środa, 7 lutego 2018

O dyplomatołach z Komitetu Obrony Demokracji

      Sposób w jaki towarzystwo spod znaku „noża i widelca” – starsi czytelnicy pamiętają słynny swego czasu bon mot autorstwa bodajże Andrzeja Celińskiego, mający na celu opisanie różnicy między europejską kulturą a polskim chamstwem – prowadzi politykę, niezmiennie zachwyca swoją bezmyślnością, a jednocześnie każe się nam zastanawiać, ile lat musi minąć, by oni wreszcie zrozumieli, że metoda „na profesora”, jeśli w ogóle kiedykolwiek działała, dawno już straciła swoją moc. Niedługo minie 30 lat, jak komuniści oddali władze i poszli w biznesy, za rządzenie zabrały się nowe elity, i one to wciąż próbują robić na nas wrażenie, niezmiennie stosując jedną smutną zagrywkę w postaci listu otwartego intelektualistów, ewentualnie byłych dyplomatów. Niedawno mieliśmy okazję czytać apel aktorów, piosenkarzy, literatów i pomniejszych celebrytów do polskich władz z prośbą o przyjęcie przez Polskę współodpowiedzialności za Holocaust, i nie minął tydzień, jak zorganizowało się 17 byłych ambasadorów plus jeden komentator stacji TVN24 i wspólnie wysmażyli oświadczenie zatytułowane „List dyplomatów w obronie polskiej racji stanu”, z pozoru odnośnie kryzysu na linii Polska – Izrael, ale tak naprawdę stanowiace zaledwie przedłużenie tego, co jeszcze nie tak dawno mieliśmy okazję regularnie wysłuchiwać podczas demonstracji niegdysiejszego KOD-u… swoją drogą, czy ktoś jeszcze pamięta co to zwierzę?
      I nie byłoby się nad czym zatrzymywać, gdyby nie wręcz porażający styl, w jakim owo oświadczenie zostało skonstruowane, zarówno pod językowym, jaki ściśle merytorycznym względem. Rzućmy okiem na pierwsze zdanie tego popisu:
     „Przebieg sporu z Izraelem, USA i innymi sojusznikami wokół ustawy o IPN dowodzi, że pozycja międzynarodowa Polski jest najgorsza od odzyskania niepodległości w 1989 roku”.
      Przepraszam bardzo, ale czy ktoś mi jest w stanie wytłumaczyć logikę kryjąca się za tą myślą? Przede wszystkim, o  jakim to sporze jest mowa? Zgadzamy się wszyscy, że obecny rząd Izraela, w ramach wewnętrznej kampanii politycznej, próbuje się przewieźć na Holocauście, rozumiemy, że amerykańska administracja, w ten czy inny sposób, od zawsze związana politycznymi interesami ze światowym żydostwem, nie może milczeć, ale o jakich to sojusznikach piszą ambasadorowie? O Ukrainie? O Paragwaju? A może chodzi o Francuzów, których dławi moralne oburzenie na to, jak Polska uchyla się od odpowiedzialności za kolaborację z Hitlerem? Czy oni przypadkiem nie upadli na głowę? No i przede wszystkim, o jakiej my rozmawiamy międzynarodowej pozycji Polski gdy chodzi o rok 1989? Czyżby chodziło o pamiętny uścisk premiera Mazowieckiego z kanclerzem Kohlem, a może o niemniej słynny jego taniec ze swoja rzecznik Niezabitowską podczas wizyty w Katyniu?
       A to przecież zaledwie sam początek. Popatrzmy może na to, co tam się wyprawia dalej: „Od 2015 roku polityka zagraniczna PiS kroczy od katastrofy do katastrofy. Polsce odmawia się przyjmowania wizyt wysokich przedstawicieli, regularnie krytykują ją sojusznicy, nasze gwarancje bezpieczeństwa stają się warunkowe”.
     Albo to: „Państwo PiS bojkotuje szansę, jaką jest Polak – przewodniczący Rady Europejskiej i marnuje miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, bo siła polskich argumentów – zwłaszcza w obszarze państwa prawa – jest żadna”. „Państwo PiS”? To jest język polskiej dyplomacji? Przecież tu jeszcze tylko brakuje uwagi na temat Prezesa i jego kota.
      Można by było to wszystko potraktować jako ponury żart, gdyby nie lista nazwisk pod tym apelem. Nie będę ich tu jednak cytował, bo przede wszystkim nie ma na to miejsca, a poza tym – po co? To co ujrzymy to tak naprawdę jedynie Piotra Nowinę Konopkę, swego czasu ochrzczonego przez Lecha Wałęsę ksywą „gnida” plus bandę, najczęściej kompletnie anonimowych, staruszków, którym odebrano te fraczki, te muszki, te perfumy i którzy od tego oszaleli. Oto cała zagadka. Ciekawe tylko, że ci, co ich do tej roboty wynajmują, wierzą, że oni wciąż jeszcze tworzą jakikolwiek atut. 


Jak zawsze, zachęcam do odwiedzania ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować również moje książki. Polecam gorąco.

wtorek, 6 lutego 2018

Czy mamy jasność w temacie Bencjona Segała?

      Od kilku dni, niemal codziennie, rozmawiamy tu o Holocauście i roli, jaką Polakom probują w tej kwestii przypisać pewne żydowskie środowiska, natomiast, jak pewnie część czytelników zauważyła, ja jak ognia unikam wchodzenia na teren, gdzie musielibyśmy zacząć rozmawiać o Żydach, jako takich, a więc najpewniej o Żydach złych, głupich i występnych. Czemu tak? Ano temu, że jestem głęboko przekonany, że to z czym mamy dziś do czynienia, stanowi sprawę znacznie grubszą i wykraczającą znacznie szerzej poza znane nam wszystki obrazki brodatych mężczyzn w jarmułkach liczących pieniądze. No ale skoro tu już powiedzieliśmy sobie wszystko, a oczekiwania części czytelników są jakie są, proponuje, byśmy dziś wrócili do bardzo już starego tekstu, w którym pojawia się pewien Żyd, a jedynym kontekstem, w którym on się nam przedstawia, jest on sam. Zapraszam.

