piątek, 9 kwietnia 2010

O świadectwie pamięci, o znaczeniach i o celu



Kiedy mijała piąta rocznica śmierci Ojca Świętego, leżałem chory, więc nie bardzo miałem jak ją tu zaznaczyć, a i tak jedyny moment, kiedy znalazłem w sobie siłę by pisać, dotyczył tych nieszczęsnych banków. A więc pozostało mi tylko próbować z jednej strony przypomnieć sobie to wszystko, co nieodwołalnie minęło i powoli staje się bardziej historią niż wspomnieniem, a z drugiej jakoś znosić te wszystkie wspomnieniowe popisy ludzi, którzy nie są w stanie jednego dobrego słowa powiedzieć o Papieżu, bez jednoczesnego pokazania sobie i światu, jak należy się nadymać i jak można gardzić.
Mamy tu na tym blogu – Bogu Najwyższemu dzięki – naszego osobistego Księdza, który nas utrzymuje zawsze minimalnie ponad ziemią, a przez to nie pozwala zapomnieć, że jesteśmy aż ludźmi. No i to właśnie Ksiądz tak pięknie nam pokazał niedawno tę niezwykłą modlitwę, a mnie osobiście dziś zainspirował – skromną w gruncie rzeczy – uwagą o pewnym aktorze-kowboju. I przypomniała mi się ta Peggy Noonan, o której mu napisałem w komentarzu, a z nią ten niezwykły tekst, jaki ona – Amerykanka z krwi i kości – stworzyła o odchodzącym już od nas Papieżu. Tekst, który może mówić tylko za siebie. I ja już więcej nic. To dla Was i – oczywiście – trochę też dla siebie. Przetłumaczyłem go najlepiej jak umiałem, wierząc, że to jest świadectwo tak mocne, a jednocześnie tak wieloznaczne, że trzeba je znać. Peggy Noonan – tekst sprzed ponad 5 lat, z 10 lutego 2005 roku, zamieszczony w Wall Street Journal.


Ofiarna dusza

Dużo ostatnio myślę o Janie Pawle II. Podobnie zresztą, jak każdy z nas. Wczoraj, w związku z niedawnym pobytem w szpitalu, Papież nie wziął udziału w uroczystościach Środy Popielcowej w Watykanie.

Środa Popielcowa przypomina katolikom, że któregoś dnia wszyscy odejdziemy z tego świata i, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy. Apeluje się do nas o odnowę naszego duchowego życia, o rezygnację z drobnych przyjemności i ofiarowanie tego poświęcenia Bogu, przynajmniej do wiosny, czyli do Świąt Wielkiej Nocy.

Długa fizyczna choroba Papieża stanowi część długiego pożegnania, które niesie w sobie znaczenie. Chcę troszkę dłużej dziś porozmawiać o tym, jak ja sama widzę to znaczenie i o tym, jak 18 miesięcy temu spotkałam się z Janem Pawłem II.

________________

Gdy go ujrzałam, pomyślałam sobie: Zobaczyłam świętego o zachodzie słońca. Tak faktycznie, było wcześnie rano, jak czytam w swoich notatkach – 7.30 2 lipca 2003 roku. Piękny poranek, w samym środku najgorszego upału, jaki przeżywał Rzym w minionym stuleciu. Miasto było uśpione, ulice ogłuszone upałem.

Setki ludzi zebrały się na Piazza Del Suffizo, w cieniu Kolumnady Berniniego, marmurowych kolumn otaczających Plac Św. Piotra. Wiał ciepły wiatr, zapowiadając jeszcze gorszy upał, a my wachlowaliśmy się cienkimi, zielonymi wejściówkami na papieską audiencję. Tłum był radosny – świergoczące zakonnice, cykający turyści.

Zbliżała się cotygodniowa audiencja. Wśród nas: grupa głuchoniemych Włochów w białych baseballówkach, z jedwabnymi biało-żółtymi, zawiązanymi na szyi, jedwabnymi chusteczkami. Członkowie chóru z Archidiecezji St. Louis, Grupa sióstr zakonnych z Małej Misji dla Głuchoniemych z Bolonii. Był też człowiek z Monterrey z Meksyku, który przyjechał do Watykanu z żoną i dwójką dzieci. Wraz z gęstniejącym tłumem, stanęliśmy bliżej siebie i zaczęliśmy rozmawiać tak, jak byśmy się znali od zawsze.

  — Czemu państwo tu przyjechali? – spytałam.

  — Zobaczyć Papieża – odpowiedział mężczyzna z Monterrey. &mdash To najważniejszy człowiek w całym chrześcijańskim świecie. Jest samym następcą Chrystusa. – Kiedy po kilku minutach odczytałam mu swoje zapiski, poprosił mnie, żebym poprawiła. Jest najważniejszym człowiekiem w całym świecie.

Rozmawiałam z kobietą w słomkowym kapeluszu, z opuszczonym rondem by chronić się przed słońcem. Nosiła naszyjnik z ogromną białą muszlą. Miała 45, może 50 lat i wyglądała jak nieco już starsza Greta Garbo. Powiedziała, że jest na pielgrzymce. Przeszła już setki kilometrów, odwiedzając sanktuaria maryjne. Z mężem – misiowatym, siwym, brodatym mężczyzną – wyruszyła w maju z Austrii i przybyła na miejsce poprzedniego dnia, 1 lipca. Szli szosami i polnymi drogami. Pokazała mi swój dziennik pielgrzymki. Czystym, wyraźnym pismem udokumentowała każdy kościołek, jaki spotkali na swojej drodze. Jej mąż robił długopisem rysunki katedr. Robił zdjęcia kapliczek i wklejał je do dziennika. – Niech pani popatrzy – powiedziała i pokazała mi stronę, na której narysowała swoją stopę po sześciu tygodniach marszu. Śmieszne kreski kanciastej stopy poniszczonej poprzez przesadnie wielkie odciski. Obok narysowała kremy i bandaże, jakimi przez te tygodnie opatrywała rany. Jak mi powiedziała, codziennie uczestniczyli we Mszy Świętej. A dlaczego tu przyszli?

  — Dlaczego? Zobaczyć il Papa – zrobiła gest, jakby chciała powiedzieć: I dziś mamy kulminację.

Przeszliśmy przez bramki do wykrywania metalu, które najwidoczniej nie działały. Żadnego bzyczenia, żadnych innych odgłosów, nikogo, kto by nas uważniej obserwował. Skierowano nas chodnikiem tuż obok Placu Św. Piotra. Dużo później, kiedy wróciłam tam znowu, jakiś młody ksiądz powiedział – Wydaje się, że ukrzyżowano go dokładnie tutaj, pod spodem. – Pokręciłam głową. – Świętego Piotra. Możliwe, że to było dokładnie w tym miejscu – powiedział i wskazał ręką chodnik.

Weszliśmy do Sali Audiencyjnej Pawła VI, potężnej, betonowej, nowoczesnej struktury, przypominającej typowe ewangelickie kościoły na przedmieściach. W kierunku sceny ustawione były rzędy, przymocowanych do podłogi krzeseł. Ludzie wchodzili grupami, lub pojedynczo, cale ich setki, a później już tysiące. Przesuwałam się razem z nimi i słyszałam wszystkie języki świata: francuski, angielski, hiszpański, niemiecki, czeski. Były tam grupy z Zachodniej Afryki, Niemiec, Polski, Szkocji, Portugalii i Brazylii. Z zajętych już miejsc dotarł do mnie cichy śpiew rumuńskich kobiet w średnim wieku. Kiedy skończyły, podniósł się bardzo energiczny śpiew trzydziestu chłopców i dziewcząt z Białegostoku.

Nagle z przodu usłyszeliśmy szelest. Do sali, tanecznym krokiem wbiegło, śmiejąc się i klaszcząc, kilkadziesiąt czarnych kobiet z Afryki, w długich do ziemi bawełnianych sukniach. Na brzegu swoich sukienek miały wyszyte słowa „Archidiecezja Freetown”. Usiadły obok dzieci z katolickiej szkoły w Rwandzie, które klaskały i potrząsały tamburynami.

Pomyślałam sobie: Jest tu cały Kościół.

Sala się zakołysała. Tu wiwaty, tam bębny, gdzieś z tyłu jakiś cicho śpiewany amerykański spiritual. Różne chóry przejmowały pieśni jeden od drugiego, co sprawiało, że najpierw śpiewała grupa z Santo Domingo, a kiedy ci skończyli, natychmiast zaczynał, w białych frakach, chłopięcy chór z Polski. A kiedy oni kończyli, zaczynała bębnić w swoje bębenki grupa amerykańskich Indian. Ubrani w swoje tradycyjne stroje i w pióropuszach, wyglądali jak piękne pawie. I nagle pomyślałam, że ci tak bardzo różni, a jednak zjednoczeni uczestnicy audiencji, kiedy odbijali się od siebie echem, wzajemnie się wspierając, byli jak żywy symbol Kościoła, każdego dni na całym świecie.

Na scenie coś się poruszyło. Dwaj szwajcarscy gwardziści w swoich pięknych mundurach i czarnych hełmach, weszli na scenę i ustawili się na baczność w samym środku, wyprostowani ze swoimi halabardami. Publiczność zaczęła bić brawo.

Za nimi, pojawił się tłum kardynałów i biskupów, wszyscy na czarno, z czerwonymi i purpurowymi szarfami. A dalej, dwóch papieski szambelanów w białych frakach.

________________

Spojrzeliśmy na lewą stronę sceny. Dojrzeliśmy jakiś ruch.

I to był on, Papież – 20 minut przed czasem. Kobieta stojąca obok mnie, która – jak mi powiedziała – regularnie uczestniczy w audiencjach, zaśmiała się i krzyknęła nad tłumem – Ostatnio, jak już ma przyjść, przychodzi natychmiast!

Papież został wwieziony na scenę. Siedział w brązowym drewnianym fotelu, który z kolei spoczywał na dziwnej, drewnianej platformie na kółkach. Przesuwał się powoli na tym niezwykłym tronie, robiącym jednocześnie wrażenie praktyczne i absurdalnie.

