piątek, 13 sierpnia 2010

Gdy Niebo zamilkło

Właśnie w telewizorze występuje tzw. "ojciec Zięba". Szkoda że Państwo tego nie widzą! Wygląda pięknie! Jak jakiś co najmniej Brad Pitt. Ta marynarka! Ta koszula zawadiacko rozpięta pod szyją! Te super okulary pięknie podniesione na czoło! A obok mistrz Wajda...
Tylko ten pot, cholera. Trochę za bardzo się o. Zięba poci. Ciekawe, skąd ten pot? Czyżby tam nie było klimatyzacji? Wajda jednak suchy.
Najmłodsza Toyahówna właśnie spytała: „A on ma żonę?” Głupie to moje dziecko. Skąd Dominikanin może mieć żonę? Następne pytanie już było sensowniejsze. „Ciekawe, jaki on ma samochód?”
Tak czy inaczej, ja bym temu biednemu księdzu majorowi, o którym nam troszeczkę wczoraj napisał nasz dobry ksiądz Don Paddington, jednak wybaczył. Ja bym mu wybaczył.
A skoro już wspominałem Księdza, to pozwolę sobie tu przytoczyć jego komentarz, jeszcze z Salonu. Jeden z wielkich komentarzy naszego Don Paddingtona:
„Jest w Apokalipsie tekst, który mówi o otwieraniu przez Baranka siedmiu pieczęci. Obraz ten najczęściej jest interpretowany, jako ujawnienie sensu dziejów – sensu, który dopiero dzięki Chrystusowi staje się zrozumiały.
I przy siódmej pieczęci, czytamy co następuje:
’A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny’ (Ap 8,1.)
Cisza w niebie, by lepiej się wsłuchać w płynące z ziemi modlitwy. Cisza przed burzą. Pełne napięcia oczekiwanie na interwencję Bożą…”
I już ani słowa.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Gdy kłamstwo zostało poświęcone

Uroczyste wmurowanie, a następnie odsłonięcie tablicy na Krakowskim Przedmieściu, transmitowane przez telewizję, było widowiskiem tak porażającym i budzącym tak wiele refleksji, że nie widzę tu sposobu, żeby je tu w jakikolwiek sposób komentować. Kiedy słucham zresztą wypowiedzi właściwie wszystkich osób, proszonych o opinię na ten temat, widzę wyraźnie, że moja bezradność w tej sytuacji nie jest niczym szczególnym. Wygląda bowiem na to, że oto została przekroczona kolejna granica i dopiero teraz widać, jak to co dotychczas wydawało się być końcem szaleństwa, możliwe, że niedługo okaże się zaledwie jego początkiem.
Oglądam dziś wciąż powtarzane od początku ujęcia, najpierw przez tę szparę w parawanie, robotników przybijających tablicę do ściany budynku, a później tę niezwykłą uroczystość, gdzie są i wyprostowani żołnierze i kwiaty, i wieniec, i świece, i dźwięk trąbki… no i oczywiście tych dwóch urzędników w garniturach – uroczystość przeprowadzoną w sposób tak niesłychanie karykaturalny, że można by pomyśleć, że to co oglądamy, to nie jest prawda, lecz jakiś performance, lub zwykła uliczna prowokacja – i czuję jak po raz pierwszy w życiu jestem aż tak intelektualnie bezradny. Chcę coś powiedzieć i czuję pustkę, a ona narasta tym bardziej, im bardziej zaczynam przewidywać dalszy rozwój wypadków. Ale o tym bardziej nie jestem w stanie mówić. Myślę, że to jest to samo uczucie, jakie ma normalny człowiek, gdy czyta, lub ogląda jakieś stare obrazy pokazujące dawne procesy polityczne, kiedy to z godziny na godziny zwoływano jakieś sądy, powoływano z jednej strony prokuratorów, z drugiej strony obrońców, następnie wydawano wyrok, chwile później strzelano, i sprawa była zamykana. Ta bezradność, mam wrażenie, to jest dokładnie to samo wobec czego stał wówczas tamta myśl.