      Myślę, że już o tym tu wspominałem, ale na wszelki wypadek powtórzę. Otóż ja nie mam bladego pojęcia, jak to się zaczęło, a tym bardziej z czego owa fascynacja wynika, ale moja żona od kilku już dobrych lat wykazuje coś, co mógłbym nazwać filosemityzmem w wersji turbo… gdyby nie fakt, że każdy, kto ją zna, wie, że z niej dokładnie taki sam antysemita, jak z każdego z nas. Na czym więc miałby polegać ten jej turbo-filosemityzm? Na tym mianowicie, że jeśli spojrzymy na jej podstawowy kanon lektur, to zobaczymy, że jest to głównie literatura żydowska, i to nie żydowska w tym sensie, że tworzona przez redaktorów „Warszawskiej Gazety” i zaprzyjaźnionych z „Warszawską Gazetą” badaczy, a traktująca o Żydach i ich wyssanej z mlekiem matki podłości, ale oryginalna literatura, pisana przez Żydów, przez Żydów firmowana, autoryzowana i często wręcz wydawana. Moja żona doszła już do tego stanu, że jeśli ktoś chce jej zrobić dobry prezent na urodziny, czy imieniny, to najlepiej będzie, jeśli to będą jakieś żydowskie pamiętniki i wspomnienia, historie żydowskich rodzin, czy wydawane gdzieś w Nowym Yorku czy Tel Awiwie przez jak najbardziej koszerne instytuty opracowania na temat historii Żydów. Oto prezent dla mojej żony.
       Co ona z tego ma? Dokładnie oczywiście nie wiem, bo mnie ani za bardzo nie interesuje czytanie książek, a tym bardziej książek o żydowskich dziejach i żydowskiej kulturze, natomiast z tego, co ona niekiedy mi opowiada, a pewnie najbardziej ze sposobu, w jaki ona komentuje wszelkie związane z tematem dyskusje, jakie mamy w Polsce, wiem, że ona wie. Pojawia się temat, a ona wtedy wykrzywia z pogardą usta i nawet nie podnosząc wzroku, rzuca te dwa czy trzy zdania, które nie dość, że wszystko, co zostało właśnie powiedziane, unieważnia, to w dodatku otwiera nowe przestrzenie. Do dziś na przykład pamiętam, jak ona po przeczytaniu którejś z tych książek, przy jakiejś okazji rzuciła w moją stronę: „Michnik? Nie żartuj. To ma być Żyd? Dam głowę, że jego dziadek przed wojną chodził w chałacie i cuchnął! Ja rozumiem – Beylin. To jest przynajmniej nazwisko. A Michnik? Kupa śmiechu”.
      Przyznam, że obraz, jaki przedstawiła mi moja żona, komentując żydostwo Adama Michnika, obraz owego, niemal jakby żywcem wyjętego z przedwojennych felietonów Wiecha, śmierdzącego czosnkiem plus jeszcze czymś nieokreślonym warszawskiego kupca, wciąż tkwi we mnie, ile razy w naszej przestrzeni społeczno-politycznej pojawia się temat Żydów. I myślę sobie wtedy, że chciałbym bardzo zobaczyć, jak wyglądali i jak żyli nawet nie ci wszyscy Beylinowie, ale Michnikowie właśnie, czy, że znów tu wrócę do poetyki Stefana Wiecheckiego, ów „Bencjon Segał, szef firmy Segon & Son”. Tak chciałbym ich zobaczyć, dotknąć, a być może przy tym nawet poczuć ich duszę.
       I oto, proszę sobie wyobrazić, żona moja przyniosła z biblioteki kolejną książkę, tym razem zatytułowaną „Ostatnie pokolenie: Autobiografie polskiej młodzieży żydowskiej okresu międzywojennego. Ze zbiorów YIVO Institute for Jewish Research w Nowym Jorku”. A zatem coś być może nawet bardziej fascynującego, niż Bencjon Segał i jego wierzyciele, a mianowicie ich dzieci. A więc kto wie, czy nie ci, którzy dziś jeszcze, jeśli tylko udało im się wyrwać z łap śmierci, zadają przed nami szyku.
       Oto pamiętnik, czy raczej zaledwie drobne jego fragmenty, jednego z nich, niejakiego Heńka G.:
      „Urodziłem się w nocy, w ostatnich dniach grudnia 1912 r. Według słów matki noc ta była okropna, zawierucha śnieżna tak szalała na dworzu, że nikt nie zdecydował się nawet pójść po akuszerkę i wszyscy zdali mnie na łaskę i niełaskę losu. Matka przyznała, że nikomu nie zależało wówczas tak bardzo na utrzymaniu mnie przy życiu. Miała już przede mną pięcioro dzieci, a w domu nie było czem zapchać usta. […]
      Matka była krawcową, pracowała dniem i nocą, i z jej zarobku utrzymywała się właściwie cała rodzina. Ojciec bowiem nigdy nie miał stałego zarobku. W okresie gdy ja się urodziłem, ojciec był małamedem, uczył starszych chłopców Tory i Gemary i zarabiał przy tem akurat tyle, co nic. […]
      Lubiłem czytać książki. Czytałem wtedy bardzo dużo rozmaitych książek o różnorodnej treści. Przeczytałem prawie wszystkie książki Karola Maya, Wallace’a, Wellsa i innych. Przeczytałem tez Jana Krzysztofa, co wywarło na mnie bardzo silne wrażenie oraz „Altnajland” Hercla i bardzo dużo broszur rewolucyjnych. Nigdy nie przebierałem książek i wszystko, co mi wpadło do ręki, musiałem przeczytać. […]
      3 maja 1929. Pierwszy raz w życiu, wczoraj wychędożyłem dziewczynę. To było tak. Umówiliśmy się we trójkę, ja, Szmulek i Frania pójść na spacer. Nie mielismy żadnego planu co do Frani, ale Szmulek powiedział, że będzie dobrze (Frania to znajoma Szmulka). Poszliśmy do lasu za drewnianym mostem. Kręciliśmy się tam aż się ściemniało, a potem zaprowadziliśmy Franię w ciemny kąt lasku. Ona sama usiadła, bo powiedziała, że jest zmęczona. Złapaliśmy ją za głowę i nogi i wyciągnęliśmy ją na trawie. Ja usiadłem jej na nogi, a Szmulek zadarł spódnicę, zerwał majtki i zajechał jej na całego! Ona się nie dała i ścisnęła nogi, ale to jej nie pomogło. Jak Szmulek zlazł, to ja na nią wlazłem. Ona się rzucała, ale ja na to nie zważałem i też zajechałem jej. Przyjemnie było.[…]
      24 maja. Dziś cała krew we mnie zawrzała, kiedy egzekutorzy rozłożyli się u nas w mieszkaniu. Przyszło dwóch nażartych chamów i kazali sobie od razu zapłacić 57 zł i 54 grosze. Nie było ani grosza w domu. To oni nie czekali długo i zaczęli wyrzucać wszystko z szafy na podłogę i zabrali zegar. Matka zeszła z łóżka i zaczęła ich prosić, i płakać, żeby nie zrobili śmieci, i wszystkiego, żeby poczekali, to się przyniesie pieniądze, ale oni odepchnęli matkę i powiedzieli, że jeszcze protokół spiszą, że przeszkadza.. Pożyczono 30 złotych i dano mu, ale on krzyknął „nie wezmę” i odrzucił pieniądze. […]
       25 maja. Zwróciłem się do J.K., który jest sekretarzem w Związku Młodzieży Komunistycznej i powiedziałem, że chce przystąpić do „pracy”. […] Chcę walczyć z kapitalizmem, który wydał takich darmozjadów, jak tamci egzekutorzy!
