wtorek, 7 sierpnia 2018

Czy Wojciech Smarzowski zastąpi Korę jako wokalista zespołu Maanam?


       Najpierw odpowiedni link na swoim blogu wrzucił nasz kolega Onyx, następnie szerzej sprawę omówił u siebie Coryllus, a ja żeby się bez sensu po raz kolejny nie powtarzać, skomentowałem kwestię bardzo krótko w komentarzu. Przypomniałem tam swój, moim zdaniem nadzwyczaj oryginalny plan, który na moje oko ma mniej więcej podobne jak plan Ministerstwa Kultury szanse skutecznej realizacji, natomiast jego ewentualny wynik jest przynajmniej bardziej wymierny. Moim zdaniem bowiem, jeśli polski rząd już się ostatecznie zdecydował, by zaatakować świat naszą wspaniałą historią od strony kultury pop, to te 70 milionów złotych, które minister Gliński postanowił przeznaczyć na produkcję cyklu hollywoodzkich filmów o Wielkiej Polsce, powinien przeznaczyć na scenariusz do kolejnej części przygód Jamesa Bonda, lub ewentualnie tego co się pojawi w ramach cyklu „Mission Impossible” za dwa lub trzy lata, tak by akcja wspomnianych filmów nie tylko miała miejsce w Polsce – bo to już akurat mieli choćby i Czesi, a nawet i Białorusini – ale by Polska została tam pokazana co najmniej tak atrakcyjnie jak Paryż, czy Londyn. Jak mówię, to jest z oczywistych dla nas wszystkich względów nie do przeprowadzenia, choćby premier Morawiecki znalazł na to jeszcze dodatkowe 70, albo nawet 280 milionów baniek, my natomiast przynajmniej moglibyśmy powiedzieć, że wiemy, na czym stoimy i wtedy dopiero ten cały budżet dałoby się przeznaczyć na jakiś inny, znacznie bardziej zbożny cel. Nawet jeśli związany z przemysłem filmowym.
       Otóż można by było w pierwszej kolejności zrównać z ziemią tak zwany Polski Instytut Sztuki Filmowej, rozgonić całe to towarzystwo na cztery wiatry, a następnie ogłosić tu na miejscu konkurs na propagandowy film o pięknej Polsce i dzielnych Polakach, z budżetem, powiedzmy, 10 milionów złotych, w którym pierwsza nagroda wyniosłaby te 70, czy 140 milionów, jednak pod warunkiem, że będzie to film o takiej jakości, że uzyska on przynajmniej nominację do Oscara. Biorąc pod uwagę fakt, że to nie będzie film o Polakach mordujących Żydów, czy katolickich księżach gwałcących małe dzieci, gwarancja, że skoro on już został nominowany, to musimy mieć do czynienia z czymś autentycznie dobrym. I wtedy reżyserem mógłby być nawet Wojciech Smarzowski, pod warunkiem oczywiście, że on na te 10 milionów weźmie kredyt pod zastaw domu, który zapewne sobie postawił za pieniądze uzyskane z tego gówna, które mu przyszło wcześniej reżyserować. I wtedy dopiero zobaczymy, jakie pokłady talentu drzemią w naszych filmowcach i aktorach.
       O Smarzowskim jednak wspomniałem nie bez przyczyny. Pamiętamy jeszcze z pewnością, jak na początku roku nasze media obiegła informacja, że jedną z głównych nagród na festiwalu filmowym w Berlinie zdobył film „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej. Nagrodę przyznano w marcu, polska premiera filmu została zapowiedziana na kwiecień… i w tym momencie zapadła głucha cisza, a o filmie „Twarz” ponownie już nikt nigdzie nie usłyszał. I oto, jak się dowiaduję, minister Gliński i PISF podjęli kolejną próbę pokazania światu, że polski film to wciąż jest pewna marka, Polacy to dumny naród, a Polska to kraj na który warto stawiać, tym razem – jak się domyslam, na 100 rocznicę odzyskania niepodległości – finansując nowy film Smarzowskiego właśnie, pod tytułem „Kler”. Po tym jak ów Smarzowski pokazał światu, jak to swego czasu tacy Ukraińcy w jedną noc wyrżnęli tysiące Polaków w pień, a ci Polacy nawet nie pisnęli, tym razem on temu samemu światu pokaże jak bardzo Polacy na to co ich wciąż spotyka zasługują. A wszystko dzięki pieniądzom przeznaczonym przez rząd Dobrej Zmiany na promocję polskiej kultury.
        Na koniec wrócę do tych 70 milionów na ewentualną hollywoodzką superprodukcję, czy to o bohaterstwie rodziny Ulmów, czy o walce Powstańców o Aleje Jerozoimskie i jednocześnie pozwolę sobie na pewną dygresję. Otóż już bardzo dawno temu kolega z branży opowiadał mi historię o tym, jak to zespół Maanaam próbował zrobić karierę w USA. Przyjechała więc Kora z kolegami do Nowego Jorku i jeszcze przed spotkaniem z agentem zaszli oni do którejś z nowojorskich restauracji, spędzili tam upojny czas, a na drugi dzień dowiedzieli się, że spotkanie zostało odwołane i oni mogą wracać do Polski. Co się okazało? Otóż kiedy oni sobie używali w tej knajpie, gdzieś w rogu sali siedział sobie dyskretnie przedstawiciel firmy impresaryjnej i obserwował zachowanie naszych krakowiaczków, po czym uznał, że oni jednak nie gwarantują odpowiedniego poziomu. A zatem, nawet jeśli przyjmiemy, że plan ministra Glińskiego z tymi pieniędzmi na hollywoodzki film o Polsce ma jakiekolwiek realne szanse sukcesu, to jestem przekonany, że ci specjaliści z Hollywoodu już się wystarczająco napatrzyli na to, co to jest ta cała Polska, by wiedzieć, że od nas lepiej się jest trzymać z daleka. Choćby i za wspomniane wcześnie 280 milionów złotych. W końcu kto chce się zadawać z bandą zakompleksionych nieudaczników bez serc i dusz?