Jest jednak coś, o czym chcę powiedzieć i wydaje mi się, że powiedzieć powinienem. Przy tym wieńcu, tych świeczkach, obok tych dwóch przedziwnych urzędników pojawił się też ksiądz. Prawdziwy katolicki ksiądz w stroju liturgicznym i z kropidłem. I kiedy to kłamstwo już się dokonało, i to dokonało w tym szczególnym wymiarze, o jakim pisałem, podszedł ów ksiądz do tej tablicy i ją poświęcił. Uniósł to kropidło i ją poświęcił. Tym samym, w imieniu naszego Kościoła, pobłogosławił to kłamstwo. To ujęcie było już dziś pokazane wielokrotnie, i, jestem pewien, pokazane zostało przede wszystkim ku satysfakcji tego zła, które tam się chwilę wczeniej dokonało. Sylwetka tego księdza pozostanie z nami na długo i w każdej kolejnej chwili będzie nam zadawała niewysłowiony ból. I tego bólu nie przebije nawet nasza zbyt niestety dobra wiedza o wszystkich tych przypadkach profanacji znaku krzyża, dokonywanej to tu to tam przez znanych nam i nieznanych księży, ani kolejna demonstracja tamtych dyskotekowiczów pod tym biednym, opuszczonym przez biskupów krzyżem, ani nawet kolejne wystąpienie Janusza Palikota, które z całą pewnością jest już pisane. Wystąpienie z całą pewnością na tyle szokujące, by mogło skutecznie z przestrzeni medialnej usunąć to dzisiejsze, w końcu wizerunkowo nie najszczęśliwsze, wydarzenie.
A więc z tym zostaniemy – z jednej strony z kolejnym ciosem w biedne, zdemolowane ciało Lecha Kaczyńskiego, a drugiej z obrazem tego księdza z kropidłem. I to już jest wiadomość autentycznie ponura.

środa, 11 sierpnia 2010

Apel

Jako porządny obywatel, któremu na sercu leży dobro tego kraju, ze wstydem przyznaję, że kiedy jeszcze w kampanii wyborczej, mądrzy ludzie zwracali uwagę obywatelowi Kaczyńskiemu Jarosławowi, żeby wykazał więcej szacunku dla pamięci swojego zmarłego brata i nie wykorzystywał jego śmierci do doraźnej polityki, czułem się trochę nieswojo. Wydawało mi się – dziś widzę, jak głupio – że jest coś niestosownego w tym, żeby osoby publiczne, jak najbardziej publicznie, wypowiadały się w kwestiach tak bardzo osobistych i tak akurat delikatnych. Miałem wrażenie, że co jak co, ale sprawa relacji między obywatelem Kaczyńskim Jarosławem, a pamięcią jaką on w sobie trzyma po zmarłym bracie nie jest niczyim interesem, jak tylko jego – Kaczyńskiego Jarosława, i być może jeszcze jego matki.
Dziś okazuje się, że stosunek obywatela Kaczyńskiego Jarosława do osób mu najbliższych – jednocześnie bardzo bezbronnych – wymaga jednak radykalnego zaangażowania ze strony ludzi światłych i odpowiedzialnych. Nie może być bowiem tak, że kiedy już obywatel Kaczyński Jarosław zszargał w tak bezwzględny sposób pamięć swojego brata, może się bezkarnie brać za swoją matkę, która, jak wszyscy wiemy, jest osoba starą, chorą, a więc nie odpowiadającą za siebie, a co może świadczyć o tym, że stanowi tym samym bezbronną ofiarę w rękach tego niedobrego człowieka. Nie udało się naszym autorytetom ochronić wspomnienia po zmarłym prezydencie Kaczyńskim, nie udało nam się oszczędzić jego pamięci przed podłymi zakusami jego brata, powinniśmy więc tym bardziej zdecydowanie robić wszystko, by chronić obywatelkę Kaczyńską Jadwigę przed jej wyrodnym synem. Wiem, że być może należałoby ją od niego odseparować, wysyłając ją w jakieś przyjemne miejsce, gdzie zostaną otoczona ludźmi dobrymi i wrażliwymi. Zdaję sobie też jednak sprawę z tego, że prezydentura naszego dobrodzieja, wielmożnego pana Bronisława Komorowskiego dopiero się zaczęła, więc pewne ruchy są wciąż jeszcze niemożliwe do wykonania. A więc póki co, pozostaje nam walka słowem.
Powinniśmy podjąć działania zanim będzie za późno. I nie chodzi tu tak naprawdę ani najbardziej o świętej pamięci obywatela Kaczyńskiego Lecha, czy obywatelkę Kaczyńską Jadwigę, ale o ludzi, którzy są równie mocno narażeni na zły wpływ tego niedobrego człowieka, a póki co dzielnie się bronią i zachowują honor. Mam tu na myśli trzech wybitnych przedstawicieli polskiej polityki – i nie tylko – takich jak (wymieniam w kolejności alfabetycznej): obywatel Bartoszewski Władysław, obywatel Kutz Kazimierz i wreszcie obywatel Mazowiecki Tadeusz. Każdy z wymienionych jest już osobą bardzo starą, według moich obserwacji, schorowaną zarówno fizycznie jak i psychicznie, a także – co tu może najważniejsze – bardzo podatną na wszelkiego rodzaju manipulacje i próby wykorzystania w bieżących rozgrywkach politycznych. Jak mówię, dziś wszyscy trzej panowie są pod dobra i staranną opieką ludzi, którzy wiedzą co dla nich dobre, a co złe, i z całą pewnością nie spotka ich z tej strony żadna krzywda. Natomiast należy brać pod uwagę, że obywatel Kaczyński może uznać, że brat i matka mu nie wystarczą i weźmie się w sposób cyniczny i bezwzględny za innych, w tym wypadku za osoby choć fizycznie i psychicznie ubezwłasnowolnione, to przecież bardzo wybitne i aktualnie bardzo temu krajowi potrzebne.
