście sprawę z zarzutów, jakie są stawiane – głównie oczywiście przez wyborców Prawa i Sprawiedliwości, bo co mnie obchodzi zdanie choćby wyznawców LGBT – publicznej telewizji  i osobiście prezesowi Kurskiemu za doprowadzenie do tego, że przekaz na jaki oni się zdecydowali niebezpiecznie dryfuje w stronę tego co znamy z „Dziennika Telewizyjnego” i pamiętnego „Studia 2”, ja jednak znów pragnę zwrócić uwagę na fakt, że to po raz pierwszy mamy możliwość obserwowania pełnej równowagi w dostępie do publicznej opinii, a gdy chodzi o wspomniane „Studio 2”, to chciałbym przypomnieć, że jego pomysłodawcą i autorem był Mariusz Walter, a więc człowiek, który dziś stoi w awangardzie antypolskiego hejtu i prawdopodobnie ze złości gryzie paznokcie widząc jak pięknie Jacek Kurski ukradł mu pomysł i przystosował go do nowych czasów w taki sposób, by, jak się już niedługo przekonamy, go ostatecznie pogrzebać.
      A zatem stoimy wobec zbliżających się szybkim krokiem wyborów i już dziś widzimy, że tym razem litości nie będzie. To znaczy, litości nie było nigdy, natomiast tu mamy tę różnicę, że – znów to powtórzę – po raz pierwszy strona tradycyjnie słabsza nie dość że dysponuje naprawdę potężną bronią w postaci naprawdę fascynujących newsów i to w takiej liczbie, że nie dość że wystarczy na każdy kolejny dzień kampanii, to jeszcze ich siła rażenia z owym każdym dniem coraz bardziej zadziwia.
        Brejza, Neumann, afera melioracyjna, afera vatowska, wnioski o Trybunał Stanu dla Tuska, Kopacz i całej tej ferajny, nawet te dwie biedne wariatki Jachira i Spurek znakomicie wypełniają zadania wyznaczone im przez nikogo innego jak właśnie publiczną telewizję realizującą projekt znany jako Dobra Zmiana, tyle że w wersji turbo.
       I teraz zastanówmy się, gdzie byśmy byli dziś z naszą prawdą, naszymi pretensjami, nasz pragnieniem triumfu prawa i sprawiedliwości, gdyby nie możliwości, jakie nam dała nasza władza na polu czystej, żywej propagandy, realizowanej w sposób nieskrępowany, bezpośredni i, co najważniejsze, skuteczny? Zastanówmy się nad tym ile razy nam przyjdzie do głowy, by rumienić się ze wstydu, gdy oglądamy kolejne wydanie Wiadomości TVP, a w nich zapowiedź wielkiego, wspaniałego koncertu, którego gwiazdami będą uwielbiani przez naszą polską publiczność Norbi i Zenek Martyniuk. I przy okazji pomyślmy, co tamtym dało, że po swojej stronie mają Tomka Lipińskiego i śp. Wojciecha Młynarskiego.



Zachęcam wszystkich bardzo gorąco do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania nie tylko moich książek. Naprawdę jest z czego wybierać.
      
           

piątek, 30 sierpnia 2019

Czy Tomasz Sakiewicz to tajna broń ruchu LGBT?