Cały był ubrany na biało, siedząc lekko pochylony do przodu. Biała szata, biała piuska, biała szarfa ze złotymi frędzlami. Gdy wreszcie ów drewniany tron znalazł się w centrum sceny, cała masa kardynałów otoczyła fotel. Pomogli Papieżowi wstać, następnie złapać równowagę, a następnie przejść do białego, miękkiego fotela z wysokim oparciem, a kiedy na nim usiadł, obrócili go przodem do sali.

________________

Tłum wstał i aplauz nie ustawał. Jednak można było odnieść wrażenie, że jest jakiś zduszony, już nie tak pełen radości, jak zanim audiencja się rozpoczęła.

Komża papieża była zbyt krótka – może jakieś 15 centymetrów nad podłogą. Mogliśmy zobaczyć jego białe, bawełniane, sportowe skarpetki. I zobaczyliśmy też znoszone brązowe buty. Oto papież, który nosi stare trzewiki, jak robotnik, jak zwykły człowiek, a nie tradycyjne, jedwabne papieskie pantofle.

  — Kochamy Cię, Ojcze! – ktoś zawołał. — Kochamy Cię, Ojcze Święty!

Z wysiłkiem uniósł głowę. Usiedliśmy. I w tym momencie zrozumiałam sens oświadczenia Watykanu, wydanego ledwie tydzień wcześniej, tuż po moim przyjeździe do Rzymu. Ojciec Święty, stwierdzało Biuro Prasowe, tego lata nie wyjedzie na górskie wakacje, tak jak to robił w latach poprzednich, lecz zamiast tego będzie pracował nad wspomnieniami ze swoich wczesnych lat. Rzym kipiał od plotek: jakież to niesamowite, że taki stary człowiek jest jeszcze w stanie w wolnym czasie pisać książki. To czego obserwatorzy nie zauważyli, to wiadomość, przesłonięta skutecznie przez sam komunikat, że nogi Papieża już nie funkcjonują. Jak miałby chodzić po górach?

Gdy opowiedziałam to pewnemu księdzu w Rzymie, zaśmiał się. Powiedział mi, że Jan Paweł jest bardzo przewrażliwiony na punkcie najnowszych spekulacji dotyczących jego zdrowia, i że całkiem niedawno skarżył się pewnemu amerykańskiemu kardynałowi: „Powiedz tym swoim dziennikarzom, że papież nie potrzebuje nóg, by dbać o Kościół”.

________________

Papież odczytał nam kilka swoich uwag, które miał zapisane na zwykłej, białej kartce wielkości papieru listowego. Jego głos był bardzo niewyraźny i chrapliwy, a kartka drżała mu w dłoniach. Mówił po włosku. Cienki mikrofon był na tyle wrażliwy, że słyszeliśmy, jak między zdaniami Papież ciężko oddycha.

Ludzie w sali wyglądali na zdezorientowanych. I wtedy Papież przemówił po polsku, a jego głos nagle zabrzmiał mocno. I choć większość, siłą rzeczy, nie miała pojęcia, co mówi, wszyscy zamilkli i pochylili się do przodu.

Jego lewa dłoń drżała okropnie. Kiedy czytano tłumaczenie, przechylił głowę i oparł policzek na lewej dłoni, jakby w ten sposób chciał powstrzymać drżenie.

Następnie Papież odchrząknął i zaczął mówić po angielsku. Jednak jedyne słowa, które udało mi się zrozumieć, to „Duch Ośmiu Błogosławieństw”. Dopiero później przeczytałam w relacji Associated Press, że Papież mówił o Psalmie 145, który nazwał „poranną pieśnią chwały”. Kończy się ona, powiedział, „proklamacją panowania Boga nad historią ludzkości”. Przypomina nam też ona, powiedział, że „Pan będzie panował wiecznie”.

Dzieci z Santo Domingo zaśpiewały starą piosenkę: Juan Pablo Segundo, el padre del mundo.

Uniósł prawą dłoń, jakby chciał dać do zrozumienia, że słyszy. I widać było, że ta radość z dawnych lat, kiedy pozdrawiał dzieci śpiewające mu w Nowym Jorku i w Chicago i wołał do nich wesoło, jest już dziś po prostu niemożliwa.

A mimo to, kiedy na niego patrzyłam, w najmniejszym stopniu nie widziałam w nim kogoś chorego i słabego. Zrozumiałam, że mam przed sobą wyłącznie kogoś, kto został uwięziony w całkowicie zewnętrznym bezruchu. A w środku był nikim innym, jak tym samym co zawsze Janem Pawłem.

I pomyślałam sobie: on jest duszą wydaną nam na ofiarę. Jego cierpienie ma znaczenie i sens.

Przez ten ból otrzymujemy naukę.

________________

Zaśpiewał nam jeszcze na koniec, jak staruszek siedzący na słońcu. Większość z nas oczywiście nie rozumiała słów piosenki, ale wiedzieliśmy, że śpiewa ją dla nas, i było w tym coś pięknego i głęboko poruszającego. A więc zwróciłam się do koleżanki – Czy słyszysz, jak śpiewają święci? – spytałam. Wciągałam te słowa jak powietrze i pozwalałam, by wypełniały mą głowę. W pewnym momencie poczułam, jak bym chciała zatkać uszy i już nigdy nie pozwolić im stamtąd uciec.

Następnie Papież uczynił znak krzyża. Podeszli kardynałowie, przyklęknęli przed nim i ucałowali pierścień. Grupa amerykańskich Indian weszła na scenę i też uklękli. Po nich, przed Papieżem pojawiło się kilkadziesiąt świeżo-poślubionych par w sukniach i frakach, z prośbą o błogosławieństwo. Następnie chore dzieci na szpitalnych łóżkach, ludzie na wózkach.

Zawsze mam wrażenie, że Papież, gdyby tylko mógł ograniczyć grupę ludzi, z którymi się spotyka do tych, których lubi najbardziej, nie byliby to ani kardynałowie, ani książęta, ani kongresmani, lecz siostry z najbardziej odległych klasztorów i dzieci z zespołem Downa. Szczególnie te dzieci. Ponieważ one cierpią, a przez to że cierpią w jakiś poważny i niezwykły sposób rozumieją więcej niż większość ludzi. Wszyscy się gubimy w naszych ambicjach, ideach i całym tym rozgardiaszu, ale skromni i ograniczeni są w stanie odczytać to przesłanie bardziej głęboko i kompletnie: Bóg nas kocha, Jego miłość nas otacza, stworzył nas po to, byśmy Go kochali, bawili się z Nim, służyli Mu i byli szczęśliwi.

Znam kobietę, która kiedyś pracowała z upośledzonymi. Dzieci z zespołem Downa prosiły ją często, by pozwoliła im czesać swoje długie blond włosy, a następnie zanurzały się w nich i ginęły w ich pięknie. Dotykały tych włosów, głaskały, i przechodziły przez nie jak przez zasłony. Trzeba genialnego umysłu, by zrozumieć, że długie blond włosy mogą być jak niebo. One wiedziały. A Papież wie, że one wiedzą.

________________

I już audiencja dobiegła końca. Znów przyszli jacyś ludzie i wraz z kardynałami otoczyli Papieża. Podnieśli go, pomogli mu przejść z białego fotela na drewniany tron, i Papież powoli zjechał ze sceny.

Jeszcze raz zwrócił się w naszym kierunku, uniósł prawą dłoń i z wielkim trudem uczynił znak krzyża. I wtedy Polacy zgromadzeni w sali zaczęli śpiewać piosenkę, która przypomniała najbardziej pierwsze początki, autentycznie brzmienie sprzed 25 lat, kiedy to Papież po raz pierwszy pojawił się na watykańskim balkonie i spojrzał na świat. Piosenkę, którą mu śpiewali na każdym przystanku jego długiej służby. W dobrych i złych czasach: „Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!”

Zostałam do samego końca, jeszcze przez dwie godziny. A później odwróciłam się, by spojrzeć na ludzi zgromadzonych za mną, tak bym mogła zapamiętać ich twarze i może któregoś dnia je opisać. I aż zdrętwiałam.

Bo nie było już prawie nikogo. Niemal wszyscy sobie poszli. Zaczęli wychodzić jeszcze zanim Papież na dobre opuścił scenę. Zupełnie jakby skasowali swoje bilety – widziałem staruszka – i już szli dalej, by obejrzeć koty w Koloseum.

Jego całe życie stanowi wygląda jak pożegnalne tourne. On świetnie wie, że w dużym stopniu oni wszyscy przychodzą po to, by móc powiedzieć: „Widziałem Jana Pawła Wielkiego”. A więc cały czas wokół niego unosi się poczucie półmroku od którego nie ma ucieczki.

Wybuchy na przemian radości i smutku wyznaczają jego odejście. Radości, bo nadszedł czas, by ktoś młodszy odcisnął swą pieczęć na naszych czasach. Smutku, bo mamy do czynienia z gigantem, ostatnim papieżem starych czasów. I z jeszcze czymś. Po nim zaczyna się już prawdziwie nowy świat. I wtedy dopiero się zacznie. On był ostatnim owocem starego świata. Jego obecność równie stanowcza i mocna jak sam Watykan.