Brońmy więc naszych trzech wybitnych starców przed zakusami podłych polityków. Oni są nasi! Chrońmy ich jak relikwie! Nie grajmy ludźmi! Precz z wściekłą obłudą!
Z poważaniem,
Andrzej z Działdowa

O Polsce ukrzyżowanej

Jak niektórzy wiedzą, mieszkam w Katowicach. Katowice – bez dzielnic, które lubią się czuć jako osobne jednostki – wbrew pozorom, nie są bardzo dużym miastem, więc właściwie, żeby przejść z jednego końca na drugi, wystarczy wykonać dłuższy spacer… i już. Sam mieszkam w samym środku, więc mam wszędzie równie daleko, czy równie blisko. Żeby dojść do krzyża przy Kopalni Wujek, wystarczy może dwadzieścia minut. Zachodzę tam czasami. Po co? Po nic. Tam nic nie ma. Zwykła kopalnia, zwykły śląski krajobraz i nawet ten krzyż, który tam stoi, nie jest jakoś szczególnie interesujący. Można się przyzwyczaić.
Myślę, że lepiej lub gorzej wszyscy mniej więcej wiedzą, jak wygląda krzyż na Wujku. Pokazywano go tyle razy w telewizji, że każdy jakoś tam sobie potrafi wyrobić opinię na ten temat. Mam natomiast przekonanie, że większość z tych osób nie wie, że w architekturę tego głównego krzyża wkomponowany jest – na samej górze – z dołu ledwo widoczny, oryginalny, drewniany krzyż, który tam stał kiedyś, jeszcze za PRL-u. Nie będę tu opisywał całej tej historii. Jak ktoś będzie chciał, to sobie znajdzie, a poza tym historia tu akurat nie ma znaczenia. To co się liczy to fakt, że tam są dwa krzyże – jeden duży, główny, i drugi mniejszy, drewniany, pamiątkowy – i że one sobie tam stoją wystarczająco długo, żeby się wtopić w krajobraz Katowic i żeby tak naprawdę pies z kulawą nogą się nimi nie zajmował. Przykro to mówić, ale to jest fakt. Ten krzyż obok Kopalni Wujek jest równie fascynujący dla większości mieszkańców Katowic, jak Katedra, czy Wieża Spadochronowa. To jest w tej chwili już tylko pejzaż.
Czy to możliwe, że ktoś nie wie, o czym ja mówię? Chyba nie, ale na wszelki wypadek przypomnę. Ten krzyż tam stoi dla upamiętnienia pewnego wydarzenia z roku 1981, kiedy to państwowe oddziały milicji, na rozkaz odpowiednich urzędników, rozstrzelały kilku górników. Myślę, że jest to równie dobre miejsce, jak każde inne, żeby wspomnieć, że ci którzy strzelali i ci, którzy strzelać kazali, wciąż żyją wśród nas i maja się całkiem nieźle. A nawet jeśli przyjąć, że coś im tam dolega, to z całą pewnością nie jest to sumienie. Stoi więc sobie tam ten krzyż – a ściślej dwa krzyże – i próbują wykrzyczeć pamięć o tamtych górnikach. Na ogół bezskutecznie. Jak już mówiłem – można się przyzwyczaić.
O ile sobie przypominam, jedyny okres, kiedy ów krajobraz budził jakiekolwiek obiekcje, to był okres PRL-u. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek od roku 1990 ktokolwiek miał jakieś wątpliwości co do prawomocności istnienia tego krzyża. Powiem więcej, o ile mnie pamięć nie myli, poza bardzo wczesnym przypadkiem zbezczeszczenia krzyża przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, ten mały, drewniany krzyż stał tam sobie względnie bezpiecznie przez całą końcówkę PRL-u, i nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby go stamtąd zabierać, lub go niszczyć, a co dopiero wyjaśniać jego prawomocność od strony teologicznej. Nawet później, przez całe lata 90-te, kiedy drewniany krzyż stał się już częścią całej, nowej struktury, nie słyszałem jednej opinii, czy to ze strony polskiej tak zwanej lewicy, czy ze strony Kościoła, że tu jest coś nie tak.