         Szczerze mówiąc, nie wiem, czy to jest w ogóle chwalenie się, ale nawet jeśli, to zapewniam, że wolałbym nie mieć dziś do tego okazji. Faktem jednak jest to, że ledwie co przedwczoraj od mojego człowieka w mieście Leeds otrzymałem wiadomość, że na 24 października w nowojorskiej Carnegie Hall zaplanowany był uroczysty koncert pod nazwą „Od Chopina do Gershwina”, upamiętniający stulecie nawiązania przez Polskę i Stany Zjednoczone relacji dyplomatycznych i oto właśnie ów koncert został odwołany. Dlaczego? Otóż powód był banalnie prosty. Kiedy mianowicie okazało się, że jednym z organizatorów eventu są Kluby „Gazety Polskiej”, ktoś natychmiast wyciągnął sprawę pamiętnej wlepki anty LGBT i w jednej chwili wszystko trafił jasny szlag.
     Ja oczywiście wiem, że są osoby, których jedyną w tej sytuacji refleksją jest to, że to naprawdę straszne, że ci zboczeńcy stali się tak agresywni, że potrafią zniszczyć niewinną uroczystość, która przecież nie ma nic wspólnego z walkami między nimi i resztą świata. I na ten rodzaj skretynienia ja naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Natomiast, owszem, kilka słów przekazać bym chciał w kwestii bardziej ogólnej.
       Jak wszyscy – w tym nawet ci durnie – wiemy, znaleźliśmy się w stanie wojny cywilizacyjnej i totalnej, a w sytuacji, jaka nas zastała znajdujemy się w totalnej defensywie. Ponieważ doszło do ostatecznego starcia, w którym cywilizacja chrześcijańska została zaatakowana przez siły Zła, naszym podstawowym obowiązkiem jest zachować pełną koncentrację i nadzwyczajną czujność, a skoro tak, to najgorszą rzeczą byłoby to, byśmy nagle zaczęli się zachowywać, jakby tu tylko szło o pieniądze. Kiedy Tomasz Sakiewicz wypuścił te swoje idiotyczne wlepki z przekreślonym LGBT, wpadłem w autentyczną panikę, bo pomyślałem sobie, że jeśli obecna władza natychmiast nie wymyśli czegoś odpowiednio mocnego, jest po nas. No i jakoś to przeżyliśmy. Jak się okazuje do czasu. Dziś się dowiaduję, że kto miał na nie zwrócić uwagę, to ją oczywiście zwrócił, i mało tego, postanowił tę wiedzę wykorzystać dokładnie tak jak tylko potrafił.
      Mój kontakt w Leeds informuje mnie, że przynajmniej w Anglii – a ja z tego rozumiem, że również wszędzie poza resztkami Wschodniej Europy – sytuacja jest taka, że można kogoś z zimną krwią zamordować i liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary, gdy chodzi natomiast o wypowiedzenie jednego słowa przeciwko LGBT, od tego nie ma apelacji. Człowiek użyje ichniejszego słowa „pedał”, ktoś na niego doniesie, i się idzie w jednej chwili do więzienia. I oto w tej sytuacji – o której, jestem pewien, że on wie znakomicie – Tomasz Sakiewicz wypuszcza te wlepki. Wypuszcza je w kraju, w którym jego projekt stanowi medialny mainstream, ale też w kraju, którego los, choćby nie wiem jak się ów kraj starał walczyć o autonomię, jest ściśle powiązany z tym szaleństwem, i który musi naprawdę ciężko walczyć o to, by nie stracić choćby cala swojego z takim trudem zdobytego kulturowego terytorium.  