________________

Jego cierpienie jest jego świadkiem. Ma swój cel. Coś nam mówi…

czwartek, 8 kwietnia 2010

O nożu i widelcu i poszumie liści



Przy okazji wczorajszych uroczystości w lesie katyńskim wypełniło mnie tyle przeróżnych mysli, że w pewnym momencie nawet sięgnąłem do czasów, gdy to co dziś dla jednych stanowi chlubę IIIRP, a dla innych jej zgubę, dopiero się hartowało. Przypomniało mi się na przykład, jak – obecny jak najbardziej wczoraj w Katyniu – Tadeusz Mazowiecki pojechał tam po raz pierwszy i telewizja pokazała, jak on, premier polskiego rządu i jego rzeczniczka Niezabitowska pląsają w jakiejś ruskiej sali na tańcach, które im miejscowi zorganizowali. Patrzyłem więc na byłego premiera, jak siedzi obok bawiącego się komórką Wałęsy na krzesełku, które im w tym lesie ustawiono i zastanawiałem się, czy on sobie jeszcze przypomina tamtą upojną noc? Kiedy ich tam przywieźli i potraktowali z taką uwagą, a on tańczył z piękną panią Małgosią i czuło się powiew historii.
Ale przypomniałem sobie jeszcze coś. Jak wtedy, w tamtych mniej więcej też czasach, któryś z polityków partii, która wprawdzie rządziła bardzo krótko, ale zawsze była bardzo zainteresowana tym by decydować o tym kto rządzić ma, wypowiedział słowa, które brzmią mi w uszach do dziś – czasem jak żart, a niekiedy jako pewnego rodzaju fatum. Nie pamiętam kto to był. Czy bardziej pasuje tu Andrzej Celiński, czy może Władek Frasyniuk. Myślę, ze jednak był to pan Władek, ewentualnie jego kolega Zbyszek Bujak, lub jakiś inny aspirujący polityk o mocnych, czerwonych dłoniach i skupionym czole. Nieważne. Liczą się te słowa. Że jak to dobrze mianowicie jest być członkiem partii ludzi, którzy wiedzą, jak się je nożem i widelcem.
No więc dziś, po latach, widać to wyraźniej niż kiedykolwiek, że to co wówczas brzmiało jak żart lub głupstwo, zaciążyło nad Polską niczym fatum. Że to właśnie te słowa o nożu i widelcu, podobnie zresztą jak ów taniec Premiera z błyszczącą i roześmianą Małgorzatą Niezabitowską gdzieś w drodze do tego lasu, stanowiły bardzo znaczącą część tego „mitu”, o którym wspomniał wczoraj w Katyniu premier Tusk, a który tak bardzo ukształtował naszą pamięć o zbrodni sprzed lat. Bo nie jest oczywiście ani mitem los tych tysięcy Polaków, ani nie jest mitem los tej dziewczyny, o której prawdopodobnie przedwczoraj dowiedział się Donald Tusk i postanowił nam opowiedzieć. Szczególnym natomiast mitem – mitem założycielskim – jest właśnie ten nóż i widelec i to bogactwo świateł i te pląsy i ten radosny śmiech bawiącej się władzy.
Do czego zmierzam? Mam otóż wrażenie, że przed współczesną Polską – kiedy już i Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski i Wojciech Jaruzelski mogą najwyżej pełnić funkcje doradcze dla osób sprawujących władzę – stoi jedna alternatywa. Albo jej los zostanie oddany w ręce tych, którzy wiedzą, że Państwo i Naród to coś znacznie więcej niż błogie poczucie przebywania w dobrym towarzystwie, albo będzie w dalszym ciągu skazany na kaprysy ludzi, którzy nade wszystko ukochali dyskretne pobrzękiwanie srebrnych zastaw.
Każdy dzień zbliżający nas do wczorajszych uroczystości w Katyniu przynosił kolejne potwierdzenie faktu, ze z punktu widzenia polskiej polityki zagranicznej nie ma nic cenniejszego, jak osiągnięcie takiego stanu, gdy między Polską a Rosją nastanie nie wzajemny szacunek, nie prawdziwa wspólnota interesów, a nawet nie chłodna równowaga, ale zaledwie ten moment, gdy oni powiedzą „przepraszam”, my powiemy „wybaczamy”, a wtedy już wreszcie będziemy się mogli wspólnie upić i dalej już tylko trzeźwieć w błogim przekonaniu, że polityka jedzenia nożem i widelcem po tych wszystkich, wieloletnich staraniach, przyniosła efekty. No i nadszedł ten dzień, a przestrzeń publiczna wypełniona była już tylko tym pełnym napięcia wyczekiwaniem na to, co zrobi ten, w którego rękach jest nasze przyszłe dobre samopoczucie, a może i los. Czy przeprosi, czy się uśmiechnie, czy zwolni kroku, czy może choćby spojrzy życzliwie? A jeśli nie przeprosi, to co powie? I jak to powie? Co przywiezie? A jak przywiezie, to czy da, czy tylko pokaże? A może chociaż obieca, że jak będzie miał chwilę, to się zastanowi?
Nie nastąpiło ani jedno, ani drugie, ani siódme. Najpierw się spóźnił, potem się przywitał, następnie szybko zrobił co miał zrobić… i, cholera, jeśli spojrzał, to tylko przed siebie. Patrzyłem na idących obok siebie Putina i naszego premiera, jak maszerują szybkim, mocnym krokiem i jedyna satysfakcja jaką czułem to ta, że jednak te piłkarskie treningi przydały się na tyle, że nie trzeba się było bardzo zadyszeć. A później te przemówienia. I tu już się chciało wyć. Gdy Donald Tusk – zapewne silnie podenerwowany sposobem, w jaki został potraktowany – opowiadał Putinowi o tamtej dziewczynie, i z takim napięciem patrzył w jego stronę, w ten idealnie nieprzyjazny profil człowieka, który i tak go pewnie nie słuchał. I chwała Bogu, bo jeszcze by mu odpowiedział: „Daj pan spokój! Co mnie obchodzą wasze wzruszenia? Takich historii, to ja wam mogę opowiedzieć setki. A jak chcecie, to zapraszam do siebie. Puszczę wam jakiś ładny film. My tu w Rosji mamy bardzo zdolnych filmowców”.
Albo jeszcze gorzej. Bo coś by mu nagle strzeliło do tego ruskiego łba i spojrzałby polskiemu premierowi z bezczelnym uśmiechem w oczy i powiedział: „No dobra, przepraszam za tę dziewczynę” i Tusk by się pobeczał z wdzięczności i wzruszenia. A za nim obserwatorzy, komentatorzy, historycy i cała ogłupiała część polskiej opinii publicznej. I w ten sposób wreszcie ten „mit”, o którym Premier wspomniał, skutecznie by się wypełnił.
A tak niewiele było trzeba. Wystarczyło tak nie pędzić. Nie zgodzić się na ten krok. Przystanąć, rozejrzeć się po tych drzewach, wciągnąć nosem ten zapach wiosny i pomyśleć sobie że to jeszcze tamta wiosna, i zmusić Rosjanina, żeby przystanął. A wtedy mu powiedzieć: „Słyszysz pan tamte strzały? Czujesz pan ten płacz? Widzisz pan ten las?” To było naprawdę proste. Nawet ktoś taki jak Tusk mógł to zrobić. Co do reszty, musimy niestety jeszcze poczekać. Na prawdziwego człowieka i autentycznego mężczyznę. Który nie tylko będzie umiał wykonać jeden prosty, ludzki gest, ale znajdzie jeszcze w sobie poczucie, bycia Polakiem. A to sprawi, że to on będzie nadawał tempo. I nie zawsze przecież. Ale na pewno w jednej z tych wciąż nielicznych sytuacji, kiedy naprawdę wszystko należy już tylko do nas i tylko od nas zależy. Wtedy dopiero wszyscy zobaczymy, jak mało znaczą słowa. A już zwłaszcza jakieś tam „przepraszam”.

sobota, 3 kwietnia 2010

O ręce co gasi świece



Obiecywałem sobie nie pisać już nic przed Świętami z dwóch, a właściwie z trzech, powodów. Pierwszy to taki, że się pochorowałem i nie spodziewałem się, że do niedzieli dojdę do siebie. Po drugie, nasz ksiądz udzielił nam już pięknej nauki o świecach dla Jezusa, i wydawało mi się, że dobrze będzie z tymi świecami pozostać. No i wreszcie trzeci powód był taki, ze – nie wiem dlaczego – ale pomyślałem sobie, że może będzie dobrze, jeśli tekst o sieciowych dziwadłach powisi przez Święta, zwłaszcza, że i komentarze były mocno do rzeczy i w ogóle wydał mi się on sam wart uwagi. No i nie powisiał. Ja przy okazji wydobrzałem, a lekcja Księdza http://toyah.salon24.pl/166898,o-pewnych-ograniczeniach-no-i-o-nas#comment_2368487 została przesłonięta inną nauką – wprawdzie nie o świecach, ale o tej ręce, która świecę gasi – lekcją, która wdarła się tu zupełnie niespodziewanie, jak mroczny uzurpator i wręcz zażądała tego świadectwa.
Mówiąc lekcja, ani nie kpię, ani nie ironizuję, ani nawet nie przesadzam. Już sam jej tytuł podkreśla to jasno: Pan Maciej kupił Chryslera, czyli lekcja na Wielki Piątek. Wspomnianej lekcji, lekcji na Wielki Piątek, udzielił nam nasz salonowy kolega Rybitzky http://rybitzky.salon24.pl/167306,pan-maciej-kupil-chryslera-czyli-lekcja-na-wielki-piatek.
O co poszło? Bardzo krótko. Gazeta Wyborcza opublikowała reportaż – pod niezwykłym przez swoją grozę nagłówkiem Witamy w Polsce – o człowieku, który beznadziejnie zadłużył się w bankach, a ponieważ w pewnym momencie – momencie, który wielu z nas dobrze zna – jego sytuacja finansowa raptownie się pogorszyła, bankowi windykatorzy zaczęli go nękać ponad to co on mógł znieść, więc nie wytrzymał i zrobił to, co zapowiedział w następujący sposób w liście:

"Ostatnią ratę w Cetelem Banku zapłaciłem 5 listopada. Na dalsze spłaty nie mam. Eurobank i Getin Bank stale dzwonią i przypominają o ratach. Nie mam pomysłu, jak rozwiązać ten problem, jak powiedzieć rodzinie, że wszystko straciłem.
Straciłem chęci do życia. Nie widzę innego wyjścia niż popełnienie samobójstwa, co też się stanie w dniu dzisiejszym (chyba że znajdę 350 tysięcy, bo próby wygrania w Lotto z oczywistych powodów zawiodły).
Zażyję 70 tabletek luminalum 100 mg i 20 relanium - z Internetu wiem, że wzmacniają jego działanie. Relanium i luminal całkowicie legalnie uzyskałem wczoraj. Na wszelki wypadek wpuszczę spaliny do samochodu. Potrzebny zestaw rurek kupiłem za pomocą karty Cetelem Banku.
Jeszcze raz przepraszam.
Samobójstwo popełnię w samochodzie w lesie za wsią Rydzyny - mam z nią związane miłe wspomnienia z dzieciństwa. Do listu dodaję jako dowód karty kredytowe, umowy kredytów i dowody spłat.
Zostawię niepracującą żonę i córkę, która pracowała w mojej firmie, a teraz tę pracę straci. Zostanie również siedem psów."
Kto ma ochotę czytać całość, proszę bardzo. Można tam znaleźć wszystko. I tego człowieka, ale też i jego żonę, jego dom, jego szaleństwo, jego marzenia, jego naiwność, jego smutki, a także – jeśli kogoś to interesuje – całą paletę nazw przeróżnych, świadczących dobre usługi ludziom w potrzebie, banków. Rybitzky podaje link, można z niego skorzystać. Ja przyznaję, że nie dałem rady przejść przez całość, bo zwyczajnie bałem się, że mi serce pęknie. Natomiast, owszem, mogę zacytować jeszcze jeden fragment:

„Co roku w Polsce dochodzi do 5,5 tys. samobójstw. Coraz więcej "z przyczyn ekonomicznych". - Problem pojawił się już w latach 90., ale wtedy na taki krok decydowały się osoby bardzo ubogie, na przykład matka niemogąca wykarmić dzieci. Dziś większym i narastającym problemem są długi - mówi Włodzimierz A. Brodniak, socjolog medycyny z Instytutu Psychiatrii i Neurologii. - Stajemy przed wielkim problemem. Nie jesteśmy przygotowani do pomocy ludziom, którzy wpadli w pętlę zadłużenia.
Samobójstw z tego powodu może być nawet ponad sto rocznie! - A prób samobójczych jest co najmniej dziesięć razy więcej niż tych skutecznych - dodaje socjolog.
"
Rybitzky przeczytał ów tekst, a ponieważ był już w nastroju wielkopiątkowym udzielił nam swojej lekcji, która – przyznaję uczciwie –zaskoczyła mnie czymś czego uważam, że nie mogłem się spodziewać. Ja świetnie wiem, jak się zmienia społeczna wrażliwość w miarę upływu lat i w miarę przesunięć pokoleniowych. Niedawno jeszcze na tym blogu załamywałem ręce nad upadkiem podstawowej wrażliwości wśród tak zwanych młodych liberałów, gdy ci z najwyższą pogardą spoglądali na coraz większe tłumy kompletnie niezaradnych współrodaków, którzy nie dość, ze nie potrafią sami o siebie zadbać, to jeszcze kierują w tej sprawie bezczelne pretensje do portfeli tych, dzięki którym przecież w ogóle jeszcze jako tako potrafią związać koniec z końcem. Chodziło mi o tych bardzo przebiegłych obywateli, którzy własną piersią będą bronić właścicieli seks shopów, sklepów z dopalaczami, producentów niezdrowej żywności, czyli tych wszystkich przedsiębiorczych Polaków, którzy się dorabiają na krzywdzie słabszych, w ich prawie do prowadzenia nieskrępowanej działalności, natomiast z najwyższą pogardą patrzą na ofiary tych biznesów, no bo ja, mój drogi mam swój rozum i wiem ile można brać. Wydawało mi się wówczas, że zjawisko tego typu, o tak niebywałym poziomie, nawet nie społecznego, ale ludzkiego egoizmu, choć wołające o pomstę do nieba, jest jednak jakoś ograniczone. Że to oczywiście idzie młodość, w dodatku młodość szczególnie nacechowana, ale świat pewnych wartości – a więc wartości konserwatywnych, chrześcijańskich, podstawowych wartości ludzkich – pozostaje tu nietknięty. Teraz się okazuje, że nic podobnego. Ten podział leży kompletnie gdzie indziej. Jeśli ktoś chce wiedzieć, to powiem – on leży na poziomie naszych mniej lub bardziej nieczystych sumień. Ale ja i tak nie o tym.
W swojej wielkopiątkowej nauce, którą uznał za stosowne nam wygłosić, Rybitzky nie zajmuje się ani tym jakże wydawałoby się ciekawym – wręcz wołającym o osobny wpis – nadtytułem Gazety „Witamy w Polsce” – a więc być może prawdziwymi intencjami tych państwa z Agory – ani też cytowaną wyżej informacją tego socjologa, ani tymi bankami i ich rolą w uzależnianiu ludzi od swoich dobrych usług, ani nawet czymś tak pozornie oczywistym, co przecież z całą pewnością wzruszyłoby nawet deskę klozetową na dworcu w Chotyłowie, jak opis ostatniego weekendu, który ten nieszczęsny człowiek urządził swojej żonie, a który ona wspomina jako najpiękniejszą wycieczkę w życiu. Nawet tych kanapek, tego ostatniego pocałunku, tego ostatniego gestu ręką. Nic. Nasz wielkopiątkowy kaznodzieja wylał z siebie całą ludzką złość, jaką wzbudził w nim ten nieżyjący dziś już człowiek. Po prostu złość. Rybitzky w swoim tekście – bardzo króciutkim zresztą – albo używa w stosunku do niego protekcjonalnej formy „pan Maciej”, albo – i to już najczęściej – go po prostu lży. Słowa ‘idiota’ w stosunku do zmarłego używa trzy razy. Raz też pisze o nim, że był „głupi”, raz że „chory”, a raz, że cierpiał może na „chorobę psychiczną”. W każdym razie, zdaniem Rybitzkiego nic z tego nie daje nam nawet powodu, żeby się kimś takim w ogóle zajmować. Gdyby ktoś miał wątpliwości, niżej w komentarzach Rybitzky, ku aplauzowi części komentatorów, prawdopodobnie – co zresztą sam sugeruje – z tak zwanego Pokolenia JP2 – doprecyzowuje swoje stanowisko:

„Ja jestem bardzo empatycznym człowiekiem. Lecz nie bardzo rozumiem, czemu mam żałować człowieka, który najpierw oddał się chciwości, a następnie tchórzliwie pozbawił się życia - zostawiając żonę ze swoimi długami”.
On, owszem, współczuje żonie i jej nienajlepszej dziś sytuacji finansowej, ale temu idiocie? Bez przesady!
Ciekawy jestem tylko, czy ta pani, albo ich córka, miała to szczęście, żeby zapoznać się z tymi szczególnymi wyrazami solidarności. Myślę, że jak i mnie już dopadną, to moi Rybitzkiego z pewnością chętnie poczytają. W ramach tek zwanej terapii ciemnością.
Niedawno zdarzyło mi się tu dojść do bardzo przykrego wniosku, że między pewną odmianą prawicowo-katolickiego-konserwatyzmu, a narodowym socjalizmem jest bardzo cienka linia. Że nawet nie musimy się wgłębiać w sam przekaz, ale wystarczy spojrzeć w te oczy, wsłuchać się w ton głosu, rzucić okiem na te czoła, ale jednak przede wszystkim w te zimne oczy ludzi zadowolonych i pewnych swego, żeby dostać dreszczy. Poczułem je i czytając ową wielkopiątkową naukę, jakiej udziela nam Rybitzky i komentarze ludzi, których znam dziś nieco lepiej niż jeszcze wczoraj. Jaka to nauka? Podwójna. Pierwsza jest skierowana do wszystkich potencjalnych idiotów, takich jak ten „pan Maciej” – należy przede wszystkim „sprzedać mieszkanie lub domek”, a przede wszystkim „odbyć poważną rozmowę z żoną”.
Druga jest już do nas. Na ten miniony już Wielki Piątek. Ona wprawdzie jest nie do końca językowo przejrzysta. Prawdopodobnie, pisząc swój tekst, Rybitzky również czuł swoisty dreszcz i się troszkę potknął. Ale cytuję wiernie:

„Ale w sumie to dobrze, iż z historią pana Macieja możemy się zapoznać właśnie w Wielki Piątek. Dzięki niej możemy dostrzec, gdzie prowadzi życie egoistyczne, skoncentrowane na konsumpcji i pozbawione jakiejkolwiek refleksji”.
Właśnie tak. Życie egoistyczne. Życie pozbawione refleksji. Ktoś chyba zgasił świeczkę.
Powiem Panu, że poważnie myślę, żeby pieprznąć tym całym PiS-em. Jakoś tak się zrobiło niezręcznie, wie Pan?

środa, 31 marca 2010

O pewnych... ograniczeniach. No i o nas



W moim życiu spotkałem dwa określenia – czy może opisy – osób, o których potocznie mówi się „wariaci”, a które mi tak zaimponowały swoją trafnością, a jednocześnie swoistą elegancją, że noszę je w swojej pamięci do dziś. Pierwszy z nich dotyczył poety Ezry Pounda i został sformułowany przez człowieka któremu należy się tu parę słów. Był to absolutnie ekscentryczny absolwent Oxfordu (prawdziwy!), który przyjechał do Sosnowca, żeby uczyć tu angielskiego. Człowiek, który zachowywał się jak się zachowywał, trochę zapewne dlatego, że sam bym „wariatem”, a trochę pewnie i z tej przyczyny, że te swoje ekscesy traktował jak szczepionkę na świat, w którym przez jakiś czas przyszło mu żyć. Na tej prostej zasadzie, że jeśli chce się zachować resztki normalności w nienormalnym środowisku, należy czasami przede wszystkim oszaleć. Poza tym, był kimś absolutnie pięknym i prawdziwym. Wszyscy go uwielbialiśmy.
Któregoś dnia przyniósł nam oryginalne nagrania Ezry Pounda, recytującego swoje wiersze. Słyszałem w życiu dwóch poetów, czytających swoją poezję, kiedy to ich głos dosłownie zwalił mnie z nóg. Jednym z nich był Dylan Thomas, drugim Ezra Pound. Po wysłuchaniu Pounda, uznałem – młody byłem i wrażliwy – że teraz to mogę już właściwie umrzeć. Anthony Jeffrey – ciekawe czy jeszcze gdzieś żyje – powiedział nam wtedy coś takiego: „Jak idzie o Pounda, to był to człowiek bardziej szalony niż wy czy ja”. I jakoś to zdanie pamiętam. Po trzydziestu już niemal latach, wciąż pamiętam to określenie w dosłownym kształcie: „More insane than you and me”.
Kolejną definicję „wariactwa”, która zapadła mi w pamięć przez swoją piękną delikatność, znalazłem u wspominanego już tu kiedyś Boba Greene’a, gdy pisał o czymś co się nazywa Toughmen Contest, i co organizowane jest na amerykańskiej prowincji dla rozweselania lokalnych debili, a jednocześnie dla obdarowania szansą zaistnienia miejscowych bandytów i chuliganów. Bob Greene pisze, że Toughmen Contest nie jeździ do większych metropolitalnych ośrodków, bo tam ludzie sobie radzą ze swoimi instynktami na znacznie wyższym poziomie, niż by im to zapewniło dwóch żuli lejących się po pyskach do ostatniej kropli krwi. Zastanawia się przy tym, co sprawia, że z pozoru zwykli ludzie – w głównej mierze za darmo, dla jakiegoś ulotnego marzenia o sławie – są chętni, by się narażać na tak wielkie niekiedy poniżenie i ból. I stara się ich tłumaczyć w ten sposób:

„Wydaje się, że przyciągnęła ich tu ta jedyna rzecz, która im umykała przez całe życie: sukces. To wszystko byli chłopcy z bylejakich miasteczek, z bylejaką pracą, żadnemu z nich nigdy nie udało się zabłysnąć w wielkim świecie. Zgodzili się na to i nauczyli się jakoś z tym żyć. Od podstawówki wiedzieli, że mają pewne … ograniczenia”
Właśnie o te „pewne…ograniczenia” mi dziś chodzi.
Ja się na ogół nie oszczędzam. Jak chcę powiedzieć, że ktoś jest „wariat”, to to mówię. „Dureń”, „głupek”, „idiota”, a nawet – jak niektórzy to sprytnie zauważyli – „ruski buc” też mi przechodzi zgrabnie przez gardło. Muszę jednak przy tym przyznać, że ten „wariat” jakoś mi mocniej niż inne epitety, siedzi w głowie. Wydaje mi się, że wspominałem o tym już tu też parokrotnie, i w miarę dokładnie przedstawiłem, jak ich widzę i co sądzę o tych przeciętnych „wariatach”. Tych wszystkich dziwakach, którzy albo chodzą po mieście ze stertą starych płyt analogowych, czy to Doorsów czy tylko Niebiesko-Czarnych, a ludzie się od nich odsuwają, ale też o tych, którzy siedzą w swoich domach i mają wyłącznie tę klawiaturę i ten pecet i to uczucie, że wreszcie ktoś ich traktuje poważnie. Tak. Internet jest pod tym względem niezwykły. Przede wszystkim przez to, że jest cudownie anonimowy, ale też chyba jeszcze z tego dziwnego, dla mnie akurat niezgłębionego powodu, który na tyle mocno zahacza o metafizykę, że nie mam nawet odwagi się tu dzielić moimi spostrzeżeniami.
Kilkakrotnie planowałem napisać coś na ten temat, ale mam z tym tekstem oczywisty bardzo problem. Otóż musiałbym pisać bezpośrednio o moich sieciowych znajomych, a Administracja stanowczo na to nie pozwala. Owszem, mógłbym swobodnie poświęcić cały cykl wpisów komuś takiemu jak… no, komuś sławnemu, bo tych zdaje się ruszać wolno. Z drugiej jednak strony, to akurat nie oni stanowią mój największy problem. Kiedy myślę o „wariatach” – tych całkowicie ukrytych, a na zewnątrz występujących w roli trolli, lub zwykłych sieciowych chuliganów, albo niekiedy zadumanych nad polską polityką mądrali – to akurat chodzi mi o zwykłych wariatów, tyle że „bardziej szalonych niż ja i Ty”. A nad nimi znęcać się ani nie wypada, ani też nie wolno.
Raz zdarzyło mi się – jeszcze na samych początkach mojej blogerskiej kariery – trafić na tekst naszego salonowego Rasta, który mnie tak zadziwił swoim szaleństwem, takim klasycznym ‘upaleniem’, idealnym mamrotem, że zaprotestowałem przeciwko temu, by coś tak kuriozalnego trafiało na SG. No ale właśnie wtedy dowiedziałem się, że Administracja nie publikuje notek o charakterze osobistym. Nie da się jednak ukryć, że od tego czasu sytuacja wcale się tu nie zmieniła. Znaczna część komentarzy i też nie tak znowu mała liczba wpisów blogowych jest tworzona przez ludzi co najmniej dziwnych. Ponieważ mam wrażenie, że sama Administracja dojrzała ten problem i, narażając się na skomasowany atak obrońców wolności słowa i przeciwników „cenzury rodem z PRL-u”, postanowiła – ledwo ledwo, ale jakoś – to miesjce czyścić, chciałbym zabrać ponownie głos. Właśnie w sprawie wariatów.
Od dłuższego już czasu mam okazję – którą, przyznaję, chętnie wykorzystuję – czytać wpisy niejakiego slaughterhouse5. Jeśli ktoś nie wie, o kim mowa, to bardzo krotko tylko powiem, że jest to człowiek przedstawiający się jako mieszkaniec bardzo drogiego apartamentu w bardzo drogiej dzielnicy Krakowa, gdzie wraz ze swoim ojcem-biznesmenem – człowiekiem niezwykle majętnym – kolekcjonuje dzieła sztuki. Studiuje przy tym trzy kierunki, uczy się języków i gra w szachy na najwyższym mistrzowskim poziomie. Slaughterhouse5 przedstawia się też osobiście na najróżniejszych portalach społecznościowych, skąd możemy się nawet dowiedzieć, jak się nazywa i jak wygląda, a nawet to, że wśród jego „doświadczeń i referencji” jest praca jako „internetowy sprzedawca w QXL Poland sp. z o.o. (Allegro.pl)”
Lubi mówić takie rzeczy jak:

„Nie ulega wątpliwości dla mnie, że spokojnie bym dał radę dwóm na raz (zaspokoił na najbliższy miesiąc) - bom ogier wspaniały”
albo

„Jak pisałem z tą angielką (tylko i wyłącznie w ramach szlifowania mojego writing) to pierwsza rzecz na którą zwróciła ona uwagę to fakt, że... znam całkiem dobrze (i pisany i mówiony - a nawet i jestem niezłym retorem!...chyba założę kanał na YouTubie z czasem) język polski”
albo

„Śledzimy od kilku lat (newslettery, te sprawy - tyle, że nieregularnie...) chiński rynek sztuki . Nie chcę o tym pisać (w aspekcie cen szczególnie) więcej, ale zabawa jest przednia”
albo

„Więc była to moja pierwsza gra w cashflow (skrót: CF) […]Obok mnie siedziała Kasia, która też grała pierwszy raz w CF. Z tyłu - Mariolka uśmiecha się do mnie. Mariolka jest doświadczona, wie jak wygrywać, wie jak budować dochód pasywny…”
albo

„O filozofii rozmowy są najciekawsze, ale z towarzystwem na poziomie. Więc u mnie nie wypaliło; to nic - umówiliśmy się w innym mieszkaniu, u Moniki, bliżej, gdzie pojechaliśmy razem wszyscy. Monika za dużo wypiła w tego sylwestra - mdlała. Dla Piotrka niby wszystko było w porządku i ‘nic się nie dzieje’, ale dobrze czuć było, że ‘coś się jednak dzieje’. Podobno Monika ma problemy z sercem. Przyznam się, że pierwszy raz spotkałem kogoś, kto mdleje po alkoholu... może to padaczka? A może wycieńczenie - kto wie? Był alkohol, narkotyków brak, bo zabawa z tym jest droga stosunkowo. W tygodniu jakieś dragi będą - Mateusz już coś ma, to w klubie się skorzysta”
czy wreszcie ledwo co:

„Bzyknę więc sobie dzisiaj fajną chemiczkę. Blondynka, jakoś 170 CM, szczupła. Długie włosy - będzie za co ciągnąć. Miła, chcę być dla niej odpowiedni. Trzeba się więc postarać. Pomiędzy stosunkami wypytam jakie ma poglądy na sprawy aborcji, seksu, partnerstwa. Ot, w ramach psychologii praktycznej :D”
A więc tak wygląda nasza sieciowa rzeczywistość. Nie mówię, że tego jest większość, ale chcę wyłącznie zasugerować, że takich dziwadeł jak slaughterhouse5 musi być wcale nie tak mało. Tyle że się bardziej ukrywają. Obawiam się, że istnieje cała grupa takich chłopców, którzy skończyli i podstawówkę, a później może i jakieś prywatne liceum, bo rodzicom bardzo zależało, żeby nikt nigdy nie dowiedział się, że ich syn ma „pewne… ograniczenia”. Ubierali ich zawsze starannie, codziennie kazali się im myć, i grzecznie zachowywać wobec sąsiadów i znajomych, często pewnie chodzili wszyscy jak Pan Bóg przykazał na niedzielne nabożeństwa, może i nawet działali w którymś z duszpasterstw, i zawsze im brakowało tego uznania u innych. Więc dziś, po latach, spotykają swoich dawnych kolegów i opowiadają im, jak to studiują rehabilitację na Akademii we Wrocławiu, lub filozofię na UJ-ocie, no i zawsze czekają na jakąś piękność, z którą idą się ‘bzykać’. A czasem – no bo i czemu nie, w końcu wielu z nich to bardzo zdolni informatycy – zakładają blogi i tam próbują sobie dopiero poużywać!
Zapewniam, że nie chodzi mi wcale najbardziej o tego nieszczęśnika. Sprawa polega na tym, że szczególnie od czasu jak ten blog dostał tę nagrodę, pojawiło się tu strasznie dużo najróżniejszych, dziwnych typów. Oni często mnie irytują w sposób bardzo bezpośredni, ale też zdarza się, że wprowadzają wyłącznie swego rodzaju nerwowość, która zawsze prowadzi do destrukcji. I ja ich wszystkich banuję. Ostatnio bez najmniejszej litości, za co spotykają mnie zarzuty – ostatnio nawet od starszej Toyahówny – że jestem nietolerancyjny i złośliwy. Ale ja się autentycznie Internetu boję. Boję się, że trafię na kogoś, kto mi się przedstawi jako miły chłopak z Krakowa, który lubi ze swoim ojcem grać w szachy, no i ma piękną dziewczynę która go kocha, no i tyle tylko że jest tez działaczem Platformy, ale z tego gowinowskiego skrzydła. A ja sobie pomyślę, że przecież nic się nie dzieje.
Niedawno mój kolega Traube napisał mi tak:

„Ojciec Bocheński nauczał: ‘Dopóki go lepiej nie poznasz, uważaj każdego spotkanego człowieka za złośliwego głupca. Złośliwego, gotowego z przyjemnością zaszkodzić ci, nawet cię stracić, zwłaszcza jeśli pod jakimkolwiek względem wyrastasz ponad motłoch.’”.
Nie gniewajcie się, ale ja naprawdę, dopóki mi zależy na tym blogu, chcę o niego dbać. Jeśli kogoś niechcąco potraktuję niesprawiedliwie, trudno. Liczę tylko na to, że ci naprawdę uczciwi poradzą sobie i wtedy. Ale ja naprawdę w większości wypadków nie wiem nawet jak wyglądacie. Ale nie gniewajcie się. Obiecuję, że się naprawdę będę starać. A póki co uważam, że Administracja bardzo dobrze robi, że też zaczęła dbać o ten Salon. Jeśli któregoś dnia padnie i na mnie, nie obrażę się. W końcu, co oni o mnie wiedzą, prawda?

wtorek, 30 marca 2010

O debacie na kluczyk i sprężynkę



Nie wiem, czy to przez dokument Sekielskiego, czy przez komentarze, które wyrażały niedosyt z powodu braku czegoś równie interesującego, tyle że na temat oszustw dziennikarzy, czy z jakichś jeszcze dodatkowych powodów, ale gdzieniegdzie przebija się dyskusja na temat tego, czego świat pospólstwa i prostactwa – przez niektórych zgrabnie opisywany jako „bydło” – może wymagać właśnie od dziennikarzy. I oczywiście nawet z tych strzępów informacji, jakie do nas docierają, wynika, że nie ma takiej bezczelności, której nie wypowiedziałby dziennikarz, szczególnie ten, który najbardziej płacze nad jakością polskiej debaty.
Niedawno media – zaczynając na czymś co się nazywa Tygodnik Podhalański chyba, a kończąc na poważnych ogólnokrajowych przekaźnikach – wzięły się za któregoś z senatorów PiS-u, jakiegoś górala, który, wprawdzie wyłącznie u siebie w domu, ale zrobił z siebie idiotę, a może tylko ujawnił swój idiotyzm, w obecności ukrytego mikrofonu z kamerą. I oczywiście dziś, po całym zdarzeniu, najbardziej wesołe jest słuchanie, jak ten góralski wesołek opowiada o swoim poświęceniu dla Polski i Polaków, i jakim to dla niego zaszczytem jest służba publiczna. No ale, skoro już się wszyscy pośmialiśmy, to wypadałoby znaleźć coś nowego i może niekoniecznie w gronie polityków – którzy i tak już wiemy, jacy są skorumpowani – ale może bardziej na tej polityki obrzeżach.
Zacznijmy jednak od polityki. Ale polityki sprzed wielu, wielu lat, jeszcze z czasów tuż pokomunistycznych, kiedy to głównymi hartownikami dzisiejszej stali były obecne gwiazdy dziennikarstwa, i to on tworzyli podwaliny dzisiejszej debaty. Był otóż w telewizji program, który nie pamiętam już jak się nazywał i nie bardzo nawet pamiętam, kto go prowadził, a który polegał na tym, że się zapraszało do studia całą bandę polityków, z każdej możliwej strony sceny, i kazano się im kłócić. Siedzieli więc ci politycy na telewizyjnych krzesełkach i całkowicie niedostępni w tym zgiełku dla przeciętnego telewidza, darli mordy, robiąc przy tym mądre miny i udając, że wszystko jest na swoim miejscu. Prowadzący program nie musiał właściwie nic robić, poza tym tylko, że gdy któryś z uczestników jakimś cudem przebił się przez ten harmider, a w słuchawce pojawił się komunikat: „Zrób z nim coś, bo tego nie lubimy”, przerywał mu i kierował tę niby-dyskusję na bezpieczny tor. Pamiętam że częstym gościem w tym programie był mój partyjny i salonowy kolega Ryszard Czarnecki i że zawsze bardzo liczyłem na to, że kiedyś może uda mu się powiedzieć coś takiego, co oczywiście nie będzie miało większego znaczenia, ale za to będzie jakimś takim świadectwem. I pamiętam, że zawsze to moje czekanie kończyło się jednym marzeniem: żeby Czarnecki wstał – program leciał podobno na żywo – powiedział wszystkim, żeby się pieprzyli i wyszedł. Żeby po prostu wstał, spojrzał na to całe barachło z pogardą, i wyszedł. Może i po drodze, niedbałym gestem wywracając kamerę.
Nie zrobił tego nigdy. Cały swój wysiłek, cierpliwie od początku do końca, koncentrował na tym, żeby tam jednak wytrwać i od czasu do czasu coś powiedzieć. A ponieważ nie udawało mu się nigdy nic sensownego zakomunikować, po pewnym czasie uznałem, że on tam siedzi wyłącznie po to, żeby siedzieć. Żeby tam być i żeby nie dać nikomu okazji do przypuszczeń, że jego tak naprawdę nawet nie ma. No i więc siedział. Podobnie jak cała reszta tych biednych polityków i społecznych aktywistów, uczepionych swojej szansy bycia osobą publiczną, z jedną myślą w skołatanej głowie – że za tym studiem jest już tylko niebyt. A wokół nich kręcił się kwiat polskiego, rodzącego się, niezależnego dziennikarstwa i tworzył fundamenty nowoczesnej pluralistycznej debaty.
Od tego czasu, wydaje się że ani nic już nie jest ani takie same, ani – co grosza – nie ma nawet sposobu, by określić to co jest w jakikolwiek sensowny sposób. Debata uzyskała ten swój współczesny kształt, który oczywiście widzimy, który naturalnie możemy nawet ocenić, ale już nie potrafimy choćby nazwać. Stała się ona bytem całkowicie autonomicznym, kompletnie osobnym, w żaden sposób już nie związanym z jakąkolwiek realną postacią tego świata. Nie jest nawet już metadebatą. Gdybym chciał żartować, to mógłbym pewnie powiedzieć, że tradycyjny podział Państwo – Kościół został uzupełniony przez nowy byt, który nazywa się Debata. Tyle że żartować nie ma co.
I nie ma też co już liczyć na to, że ktoś stanie i wyjdzie. W debacie, której kształt dopiero co poznajemy, ale od którego nie potrafimy już uciec, nie ma miejsca ani na wychodzenie, ani nawet na jakikolwiek protest. Co najwyżej można przyjąć wobec niej rolę biernego obserwatora, jak to się dzieje przypadku gdy zajdziemy do zoo czy na tradycyjne teatralne przedstawienie, bez ryzyka, że ktoś nam narobi na kolano. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło bojkot TVN-u, bojkot ów stał się natychmiast częścią debaty, a więc przestał w jednej chwili być bojkotem. Więcej – jeszcze nawet dziś, wspomniana stacja, od czasu do czasu, z lubością puszcza stare migawki, na których widać polityków PiS-u jak to oni pięknie i interesująco, i jak niezwykle medialnie, bojkotują coś, co w ich mniemaniu było złem i na ten protest zasłużyło. Wychodzić ze studia też się raczej już nie da. Co to bowiem za demonstracja, gdy najczęściej człowiek siedzi w jakimś pomieszczeniu, przed sobą ma kamerę, w uchu jakąś słuchawkę, a do krawata przyczepiony mikrofonik? Przed kim wychodzić, dla kogo, po co? Żeby później to pokazywano na youtubie, obok zdjęć jakiejś islandzkiej czy fińskiej prezenterki, która spadła z fotela i narobiła wokół śmiechu co niemiara?
To tu zresztą otwiera się pole do prawdziwej medialnej rywalizacji. Wczoraj do TVN-u zaproszono posła Palikota, który – o dziwo – przez cały czas skupiał się na wewnętrznej polityce i jeśli kogoś obrażał to ewentualnie swojego partyjnego kolegę Schetynę. Widząc że program się kończy, a atmosfera siadła dramatycznie, prowadzący, którego nazwiska pamiętać sobie nie życzę, wręcz rzutem na taśmę, ni z gruszki ni z pietruszki, poprosił Palikota, żeby coś powiedział o Lechu Kaczyńskim. No i Palikot powiedział. Że Kaczyński jest już nawet nie trupem, że wygląda tak fatalnie, że aż niedobrze się robi kiedy się na niego patrzy, że trzeba zrobić wszystko żeby go nie zmuszać do wysiłku, jakim musi być kampania, bo nam może po prostu kartofel paść. No i wtedy dopiero ten topiarz fryty zakończył program radosnym „dziękuję”. A ja sobie myślę, że to i tak dopiero początek. To nie może być finał. Przed nami czasy kiedy nikt już nie wystąpi w telewizji, o ile nie przyjdzie do studia nago, nie wywali się na mordę, albo nie wyrzyga, albo przy wejściu nie zelży prowadzącego grubym słowem. Nie musi to być zresztą całkiem naprawdę. W końcu, co jest naprawdę? Już wielki Ridley Scott nam wbił do głowy w zakończeniu Blade Runnera ten złowieszczy okrzyk: „That’s too bad she doesn’t live! But then again, who does?”
Proces cywilizacyjnej manipulacji trwa na całego. Też wczoraj wystąpił w TVN-ie artysta muzyczny Maciej Maleńczuk. Nie mogę się tu powstrzymać przed pewną refleksją. Moim zdaniem ów Maleńczuk to – obok starego Kazika – absolutnie najwybitniejszy polski muzyk. To jak on śpiewa, jak gra na gitarze, jak komponuje i jakie teksty tworzy, jest moim zdaniem absolutnie unikalne. Z drugiej strony, on ma wszystko, co tworzy standard przeciętnego artysty – czy to aktora, czy muzyka, czy piosenkarza – a więc jest tak głupi jak tylko jest to w biologii możliwe. A zatem, mimo wszystko, tworzy w swoim geniuszu całą artystyczną przeciętność. Oglądałem ten występ z jednego powodu, i akurat nie chodzi tu o to, że chciałem sobie posłuchać głosu Maleńczuka. To akurat, że tam nie będzie już żadnej muzyki, wiadomo było z góry. Przyczyna była mianowicie taka, że, jak już od kilku dni anonsowała telewizja TVN, podczas nagrywania programu doszło do skandalu, artysta Maleńczuk demonstracyjnie opuścił studio i że całość będzie można sobie obejrzeć właśnie w poniedziałek.. Niezastąpiony Onet przybliżył nam nawet kulisy całego wydarzenia i pomógł stworzyć atmosferę nerwowego oczekiwania. Dzieci mi powiedziały o tym co się kroi, przełączyły kanał na zwykły TVN, i się zaczęło.
Najpierw przez kilka minut leciał normalny kisiel, w pewnym momencie prowadzący program coś tam powiedział na temat tego, że artystom wcale nie wolno więcej niż innym, i takie tam, i w tym momencie Maleńczuk mówi, że owszem – wolno. Wstaje i wychodzi ze studia. Konsternacja. Nikt nie wie, co się stało, czy on wyszedł naprawdę, czy to możliwe, że tak po prostu wstał i wyszedł, czy wróci, no ale trudno, hmmm… musimy sobie jakoś radzić… I nagle – proszę. Wraca Maciej Maleńczuk, przebrany w jakąś ślubną suknię i śpiewa nam piosenkę. A więc tak to wygląda po latach. Ponieważ właściciele mediów jakoś nie doczekali się zwykłych, ludzkich odruchów ze strony ogólnie biorąc bydła, przejęli również i tamte obowiązki, i sami się wzięli za tworzenie debaty, już od początku do końca. A więc wczoraj właśnie okazało się, że zwykły człowiek stracił ostatnią już szansę na zademonstrowanie swojej autonomii wobec Systemu. Teraz już nie zostało nic. Od dziś debata zaczęła się tworzyć sama, ze wszystkimi swoimi ekscesami, wszystkimi możliwymi – i niewyobrażalnymi dotychczas – dziwactwami i szaleństwami. Od dziś już wszystko będzie robione w ramach tej debaty – a więc politycy będą spadali z krzeseł, będą się tłukli po pyskach, będą obrażali siebie nawzajem i prowadzących, a jeśli któryś z nich nie przyniesie świńskiego łba, albo wibratora, to mu się wszystko dostarczy na miejscu. Od czasu do czasu, któryś z nich wstanie i krzyknie: „J...ć ch….ów!” i wyjdzie ze studia. A jak nie będzie chciał, to mu się zagrozi, że jeśli się będzie zapierał, to zniknie z publicznego obiegu, jak wielu przed nim. I będzie już chodził jak w zegareczku.
A jeśli ktoś zechce sam z siebie wyjść ze studia, albo powiedzieć coś szokującego, to nawet nikt tego nie zauważy, bo i tak studyjna kamera już w tym czasie będzie nurkowała pod stolik, żeby zrobić zbliżenie na kupę. Albo coś innego.