       
Moje książki niezmiennie są do kupienia w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, u Michała w warszawskiej księgarni Foto-Mag, no i u mnie drogą mailową k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam szczerze.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Modlitwa za Józka


        Nie wiem, jak się sprawy mają w Polsce, ale gdy chodzi o Katowice, to bezrobocie praktycznie nie istnieje, a jeśli gdziekolwiek jeszcze pojawiają się jakieś dziury, są one skutecznie wypełniane przez pracowników z Indii – to, gdy chodzi o korporacje typu IBM – lub z Ukrainy – i tu mam na myśli poziom nieco bardziej przyziemny, czyli pracę rąk i pleców. Powiedziałbym chętnie, że bardziej mnie dziś interesuje ta druga część budowy, gdyby nie fakt, że naprawdę trudno jest określić, kogo widzimy tu więcej, Ukraińców, czy Hindusów, jednak faktycznie spróbuję się tu skoncentrować na Ukraińcach. Otóż w naszej najbliższej okolicy prowadzone są trzy, a do niedawna jeszcze pięć budów, w tym jedna najbliżej nas, a mam tu na myśli naszą kamienicę. Dodatkowo jeszcze sąsiad z góry do niedawna przeprowadzał kapitalny, a więc taki ze zrywaniem tynków i podłóg, remont naprawdę wilkiego  mieszkania. Ponieważ mniej więcej w tym samym czasie syn mój i jego żona potrzebowali ułożyć płytki w łazience i bezskutecznie poszukiwali w tej sprawie solidnego fachowca, spróbowałem rozejrzeć się dla nich za czymś po wspomnianej okolicy i okazało się, że na najbliższe pół roku nie ma na co liczyć. Przy tej okazji porozmawiałem sobie z jednym z tych ludzi, który akurat pracował na naszym balkonie i opowiedziałem mu o Józku. On mojej historii wysłuchał uważnie, po czym wzruszył ramionami i poinformował mnie, że gdy chodzi o niego, to on osobiście od lat nie przeżył jednego dnia bez pracy, a ja pomyślałem sobie, że biedny Józek nie trafił w swój czas i już niestety nie trafi. To zatem dla niego to wspomnienie jeszcze sprzed 6 lat. Posłuchajmy:




      Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi, razem z tymi gołębiami, które tam sobie urządziły miejsce spotkań, machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.
      Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a jeśli idzie o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił urodą i elegancją.
      Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest właśnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To, co jednak może zaskakiwać, to fakt, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak, jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w poważnym wieku, z bardzo typową żoną i typowymi dorosłymi dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.
      Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkę pogadaliśmy. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go, co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.
      Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja właśnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej i dostrzec, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą, kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.
      No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi, co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza, że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.
      Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować dróg się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast gdy idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część rzuciła ironiczną uwagę, że jasne, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.
      A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.

      Dziś już Józek nie żyje. Jak mnie poinformowała jego żona, zachorował na raka i zmarł w miejscowym hospicjum, jako człowiek, który – jak już wspomniałem – nie trafił w swój czas. Pomódlmy się zatem za jego duszę i zamiast rwać sobie włosy z głowy z powodu tego, do czego prowadzą nas rządy Prawa i Sprawiedliwości, cieszmy się razem z tym kafelkarzem, który pracuje to tu to tam, dzień za dniem, a w weekendy wsiada w samochód i jedzie odwiedzić swoje dzieci i żonę, wypoczywających gdzieś tu w okolicznych lasach, których tu jest do wyboru i do koloru.
      
Powyższy tekst pochodzi z mojej książki „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” i której ostatnie trzy egzemplarze mają do mnie dziś przyjechać ze sklepu Foto-Mag. Polecam serdecznie: k.osiejuk@gmail.com