Polska to kraj krzyży. Jest to fakt tak oczywisty, że każdy kto chce go kwestionować musi zostać uznany za idiotę lub prowokatora. I nie chodzi mi tylko ów ludowy aspekt tego kultu, który polega na tym, że ludzie stawiają krzyże przy drogach, na polach i w swoich ogrodach. Prawdą jest, że krzyże powstają wszędzie, gdzie pojawia się potrzeba upamiętnienia jakiegokolwiek zdarzenia z punktu widzenia narodowej świadomości ważnego. Niektórym może się to wydać niemądre i dziwne, ale tak to już jest, że nasza wyobraźnia w pewnych sytuacjach nie jest w stanie sięgnąć dalej, niż poza ten krzyż. A zatem one stoją wszędzie. Taka jest Polska. Bociany, krzyże, wierzby, kościoły, a nawet owi pijani ‘ziutkowie’ pod kościołami.
I oto przyszedł moment, kiedy jeden element z tego wszystkiego został publicznie zakwestionowany – krzyż. Został on odrzucony nie przez radykalną lewicę, czy przez jakieś grupy wolnomyślicieli, ani nawet przez zwykłych wariatów. Krzyż został zaatakowany przez najbardziej oficjalną władzę państwową, przez jak najbardziej publiczne media i przez bardzo znaczną część opinii publicznej. Dlaczego? Z jednego prostego powodu. Ów krzyż stał się, całkowicie nie ze swojej winy, ani tym bardziej z winy jego obrońców, elementem doraźnej polityki. Polityki bezwzględnej, bezlitosnej, można powiedzieć polityki nowego typu, gdzie nie ma znaczenia już nic. Zero. Nic. A mówię tu o polityce znacznie bardziej szczególnej niż wszystko, z czym mieliśmy do czynienia choćby przez całe lata owego, wciąż jeszcze dość jasno wspominanego, PRL-u. Bo nawet wtedy nikomu nie przyszło do głowy, żeby dyskutować ten polski kult krzyża na poziomie teologicznym, ale również społecznym. Jedyne ekscesy, z jakimi mieliśmy do czynienia, to dziwne wybryki dziwnych, nadgorliwych pułkowników SB.
Dziś oglądam telewizję, a w niej jakiegoś młodego komunistę Galbę, czy Gołbę, dziennikarza Szostkiewicza – tego samego co swego czasu cieszył się publicznie, że Benedykt XVI jest stary i niedługo umrze, a dziś już został wyparty z branży przez niejakiego Hołownię – i pewnego znanego już powszechnie Dominikanina, którzy wszyscy, zgodnie jak jeden mąż, informują, że krzyż smoleński na Krakowskim Przedmieściu powinien zostać usunięty i to usunięty jak najszybciej. A ja jestem bardzo ciekawy, cóż to się stało, że oni tak się zjednoczyli. Dlaczego oni poczuli się tak szczególnie? Otóż wiem, co mówią oni sami. Że dla nich podstawową troską jest albo to, by Krzyż nie był wykorzystywany politycznie, albo to, by nie był orężem w wojnie jaką Kościół toczy przeciwko niewierzącym, lub wreszcie, żeby nie był bezczeszczony wbrew dobrym uczuciom ludzi nowocześnie pobożnych.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że zarówno krzyż przy Kopalni Wujek, jak i ten w Poznaniu, jak i tamten w Gdańsku, jak i cała seria najprzeróżniejszych krzyży, w tym ten dzisiejszy krzyż na Krakowskim Przedmieściu, nie były stawiane, ani też nie były później wielbione przez ludzi pobożnych ze względów politycznych, czy jakichkolwiek innych, poza czysto-religijnymi. One nigdy, ani przez ułamek chwili, nie były wykorzystywane w celach innych jak tylko religijnych. One były tam stawiane, a później stały tam jako znak zawierzenia i znak pamięci, wyłącznie dlatego, że nasz naród nigdy nie znał innych sposobów wyrażenia owego zawierzenia i owej pamięci, jak poprzez krzyż. I ten fakt był przez całe dekady akceptowany jako coś jak najbardziej oczywistego. A jeśli dziś jest traktowany w sposób tak brutalny, przy tak straszliwej agresji kłamstwa i nienawiści, to właśnie dlatego, że System uznał, że można by go wykorzystać właśnie dla polityki. A więc to nie dzisiejsi obrońcy krzyża – ani ci którzy go tam stawiali, ani ci co go teraz nie pozwalają zabrać – profanują ten krzyż dla polityki, ale ci wszyscy, którzy najpierw sprawili, ze ten krzyż się stał problem, a dziś krzyczą coś albo na temat Konstytucji, albo na temat grzechu. To nie ci, którzy klęczą przed tym krzyżem i modlą się o to by Dobry Bóg zechciał spojrzeć na Swój lud, chcą polityki, ale ci wszyscy, którzy uznali, ze ten krzyż stanowi zagrożenie dla władzy, którą oni tak pokochali i która zapewnia im codzienne bezpieczeństwo. To wreszcie nie ci rozmodleni ludzie pod krzyżem zostali uwiedzeni przez politykę, ale ci księża, którzy zgodzili się swój Kościół zlicytować na rzecz bieżących interesów i doraźnego strachu.