poniedziałek, 29 marca 2010

Darek Arest, czyli wciąż lezą



Sytuacja kogoś kto ani nie ma ani odpowiedniej wiedzy socjologicznej, ani kontaktów, które mogłyby mu te braki wynagrodzić, ani nawet tych kilku znajomych, od których mógłby czerpać potrzebne informacje na tematy kluczowe, nie jest łatwa. Ktoś taki, siłą rzeczy skazany jest wyłącznie na własne doświadczenie, dobry wzrok i to wszystko co z tego doświadczenia i tej spostrzegawczości może wyciągnąć. Z drugiej jednak strony, jeśli wziąć pod uwagę fakt, jak często wszelka tak zwana poważna wiedza jest wynikiem albo błędów – właśnie przez to że przynależących do tej bardzo poważnej domeny, nienaprawialnych – albo zwykłej manipulacji, wydaje się, zresztą ostatnio coraz częściej, że liczenie na własny rozsądek wcale nie musi być aż tak złe.
Przyznaję, nie po raz pierwszy tu zresztą, że niemal wszystko to co tu piszę – w tym nawet kwestie związane z językiem angielskim, a więc jedyną rzeczą na której się znam zawodowo – wynika głównie z doświadczenia, a nie z tego co przeczytałem w książkach, czy usłyszałem od kogoś od siebie mądrzejszego. I muszę powiedzieć, że nie narzekam. Pewnie, że chciałbym być bardziej oczytany, skuteczniej poinformowany i lepiej wykształcony niż jestem, ale też nie jestem wcale pewien czy ta zamiana nie byłaby typową wymianą siekierki na kijek. Weźmy dla przykładu niedawny wpis blogera starego, w którym ów stary nie może wyjść z zachwytu nad kondycją, w jakiej znajduje się nasza Polska pod rządami Platformy Obywatelskiej. Ponieważ ta notka – przynajmniej do momentu gdy przestała dotyczyć spraw radosnych, a zmieniła się w standardowe złośliwości pod adresem posłanki Szczypińskiej – robi wrażenie czegoś wyjątkowego nawet na tle najbardziej brutalnych ekscesów, z jakimi tu w Salonie mamy niekiedy do czynienia, myślę, że warto zacytować dłuższy fragment. Bardzo proszę tego cytatu nie lekceważyć. To trzeba przeczytać:

„W Polsce jest zarejestrowanych około 800 firm zajmujących się produkcją i naprawą pełnomorskich też jachtów. Kwitnie u nas budowa luksusowych, morskich jednostek rekreacyjnych i stale się rozwija stoczniowy przemysł na wybrzeżu i w głębi lądu dający miejsca pracy wielu tysiącom ludzi. Upadek dwóch państwowych molochów, sztucznie reanimowanych socjalistycznymi metodami i dlatego bezskutecznie to okrzyczany ale incydent pośród gospodarczego boomu jaki gospodarka morska przeżywa. Mamy do zaoferowania najlepsze i najnowocześniejsze konstrukcje pełnomorskich i śródlądowych łodzi. Pomyślną przyszłość przemysłu stoczniowego zapewnili prywatni wytwórcy znajdujących zbyt statków turystycznych a nie producenci staroświeckich, dotowanych frachtowców, którzy w dodatku chowają pośród siebie rzesze bezproduktywnych związkowców.
Nasza waluta się stale umacnia. Zyskała 20% od lutego ubiegłego roku, gdy wartość złotego sięgnęła dna i umacnia się nadal. Nie tak szybko już wprawdzie ale się przewiduje, że za pół roku będzie silniejsza o dalsze trzy procent. Konsekwencje tego są dla naszej gospodarki dobroczynne. Przede wszystkim wszyscy się staliśmy bogatsi o jedną piątą naszych oszczędności. Poza tym relatywnie spada nasze zagraniczne zadłużenie, maleją raty w zagranicznych walutach, zagraniczne wycieczki się stają tańsze, zakupy towarów z USA znowu się zaczną opłacać. Nasz eksport zaś nie ucierpi na tym wiele bo prawie wszyscy nasi producenci, handlujący z zagranicą od dawna się rozliczają w euro. Podobnie więc jak eksport nie wzrósł w dobie spadku wartości złotego tak i teraz nie zmaleje. Solidnieją też nasze podstawy do masowych wyjazdów na obiecywane nam egipsko- tunezyjskie czy zgoła kosmiczne wakacje
”
Szczerze powiem, że ja nie słyszałem o tych 800 firmach, ani o tych 20%, ani o tych malejących ratach w zagranicznych walutach, jak i z całą pewnością o wielu innych rzeczach, o których słyszał i stary, i jego kumple i mentorzy z Platformy, właśnie dlatego, że w ogóle słabo się orientuję w tym co się dzieje w naszym świecie. Nawet ostatnio przestałem czytać gazety, i codzienną propagandę obserwuję już tylko w telewizji, zupełnie jak zwierzęta w zoo. Natomiast od czasu do czasu docierają do mnie przeróżne sygnały ze świata pozaoficjalnego i też pozwalają mi, choćby może tylko czuć, że coś tam jednak wiem.
Co wiem? Nie będę tu wchodził w szczegóły. Raz, że nie chcę by ten blog stał się bardziej konfesyjny niż i tak już jest i niż da się to normalnie znieść, a dwa że są to sprawy zbyt prywatne i, co ważniejsze, niekoniecznie nawet dotyczące mojej sytuacji. Ponieważ natomiast mam głębokie przekonanie, że moja wiedza nie jest bardzo oryginalna i ekskluzywna, powiem tylko, że wiem to, co wie też większość czytelników tego bloga. A mianowicie, że to co złym ludziom udało się w ciągu minionych kilku lat przeprowadzić na polskim społeczeństwie, ta socjotechniczna operacja, która doprowadziła do pojawienia się kogoś takiego jak autor cytowanych wyżej słów – i to na skalę wręcz masową – jest wydarzeniem społecznym, o którym za ileś tam lat będzie się wspominało w książkach. I nie tylko mam tu na myśli podręczniki psychiatrii.
Skąd moje przekonanie, że wiedza, którą ja posiadam jest lepsza od wiedzy pochodzącej z przestrzeni oficjalnej? Stąd właśnie, że ja ją czerpię z tego co widzę za oknem, na mojej ulicy, z rozmów z normalnymi ludźmi, którzy nigdy nie mieli żadnego interesu, żeby się skarżyć, a co dopiero żeby się doprowadzić do stanu, w którym to, że podobno w Polsce jest już „osiemset firm zajmujących się produkcją naprawą pełnomorskich jachtów” jest informacją równie interesującą co egzotyczną, jak ta, że z jakiegoś powodu niemal połowa działaczy Platformy Obywatelskiej jest niesłychanie zaangażowana w polityczne życie swojej partii i plany jej przywódców, a ośrodki badania opinii publicznej mówią, że od dziś to właśnie Bronisław Komorowski stał się dla większości społeczeństwa wzorem wszelkich prezydenckich cnót. Z ludźmi, którzy dla poprawy bezpieczeństwa swoich rodzin byliby gotowi nawet poprzeć coś tak chorego jak ów obywatelski projekt bandy szamanów zrzuconych na Polskę bez żadnej litości. Gdyby tylko ujrzeli w nim choć ślad sensu. Ale nie widzą. Bo, mimo tej nędzy, zachowali podstawowy zdrowy rozsądek.
Po prostu z ludźmi, którzy się nie dali wydrążyć.
Dziś we Wproście czytam artykuł niejakiego Darka Aresta – słowo daję, że tak to jest podpisane – o artystycznej wielkości czegoś o czym już tu pisałem, a co nazywa się stand up comedy show. Ów Darek Arest (poważnie!), z tym szczególnym, a przy tym jak najbardziej typowym, intelektualno-wieśniackim kompleksem, zachwyca się, jakie to te komedie są strasznie światowe, niebywale śmieszne, i w swym obrazoburstwie absolutnie ponad intelektualne możliwości przeciętnego Polaka. Bo oto dajmy na to taki Robin Williams w swoim najnowszym programie w sposób absolutnie rozwalający każdego porządnego intelektualistę, „parodiuje złożonego przez starość i chorobę Jana Pawła II, a także odgrywa dialogi odbytu i penisa”. Ja mogę tylko od siebie dodać, że to nie jest tak bardzo najnowszy numer Robina Williamsa. Ja tego autentycznie wybitnego aktora miałem okazję oglądać w tym samym grepsie jakimś amerykańskim telewizyjnym show jeszcze w czasach, gdy Ojciec Święty – z trudem, ale żył. Żart polegał na tym, że Robin Williams przechylał się śmiesznie na bok, dokładnie jak Papież, i udawał, że pierdzi. A więc, albo Williams odstawia ten sam numer od ponad już pięciu lat i tylko Darek Arest myśli, że te jaja są świeże, albo ktoś coś Darkowi opowiedział, ten to przetrawił, coś mu się w durnej pale przesunęło, i marzenia mu się tak zakotłowały, że wyszło z tego to co wyszło.
W sumie nieważne. Najważniejsze że on i tak tego spektaklu nie widział, ale o nim usłyszał. Tak to się bowiem zawsze dzieje. Zawsze na początku jest ta wiedza. Poważna wiedza poważnych ludzi. I to obojętne, czy w kwestii śmiesznego pierdzącego Jana Pawła, czy równie śmiesznych, i równie dziś jak On bezproduktywnych, związkowców z Gdańska.