niedziela, 5 sierpnia 2018

Jak spalić czarownicę w czasach Internetu


       Przyznaję bez bicia, że o tekście, jaki parę dni temu na swoim blogu opublikował Coryllus, a zatytułowany z charaktersytycznym wdziękiem „Czy Marta Kaczyńska spłonie na stosie?” wiedziałem już dzień przed jego publikacją, a to z tej przyczyny, że gadaliśmy sobie przez telefon i Coryllus poinformował mnie o tym, że Marta, wciąż jeszcze Kaczyńska, wyszła za mąż za jakiegoś kolejnego typa spod ciemnej gwiazdy i zachęcił mnie, bym mu się przyjrzał na publikowanych w Sieci zdjęciach ze ślubu. O Marcie w naszej rozmowie nawet nie wspomnieliśmy w ogóle, cała nasza gadka zeszła na refleksje na temat tego jakiegoś Zielińskiego i jego nadzwyczajnego emploi, no i wreszcie na koniec Coryllus zapowiedział swój tekst, zdradzając mi nawet jego tytuł.
       I powiem uczciwie, że choć solidarnie wspierałem Coryllusa w jego przedsięwzięciu, byłem pewien, że z niego nic nie wyjdzie, a to z tego mianowicie względu, że, jak znam życie, komentatorzy jego myśl dokumentnie zniszczą, jak zwykle nie odnosząc się do problemu, lecz popisując się tym co wiedzieli już i tak dużo dużo wcześniej, a więc że Kaczyńska to pustak gorszy jeszcze od Moniki Jaruzelskiej, i w ten sposób uruchamiając hejt w żaden sposób nie skierowany przeciwko tym, którzy ją osaczyli, ale przeciw niej samej. I, jak się okazało, miałem rację, a jeśli coś mnie w tym wszystkim zaskoczyło, to być może tylko to, że w pewnym momencie owo szaleństwo osiągnęło poziom, gdzie pewna wybitna polska patriotka i katoliczka zadeklarowała swój podziw dla nauk popularnego w kręgach związanych z koncernem „Agora” ateisty Zbigniewa Mikołejki, autora niesławnego bon motu „sekta smoleńska”, zapewniając go, że właśnie dzieki jego mądrości udało się jej wyrwać z niewoli błędu.
        Próbowałem przez pewien czas wyjaśnić tym dziwnym ludziom sens problemu, wobec którego postawił nas Coryllus, jednak bezskutecznie. O ile się nie mylę, nikt, choćby jednym słowem, nie wspomniał o tym całym Zielińskim, czy choćby o jego tajemniczych animatorach; cała dyskusja skupiła się wyłącznie na hejtowaniu Marty Kaczyńskiej, ewentualnie jej stryja, który nawet nie potrafił jej dać w tyłek i nauczyć odpowiedzialności za rodzinę i państwo.
        29 czerwca minęło 26 lat od dnia, gdy Służby zniszczyły rodzinne życie, a tak naprawdę i samo życie, marszałka Andrzeja Kerna, uprowadzając jego 16-letnią córkę. Nie będę tu przypominał szczegółów sprawy. Kto nie wie, o co chodzi, a jest zainteresowany, niech sobie wygugla. Kto natomiast sprawę pamięta i przeżył ją tak jak ja, zapamiętał też na całe życie, jak ów System działa, i wie też, dlaczego dziś, przy okazji walącego się w gruzach życia Marty Kaczyńskiej, wspominam tamten czas. Gdy chodzi o tych, co sprawę pamiętają, jednak uważają ją zaledwie za jakiś żart bez znaczenia, to niech – przepraszam bardzo – zdychają w słodkiej nieświadomości. To bowiem, co mam do powiedzenia teraz, nie jest skierowane do nich, ale do tej części z nas, która nie dała sobie w tych, przyznaję, że niełatwych czasach, odebrać resztek zwykłej ludzkiej wrażliwości. Otóż obawiam się, że pytanie zadane przez Coryllusa w tytule jego bardzo mądrego felietonu, „Czy Marta Kaczyńska spłonie na stosie?”, jest już dziś nieaktualne. Jest bardzo duża szansa, że ona nie doczeka pogrzebu swojego stryja i żadnego stosu nie trzeba będzie dla niej budować. Wszystko załatwią internauci.

Przypominam, że moje książki, poza zwykłymi adresami, można zamawiac bezpośrednio u mnie pisząc do mnie maila na adres k.osiejuk@gmail.com.
        
      