Ktoś mnie zapyta o ludzi przychodzących pod ten krzyż każdej nocy, a nad ranem wracających do swoich domów. O tych wszystkich ludzi, którzy przychodzą tam gdy zapada zmrok, śpiewają szydercze piosenki i wykonują niewybredne gesty. Kim są oni? Czy oni może też stanowią część Systemu? Czy może oni za te nieprzespane noce dostają pieniądze? Niekoniecznie. Kiedyś tak by może było. Dziś, w świecie wolnej myśli i bezkarnej ekspresji poglądów, stary leninowski plan wykorzystania „pożytecznych idiotów” może być wcielany w życie na wszystkich poziomach. Oglądałem niedawno w Internecie wykład jakiegoś ruskiego specjalisty z KGB od społecznej manipulacji. Powiedział on, że dziś, jak idzie o podsłuchy i mordercze szpilki, te wszystkie grepsy a la Bond, to zaledwie 15 procent całej działalności agentury KGB. 85 procent to działania czysto propagandowe, nastawione na zmienianie świadomości i zachowań społeczeństw. Przerażający jest ten wykład. Nie dam Wam linka, bo jesteśmy w nastroju modlitewnym i nie ma tu miejsca na straszenie. Ale tak to właśnie jest. Oni są już po tamtej stronie. Działają na gwizdek. Nawet nie szczególnie głośny. Może być nawet zwykły syk.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Nie przemogą

Wczorajszonocny festyn, jaki sobie urządziła Ciemność pod Pałacem Prezydenckim, sam w sobie był wydarzeniem interesującym. Kiedy obserwowałem ten parotysięczny tłum ludzi skandujący odpowiednie hasła wokół tego niewielkiego w końcu, drewnianego krzyża i tej niemal niewidocznej z góry grupki jego obrońców, pomyślałem sobie, że gdyby trzeba było na ten temat stworzyć jakieś bardzo symboliczne dzieło, naprawdę trudno byłoby znaleźć coś bardziej przejmującego, niż ten właśnie obraz. Telewizja pokazywała z góry tłum, tworzący ów przedziwny krąg wokół tego krzyża i tych niewidocznych ludzi, a mi się przypominały najpiękniejsze dzieła światowego religijnego malarstwa, jak choćby Pejzaż zimowy Caspara Friedricha, gdzie te trzy plany, a więc ten modlący się kaleka, ten krzyż, a nad nimi, w tej zimowej mgle, ten wielki kościół tworzą najprawdziwszą oś tego świata, który został nam dany i który już zawsze będziemy mieli prawo traktować jak swój. Oczywiście, gdyby ktoś chciał namalować ów czarny krąg co się minionej nocy utworzył na Krakowskim Przedmieściu, nie powstało by z tego dzieło nawet w przybliżeniu tak wielkie. W końcu czasy są zupełnie inne, ani więc tak piękne ani wzruszające, więc ewentualnie mógłby z tego powstać co najwyżej jakiś multimedialny pokaz, a nie piękny obraz. Mimo to – powtarzam – symbolika tego zdarzenia była niemal równie porażająca.
I mógłbym właściwie na tym te moje dzisiejsze refleksje zakończyć, ale muszę powiedzieć coś więcej. Coś co to kłamstwo, którym zostaliśmy opleceni, tak idealnie obnaża i właściwie ostatecznie ośmiesza, a tym samym pokazuje, że słowa Jezusa o piekielnych bramach, które wobec tej skały pozostaną na zawsze bezradne, były jak najbardziej kierowane do nas, tu i dzisiaj. Początek relacji z demonstracji przeciwko Krzyżowi oglądałem w telewizji TVN24 i muszę się przyznać od razu do pewnej intelektualnej porażki. Otóż widząc, jak TVN pokazuje to co się dzieje przed Pałacem wyłącznie z jednej, umieszczonej gdzieś na dachu, kamery, uznałem, że im się coś popsuło. Że telewizja tak profesjonalnie zorganizowana jak TVN nie może sobie pozwolić na takie amatorstwo. Że oni musieli albo tam przyjść za późno, albo za późno dostali akredytację, albo może nawaliły im kamery, które stały na miejscu. Że, ogólnie rzecz biorąc, coś im nie wyszło. Dopiero jak zostałem wyśmiany przez moje dzieci, które mi wyjaśniły, że takie przypadki się nie dzieją, a to co widzę, to nie przyczyna, lecz cel, zrozumiałem, jak daleko to wszystko już zaszło. Zrozumiałem, że te powtarzane przez reporterów TVN-u trzy zdania na krzyż, o tym, że zagraniczni turyści wciąż ich pytają, o co chodzi, a oni nie potrafią im odpowiedzieć, że protestujący są spokojni i radośni i że obrońcy krzyża albo się modlą, albo rzucają w stronę tłumu wrogie okrzyki, i ten jeden obraz tłumu otaczającego krzyż stanowią jeden przekaz, w którym nie ma miejsca na jakiekolwiek zbliżenia.