       5 czerwca. Ciągle chodzę na zebrania. Te zebrania są bardzo ciekawe i odbywają się coraz to w innem miejscu, żeby „glina” nas nie złapała. Nie są takie rewolucyjne, jak myślałem. Zapoznałem się z wieloma chłopcami i dziewczętami.
      7 czerwca. Mam kupę książek i broszur do przeczytania, które dostałem w organizacji. […]
      27 lipca. Dziś zapoznałem się z bardzo ładną dziewczyną. Ona jest „a Chawerte” i nazywa się Dorka. Ona mi się bardzo spodobała. Taką ja szukałem.[…]
      16 sierpnia. Zakochałem się w Dorce. Wczoraj byłem u niej w mieszkaniu. Przyniosłem wiśnie i gruszki. Dorka zrobiła kolację. Jak siedzieliśmy i jedliśmy, to nagle objąłem ja i pocałowałem. Ona się nie broniła… Oddała mi się bez słowa. Przespałem noc u niej (pierwszy raz nie byłem w domu na noc).
      17 sierpnia. Praca w organizacji jest bardzo ciekawa.[…]
      23 lutego 1931. Znowu wyciągnąłem pamiętnik, żeby zapisać ważny fakt. Wczoraj byłem w Łazienkach z Lonią i ona sama mi zaproponowała, że jeśli chcę, mogę z nią spółkować. Położyliśmy się na trawie, tam ją wychędożyłem. Ale wśród tego, złapał mnie policjant za kark i podniósł mnie […]. Policjant powiedział, że płacę złotówkę „za obrazę moralności”. Lonia nie przestraszyła się, dała mi 50 groszy i powiedziała, żebym ja też dał 50 gr. I tak zrobiłem. Lonia była potem zadowolona i powiedziała mi, że postąpiliśmy, jak prawdziwi komuniści.[…]
      2 kwietnia 1931. Ładna historia z tą Dorką! Przychodzę do niej i proszę, żeby mi dała małą pożyczkę, a ona daje mi chętnie 15 złotych i prosi, żebym z nią poszedł na spacer, bo ma mi powiedzieć coś bardzo ważnego. Schodzimy i ona mi mówi, że spodziewa się wkrótce mieć dziecko! W pierwszej chwili patrzałem na nią jak na obłąkaną, a ona powiada mi, że już była w tej sprawie u doktora i on jej powiedział, że jest w drugim miesiącu. Potem Dorka powiedziała: „Przecież nie zaprzeczysz, że to dziecko jest z ciebie?”. Powiedziałem, że nie jestem wcale pewny, to ona się rozpłakała i powiedziała, że tylko mnie się oddała. […]
      7 maja 1931. Dorka popełniła samobójstwo! Ja wiedziałem, że ona nie przetrzyma. Czytam w gazecie o tem i czytam nekrolog – i wcale nie przejmuje się, jakbym ja jej nie znał.[…] Czytam tę wzmiankę i nie czuję żadnego wyrzutu sumienia, ani politowania – jakby była zupełnie obca! Ostatni raz widziałem się z Dorką w ogrodzie.
      12 maja 1931. Wszystkie dziewczyny są lekkomyślne i łatwowierne! Byłem z Bronią w kinie. Gdy zgaszono światło, wziąłem jej rękę i wsadziłem ją sobie do kieszeni. Miałem dziurę w kieszeni i Bronia złapała od razu […]. Potem uwiesiła się na mojej szyi i zaczęła mnie całować. Już ja ją wychędożę!
      20 czerwca 1931. Poszedłem razem z bojówką komunistyczną do fabryki pudeł na Dzikiej i pobiliśmy łamistrajków. Przyszła policja i urządziła na nas obławę. Aresztowano 7 osób. Ja się wykręciłem, ale bałem się przez kilka dni wrócić do domu. Nocowałem u Szulema raz i dwa razy u Loni, a potem znowu u Szulema.
      30 czerwca 1931. Lonia wyjechała do Paryża. Przyszła mnie pożegnać i powiedziała, że będzie pisać listy. Ona jedzie do brata, który jest fabrykantem trykotaży i ma dom w Paryżu. […]
      25 lipca 1931. Bronia oddała mi się łatwo u siebie w mieszkaniu.
      2 sierpnia. Z Bronią prowadzę miłość.[…]
      31 sierpnia 1931. Od Loni otrzymałem list. Pisze, że nie może zapomnieć o mnie. Nawet nie odpowiem jej. […]
      2 marca 1932. Napisałem do Loni list, żeby mi przysłała papiery i pieniądze, to do niej pojadę i pobierzemy się.
     14 marca 1932. Byłem dziś na cmentarzu („szłojszem” po ojcu) i spotkałem matkę Dorki i rozmawiałem z nią. Powiedziała, że nie może zapomnieć o jej śmierci; i ze znaleziono list Dorki zaadresowany do mnie, gdzie pisze, że ona mnie jeszcze kocha i żebym o niej nie zapomniał nawet po jej śmierci. Byłem szczęśliwy, jak się już ta stara odczepiła ode mnie! […]
      24 marca. Otrzymałem od Loni 500 złotych (1500 franków) i myślę wyjechać do Paryża…
      Te pieniądze, które otrzymałem od Loni, wydałem na co innego i nie pojechałem do Paryża. Lonia przysłała mi ostry list, gdzie nazywa mnie „oszust i aferzysta”. Hebrajskiego uczyłem się przez cały rok i spodobał mi się. Bronia to naprawdę dobra dziewczyna. Prowadzę z nią dotychczas wolną miłość. Pracuję przy trykotarzu.”
      Uffff! No i wreszcie! I teraz dwie jeszcze refleksje. Pierwsza to taka, że warto by było zadać sobie pytanie, po co nam to wszystko. W jaki sposób tego typu teksty mają nas wzbogacić? Otóż moim zdaniem one nas wzbogacają znacznie bardziej, niż 10 tysięcy antysemickich broszurek wydawanych, tu, tam i wszędzie. Oto mamy bezpośrednią relację z czasów, gdy owo pokolenie, które tak bardzo nam zalazło za skórę, się, że się tak wyrażę, dopiero hartowało. Mogę się oczywiście mylić, natomiast wydaje mi się, że tu właśnie możemy znaleźć nie jedną, nie dwie, ale wiele naprawdę odpowiedzi na dręczące nas pytania.
No i refleksja druga. Po ciężką cholerę organizacja tak z całą pewnością cwana, jak nowojorski Institute for Jewish Reasearch publikuje tekst tak w gruncie rzeczy antysemicki? Otóż mamy i na to pytanie odpowiedź, w dodatku udzieloną przez samych zainteresowanych we wstępie do wspomnień owego Heńka G. Otóż wedle relacji autorów tego opracowania, Heniek to absolutny wyjątek. Heniek to „człowiek pozbawiony idealistycznych złudzeń, który staczał się w stronę społecznego marginesu. [Heniek, choć trudno mu odmówić inteligencji] był zarazem prymitywny, niedojrzały emocjonalnie, brutalny, ogarnięty obsesją seksualną. […] Być może, że działalność w grupie komunistów (do której trafił w sposób raczej przypadkowy) uchroniła go przed całkowitym stoczeniem się do świata przestępczego, ale z drugiej strony nadała jego brutalnym zachowaniom ideologiczne uzasadnienie”.
      A zatem (niesamowite, prawda?) i tu dostajemy odpowiedź na każde nasze pytanie, na każdą naszą wątpliwość. Heniek to wyjątek. Można by wręcz powiedzieć, że klasyczny. Autentyczny klasyk. I to wszystko. Dziękuję.
      No i jeszcze jedna refleksja już dopisana dziś, w tym całym bałaganie, który nas otacza. Czy oni się wstydzą za Heńka? A cóż to za dziwny pomysł, żeby się wstydzić za Heńka? Wstyd jest taki niekoszerny.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Zachęcam najszczerzej.