sobota, 4 sierpnia 2018

O godności ze sznurem na szyi i bez


        Papież Franciszek, mocą daną mu przez Kościół, zdecydował o wprowadzeniu do Katechizmu poprawki zarządzającej bezwzględny zakaz egzekwowania kary śmierci, i tak jak się należało spodziewać, wsród tak zwanych „prawdziwych katolików” podniósł się kolejny już w czasie tego pontyfikatu rwetes. Gdyby ktoś nie wiedział w czym rzecz, chodzi o to, że dotychczasowe zalecenia Kościoła, choć zdecydowanie zachęcały do stopniowej rezygnacji ze stosowania kary głównej, pozostawiały pewną furtkę w postaci tak zwanej „obrony koniecznej”, której społeczeństwa nie mogą zostać pozbawione. I to jest to, czego ci z nas, którzy czują się szczerze związani z nauką Kościoła, a jednocześnie pozostający zwolennikami kary śmierci, trzymali się zdecydowanie i stanowczo. I tak też, nawet kiedy święty papież Jan Paweł II ogłosił oficjalnie, że w jego opinii kara śmierci w obecnych warunkach nie ma racji bytu i powinna zostać usunięta ze wszystkich kodeksów świata, zwolennicy utrzymania tej jedynej gwarancji pełnej ziemskiej sprawiedliwości niezmiennie głosili, że choć Papież faktycznie coś tam powiedział, Katechizm pozostaje pierwszym i jedynym autorytetem, a więc jest po co żyć… i po co, nomen omen, umierać.
         Przyznaję, że i ja jestem w grupie tych, którzy uważali – i w pewnym sensie uważają do dziś – że są sytuacje, kiedy od kary śmierci każde rozwiązanie jest gorsze. Ja wciąż mam szczere poczucie, że jest pewien rodzaj zła, oraz pewien poziom zwykłej ludzkiej krzywdy, której zadośćuczynić może już tylko symboliczny stryczek. No i w tym momencie papież Franciszek, jak mówię, mocą swojego, nadanego mu przez Jezusa autorytetu, postanowił ostatecznie tę sprawę załatwić i zmienił ów fragment Katechizmu w taki sposób, by nikt z nas nie mógł się już dalej tłumaczyć, mówiąc, że papież Wojtyła na starość zwyczajnie zbzikował.
          A zatem, powtarzam, ja wciąż uważam, że są sytuacje gdzie poza świadomością, że oto stoimy wobec zła, które nie zasługuje na nic więcej jak śmierć, nie ma już miejsca ni nic więcej, a mimo to przyjmuję do wiadomości to, że mój Kościół uważa inaczej i każe mi od dziś bardzo się starać, by to właśnie stanowisko zrozumieć i zaakaceptować. Zwłaszcza że jest ono podzielane przez trzech ostatnich papieży, w tym – o grozo! – również Benedykta XVI, który jak najbardziej powiedział, że „kara śmierci to nie tylko zamach na życie, ale również obraza godności człowieka”.
           Jak już zaznaczyłem na początku, decyzja Papieża spotkała się z protestami ze strony najbardziej radykalnych obrońców Doktryny, którzy jako osoby nadzwyczaj dobrze wykształcone i oczytane, zauważyli, że pojęcie godności stanowi jeden ze współczesnych mitów i w tradycyjnej nauce Kościoła wcześniej nie występowało. Ja z kolei, jako klasyczny dyletant, a miejscami nawet i wiejski głupek, przyjmuję tę informacje do wiadomości i zaczynam dumać nad ową godnością. A w tym momencie  przypominam sobie swój stary dość tekst, w którym opisałem być może najbardziej pilnie strzeżone więzienie na świecie pod nazwą ADX Florence. Proszę mi pozwolić przytoczyć dziś ten fragment:
           Gdyby jednak komuś było tego mało i wciąż twierdził, że bez kary śmierci sprawiedliwości nie ma, może zawsze sobie pomyśleć o owym absolutnie niezwykłym amerykańskim więzieniu znanym pod nazwą ADX Florence, w którym dziś przebywają tak zasłużeni dla Świata Ciemności postacie, jak Larry Hoover z Gangster Disciples, Barry Mills i Tyler Bingham z Aryan Brotherhood, Zacarias Moussaoui, jedyny skazany przed sądem cywilnym organizator ataków z 11 września, Faisal Shahzad, autor próby zamachu na Times Square w roku 2010, Ramzi Yousef, główny animator ataku na World Trade Center w roku 1993, ale również tak znani osobnicy jak Ted Kaczyński, czyli słynny Unabomber, Dzokhar Tsarnaev, autor niesławnego ataku