Czerwieniąc się ze wstydu, pomyślałem sobie jednak, że oni naprawdę nie mieli wyjścia. Bo gdyby, podobnie jak Polsat, czy TVN Info, zdecydowali się na pokazanie tych twarzy, tych transparentów, i na nagłośnienie tych okrzyków, wprawdzie uniknęliby ukazania owej tryumfującej symboliki, która ostatecznie musiała wypełnić ten obraz, ale za to pokazaliby szczegół, który wcale nie wiadomo czy nie byłby równie bogaty symbolicznie, a może i nawet bardziej wymowny. A więc stało się tak, że trzy telewizje w gruncie rzeczy tak się ze sobą – jak to ładnie określił Norwid – „pojednały”, że w efekcie dały nam obraz najpełniejszy. Bo tak to już jest, że prawda o Krzyżu jest widoczna wszędzie. I w planie najbardziej szerokim, gdzie możemy dojrzeć cały boski kontekst naszego życia, jak i też w każdym zbliżeniu ludzkich twarzy i ludzkich oczu i w słowach przez nas wypowiadanych. I tej prawdy, jak już zostało powiedziane, bramy piekielne nie przemogą. Ani bramy piekielne, ani tym bardziej paru dobrze wykształconych kłamców w garniturach.
Popatrzmy więc sobie na Friedricha:

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Jeszcze Norwid

"Ogromne wojska, bitne generały,
Policje - tajne, widne i dwu-płciowe -
Przeciwko komuż tak się pojednały?
- Przeciwko kilku myślom... co nienowe!"
Dobrej nocy.
I Wam, i im - ludziom spod krzyża.

O potędze oryginału - refleksja optymistyczna

Oglądam w telewizji obrazki z kolejnych już powodzi, i w głowie mam wciąż niedawną wypowiedź Tadeusza Mazowieckiego o tym, że Donald Tusk powinien wszystko to, czym się standardowo zajmuje każdy rząd, zawiesić na kołku, i skupić się na wojnie z Prawem i Sprawiedliwością. Pisałem tu niedawno, że, jak się zdaje, za tą wypowiedzią musi stać bardzo silne przekonanie Mazowieckiego, że państwo tak czy inaczej jakoś funkcjonować będzie, i siłą rozpędu i staraniem lokalnych urzędników, natomiast to co się w tej chwili liczy najbardziej, to jest zachowanie władzy, a walka o to powinna być pierwszym obowiązkiem reżimu. Myślę sobie o tej niezwykłej wypowiedzi i odnoszę wrażenie, że ona w gruncie rzeczy ani przez chwilę nie była nikomu do niczego potrzebna, a już zwłaszcza tym do których była w pierwszym rzędzie adresowana. Jest bowiem tak, że od samego początku rząd Donalda Tuska zajmuje się wyłącznie prowadzeniem kompleksowych starań właśnie o to, by każdy kolejny dzień pozwolił mu zachować władzę, i to nie przez tak zwane dobre rządzenie, ale przez utrzymywanie społeczeństwa w przekonaniu, że jedyne co Polsce jest w tej chwili potrzebne, to z jednej strony strach przed najgorszym, a z drugiej pragnienie stabilizacji.
Też niedawno zwróciłem uwagę na to niezwykłe podobieństwo planu, jaki w sposób oczywisty konstytuuje działania rządu Donalda Tuska do sytuacji opisanej przez Orwella w jego powieści Rok 1984. Jeśli ktoś akurat nie wie, o czym mówię, to wyjaśniam. Tam akurat szło o to, że władza obmyśliła sobie, że dla bezpiecznego i skutecznego kontrolowania społeczeństwa, trzeba temu społeczeństwu wmówić, że kraj znajduje się w stanie ciągłej wojny. I że choć tej wojny tak na co dzień nie widać, bo władza stara się, by ludzie mieli maksimum poczucia stabilizacji, to ona z całą pewnością się toczy, z całą pewnością jest bardzo krwawa, i z całą też pewnością musi trwać aż do ostatecznego zwycięstwa, które swoją drogą i tak nigdy nie nadejdzie. Wojna jest oczywiście kompletną fikcją, a jednocześnie jedyną rzeczywistością i faktycznie jedynym usprawiedliwieniem całej nędzy całego tego świata, w którym ludziom przyszło żyć. No i jest jeszcze ów Starszy Brat, który o wszystko zadba i wszystkiego dopilnuje. To zatem jest Orwell i doskonały plan utrzymania władzy na zawsze. Z rozklejającymi się papierosami i wypadającymi zębami z jednej strony, a z kipiącą nienawiścią do tego, który nam chce te papierosy zabrać, a resztki zębów powybijać z drugiej. Co to ma wspólnego z tym co mamy dziś w Polsce? Jestem pewien, że każde słowo wyjaśnienia z mojej strony będzie tu zbędne. Opowiem więc anegdotę. Wczoraj mój syn znalazł na jednym z forów w Sieci takie zdanie: „Kiedy dowiedziałem się o powodzi w Bogatyni, chciałem jakoś pomoc, ale kiedy sprawdziłem wyniki ostatnich wyborów, pomyślałem sobie, że niech oni się zgłoszą po pomoc do prezydenta, którego sobie wybrali”. Co to z kolei ma do rzeczy? Nic. Chodzi tylko o gest. Dla chwili satysfakcji.