       Tymczasem ten idiota wypuszcza te wlepki, a chwilę później zostaje odwołany wcześniej wspomniany event z okazji – przypomnijmy to – setnej rocznicy zawiązania stosunków dyplomatycznych między Stanami Zjednoczonymi, a Polską. A ja już mam tylko jedno pytanie w tej kwestii: czy Sakiewicz wiedział, co robi? Otóż moim zdaniem on to wiedział bardzo dobrze, tylko był skupiony na sprawach bardziej przyziemnych, powiedzmy tak przyziemnych jak jego przepastna kieszeń.
       I teraz się z autentycznym smutkiem pochwalę. W momencie gdy dowiedziałem się o tym, że ów koncert został odwołany, pierwsze co sobie pomyślałem, to to, że Trump odwoła wizytę w Polsce. Oczywiście w głębi serca wiedziałem, że to nie nastąpi, ale nie ukrywam, że tak sobie pomyślałem. On tę wizytę odwoła, a my nasze oburzenie na to, do czego doszedł dziś nasz świat, będziemy sobie mogli wsadzić w nos.
      No i stało się. Czy my wiemy, jaka była faktyczna przyczyna owej decyzji? Oczywiście że nie. Może faktycznie poszło o ten huragan, a może Trumpa przekonali byli polscy ambasadorowie, ale ja też biore pod uwagę fakt, że owo antychrześcijańskie i antyludzkie lobby jest już tak silne, że oni go zwyczajnie sterroryzowali, podsuwając mu pod nos ową wlepkę i wyjaśniając, że ją osobiście kazał wydrukować Andrzej Duda. I to dziś dla mnie stanowi ewentualność bardzo mocną, a na jej początku stoi to cyniczne bydle, Tomasz Sakiewicz.
       Ktoś się zapyta, czemu ja mówię tak brzydko o kimś, co do czyjej nikczemności nie mam żadnych dowodów. Otóż ja mam na ową nikczemność dowód wręcz najlepszy. Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale parę dni temu na Twitterze pojawił się komentarz wspomnianego Sakiewicza, w którym ten poinformował swoich sympatyków, że w najbliższym numerze „Gazety Polskiej” ukaże się kolejna, nadzwyczaj szokująca, wlepka, ale jeśli ktoś jest zainteresowany, to musi niestety zakupić owo wydanie, bo on Sakiewicz tym razem tematu nie ujawni, żeby post-peerelowskie sądy mu jego patriotycznego projektu nie zablokowały. I oto, jak się dowiadujemy z tego samego Twittera, wszyscy ci, którzy zaciekawieni, w jako to sposób Tomasz Sakiewicz ze swoimi ludźmi wdeptali w ziemię neoliberalny świat dowiedzieli się, że kupili sobie właśnie obrazek Matki Jasnogórskiej z napisem „Królowa Polski”. To właśnie o ten wizerunek poszło Sakiewiczowi, kiedy się bał, że ubeckie sądy mu go ocenzurują. I to dlatego musiał go sprzedawać pokątnie.
       Przepraszam wszystkich bardzo za to, co za chwilę powiem, ale pies tańcował z tym Trumpem. Oczywiście, lepiej by było, gdyby on przyjechał. Dla Polski i dla nas wszystkich, nawet dla tych, co tego jeszcze nie wiedzą. Ale, jak mówię, pies z nim tańcował. To co jest znacznie gorsze, to to, że ktoś taki jak Tomasz Sakiewicz, cyniczny i zepsuty do szpiku kości cwaniak, przez te kilka minionych lat zdobył sobie taką pozycję, że jest praktycznie nietykalny. Parę lat temu, trzeba było wymienić cały rząd, by wyrzucić z niego na zbity pysk Antoniego Macierewicza i wszyscy pamiętamy, jak było ciężko. Gdy chodzi o Tomasza Sakiewicza, sytuacja jest o wiele bardziej poważna i moim zdaniem nie do rozwiązania. Przynajmniej nie do czasu jak Polska poczuje, że jest zupełnie bezpieczna. Wtedy dopiero.
      Módlmy się, byśmy dali radę.