na uczestników maratonu w Bostonie, szef mafijnej rodziny Bonanno, Vincent Basciano, ale też Terry Nichols, odsiadujący 161 wyroków dożywocia współorganizator ataku w Oklahoma City z roku 1995. Sam Timothy McVeigh, główny sprawca ataku, też by tam dziś przebywał, gdyby nie fakt, że w międzyczasie został skazany na karę śmierci i w związku z tym został przeniesiony w miejsce, gdzie czekały na niego już inne przykrości. Ale znajdziemy w ADX również osoby tak szczególne, jak Richard McNair, który wprawdzie zamordował zaledwie dwie osoby, ale pewnie skończyłby w miejscu znacznie mniej spektakularnym niż ADX, gdyby nie fakt, że wcześniej udało mu się aż trzykrotnie uciec z różnych, wcale nie lekkich, ośrodków odosobnienia, czy Robert Hanssen, były agent FBI, który za wydanie Rosjanom kilku amerykańskich szpiegów, otrzymał 15 kolejnych wyroków dożywocia.
         Cóż jest takiego szczególnego w owym więzieniu, poza tym, że jest to miejsce o maksymalnie zaostrzonym rygorze? Otóż, wbrew mylnym, choć zrozumiałym pogłoskom, jakoby oni wszyscy byli tam trzymani pod ziemią, więzienie w znacznej swojej części znajduje się ponad powierzchnią ziemi, natomiast niżej, owszem, znajduje się korytarz łączący budynki z głównym wejściem do więzienia. 23 godziny na dobę więźniowie spędzają samotnie w celi i jedynie przez pięć godzin w tygodniu, w towarzystwie minimum trzech strażników, mogą pozwolić sobie na chwilę relaksu. W każdej sali znajdują się wykonane niemal wyłącznie z betonu biurko, stołek oraz łóżko, jak również unieruchamiana w przypadku zatkania toaleta, automatycznie kontrolowany na wypadek zalania prysznic, oraz umywalka bez stanowiącego potencjalne zagrożenie kurka. W niektórych celach mogą znajdować się wykonane z wypolerowanej stali, wtopione w ścianę, lustra. Elektryczne światło włączane i wyłączane jest z zewnątrz. Radio, oraz, w wyjątkowych sytuacjach, czarno-biały telewizor nadają wyłącznie programy o charakterze relaksacyjnym, edukacyjnym i religijnym. Wszystkie cele, dla uniemożliwienia więźniom kontaktu za pomocą alfabetu Morse’a, są idealnie dźwiękoszczelne. Okna o rozmiarach 10 x 120 cm zaprojektowane są w taki sposób, by więźniowie nie byli w stanie określić swojego położenia, a więc jedyny widok, jaki z nich można uzyskać, to niebo, ewentualnie sąsiedni dach. Gimnastykę więźniowie mogą uprawiać w betonowym basenie, również zaprojektowanym tak, by uniemożliwić im rozpoznanie miejsca, w którym się znajdują. Znajdujący się w basenie więzień może zrobić maksymalnie dziesięć kroków w linii prostej i trzydzieści kroków po kwadracie. Więźniowie pozbawieni są kontaktu ze światem zewnętrznym, a jedzenie dostarczane jest im osobiście przez strażnika. Oczywiście, całe więzienie wyposażone jest w system setek kamer i detektorów ruchu, oraz 1400 zdalnie sterowanych stalowych drzwi. Każdy ruch więźnia monitorowany jest 24 godziny na dobę, całość otoczona jest czterometrowym, zakończonym drutem kolczastym murem, oraz patrolowana przez uzbrojonych strażników z psami. W wyjątkowych przypadkach złamania regulaminu, więzień kierowany zostaje do tak zwanego „Punktu Z”, gdzie w całkowicie pozbawionych światła i dźwiękoszczelnych betonowych celach może się zmieścić do 148 więźniów. Obecnie w ADX Florence przebywa 410 osób”.
         I w tym momencie – z oczywistym zastrzeżeniem, że ja naprawdę bardzo się staram – mam do swojego Kościoła jedno pytanie: Jak to jest z tą godnością w przypadku ADX Florence, gdzie umiłowany bezgranicznie przez Pana Boga człowiek, choćby nawet zaczął się najszczerzej na świecie modlił się o to by muu to dozywocie zamieniono na karę śmierci, nie ma na to szans i jedyne co mu zpozostaje to w owej modlitwie pokutować za swoje grzechy? No i jeszcze coś: Czy jemu łatwiej jest odnaleźć Boga tu, czy może w tej ostatniej chwili, gdy poczuje ów sznur na swojej szyi, lub chłód strzykawki na skórze?