Jest jak najbardziej oczywistym faktem to, że rząd Donalda Tuska jest rządem całkowicie nieudanym. Że to z czym mamy do czynienia od trzech już lat, to kompletna i modelowa porażka. Co do tego zgadzają się nawet najbardziej oddani zwolennicy status quo. Pomijając oczywiście ludzi kompletnie zaczadzonych, dla których Tomasz Arabski może być równie dobrze urzędnikiem na służbie u zmarłego prezydenta, jak i jakimś serialowym aktorem, a śp. ks. Henryk Jankowski ofiarą PiS-owskiej nienawiści, każdy zwykły uczestnik życia publicznego wie, że Donald Tusk jest bardzo złym premierem, a jego rząd jest rządem jeszcze gorszym. Nawet najbardziej radykalni przeciwnicy powrotu do władzy Jarosława Kaczyńskiego przyznają to jednoznacznie. Ze rząd Donalda Tuska, przez minione trzy lata nie uchronił się przed jakąkolwiek porażką i nie zanotował na swoim koncie ani jednego znaczącego sukcesu, z wyjątkiem tego jednego – że wciąż bezpiecznie utrzymuje władzę. Wiedzą coraz bardziej powszechną jest również to, że obecny rząd polskie państwo – a więc administrację, wojsko, policję, wymiar sprawiedliwości, szkolnictwo powszechne i wyższe, służbę zdrowia – doprowadził nawet nie do upadku, ale je najzwyczajniej w świecie polikwidował. Mówią o tym media, rozmawia o tym ulica, przyznaje to bez dyskusji większość polityków i tak zwanych ekspertów. Donald Tusk i jego ekipa zlikwidowała to, co po tylu latach ruskiego zniewolenia pomaleńku zaczynało się odbudowywać. A ostatnio – prawdopodobnie z tej desperacji spowodowanej poczuciem, że nawet tę nędzne możliwości są już na wyczerpaniu – wyzbywa się naszej suwerenności i sprawy przekazuje w ręce Rosjan. I to nie jest opinia. To są fakty. I jestem przekonany, że jeśli ktoś temu będzie zaprzeczał, to wyłącznie po to by mi powiedzieć jedno – że Kaczyńscy są straszni! Straszni!!!
Pozostaje jedno bardzo istotne pytanie: dlaczego rząd Platformy Obywatelskiej jest tak straszliwie zły i niekompetentny? Jak to się stało, że wśród tylu jakoś tam przecież przygotowanych do rządzenia ludzi, nie udało się znaleźć choćby tych kilkunastu w miarę zdolnych urzędników, którzy potrafiliby stworzyć coś choćby na poziomie rządu Leszka Millera, czy jeszcze wcześniej – Jerzego Buzka? Przecież – ktoś powie – to jest wręcz niemożliwie, żeby, pomijając niektóre państwa afrykańskie, osiągnąć taki poziom bezwładu rządzenia. Szejnfeld, Rostowski, Pitera, Kopacz, Miller, Hall – oczywiście można przyjąć, że oni są po prostu słabi. No ale słabi aż tak??? Zdarzają się przecież słabe rządy. Wspomniałem już i Millera i Buzka. Jeśli ktoś chce, można do tego dołożyć właściwie wszystkie pozostałe rządy nowej RP. Niech nawet będzie tak, jak chcą niektórzy, że najgorszy z nich wszystkich był rząd Jarosława Kaczyńskiego. To jednak przynajmniej był rząd. W przypadku Donalda Tuska i jego ministrów, nie mamy jednak do czynienia z rządem w sensie tradycyjnym. To jest jakieś przedziwne ciało, które wyłącznie pełni obowiązki. To jest coś, co zostało ukonstytuowane wobec polecenia, żeby coś tam jednak mimo wszystko było i robiło wrażenie.