      

środa, 28 sierpnia 2019

Gdy Mars upada


     Jak z całą pewnością pamiętają stali czytelnicy tego bloga, przez wszystkie te lata, kiedy Platforma Obywatelska rozkradała i terroryzowała Kraj, moim podstawowym medialnym źródłem informacji o tym co się panie dzieje w polityce, była telewizja TVN24. Kiedy dziś zaglądam do listy tematów tu poruszonych, jaką mi dostarcza Blogger, od TVN-u więcej razy pojawił się tylko tag #media. Pamiętam ten czas bardzo dobrze i pamiętam cholerę, jakiej regularnie wówczas dostawałam na to, co się tam wyprawia, ale też pamiętam, jak od czasu do czasu Czytelnicy zgłaszali do mnie pretensje, czemu ja to gówno w ogóle oglądam. Czytałem owe żale i regularnie tłumaczyłem, że cokolwiek byśmy o TVN-ie powiedzieli, w tym głównym ścieku wszystko co jest poza tym, jest wyłącznie gorsze. I to pod względem czystego profesjonalizmu, jak i tego, co się gdzie niegdzie określa słowem coverage. W sytuacji jaka panowała wówczas na rynku, ani TVP ani Polsat, ani w ogóle nic nie było w stanie z TVN-em konkurować. A więc to niemal wyłącznie tam spędzałem tę szczególną część swojego czasu.
       Dziś jest odwrotnie, a już zwłaszcza od czasu gdy Kurski zainwestował w TVP mnóstwo pieniędzy, pobudował te studia, pozatrudniał całą kupę nowych dziennikarzy oraz komentatorów z habilitacjami i profesurami w tytułach i jeśli idzie o tak zwaną „wystawę”, TVP moim zdaniem bije na głowę całą konkurencję. Dziś oglądam wyłącznie TVP... no i oczywiście niemal tak samo często jak w tamtych czasach, tematem moich uszczypliwości, a niekiedy i prawdziwej wściekłości zamiast Moniki Olejnik i Anity Werner, są Rachoń, Ziemkiewicz, Łosiewicz i cała ta pomniejsza ferajna.
      I proszę sobie wyobrazić, że kiedy dowiedziałem się wczoraj, że Mateusz Morawiecki  udzielił wywiadu Anicie Werner, pomyślałem, że jednak tam zajrzę i a nuż trafię na jakąś powtórkę. No i co za wesoły przypadek, zamiast tego udało mi się włączyć na sam koniec rozmowy Moniki Olejnik z Romanem Giertychem. Obejrzałem tego jakieś pięć minut, potem zajrzałem do Eurosportu popatrzeć jak gra Nadal z tym biednym Australijczykiem, a potem, za jakąś czarną namową, wróciłem do TVN-u, a tam, owszem, Anita Werner rozmawiała z Premierem.
       Proszę zatem miłych Państwa o uwagę. Otóż ręczę słowem honoru, że te 5 minut Olejnik z Giertychem, oraz wywiad Werner z Morawieckim, to było coś tak wstrząsającego, że nawet gdyby Krzysztof Fausette z Dorotą Łosiewicz dostali całe popołudnie i wieczór na wypluwanie z siebie swoich kompleksów, tego poziomu prawdziwie ruskiej propagandy byśmy nie zaznali. To co ja zobaczyłem w wykonaniu dwóch czołowych redaktorek telewizji TVN24, przerasta wszystko, co mogliśmy zaobserwować przez ostatnie 30 lat i co możemy sobie próbować wyobrazić. A ja już tylko obstawiam, że skoro tam doszło już do takiego pomieszania zmysłów, to można oczekiwać, że przy kolejnej okazji Monika Olejnik będzie głaskała Giertycha po udzie i mówiła do niego miłosnym szeptem: „Mów do mnie, mów i nie przestawaj”, a Aneta Werner będzie wrzeszczała do Morawieckiego: „Ja panu nie przerywałam!” I wtedy właśnie przyjdzie dzień sądu, 13 października i oni wszyscy eksplodują jak na filmie „Marsjanie atakują”.
       Wspomniałem, że w latach minionych oglądałem TVN24, bo oni byli zwyczajnie najlepsi. Był też jednak jeszcze jeden powód. Otóż ja miałem bardzo mocne wrażenie, któremu tu zresztą parokrotnie dawałem wyraz, że gdzieś tam bardzo głęboko w rejonach, gdzie nie sięga nawet nasza wyobraźnia, zapadła decyzja, by całą tę peowsko-peeselowską hałastrę przepędzić na cztery wiatry, i coraz wyraźniejsze ślady owej decyzji można było zaobserwować właśnie w TVN-ie. Publiczna telewizja, podobnie jak Polsat trzymały fason do samego końca, natomiast, owszem, TVN zaczął z każdym dniem coraz bardziej szydzić z władzy. W pewnym momencie, pod sam koniec tego nieszczęsnego ośmiolecia, było tak, że tam właściwie nie było dnia, by nawet „Szkło Kontaktowe” nie brało na siebie roli wewnętrznej opozycji. I wtedy to właśnie coraz częściej dochodziłem do wniosku, że rok 2015 będzie rokiem odebrania władzy i przekazania jej w nowe ręce. Czemu oni zdecydowali się na tę zmianę kursu, trudno powiedzieć, ale sądzę, że, podobnie jak pod koniec lat 80 w PRL-u, jakiś Bilderberg, czy diabli wiedzą, kto, zdecydowali, że konserwacja obecnego układu im zwyczajnie zagraża i trzeba przeprowadzić rewolucję. No i ją przeprowadzili. Tu i tu.
      Pozostaje pytanie, czemu zdecydowano się na krok tak niepewny, jak dopuszczenie do władzy akurat Prawa i Sprawiedliwości. Przede wszystkim oczywiście oni nie mieli innego wyjścia, natomiast z dzisiejszej perspektywy uważam, że musieli też wierzyć w to, że, tak jak wcześniej ze wszystkimi innymi, z Kaczyńskim też im się uda dogadać, a nawet jeśli im się nie uda, to wymyślą coś innego.
      No i jak widzimy, nie udało się. Ani się nie dogadali, ani nie wymyślili, a w dodatku jeszcze stracili wszelkie możliwości, by to co się dzieje choćby w minimalnym stopniu kontrolować. I to prawdopodobnie stąd ta histeria. Ja wiem, że to może być przykre bardzo, ale mimo wszystko polecam serdecznie. Proszę sobie obejrzeć to co prezentuje dziś stacja TVN24. Tam widać wszystko jak na dłoni.