Przypominam uprzejmie, że moje książki, w tym trzy ostatnie egzemplarze „TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” są dostepne pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.



piątek, 3 sierpnia 2018

O mediach śliniących się na dźwięk gwizdka


        Dziś piątek, a więc dzień, kiedy ukazuje się kolejne wydanie „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój felieton na 444 słowa. Wypadałoby  pewnie poczaekać parę dni, jednak temat jest tak ulotny, że nie wykluczone że już nawet dziś on jest melodią przeszłości, a więc proszę soboie poczytać. Przy okazji zachęcam do kupowania tego tygodnika. Cokolwiek by o nim mówić, on nie jest sponsorowany przez Get Back.       


Newsem dnia, gdy piszę dla „Warszawskiej” ten tekst, jest przypomnienie przez prawicowy Internet klipu wyborczego sprzed dziewięciu lat, wówczas zaledwie kandydata do Europarlamentu Rafała Trzaskowskiego, gdzie aktor Michał Żebrowski stoi z zawiązanymi oczyma przed murem, tuż przed egzekucją, chwilę przed śmiercią krzyczy: „Za Rafała!” i w tym momencie widzimy tekst: „A co Ty zrobisz dla Rafała?”. Jak mówię, prawicowy Internet, a za nim oczywiście prawicowe media, natychmiast poinformowały o tej wpadce sprzed lat, publikując w dodatku szyderczą jej wersję, gdzie zamiast pytania „A co Ty zrobisz dla Rafała?”, pojawia się informacja, że dziś już nie trzeba umierać za Rafała. W odpowiedzi na ten atak głos zabrał o dziwo nie Trzaskowski, ale aktor Żebrowski, z następującym oświadczeniem:
       10 lat temu wziąłem udział w kampanii mało znanego wtedy polityka Rafała Trzaskowskiego. Znam Rafała od 40 lat i wiem, że jest uczciwym i mądrym człowiekiem. Nie ma dziś wielu takich w polityce. Rzeczywiście dałbym się zabić za Rafała, problem w tym, że spot ten nawiązywał do mojej roli... Kordiana i nie ma nic wspólnego z kontekstem jaki niektórzy próbują mu dziś nadać – oświadcza aktor. Posługiwanie się kampanią sprzed 10 lat i łączenie jej z obchodami Powstania Warszawskiego jest wredne, przebiegłe i kłamliwe. Dla ułatwienia informuję, że 'Kordian' to polski dramat Juliusza Słowackiego”.
      My tu mamy ściśle ugruntowaną opinię na temat intelektualnych, ale też czysto ludzkich możliwości większości aktorów, szczególnie tych z pierwszego, niechby i zaledwie lokalnego szeregu, a zatem do mądrości Żebrowskiego odnosić się nie będziemy, podobnie jak nie będziemy się też odnosić do ewentualnych wyjaśnień, z jakimi w końcu zdecyduje się przed nami wystąpić kandydat Trzaskowski. To co mnie jednak interesuje w pierwszej kolejności, to fakt, że ów spot został wyprodukowany dziewięć lat temu, a więc w czasie, gdy ja już prowadziłem swój blog i niemal codziennie relacjonowałem, ale też komentowałem to co się dzieje w publicznej przestrzeni, jednak o tym klipie nie poinformowały mnie ani media komercyjne, ani media publiczne, ani media już wówczas jakoś tam funkcjonujące w przestrzeni zajmowanej przez ówczesną opozycję, ani też Internet. Wyglada na to, że z którejkolwiek strony by na to co się stało patrzeć, na nikim dosłownie ów klip nie zrobił wrażenia. Więcej, przez kolejne lata, w tym ostatnie miesiące owych przygotowań do startu formalnej kampanii samorządowej, również nikt nie zechciał wspomnieć o tym oczywistym skandalu. Dopiero w tych dniach ktoś – swoją drogą, wznoszę okrzyk „Autor!” – wyszperał ową staroć i zrobiła się afera.
     A ja już tylko się zastanawiam, ile jeszcze tego typu ciekawostek drzemie gdzieś w archiwach III RP, na które przez te wszystkie lata nikt z ważnych redaktorów zwłaszcza z naszej strony nie zechciał zwrocić uwagi. No i ile kolejnych takich ukaże się za następne 10 lat. 