A zatem, jak to się stało? Uważam, że za tym szczególnym zjawiskiem stoi coś, co można nazwać czystą fizyką. To z fizycznego właśnie punktu widzenia nie mogło się udać. Każde ludzkie działanie, jeśli ma być skuteczne w stopniu choćby podstawowym, musi się opierać na intencjach, nawet jeśli tylko częściowo, pozytywnych. Jeśli ktoś chce zbudować dom, musi mieć w zamiarze to, że chce zbudować dom, a nie tylko, by przepychem tej budowy pognębić sąsiada. Jeśli ktoś komponuje utwór muzyczny, musi mieć na celu stworzenie choćby strzępów melodii, czy jakiejś harmonii, a nie tylko dźwięków, które będą skutecznie burzyły ludzki spokój, lub budziły agresję. Wreszcie, nie można stworzyć dzieła sztuki, jeśli plan polega tylko na tym, żeby na przykład na krzyżu powiesić ludzkie jądra, a całość zatytułować „Wolność”, „Miłość”, lub „Życie”. Wszystko bowiem co dotychczas stworzył człowiek, a co z kolei tworzyło jego historię, zawsze związane było z rozwojem jego człowieczeństwa, a nie z tego człowieczeństwa degeneracją.
Rząd Donalda Tuska został zbudowany na jednym tylko fundamencie – na nienawiści, a więc na czymś co z samej zasady nie jest w stanie nic zbudować. Od samego początku jego początkiem i końcem miała być tylko czysta nienawiść. Ktoś o wyjątkowo przewrotnym umyśle zadecydował, że ponieważ celem jest wyłącznie władza, trzeba tak zorganizować proces rządzenia, by każda decyzja i każdy projekt, które ta decyzja ma realizować, były nieustannie wzmacniane społeczną operacją utrzymywania w ludziach ciągłego poczucia strachu i nienawiści. Nie satysfakcji, nie zabawy, nie dobrobytu, nie nadziei na lepsze czasy, nawet nie starej peerelowskiej obojętności, ale wyłącznie tych dwóch emocji – strachu i nienawiści. To – tak zaplanowany proces rządzenia – nie mogło się udać. Jak mówię, z powodów czysto fizycznych. Postępu nie można bowiem budować tylko na destrukcji. Ale jest jeszcze coś znacznie dla nas ważniejszego. Wyłącznie na destrukcji nie można też zbudować skutecznego systemu represji, który ów plan utrzymania władzy mógłby skutecznie wesprzeć.
Pamiętam jak kiedyś oglądałem w telewizji reportaż o mieście Newark w stanie New Jersey. Komentarz był taki, że jeszcze dawno temu, w latach pięćdziesiątych, Newark było miastem tak wspaniale się rozwijającym, że pod względem urody mogło nawet zagrozić Nowemu Jorkowi. I wtedy zostało opanowane przez mafię, która uznała, że przez terror wymusi porządek, odpowiednio ochroni publiczne interesy, i w efekcie o całość zadba znacznie skuteczniej, niż legalna władza państwowa. I w ten sposób rozpoczął się proces praktycznej likwidacji miasta, ale też wraz z nim proces upadku gangów. Dlaczego? Dlatego, że gangi może i miały pieniądze, może i miały plan, może nawet i miały zdolnych, chętnych do pracy ludzi, ale nawet jeśli miały praktyczną możliwość zmuszenia miasta do działania, to nie potrafiły już zmusić go do posłuszeństwa. Choćby z tego względu, że nawet cały arsenał karabinów, pistoletów, noży i granatów był wciąż zbyt mały, aby podporządkować sobie całe miasto. A w tej sytuacji, miasto powiedziało – dziękuję.
Co innego Orwell. Co innego rok 1984, i w pewnym sensie sowiecki komunizm. Tam wszystko oczywiście było niemal tak samo. Strach, terror nienawiść i destrukcja. Przy tym jednak przynajmniej jedna część systemu była objęta szczególną, bardzo pozytywną starannością, a mianowicie modelową dbałością o bezawaryjność aparatu przymusu. U Orwella aparat przymusu działał idealnie, a na jego czele stali ludzie absolutnie najwybitniejsi. A więc tam System wygrał. W Związku Sowieckim to się niemal udało, a Orwell to jednak mimo wszystko tylko literatura.
A Donald Tusk? Nie żartujmy. Kończę tekst bardzo późno w nocy. Właśnie wróciłem z moimi dziećmi z Off Festiwalu. Między innymi występował tam zespól z Danii o nazwie Ravonettes. Fajna muzyka. Bardzo dobry zespól. Całkowicie, wręcz bezczelnie, skopiowany z Sonic Youth. Wyszedłem po dziesięciu minutach. W końcu można napić się piwa.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...