piątek, 26 marca 2010

Polecam Wyborczą!



Tak się ostatnio podziało, że Toyahowa, podobnie zresztą jak obie nasze córki, zakochały się w niejakim doktorze Housie. Gdyby ktoś nie wiedział, doktor House to postać czysto fikcyjna, choć nie do tego stopnia, żeby za nim stała wyłącznie zaawansowana technika komputerowa. Jego wprawdzie nie ma, ale aktor – bo to jest film – który gra jego rolę, jest jak najbardziej prawdziwy i wygląda dokładnie tak samo, mówi tak samo, porusza się tak samo i – co może najciekawsze – jest dokładnie taki sam, jak fikcyjny doktor House. Co gorsza, musiałbym być kompletnie zakłamany i w dodatku stuknięty, żeby udawać, że nie rozumiem, co za tym oczarowaniem stoi. Przyznaję więc bez awantur. Chciałbym być jak doktor House.
Ponieważ nie jestem, jedyne co mi pozostaje to w każdy piątek pędzić do zaprzyjaźnionej budki z gazetami i kupować mojej żonie i moim obu córkom kolejny odcinek tego niezwykłego serialu. Dlaczego do budki z gazetami? Dlatego mianowicie, że Gazeta Wyborcza od pewnego czasu dodaje do swojego piątkowego wydania kolejne trzy epizody House’a i można tę płytkę kupić za 6 złotych. Dlaczego do zaprzyjaźnionego? Dlatego że we wszystkich innych kioskach nie można płytki kupić bez gazety. Chcesz House’a– musisz kupić Wyborczą. W sumie, tę politykę rozumiem, co nie znaczy, że muszę się jej podporządkowywać, prawda?
I teraz następuje coś, co z jednej strony bardzo całą sprawę komplikuje, a z drugiej jest prawdziwym powodem, dla którego powstaje dzisiejszy wpis. Jak wszyscy wiemy, zbliżają się Święta Zmartwychwstania Pańskiego i powoli trzeba sprzątać mieszkanie. Ponieważ ostatnio jestem raczej bezrobotny, czuję że ten obowiązek w dużym stopniu spada na mnie. Obecnie jestem na etapie okien. Dziś, zanim się wziąłem za kolejny pokój, poszedłem do zaprzyjaźnionego kiosku po trzecią część trzeciej serii House’a… I jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że zamiast zaprzyjaźnionej pani Natalii jest kto inny, a o Housie dla mnie nic nie wiadomo. Nie pozostało mi więc nic innego, jak kupić płytkę gdzie indziej, ale za to z całą grubą Gazetą Wyborczą. Co też uczyniłem. Bez bólu. A dlaczego bez bólu, proszę posłuchać.
Otóż, tym którzy jeszcze tego nie wiedzą, trzeba wiedzieć, że jestem mistrzem świata w szybkim i skutecznym myciu okien. Nauczyła mnie tego moja mama, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, i od tego czasu swój talent wyłącznie rozwijam. Umycie okna zabiera mi rekordowo mało czasu, efekt jest zawsze bardzo pierwszej klasy, a do wykonania tej pracy potrzebuję wyłącznie wiadra z wodą, kawałka szmaty, płynu do mycia szyb i jedną przeciętnej grubości gazetę. Musi być gazeta. Żaden magazyn, żaden kolorowy chłam., nic śliskiego i błyszczącego. W grę wchodzi wyłącznie standardowa gazeta. Na czym polega sztuka mycia okien na poziomie mistrzowskim? Bierzemy szmatę i wiadro z wodą, myjemy najpierw szybę bardzo szybko z podstawowego syfu, następnie opryskujemy ją płynem z butelki, po czym starannie wszystko pucujemy zwiniętą w kupkę gazetą. Nie używamy żadnych ściereczek, żadnych gąbek, żadnych wycieraczek. Szybę pucujemy wyłącznie gazetą. Efekt jest taki, że ani nie robią się zacieki, ani smugi, ani nic nie trzeba poprawiać, wszystko odbywa się szybko i nawet kiedy z gazety zostaje tylko brudna mokra kupka, wszystko działa jak najlepiej. Na koniec, możemy ewentualnie rzucić na swoje dzieło krytycznie okiem i, jeśli jest coś do poprawienia, to przy pomocy nowego kawałka gazety i szczypty płynu jesteśmy w stanie to coś poprawić.
Od pewnego czasu nie kupujemy gazet w ogóle i kiedy wczoraj wziąłem się za pierwsze okno, z przykrością zorientowałem się, że mam wszystko, a więc wiadro, wodę, szmatę, płyn… ale nie mam gazety. Wiedziałem że na Metro jest już przede wszystkim za późno, a poza tym ono akurat jest za cienkie, więc kupiłem Dziennik. I cóż się okazało? Wszystko było jak trzeba, tyle że z tą różnicą, że do umycia dwóch okien musiałem zużyć całą gazetę. Ten papier był tak beznadziejny – nie wiem, czy za cienki, czy za słaby, czy w ogóle jakiś lewy – że jednej szyby nie dało się zrobić, żeby coś jeszcze w ręku zostało. Czyścił dobrze, ale mówię Wam – rozpadał się w rękach. A więc, naturalną koleją rzeczy, zostawiłem resztę roboty na dziś.
No i pojawił się ten House. Wierzcie mi lub nie, ale w życiu nie miałem w ręku czegoś tak fantastycznego jak ta Gazeta Wyborcza. Wystarczyło wziąć ten papier do ręki, zmiąć go należycie i od razu się czuło, że to jest ten moment. Że to jest coś niepowtarzalnego. W poprzednich latach właściwie wyłącznie myłem okna starymi Rzepami i przyznać muszę, że nie było źle. Rzepa jest mocna, szybko schnie, wystarcza na dość długo, ale niestety jest za twarda. A przez to, mam wrażenie, że rysuje szkło. Oczywiście, po jednym razie tego nie widać, ale jeśli wycieramy szyby Rzeczpospolitą regularnie, po pewnym czasie robią się nawet nie tyle że rysy, ale szyba matowieje. Odrobinkę tylko, ale matowieje. Dziennik, jak mówię, sprawdziłem wczoraj, i to jest nieszczęście. Po kilku ruchach, w ręku zostaje papka. Normalna papka. Do tego, od czasu jak niektórzy z nas jeszcze to brali do ręki, cena wzrosła dramatycznie, i przy obecnych 2,60 za numer, to już jest wyłącznie strata pieniędzy. Jeśli się uda umyć jedno okno, to i tak dużo. Wyborcza jest wprawdzie jedynie o 10 groszy tańsza, ale jaka oszczędność! Ja dzisiaj wszystkie okna – a zapewniam, że mam ich niemało i są przede wszystkim duże – umyłem jednym egzemplarzem, a i tak jeszcze zostało na wyłożenie kosza na śmieci.
Mam wrażenie, że papier, na którym Agora drukuje swój dziennik jest może nawet tak samo dobry, jak stary, jeszcze peerelowski papier, z którego robiono na przykład Trybunę Robotniczą i którym prawdopodobnie okna myła moja mama. On nie dość że świetnie leży w dłoni, bardzo dobrze się mnie, a więc nie jest ani za twardy ani za miękki, to – czego nie rozumiem – bardzo dobrze się regeneruje. A więc, kiedy już wydaje się, że nic z niego nie będzie, to wystarczy go rozłożyć, przewietrzyć i on się znów robi suchy i gotowy do ponownego użycia. A przez to, że teraz jest – choć wciąż mocny – znacznie bardziej miękki niż na początku, bardzo dobrze się nadaje do poprawiania ewentualnych niedoróbek. Gdzieniegdzie można natrafić na reklamy jakichś szwedzkich ścierek po 30 złotych. Zapewniam. Zmoczona, zgnieciona, pomięta i lekko podsuszona Gazeta Wyborcza jest absolutnie najlepsza. Proszę popatrzeć na to zdjęcie. Przecież, gdyby komuś się chciało, nawet mógłby to czytać.
A zatem polecam Wyborczą. Jest bezwzględnie najlepsza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może mieć obiekcje natury moralno-politycznej. Tym bardziej, że nie da się ukryć, że każda złotówka, którą tu przeznaczymy na porządne umycie naszych okien na Święta, idzie do kieszeni ludzi, których za bardzo nie szanujemy. No ale zawsze można sobie powiedzieć – i będzie to jak najbardziej prawda – że jeśli my kupimy tę gazetę, to dla kogoś, kto ją może bardziej potrzebować, już nie starczy. A zatem, mamy na koncie dobry uczynek. A że Agorze wzrośnie sprzedaż i będą mogli podwyższyć nakład? Proszę bardzo, niech podwyższają. Święta miną i znów wszystko wróci do normy, a oni zostaną z kupą szmat, z którymi nawet nie będą mieli co zrobić.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...