Moje książki są do kupienia a księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, u Michała w warszawskim sklepie Foto Mag, no i tu: k.osiejuk@gmail.com. Być może już dziś dostanę od Michała 4 ostatnie egzemplarze „Licha” (jeden już poszedł), a więc są jeszcze 3. I koniec.


czwartek, 2 sierpnia 2018

Czy ksiądz Drozdowicz czyta Cummingsa?


        W ostatnich dniach, niemal jedna po drugiej, zmarły dwie osoby, których ja akurat pod żadnym względem nie szanowałem, a których nazwiska w ten czy inny sposób funkcjonowały w publicznej świadomości, a więc piosenkarka Kora, oraz jazzowy muzyk Tomasz Stańko, i ja na ten temat nie mam naprawdę nic do powiedzenia, a to z tego jednego powodu, że o zmarłych albo w ogóle, albo już tylko dobrze. Oczywiście najchętnie bym zacytował – co, jak zresztą widzimy, czynię – komentarz jednego z czytelników tego bloga, który reagując na mój tekst o laleczce voodoo, którą gdzieś tam na ścieżce swojego żywota zbudowała pisarka Nurowska z przeznaczeniem dla posła Piotrowicza, zauważył, że, jak wiele na to wskazuje, ona tę laleczkę wydłubała z kory, i już tylko przypomniał swój dawny bardzo tekst o wysłuchanych modlitwach, ponieważ jednak nie bardzo mi wypada ten temat ciągnąć, zamknę się i już tylko zajmę się księdzem o nazwisku Drozdowicz. Wojciech Drozdowicz. Ale zacznijmy może od początku.
        Otóż kiedy dotarła do nas wiadomość, że piosenkarka Kora nie dała rady tej strasznej chorobie i odeszła z tego świata, ktoś niemal natychmiast rozpuścił wiadomość, że ona tuż przed śmiercią pojednała się z Bogiem. Na tę, jak się okazuje, plotkę, na swoim profilu na Facebooku, natychmiast zareagował nie kto inny jak prof. Magdalena Środa, jak rozumiem osoba dobrze poinformowana, następującym oświadczeniem:
        Ktoś propaguje wieści, że Kora w szpitalu wzięła ‘ostatnie namaszczenie’. Raz, że nie była w szpitalu, dwa, że nigdy nie wzięłaby ostatnich namaszczeń, nigdy nie pozwoliłaby na obecność przypadkowych księży wokół siebie. Mało było spraw równie jej obcych jak religia katolicka z jej ‘urzędnikami’, sztywnymi rytuałami, coraz większą hipokryzją i zbrodniami pedofilii. Sama była ich ofiarą. Nie znosiła kościoła katolickiego jako instytucji. Może myślała o jakiejś Transcendecji, bo na Transcendencję, jako osoba uduchowiona, była bardzo wrażliwa ale na pewno nie w wydaniu panów w czarnych sukienkach, którzy nienawidzą wszystkiego co naturalne i wolne a którzy dziś, (poza nielicznymi wyjątkami), dorzynają demokrację wraz z PiSem licząc, że upasą się na nowym dyktatorskim reżimie”.
       I oto, co za ulga! Powiem uczciwie, że po tym, co nasz Kościół uczynił przed wielu już laty z nieświętej pamięci prof. Bronisławem Geremkiem, ja bym podobnego świetokradztwa już drugi raz nie zdzierżył. Niech już bowiem nasza gwiazda dołączy do tak wybitnych przeciwników Kościoła jak choćby Wisława Szymborska i przynajmniej zostanie w naszej pamięci, jako osoba bezkomromisowa do końca, ta która, jak to zabawnie w swojej żałobnej mowie ogłosił partner piosenkarki, Kamil Sipowicz, „do końca była wierna religii słońca, wiatru i kwiatów”.
      Oto jednak w tym momencie na scenę wchodzi wspomniany ksiądz Drozdowicz, którego ja osobiście naprawdę bardzo dobrze wspominam, jako pierwszego autora programu telewizyjnego „Ziarno”, a który dziś, jak się okazuje, jest proboszczem kościoła pod wezwaniem błogosławionego Edwarda Detkensa na Bielanach, i który podczas odprawianej przez siebie niedzielnej Mszy Świętej nagle stanął przed wiernymi w towarzystwie znanego kiedyś trochę muzyka Wojciecha Morawskiego i na takiej wielkiej zakręconej trąbie zagrał dla Kory jej piosenkę „Krakowski Spleen”.
        Nie muszę tu zapewne wspominać, co ja sądzę o tego typu demonstracji i rzeczywiście proszę nie liczyć na jakikolwiek odnośnie tego głupstwa komentarz, natomiast stało się tak, że ponieważ, przeczytawszy te informację, chciałem się czegoś bliżej dowiedzieć na temat bieżącej działalności księdza Drozdowicza, to nie oglądając się już na nic, zajrzałem na youtube’a i tam trafiłem na jego krótki wykład pod frapującym tytułem: „Jestem fanem pogrzebów”. I oto, proszę sobie wyobrazić, po pierwszym odruchu, gdzie pomyślałem sobie, że zdziwień nie ma i nie będzie, wysłuchałem słów tego dziwnego księdza i oto co usłyszałem:
        Tu na Bielanach mamy dużo ślubów, sporo chrztów, ale powiem szczerze, że ja jestem największym fanem pogrzebów. Nie ma lepszej rzeczy w życiu, co się może nam przydarzyć, jak śmierć. Śmierć jest jedyną rzeczą w Europie Zachodniej, której ta biedna Europa, skupiona tutaj w swojej głowie, nie jest w stanie wyjaśnić. I człowiek się z nią zderza jakby ze ścianą. I to jest fantastyczne, bo nagle podstawowe pytania o życie wieczne, o istnienie Pana Boga, o sens Ewangelii, Zbawienia, w sposób brutalny oczywiście, okrutny, ale do nas docierają. I ja uważam, że na cmentarzach powinni pracować najlepsi księża, jakich ma w ogóle diecezja i w tym okresie, kiedy ktoś odchodzi, żeby mu towarzyszyć, żeby go nie opuścić. I pogrzeb jest najwiekszą katechezą naszego życia. Dla bliskich. Tysiąca innych kazań nie jesteśmy w stanie przyjąć, [natomiast] w śmierci najbliższej osoby przemawia do nas Pan Bóg. […] A u nas nagle w Europie człowiek umiera i znika. Nie ma go. Nawet bliscy nie przychodzą na cmentarz, bo nawet nie wiadomo co to jest śmierć. Czytaliście pewnie tę książkę Mariusza Szczygła o tych pochówkach w Czechach, gdzie najbliźsi nie odbierają urny nawet z prochami zmarłych. No tak się dzieje w krajach już niektórych. U nas na szczęście ta tradycja wspomnienia, modlitwy, zapalenia zniczy na grobach najbliższych, jakoś ciągle jeszcze jest żywa”.
        Wysłuchałem z uwagą tych słów i pomyślałem sobie nagle, że nie wiem oczywiście, czy to wspomnienie zmarłej piosenkarki było w jakikolwiek skonsultowane z tym całym Sipowiczem, i kto tam jeszcze dbał o to, by jej się po śmierci nie przydarzyła jakakolwiek krzywda ze strony kościelnych „urzędników”, czy może Drozdowicz z Morawskim postanowili tak sami z siebie pokazać tym durniom, czym jest śmierć. Ale też nie wiem, czy ktokolwiek z zebranych tam w tym kościele coś z tego zrozumiał. Obawiam się jednak, że niewiele.  Boję się, że jeśli tam w ogóle pojawiła się jakakolwiek refleksja, to najwyżej ta, że ona jednak nie rozpoczęła procesu prostego gnicia, lecz przeszła do Krainy Słońca, Wiatru i Kwiatów. A jeśli tak, to obawiam się też, że cała ta gadka księdza Drozdowicza, że już nie wspomnę o całym tym występie podczas Mszy Świętej w kościele na Bielanach, nie ma najmniejszego sensu. Choć, przyznaje, że co do zasady, zgadzam się z nim. Śmierć to jest naprawdę coś. I to że on to tak plastycznie przedstawił zaliczam mu na plus. 500 plus.
       A już na koniec przepiękny wiersz e.e.cummingsa:

dying is fine)but Death

?o
baby
i

wouldn't like

Death if Death
were
good:for

when(instead of stopping to think)you

begin to feel of it,dying
's miraculous
why?be

cause dying is

perfectly natural;perfectly
putting
it mildly lively(but

Death

is strictly
scientific
& artificial &

evil & legal)

we thank thee
god
almighty for dying
(forgive us,o life!the sin of Death

Moje książki są do kupienia w ksi,egarni na stronie www.basnjakniedziwedz.pl. Niestety, w tej chwili mamy tam już tylko Zytę, Marki, Rock and Rolla i 39 wypraw. Gdy chodzi o Listonosza i Licho – których cztery egzemplarze obiecał mi przysłać Michał – proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja na życzenie.