poniedziałek, 5 lutego 2018

O pilnej potrzebie przeniesienia Auschwitz do Berlina

      Minęło już kilka dobrych dni od czasu, gdy opublikowałem tu tekst, o tyle, moim zdaniem, istotny, że zwracający naszę uwagę na pewien szczególny element awantury rozpętanej przez Izrael i jego sojuszników na całym świecie – w tym, niestety, i w Polsce – a mianowicie na to, że, cokolwiek byśmy powiedzieli na temat Holocaustu, faktem, którego nie zmienimy, jest to, że, dla przeciętnego Żyda, ów Holocaust nieodmiennie kojarzy się z Polską. Ja nie mówię, że przecietny Żyd uważa, że to Polacy, a nie Niemcy, zbudowali krematoria i to Polacy wymordowali te ileś milionów – proszę zwrócić uwagę, że do dziś tak naprawdę nie wiadomo ilu – Żydów, bo większość z nich doskonale wie, że to Niemcy upletli ten sznurek i to Niemcy za niego pociągali. Myślę, że praktycznie każdy Żyd wie, że ich rodziców, dziadków i pradziadków wymordowali Niemcy, a nie Fracuzi, Holendrzy, Wegrzy, czy wreszcie Polacy, tyle że przez pewien rodzaj niezwykle cwanej propagandy, sączonej im w głowy przez lata, oni Holocaust kojarzą nie z Niemcami, ani nawet z Brazylią, czy Paragwajem, lecz z Polską właśnie. A to co ich interesuje, to nie II Wojna Światowa, Trzecia Rzesza, czy nawet Adolf Hitler z jego „Mein Kampf”, lecz ów Holocaust, a który stanowi bardzo jasny i jednoznaczny obraz pociągu, który jedzie przez Polskę, by zawieźć tych wszystkich biednych ludzi do polskiego miasta Oświęcim, by tam ich zagazować. To jest to, co oni wiedzą i ja osobiście nawet bym się nie zdziwił, gdyby się nagle okazało, że wiekszość Żydów na świecie nie wie nawet, że Polska to kraj, który graniczy z Niemcami. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle okazało się, że dla wiekszości z nich Polska to w ogóle nie jest państwo, lecz czysto symboliczne miejsce, jak jakiś Mordor, gdzie nie ma nic poza tym Mordorem i owa świadomość im wystarczy, by mogli zachować to swoje poczucie tożsamości.
      Napisałem tamten tekst, jak sądzę, niezwykle oryginalny i w sposób niezwykle oryginalny pokazujący prawdziwy problem, wobec którego dziś wszyscy stoimy, i mimo upływu już dość długiego czasu, nie udało mi się trafić na komentarz, który by tę moją diagnozę potwierdził, lub choćby na nią zwrócił uwagę. Większość komentatorów, a nie mam tu na myśli głupców i  zdrajców, lecz wyłącznie tych, którzy reprezentują nasz polski interes, skupia się na dwóch kwestiach, czyli przede wszystkim na tej, że Polacy Żydów nie mordowali, lecz, wręcz przeciwnie, ich ratowali, a po drugie na tym, że za tą całą awanturą stoją jakieś żydowskie pretensje do pozostawionego na polskiej ziemi majątku, czyli że, tak naprawdę, chodzi o pieniądze. I to oczywiście jest prawda. Myśmy Żydów nie mordowali ani trochę częściej, niż ktokolwiek inny, a Izrael dziś z całą pewnością interesuje się nami z myślą o tym, ile można by było od nas wyciągnąć, natomiast, moim zdaniem, to w najmniejszym wypadku nie jest kierunek, jakiego powinniśmy się trzymać, z tego prostego powodu, że to że to nie Polacy mordowali Żydów wie każdy, nawet najgłupuszy Żyd na świecie, a na to co sobie różne żydowskie organizacje kalkulują gdy chodzi o pieniądze, nie mamy najmniejszego wpływu poza tym, że zawsze możemy im powiedzieć, że, jeśli mają jakieś problemy finansowe, niech się z nimi zwracają do Niemiec. To jest w końcu bardzo bogaty kraj, a to czego oni się spodziewają dostać, może im zapewnić jeden głupi Bosch, czy Siemens.
      Rzecz polega na czymś zupełnie innym, a mianowicie na tym, by tym durniom wreszcie wbić do głowy, że w latach 1939-1945, a kto wie, czy nie jeszcze znacznie dłużej, Polski jako państwa w ogóle nie było, a na tym terenie panoszyli się na zmianę albo Niemcy, albo Rosjanie plus jacyś najemnicy, którzy Polaków trzymali nieustannie pod groźbą takiej czy innej destrukcji. A jeśli my dziś myslimy o Polsce lat wojennych jako o Polsce, a nie Generalnym Gubernatorstwie, jest to zasługą wyłącznie naszego wyzsanego z mlekiem matki patriotyzmu. Dopóki zatem my będziemy wychodzili z założenia, że jedyne co jest dziś potrzebne temy ogłupiałemu z dobrobytu światu, to jakaś łzawa historia o rodzinie Ulmów, to możemy zapomnieć o tym, że oni cokolwiek z tego co my do nich mówimy zrozumieją.
     Skąd mi przyszło do głowy, żeby w ogóle dziś wracać do tego tematu? Otóż, jak się dowiaduję z Internetu – z tego co wiem, nasza telewizja na ten temat nawet się nie zająknęła – premier Izraela – ten sam, który ostatnio tak bardzo się oburzał tym, że Polska nie pozwala Żydom czcić swojej narodowej pamięci, w czasie przemówienia na Światowym Kongresie Syjonistycznym, powiedział, że Hitler nie planował wcale eksterminacji Żydów, lecz namówił go do tego wielki mufti Jerozolimy Al-Hadżdż Muhammad Amin al-Husajni. A dokładnie było tak:
      „Hitler nie chciał dokonać eksterminacji Żydów, chciał ich wygnać. Al-Husajni pojechał do Hitlera i powiedział: jeśli ich wydalisz, przyjadą do Palestyny. Zapytał wtedy: co więc mam z nimi zrobić? Mufti odpowiedział: spal ich”.
      No i Adolf ich wziął i spalił. Rozumiemy, o co chodzi? Hitler, zdaniem Netanjahu, to był w sumie dobry człowiek i nie miał jakiś szczególnie złych intencji, no ale w swojej naiwności dał się temu Palestyńczykowi przekonać, no i stąd potem trzeba było wybudować w Polsce te komory.
       Z tego co czytam w prawicowych mediach wynika, że cały świat wręcz huczy z oburzenia na słowa Netanjahu, z drugiej strony jednak nie mogę nie zauważyć, że tak naprawdę pies z kulawą nogą się tą wypowiedzią nie przejął, a jeśli ja w ogóle zauważył, to uznał za nieistoną zupełnie część jakiegoś izraelskiego geszeftu, który nie powinien nas interesować, bo to nie jest nasz geszeft, tylko ich, to natomiast co jest ważne, to to, by można było nadal Holocaust kojarzyć z Polską.
     Ja natomiast chciałbym się dziś zastanowić, dlaczego w ogóle Netnajahu powiedział to co powiedział – jak słyszę zresztą, nie po raz pierwszy – bo w to, że to jest taki głupi Bibi, który coś tam od czasu do czasu chlapnie, nie uwierzę. Otóż, moim zdaniem, od pewnego już czasu – i to akurat czujemy pewnie wszyscy – nie tylko Żydom chodzi o to, by Holocaust przestał być kojarzony z Niemcami, a skoro nie z Niemcami, to pozostaje już tylko Polska. Mogłaby być Słowacja, czy Szwecja, czy wspomniany wcześniej Paragwaj, no ale padło na Polskę. Rzecz w tym, żeby z tego interesu wyłączyć Niemcy. Czemu oni to robią, powodów może być znacznie więcej, niż nam się może wydawać, i nie sądzę, byśmy tu mieli cokolwiek do gadania.
      Natomiast – i proszę potraktować to, jako mój wkład w walkę o oczyszczenie polskiej pamięci z tych świństw –  z całą pewnością możemy próbować wyjaśnić światu, że Auschwitz to w ogóle nie jest Polska, a najlepiej zrobić to tak, by rozpocząć już dziś poważne rozmowy z Niemcami na temat przeniesienia całego tego kompleksu z Oświęcimia i Brzezinki do zaproponowanego przez nich dowolnego miejsca na terenie Niemiec. Majdanek możemy im dodać w pakiecie. To jest mniej więcej coś podobnego do ewentualnego zwrotu Polsce tupolewa przez Rosjan. Jestem pewien, że przy dzisiejszych możliwościach to jest jak najbardziej do zrobienia. I myślę że wystarczy parę lat, by owa izraelska młodzież odwiedzająca Auschwitz przyzwyczaiła się do myśli, że kiedy oni będą wyruszać, by oglądać te bloki, będą musieli lądować nie w Krakowie, lecz w Berlinie. Lub w Monachium. To tam chyba znajduje się główna siedziba Siemensa?