wtorek, 27 sierpnia 2019

Gdy chleba dosyć, lecz rośnie popyt na autorytety


     Wspominałem o tym i tu i tam, tu może jednak przedstawię sprawę krótko, choć nieco bardziej szczegółowo. Otóż w roku 1981 wspólnie z moim bardzo bliskim wówczas kolegą uznaliśmy, że byłoby czymś szalenie inteligentnym wyjechać z Polski do Danii, tam poprosić o polityczny azyl i żyć szczęśliwie do końca życia na Zachodzie. Czemu do Danii? Przede wszystkim Karol, bo tak miał na imię mój ówczesny kumpel, był tam wcześniej i zaświadczył, że to jest wręcz fantastyczne miejsce do życia, a poza tym wymyśliliśmy, że ponieważ wszyscy wyjeżdżają do Austrii i stamtąd w różnych, często bardzo odległych, kierunkach, to będzie korzystnie udać się do Danii, gdzie jest jeszcze dużo miejsca i będzie nam łatwiej się tam wprosić. Ponieważ oczywiście chodziło o azyl, opracowaliśmy odpowiednio wiarygodne i bardzo szczegółowo uzasadnione kłamstwo, dzięki któremu udałoby się nam przekonać odpowiednie służby, że za naszą działalność opozycyjną, grozi nam w Polsce z rąk komunistycznego reżimu śmierć, a w najlepszym wypadku więzienie, które i tak prędzej czy później nas zabije.
      No i wtedy, kiedy już wszystko mieliśmy bardzo precyzyjnie i, jak już wspomniałem, nadzwyczaj inteligentnie rozpisane, bardzo szczęśliwie dla nas Wojciech Jaruzelski wprowadził Stan Wojenny i dziś jestem tu gdzie jestem, cały jasny i gotowy by za nieco ponad tydzień śpiewać sobie przebój Beatlesów „When I’m Sixty-Four”.
     Przypomniały mi się tamte czasy, gdy na Facebooku znalazłem zdjęcie jakiejś dziewczęcej drużyny piłkarskiej i następujący komentarz (ze względu na jego nieznośną więc długość cytuję zaledwie fragmenty):
„[...] To zwyczajna pamiątkowa fotografia ze szkolnych zawodów sportowych drużyn dziewczęcych. Mam wrażenie że ta fotografia w doskonały sposób oddaje nastroje panujące w Bjørndal bo tak nazywa się dzielnica w której zamieszkałe razem z rodziną.
Teraz wyznam Państwu coś co zapewne wywoła przerażenie i drżenie rąk u wyborców PiS i Konfederastów – moja dzielnica jest w większość zamieszkała przez muzułmanów, a ja zamieszkałem razem z żoną i córeczką pod jednym dachem z muzułmańską rodziną.
Jak mieszka się w takiej dzielnicy?
Faktycznie nie przyjeżdża tu policja. Nie dlatego jednak że się boi tu wjechać ale dlatego że nie ma tu nic do roboty.
W mojej dzielnicy jest cicho i spokojnie, nie ma pijanych osób, przez 8 miesięcy gdy tu mieszkam nie widziałem ani jednej podchmielonej nawet osoby. Muzułmanie nie piją alkoholu, zresztą w kilkudziesięciotysięcznej dzielnicy nie ma ani jednego sklepu monopolowego. I nikomu to nie przeszkadza.
W mojej dzielnicy jest czysto i ładnie, bo mieszkańcy często sadzą krzewy, drzewa i kwiaty oraz sprzątają ją w czynie społecznym. Młodzi chłopcy wracający z meczetu zachęcanie przez starszych często zakładają rękawiczki, biorą worki i sprzątają trawniki i pobocza dróg - by mieszkać w ładnym otoczeniu. [...]
Opowiadam im o Polsce – kraju który dostał się w ręce szalonych nacjonalistów i fundamentalistów katolickich, którzy potrafią aresztować o 6 rano grafika za namalowane tęczy na obrazku.
My imigranci, uchodźcy znaleźliśmy w Norwegii bezpieczną przystań, chcemy tu żyć w spokoju, pracować, wychowywać dzieci. Pewnie dlatego potrafimy żyć w przyjaźni i szacunku do siebie mimo tego, że się różnimy w wielu sprawach i podchodzimy z różnych stron świata. [...]
Pojechałem i zamieszkałem z wyznawcami islamu i jestem żywym dowodem, że polska skrajna prawica i pisowcy kłamią.
Muzułmanie nie są ani lepsi, ani gorsi niż my.