środa, 1 sierpnia 2018

Pokot, czyli lipa, czyli opowiadał mi taksówkarz


      Miałem tu wczoraj pewne plany odnośnie kolejnej notki, jednak przez ten upał i parę jeszcze niezwiązanych z nim okoliczności, wszystko wzięło w łeb. Ale od początku. Otóż stało się tak, że moja żona wyjechała na wakacje, a ja tu zostałem ze swoim dzieckiem i psem. Siedzimy tu więc zbijając bąki i odklejając koszule od spoconych pleców, no i z tej gnuśności wymyśliłem sobie, że może pomaluję jedno z mniejszych pomieszczeń, jakich tu, owszem, mamy w nadmiarze. Wlazłem więc na drabinę, rozpocząłem malowanie, a moja córeczka włączyła telewizor, wpadła niespodziewanie na film Agnieszki Holland pod tytułem „Pokot”, nakręcony na podstawie powieści innej gwiazdy współczesnej polskiej kultury, Olgi Tokarczuk,  i tak już zostało. Ja siedziałem na drabinie i malowałem ściany i sufit, ona natomiast oglądała to nieprzystojne wręcz gówno.
      Skąd wiem, że gówno? Otóż stąd, że, kiedy już było po wszystkim, ona mi to wszystko bardzo sprawnie zrelacjonowała. Proszę posłuchać. Oto słowa mojego zdolnego dziecka, niemal tak jak zostały wypowiedziane:
      Wszystko lipa oprócz jednej sceny. Było w kościele święto myśliwych, jak to w kościele. No i na ołtarzu leżał zdechły dzik, a ksiądz mówił z ambony, ale takiej z boku u góry, nie przy ołtarzu, o nie! I mówił, że oto święto naszych myśliwych wspaniałych i że Bóg powiedział, że Ziemia ma być nam poddana i wtedy ludzie założyli maski świń. Normalnie, jak to w kościele. Ale Janina, główna bohaterka, nie wiem w sumie, co ona tam robila, zaczęła krzyczeć, że mordercy. Więc ją wyprowadzili, a ona potem spaliła ten kościół i wszystkich zabiła. A poza tym nudy, no i goła baba chyba tylko raz była. Może jak przewijałam, to może była jeszcze jakaś, ale przegapiłam. No i w tym kościele jest jeszcze chór chłopców jak w Hogwarcie i oni spiewają piosenkę o polowaniu na borsuki. Jak to w kościele. Aaaaaa, i jeszcze na ołtarzu jest pełno czaszek. Jak to w kościele. I ksiądz mówi: „Myśliwi są ambasadorami Pana Boga w dziele istnienia”. No i jeszcze jedno. Jak ona spaliła ten kościół cały, to nikt się nie przejął tymi ludźmi, tylko tym, że ksiadz zginął: ‘Ksiądz nie żyje!’ A jeszcze wcześniej, zanim zginął, ksiądz powiedział, że on nadaje miejscowej szkole imię św. Huberta, który był znanym myśliwym, jak Pan Bóg przykazał”.
        Ja oczywiście sam widzę, że ta relacja jest strasznie nieuporządkowana i bardziej wymagający odbiorcy filmowych recenzji, zwlaszcza ci wychowani na relacjach Coryllusa,  mogą się czuć zawiedzeni, no ale coś tam jednak z tego wiemy. Już prawie na koniec zatem pozwolę sobie więc zacytować informację pochodzącą z samej Wikipedii, którą odszukało również moje dziecko, a odnoszącą się do wspomnianego św. Huberta, patrona myśliwych:
        Młody Hubert najwięcej czasu spędzał w lasach, gdzie nieustannie polował; łowiectwo było jego pasją. Niektóre źródła wskazują, że prowadził swobodne, wręcz hulaszcze życie. Tak było do roku 695, kiedy polując w Górach Ardeńskich, nie bacząc na nic, w sam Wielki Piątek napotkał białego jelenia z promieniejącym krzyżem w wieńcu. Miał wtedy usłyszeć głos Stwórcy ostrzegający go przed jego niepohamowaną pasją i nakazujący mu udanie się do Lamberta – biskupa Maastricht – Tongres. Przejęty objawieniem, tak też uczynił. Udał się na służbę bożą do biskupa Lamberta. Rozpoczął studia teologiczne i działalność misjonarską w Ardenach i Brabancji. Po śmierci biskupa Lamberta (zm. ok. 700), z rąk papieża Sergiusza otrzymał sakrę biskupią.
        Jako biskup, nieustannie przemierzał pogańskie jeszcze wioski i miasta. Odniósł wiele sukcesów w zjednywaniu ludzi dla wiary w Chrystusa. Około roku 717 przeniósł stolicę biskupstwa do Leodium (Liège). Przed śmiercią miał wygłosić wzruszającą mowę, w której – schorowany już i słaby – prosił swoje owieczki, aby żyjąc po chrześcijańsku, pozwoliły swojemu pasterzowi zasnąć w pokoju. Zmarł 30 maja 727 roku, w swojej rezydencji w Teruneren. Został pochowany w kościele św. Piotra w Liège. Za doczesne zasługi w krzewieniu chrześcijaństwa wkrótce został ogłoszony świętym”.
       W sumie dziwne, że tym idiotkom nie chce się zajrzeć choćby do Wikipedii. A może to jest poniżej ich ambicji? Czy to możliwe, że one się konsultują wyłącznie z taksówkarzami?

Wszystkie moje książki – niestety już tylko cztery – są dostepne przede wszystkim w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a poza tym – i tam może jeszcze coś więcej można znaleźć – w warszawskim sklepie Foto-Mag, no a ja sam też coś tu jeszcze mam u siebie. Zachęcam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja w cenie.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...