Przypominam, że moje książki sa do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Gorąco  zachęcam.

       

niedziela, 4 lutego 2018

Siedem krótkich numerów na zaśnieżoną niedzielę

Ponieważ, gdy chodzi o wydarzenia bieżące, nie przychodzi mi nic do głowy, co by zasługiwało na osobną notkę, pozwolę sobie nieco wcześniej wrzucić kolejną serię krotkich kawałków, jakie zamieszczam od roku w dwutygodniku „Polska Niepodległa”. Mam nadzieję, że będzie dobrze.


Nie wiem, czy to przypadek, czy może zapowiedź kolejnych emocji, ale ostatnie dni obfitują w  taki wysyp naprawdę zabawnych wydarzeń, że doprawdy nie wiadomo, od którego zacząć. No ale nie ma co się dłużej zastanawiać, więc bierzmy wszystko, jak leci. Nawet jeśli ktoś będzie musiał poczekać, to niech wie, ze na niego też przyjdzie kolej. Oto popularny dziennikarz Jacek Żakowski wystąpił w audycji niesławnego radia TOK FM i ogłosił, co następuje: „Jestem w trakcie lektury ‘W pustyni i w puszczy’ z moim dzieckiem. Włosy dęba stają, jak to jest rasistowska książka. I ona inna nie będzie. Strasznie źle napisana. To powinno być w przypisach w wydaniu dla dzieci napisane, że Sienkiewicz był rasistą, ale w tych czasach ludzie jeszcze nie wiedzieli, że to jest złe”. Efektem owej wypowiedzi jest to, że cały świat się dziś z Żakowskiego śmieje, i z powodu tego rasizmu, no a być może przede wszystkim z sugestii, że Sienkiewicz nie umiał pisać, ja natomiast się zastanawiam, jak to się stało, że ów Żakowski, jak informują źródła, dziś człowiek już ponad 60-letni, musiał dopiero na starość spłodzić dziecko, by się dowiedzieć, co to takiego to całe „W pustyni i w puszczy”, a jak już się tego dowiedział, to zwyczajnie zwariował. Czy to możliwe, że oni wszyscy są dokładnie tacy, jak Żakowski, tylko aby się o tym przekonać, trzeba ich najpierw doprowadzić do stanu takiego psychicznego wycieńczenia, że oni staną się jak dzieci. Czy to możliwe, że nie jakieś 500+, ale to właśnie okaże się największym sukcesem rządów Dobrej Zmiany? Że oni wszyscy trafią do Tworek?

***

Pewne jest póki co, że na prostej drodze do tego mitycznego pensjonatu znajduje się inny redaktor, tym razem z przeciwnej strony sceny politycznej, a mianowicie Cezary Gmyz. Otóż wspomniany Gmyz, występując w telewizji TVP Info, ostrzegł telewidzów, by nie dali się zwieść treściom przekazywanym przez takie pisma jak „Warszawska Gazeta”, czy właśnie „Polska Niepodległa”, z tej prostej przyczyny, że owe media zaledwie udają przywiązanie do uniwersalnie akceptowanych wartości, a tak naprawdę reprezentują ruską agenturę. Oczywiście fakt, źe Gmyz, stawiając „Warszawskiej Gazecie” ten zarzut, jednocześnie reprezentuje polityczne środowisko, które od pewnego czasu głosi, że papież Franciszek to Żyd i mason, a od prezydenta Dudy lepszym prezydentem byłby choćby i prezydent Tusk, a premier Szydło to tak naprawdę Żydło, świadczyć może jak najbardziej o tym, że tam faktycznie pod tym sufitem ujawniły się pewne nierówności, z drugiej jednak strony, niewykluczone, że tam się wciąż kalkuluje. Jeśli ma dojść do ostatecznego rozwiązania, to dopiero za chwilę.

***

Oto, proszę sobie wyobrazić, że wedle jak najbardziej oficjalnych danych, wśród wszystkich ogólnopolskich tak zwanych tygodników społeczno-politycznych, gdy chodzi o wysokość sprzedaży, „Warszawska Gazeta” zajmuje piąte miejsce, tuż za czymś co ostatnio działa pod skróconą nazwą „Sieci”, a dalej „Newsweekiem”, „Polityką”, oraz, pozostajacym od wielu lat poza wszelką konkurencją, „Gościem Niedzielnym”. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że daleko za „Warszawską Gazetą” pozostały takie „giganty” prawicowej opinii, jak „Gazeta Polska”, czy „Do Rzeczy”, trudno się dziwić, że towarzystwo reprezentowane tu przez Cezarego Gmyza wpadło w panikę. A zatem faktycznie możliwe jest, że póki co, oni zaledwie składają do kupy te cyferki, a Tworki to dopiero kolejny etap.