Są normalnymi ludźmi którzy kochają, wychowują dzieci, pracują, mają swoje radości i troski.
Drodzy Polacy jesteście okłamywani przez PiS.
W Norwegii nie ma stref ‘no go’, jest tu dużo bezpieczniej niż w Polsce, a uchodźcy i imigranci również muzułmańscy to w większości mili i pracowici ludzie”.
     Ktoś mnie zapyta, skąd mi przyszło do głowy, by nie dość, że czytać tego typu idiotyzmy, to jeszcze je relacjonować. Otóż powody są dwa. Pierwszy to taki, że ów komentarz znalazłem na profilu pewnej bardzo miłej mi osoby, która ostatnio wpadła w szalenie antypisowski nastrój i uznała, że owa relacja będzie stanowiła bardzo dobry argument na rzecz konieczności odsunięcia PiS-u od władzy, a drugi taki, że autorem tego świadectwa jest nie kto inny jak Rafał Gaweł, założyciel niesławnego Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, skazany w Polsce prawomocnym wyrokiem na dwa lata bezwzględnego więzienia za „oszustwa i wyłudzenia na kwotę kilkuset tysięcy złotych, w ramach których Gaweł oszukał jeden z banków na 220 tys. zł, a Fundację Batorego na 107 tys. zł”.
        I teraz może chwilę o Gawle. Otóż dostał on te swoje dwa lata, jednak zanim został doprowadzony do więzienia, zwiał z rodziną do Norwegii, tam poprosił o polityczny azyl oraz obywatelstwo, informując władzę, że jemu w Polsce grozi śmierć, a przynajmniej więzienie, które oczywiście zarówno jego jak i jego rodzinę zabije i jedno i drugie, jak się właśnie dowiedziałem, natychmiast otrzymał. Czemu ja z Karolem planowaliśmy zwiać do Danii, już wyjaśniałem. Jeśli chodzi o Gawła odpowiedź na pytanie „czemu” jest jeszcze prostsza i jeszcze bardziej oczywista. Otóż ponieważ Norwegia nie jest członkiem Unii Europejskiej, Gaweł wiedział, że jeśli oni kupią jego historię – a jako człowiek wprawdzie głupi, ale odpowiednio inteligentny, miał powody przypuszczać, że kupią – jako obywatel Norwegii, będzie mógł nawet przyjechać do Polski i tu dalej prowadzić swoją bohaterską działalność, a nikt nie będzie go w stanie tknąć choćby małym palcem lewej dłoni. Dlaczego? Dlatego, że Polska nie ma absolutnie jakichkolwiek praw do aresztowania obywateli Norwegii, a więc państwa, które nie jest nawet częścią Unii, tylko za to, że im się coś zdaje.
        Pozostaje pytanie, jak to się stało, że władze Norwegii faktycznie uznały, że Rafał Gaweł jest w Polsce, a więc w jednym z póki co prawowitych krajów Unii Europejskiej, prześladowany? Jak to się stało, że kiedy przeprowadzały owe władze z nim rozmowę, nie zapytały go, czemu on uznał, że to Norwegia akurat jest jego wymarzonym miejscem do życia, a jeśli zapytały, a on im odpowiedział, że tak jakoś ta Norwegia mu wpadła do głowy, nie zapaliła im się lampka we łbach?
      No ale pies tańcował z tymi biedakami, którzy prawdopodobnie już niedługo zwyczajnie zawalą się pod tą swoją bezmyślnością i nie zostanie po nich kamień na kamieniu. O wiele ciekawsze jest to, w jakim stanie są nerwy niektórych z nas, kiedy nagle w tej ich obłąkanej wręcz nienawiści do Prawa i Sprawiedliwości ktoś taki jak Rafał Gaweł staje się dla nich autorytetem, a jego słowa argumentem na to, że droga, na którą oni weszli to droga słuszna? Przecież całkiem często to są ludzie, którzy w roku 1981, a więc czasach obiektywnie znacznie bardziej niebezpiecznych dla zdrowia, niż dzisiejsze, doskonale wiedzieli, że historia, którą ja z Karolem wymyśliliśmy to bezczelny fejk, a przecież, cokolwiek by nie mówić o tym, jak to ja osobiście urodziłem się nieładny, to z całą pewnością aż tak źle nie było nigdy:




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...