***

Daję słowo, że tego nie planowałem, ale wygląda na to, że jeszcze przez chwilę będziemy musieli pozostać na poziomie prostego wariactwa. Oto, jak pewnie dziś już każdy z nas wie, jakiś rok temu, gdzieś w lesie pod Wodzisławiem Śląskim, z okazji urodzin Adolfa Hitlera, spotkała się grupa miejscowych nazistów z zaprzyjaźnionymi dziennkarzami telewizyjnej stacji TVN i wszyscy wspólnie, na tle płonącej swastyki, zeżarli na tę okazję tort. Telwizja TVN następnie zaprezentowała reportaż z owej imprezy i ogłosiła, że jej organizatorami tak naprawdę nie byli oni, lecz sam Jarosław Kaczyński z Patrykiem Jakim. Ja rozumiem, że tu mamy do czynienia z prostą polityką i walką, by nie utonąć, jednak tym razem chciałbym się skupić na tych sześciu realnych jak najbardziej osobach, które przebrały się w mundury SS i śpiewały piosenki na cześć Hitlera. Ci akurat robią wrażenie całkowicie szczerych. Myślę, myślę, myśle… i nic mi nie przychodzi do głowy. Czy to możliwe, że istnieje rodzaj skretynienia, który skomentować potrafią już tylko media i politycy?

***

A jednak okazuje się, że w tym całym szaleństwie można liczyć na głos rozsądku, a on, o dziwo, akurat nadchodzi z najmniej oczekiwanej strony. Otóż występując w telewizji TVN Info, znany nam skądinąd, Wojciech Cejrowski powiedział, że on uważa, że delegalizowanie jakichkolwiek organizacji, w tym faszystowskich, czy komunistycznych, nie ma żadnego sensu, gdyż w momencie wspomnianej delegalizacji, one wszystkie schodzą do podziemia i my o nich nie wiemy praktycznie nic. W Ameryce, jak twierdzi Cejrowski, gdy chodzi o głoszenie poglądów, wszystko jest legalne i w związu z tym każdy wie, kto jest kto, a tym samym wie, co mu z której strony grozi. W Polsce tacy naziści muszą spotykać się gdzieś potajemnie w lesie i cholera wie, kto, jak i do czego ich tam będzie wykorzystywał. Gdyby ich z tymi ich swastykami wypuścić na ulicę – tu wciąż cytuję Cejrowskiego – każdy z nich w jednej chwili dostałby po pysku od przechodzących obok kiboli, obecny ewentualnie w pobliżu dzielnicowy udałby, że niczego nie widział i byłby spokój. Możemy rózne rzeczy mówić o tym pajacu, ale tym razem wydaje się, że trafił w dziesiątkę.

***

Wiele wskazuje na to, że pajac pajacowi nierówny, a żeby się o tym przekonać, wystarczy nam rzucić okiem w kierunku miejsca w którym aktualnie przebywa Daniel Olbrychski, by mieć pewność, że nawet jeśli przyłapiemy go na tym, jak on akurat zaledwie śpi zmordowany ciężkim dniem, zobaczymy w pełenj krasie, jak wygląda człowiek w stanie upadku totalnego. Z tego co wiem, sprawa jest już dość stara, ale ponieważ wciąż robi wrażenie, postanowiłem ją przypomnieć. Oto wspomniany Daniel Olbrychski, poproszony przez portal gazeta.pl, przedstawił swoja opinię na temat Jarosława Kaczyńskiego i zakomunikował mianowicie to, że „Jarosław Kaczyński jawi mi się jako Ryszard III. Tę postać historyczną Szekspir przedstawił w swojej kronice jako istne monstrum! Ryszard według dramaturga przypominał ropuchę albo pająka z wielkim brzuchem: miał ogromne oczy, krótką szyję, włosy rosnące na plecach, garb, skurczone ramię. Nie czuł się w pełni mężczyzną, a skoro nie mógł kochać i być kochany, postanowił knować spiski i czynić złe intrygi”. Tu oczywiście każdy fragment tego obłędu wart jest uwagi, mnie osobiście jednak najbardziej podoba się fragment z owłosionymi plecami. Co do tego, czy Prezes ma owłosione plecy, ani informacji, ani podejrzeń nie mam. Natomiast mam bardzo poważne obawy, że w tym akurat miejscu Daniel Olbrychski jest golusieński jak niemowle, i co gorsza, ma z tego powodu ciężkie kompleksy. Czyżby pozazdrościł swoim kumplom aktorom? Swoją drogą, to byłby figiel, gdyby się okazało, że Olbrychski umrze jako prowincjonalny aktor tylko dlatego, że nie wygladał jak Bruce Willis.

***

A propos artystów wybitnych, jak donosza media, słynny francuski aktor Alain Delon w jednym z niedawnych wywiadów oświadczył, że, choć osobiście wciąż, tak zresztą jak przez całe swoje życie, nie ma pewności, czy jest osobą wierzącą, czy nie, to dla niego pierwszym wzorem na końcówkę życia, której właśnie doświadcza, jest Matka Boska, do której wciąż się modli i prosi ją o wsparcie. Jesteśmy wszyscy wystarczająco duzi i rozsądni, by się nie dać nabierać na jakieś tanie sztuczki, nie zmienia to jednak faktu, że i tak jest to bardzo ciekawe, jak się te losy plotą i jak bardzo w pewnym momencie przestają mieć znaczenie kultury i granice, które je oddzielają.


Zapraszam wszystkich niezmiennie do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia nasze książki. Zachęcam serdecznie.

sobota, 3 lutego 2018

Jak długo można przeżyć bez oddychania i za ile?

       Nie zajmowałem się ostatnio kwestią nie do końca udanej wyprawy na górę o nazwie Naga Parbat, z tego głównie powodu, że ja w ogóle nie bardzo rozumiem, o co tu w tym wszystkim chodzi, a po drugie dlatego, że, z mojego punktu widzenia, są rzeczy dla nas o wiele ważniejsze, niż obsesje parunastu osób. Wczoraj jednak przeglądałem wiadomości na portalu tvn24.p i trafiłem na coś takiego:
      „W niedzielę dwa helikoptery zabrały do Skardu z obozu pierwszego (4850 m) na Nanga Parbat (8126 m) Elisabeth Revol oraz Adama Bieleckiego, Denisa Urubkę, Jarosława Botora i Piotra Tomalę, którzy udali się na akcję ratunkową, by sprowadzić z góry Francuzkę. Polacy musieli z konieczności przebywać w tej pakistańskiej miejscowości, bowiem ze względu na złą pogodę, a głównie silny wiatr w bazie, nie mogli być przetransportowani. W piątek uczestnicy akcji ratunkowej powrócili do bazy pod K2.
    – O godzinie 9.45 naszego czasu do bazy wróciła trójka naszych kolegów, ratowników spod Nangi. Adam, Piotr i Denis czują się dobrze - poinformował Wielicki. Dodał, że z ważnych powodów osobistych musiał wrócić do kraju Botor, ratownik medyczny. –  Czujemy się świetnie. Dziś na szczęście była pogoda umożliwiająca przylot kolegów, ale niestety prognozy są takie, jakie są. Kiedyś były lepsze, teraz się pogorszyły – przyznał rano na antenie TVN24 Wielicki. – W nocy ma się zwiększyć siła wiatru. Niestety, na sześciu tysiącach metrów znowu będzie wiało. Nie wróży to dobrze – podkreślił kierownik narodowej wyprawy na K2”.
       Otóż ja pamiętam, jak to się wszystko zaczęło. Jeszcze w listopadzie czy w grudniu media ogłosiły, że polscy himalaiści będą atakować jakąś górę, tyle że tym razem chodzi o to, by tam wejść w zimie, podczas morderczego zimna i wiatru, najlepiej nocą, no i bez wspomagania tlenowego, a ja już się tylko zastanawiałem, czemu oni do tego wszystkiego nie dodali jeszcze opcji „w stanie upojenia alkoholowego”. W końcu informacja, że polscy alpiniści weszli na najwyższą górę świata w nocy, w mrozie, z ograniczoną możlowiością oddychania, oraz na kompletnej bani, brzmiałaby wyjątkowo ciekawie. 
       A w tej sytuacji ja mam taką refleksję. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, tu niedaleko miejsca gdzie mieszkam, znajduje się tak zwany Park Kościuszki. Park Kościsuszki to – pomijając moje Sławatycze nad Bugiem – miejsce dla mnie kultowe. Od dnia, kiedy pojawiłem się na tym świecie, przez moje dzieciństwo, młodość, ojcostwo, do dziś, kiedy wyprowadzam tam psa mojej córki, Park Kościuszki, to w pewnym sensie moje życie. Załóżmy więc, że ja nagle oszaleję i postanowię, że, z miłości do tego cudownego miejsca, postanowię tam dzień w dzień, z samego rana, zachodzić, a następnie biegać w kółko, najszybciej jak mogę, przez 12 godzin po tych alejkach, aż, kiedy już zacznę umierać z wyczerpania i trzeba będzie po mnie wysyłać karetkę pogotowia, i odwozić do szpitala. No i wyobrażmy sobie, że kiedy już po raz dziesiąty ratownicy medyczni mnie stamtąd wyciągną i z sukcesem podłączą do sprzętu ratującego życie, tak by pozwolić mi bezpiecznie wrócić do mojej dotychczasowej pasji, to ja to co się stało skomentuję słowami: „Czuję się świetnie. Dziś na szczęście na drodze nie było takich korków, by uniemozliwić przyjazd karetki na czas, ale nie było łatwo. Kiedyś było lepiej, teraz się pogorszyło, no bo sami pańswo wiecie, ile teraz wszędzie jest tych samochodów. Obiecuję jednak, że następnym razem postaram się biegać z ustami i nosem zalepionymi specjalną taśmą”.
       Ktoś mi powie, że to jest typowa demagogia, bo himalaizm to nie jest jednostka chorobowa, lecz zwyczajny sport, taki jak choćby skakanie na nartach. Otóż nie. Oczywiście, ja zdaje sobie sprawę z tego, że zawsze i wszędzie jest jakis element ryzyka, ale nie przypominam sobie, by Kamil Stoch – ale przecież nie tylko on, lecz którykolwiek sportowiec, choćby i Robert Kubica – ile razy stawał na starcie ogłaszał, że oto właśnie przyszedł moment, kiedy decyduje się sprawa jego życia i śmierci. Nie umiem sobie przypomnieć żadnej innej dyscypliny sportowej, gdzie główna myśl treningowa sprowadza się do tego, by udało się dokonać czegoś tak szczególnego, czego nikt wcześniej nie przeżył, bez przynajmnijej akcji ratunkowej.  Przepraszam bardzo, ale co byśmy powiedzieli, gdyby nagle Kamil Stoch ogłosił, że, ponieważ mu się dotychczasowy system skakania znudził, on będzie z tych 200 metrów leciał do góry nogami, a w ostatniej chwili spróbuje się przekręcić i wylądować na nogach. A na wypadek, gdy mu coś nie wyszło, on bardzo uprzejmie prosi, by Ministerstwo Sportu sfinansowało mu nastawianie kręgosłupa, bo – sami państwo rozumieją – żona i dzieci potrzebują ojca, a poza tym on by chciał jeszcze sobie poskakać.
      Ja wiem, że ci wszyscy himalaiści to mała – i wcale nie jedyna – grupka w istocie rzeczy ludzi cieżko uzależnionych, a my nie mamy za bardzo sposobu, by im powiedzieć, że jeśli mają ochotę się bawić, niech się bawią na swoją odpowiedzialność i swój koszt. W końcu, gdy człowiek jest chory, czy, tym bardziej, umierający, polskie państwo ma psi – a więc w tym wypadku, konstytucyjny – obowiązek mu pomóc i to niezależnie od tego, czy on popadł w tarapaty przez niefortunny los, czy dlatego, że tarapaty to jego pasja. Jednak sytuacja, w której ci dziwni ludzie nie dość, że aspirują do tego, by się stać bohaterami naszej narodowej i państwowej świadomości, to jeszcze z figlarnym uśmiechem komunikują nam, że „czują się świetnie”, robi wrażenie jakiejś farsy. Tak to się chyba nazywa? Farsa?
      I ja dziś tylko w tej sprawie. Żydzi dziś poradzą sobie bez nas. Goje też.


Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.

piątek, 2 lutego 2018

Być jak towarzysz Targalski

Przedstawiam dziś swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety” i od razu uprzedzam, że jeśli po jego przeczytaniu komuś przyjdzie do głowy zawołać do mnie z satysfakcją „Widzisz?”, to ja odpowiedź mam gotową: „Owszem widzę” i do tego samego zachęcam wszystkch.

   Słynnej książki Kani i Targalskiego o resortowych dzieciach nie przeczytałem, ale miałem ją w ręku i chętnie powiem, czemu ona mi się nie podoba. Otóż jest to książka zła tak samo, jak złe są książki typu: „100 najsławniejszych wampirów”. A one są złe, bo kiedy już przebrniemy przez tytuł i zaczniemy szukać owych wampirów, to okaże się, że ich tak naprawdę było pięcioro, czy sześcioro, a te 250, czy 400 stron druku są wypełnione jakimiś nędznymi insynuacjami, od których można się zanudzić na śmierć.
    I taka dokładnie jest książka duetu Kania – Targalski. Na te 20, 50, czy 70 nazwisk, zainteresować nas mogą trzy, czy cztery, a reszta to jest już tylko sam papier, gdzie jedynym realnym zarzutem pod adresem tych ludzi jest to, że ich ojciec był partyjnym sekretarzem, albo żona urodziła się w Rosji, albo oni sami należeli do PZPR, a cała reszta to czysta retoryka.
      Dlatego też, kiedy w ostatnim numerze „Warszawskiej Gazety”, znalazłem tekst podpisany przez Piotra Strumieńskiego i anonsowany przez Redakcję na pierwszej stronie tytułem: „Tajemnica Czabańskiego” i leadem „Tylko u nas! Szef Rady Mediów narodowych Krzysztof Czabański to resortowe dziecko wychowane w lokalu Służby Bezpieczeństwa”, a następnie zajrzałem do właściwego już tekstu, z prawdziwym bólem stwierdziłem, że to co zrobił Strumieński jest oparte dokładnie na metodzie  znanej z twórczości wspomnianych Targalskiego i Kani. Swoją drogą, ciekawe, że sam autor tego dziwnego tekstu, już na samym początku, jakby autoszyderczo, pisze: „Cofnijmy się głębiej, do rodziców, tak jak uczy towarzysz Jerzy Targalski”.
      Tym razem więc cofa się „towarzysz” Strumieński, i czego się dowiadujemy? Tego mianowicie, że ojciec Czabańskiego był ciężkim alkoholikiem i ubeckim kapusiem, znienawidzonym przez żonę i syna, którzy przy pierwszej okazji go zostawili, a sam Krzysztof Czabański przez pewien czas nawet się do niego nie przyznawał. Co zatem Strumieński ma na młodego Czabańskiego? Przede wszystkim to, że on w młodości był czerwony i należał do partii i dalej nic. Kompletnie nic. Nawet kiedy komentuje jego odejście z PZPR, musi się uciec do bardzo nieczystej manipulacji pisząc: „Z partii Czabański wystąpił dopiero w 1980 roku, kiedy Solidarność była już prężną i ogólnopaństwową organizacją”. A reszta jest jeszcze gorsza, bo tam już tylko Strumieński z niezrozumiałym uporem powtarza przezwisko „Czabanescu”, które nawet nie wiadomo, czy jest prawdziwe, ale za to ładnie sugeruje rzekomą współpracę. „Czabański w aktach inwigilacyjnych SB pojawiał się nader rzadko, ale nie ma śladu żadnej współpracy ze służbami PRL”, pisze Strumieński, a czytelnik może tylko pokiwać w zadumie głową i mruknąć pod nosem: „A to cwaniak z tego Czabanescu”.
      Szkoda bardzo, że taki tekst ukazał się akurat w „Warszawskiej”, zwłaszcza parę dni po tym, jak Cezary Gmyz w TVP Info ostrzegł Polskę, by unikała nas, jak ruskiej zarazy.

Niezmiennie zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są dostepne w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam.

  

czwartek, 1 lutego 2018

Dla mojego serdecznego kumpla, magazyniera Wacka, z wesołym Szalom

      Antypolska histeria – a słowa “histeria” używam tu wyłącznie z wrodzonej dobroci serca, by nie węszyć zwykłej, cynicznej prowokacji – trwa już kilka dobrych dni i to co mnie przez ten czas zadziwiało niemal najbardziej, to to, że z niezrozumiałych dla mnie powodów milczą tak zwane „autorytety”. Każdy kto choćby pobieżnie śledzi naszą scenę publiczną, zdążył z pewnością zaobserwować, że każdemu tego rodzaju wybuchowi towarzyszy nieodmiennie reakcja w postaci listu otwartego podpisanego przez osoby o powszechnie znanych nazwiskach – pisarzy, aktorów, piosenkarzy, dziennikarzy, profesorów uniwersytetów. Nastawiałem więc przez jakiś czas ucha, w pewnym momencie nawet już traciłem nadzieję, że tradycji stanie się zadość, jednak w końcu się doczekałem. Oto media opublikowały otwarty apel do polskich władz o „uciszenie emocji” i „wycofanie się” z zapisów nowelizacji ustawy o IPN-ie. „Nie tędy droga do odzyskania zbiorowej godności”, czytamy w apelu. „I nie wszystko stracone. Ustawodawca może jeszcze się cofnąć, o co gorąco apelujemy”.
       I tu muszę przyznać się do pewnej nieuczciwości. Poza tymi paroma zdaniami i jeszcze jednym fragmentem, o którym za chwilę, ja owego apelu nie czytałem, z tego wstydliwego powodu, że mi się nie chciało. Nie znam nawet pełnej listy osób, które się pod tym podpisały, wiem natomiast, że, wśród wielu innych, są tam, w kolejności alfabetycznej: Anne Applebaum, Barbara Engelking, Jan Tomasz Gross, Jan Hartman, Agnieszka Holland, Krystyna Janda, Aleksander Kwaśniewski, Andrzej Rzepliński, Radosław Sikorski, Aleksander Smolar, Kazimiera Szczuka, Paweł Śpiewak, Róża Thun, Olga Tokarczuk, Grzegorz Turnau, oraz – last but not least – Jacek Żakowski (to ten od „W pustyni i w puszczy”).
      I oto, proszę sobie wyobrazić, owa wesoła gromadka w swoim apelu napisała coś takiego:
      „Dlaczego dyskusja o faktach historycznych ma toczyć się w asyście prokuratury i sądu? Dlaczego ofiary i świadkowie Zagłady mają ważyć słowa, by nie podpaść organom ścigania i czy będzie odtąd czynem karalnym świadectwo ocalałego Żyda, który 'bał się Polaków?' Dlaczego mamy spierać się nie na argumenty, lecz na paragrafy? Czy byłby to, zważmy, zakaz symetryczny do zakazu kłamstwa oświęcimskiego? I skąd taryfa ulgowa dla wybranych zawodów - dlaczego za 'antypolskie' opinie nie będą ścigani jedynie uczeni i artyści? A dziennikarze? A nauczyciele? Gdzie ma leżeć granica między tolerowaną nauką i sztuką a karalną publicystyką i kto ustalałby 'fakty', którym nie wolno się sprzeciwić?"
      Otóż pragnę oświadczyć, że tu akurat w całości popieram stanowisko naszych autorytetów. Podobnie jak oni, uważam, że w tym akurat fragmencie ów rządowy projekt jest wyjątkowo nieudany i że rażącą niesprawiedliwością jest to, by, wedle zapisów znowelizowanej ustawy, ktokolwiek był traktowany w sposób szczególny, a zwłaszcza artyści i naukowcy. Oni również, jeśli tylko im przyjdzie do głowy oskarżać Polskę, czy Polski Naród o współudział w Zagładzie, czy to w formie kolorowego obrazka, wierszyka, teatrzyku, czy naukowej pogadanki, powinni w jednej chwili zostać wzięci za mordę i postawieni przed sądem. Podobnie jak dziennikarze, nauczyciele, politycy i każda inna osoba, włącznie z jakimś zaprutym menelem na Dworcu Centralnym w Warszawie.  
       A zatem przyłączam się do powyższego apelu i sugeruję, by jak najszybciej wprowadzić odpowiednie zmiany do procedowanej właśnie nowelizacji i wycofać z niego w całości paragraf 3 artykułu 55a, w taki sposób, by w momencie, gdy Aleksander Kwaśniewski, wygłaszając swoje opinie w telewizji TVN24, Agnieszka Holland, realizując swój kolejny film, Róża Thun, udzielając wywiadu którejś z niemiecki stacji telewizyjnych, Grzegorz Turnau, pisząc swoją nową piosenkę, czy Olga Tokarczuk, pracując nad swoją najnowszą powieścią, a Paweł Śpiewak, prowadząc swoje naukowe badania na temat polskiego antysemityzmu, bardzo uważali na to, co piszą, bo nie znają dnia ani godziny. A jeśli im tak bardzo zależy, by pozostać intelektualistami reprezentującymi niezależną, i, jak najbardziej, bezkompromisową myśl, skupili się nad rozwiązaniem kwestii, która od wieków dręczy już naprawdę cały świat, a mianowicie, jak to jest, że gdziekolwiek pojawi się jakiś Żyd, wszyscy dookoła zaczynają robić znaczące miny. I czy przypadkiem nie jest tak, że to, iż Żydzi musieli w pewnym momencie przejśc przez piekło Holocaustu nie jest przypadkiem ich osobistą zasługą.

Powyższy tekst został napisany na zamówienie i z inspiracji mojego kolegi Wacka Grzybowskiego z Opola. Nie zmienia to jednak faktu, że tak jak dotychczas zachęcam do kupowania moich książek. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, są one do kupienia w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie. 



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...