środa, 10 czerwca 2009

Pięć palców, czyli Nowy Wspaniały Świat

Jeśli ktoś się czuje zmęczony, to jest mi oczywiście przykro. Jednak nic na to nie poradzę. O sprawie pani Cugier-Kotki pisać należy. I to pisać prosto, jasno, jednoznacznie i bez nikomu niepotrzebnej elegancji. Uważam, że bez względu na to, na ile wersja podawana przez panią Kotkę jest prawdziwa, i na ile wesołe złośliwości ludzi o chorych sumieniach są usprawiedliwione, miniona sobota przyniosła nam wszystkim pewną bardzo istotną jakościową zmianę w naszej politycznej i społecznej sytuacji. Otóż w miniona sobotę, pani Anna Cugier-Kotka – kobieta, która postanowiła publicznie cofnąć swoje poparcie Platformie Obywatelskiej i przenieść je na Prawo i Sprawiedliwość – w sposób bardzo wymowny przekroczyła pewna granicę. I jeśli ktoś sądzi, że to co się stało, to sprawa jej i PiS-u, to się bardzo głęboko myli. To z czym mamy do czynienia, to problem Polski i problem nas wszystkich.
Z tego co wiemy – a ja dodatkowo, tak się złożyło, mam jeszcze informacje bardziej z boku – pani Cugier-Kotka w minioną sobotę została pobita. Ciekawą rzeczą jest, że ona została pobita przez ludzi, którym przeprowadzony przez nią akt politycznej demonstracji do tego stopnia była niemiły, że najpierw zadali sobie trud, żeby ustalić jej miejsce zamieszkania, a następnie, owego sobotniego ranka, wstali wcześniej niż zwykle, udali się pod jej dom i ją zwyczajnie nastraszyli. Faktem też jest, że całe zdarzenie nie było chaotycznym wybrykiem wynikającym, być może z przedwyborczego napięcia i naturalnych politycznych emocji. Atak na osobistą wolność pani Kotki stanowił oczywisty element większej całości, czyli wielotygodniowej kampanii nienawiści, której pani Kotka została poddana od momentu, gdy jej nazwisko stało się znane publicznie. Bandycki atak na jej profil w portalu nasza-klasa i szydercze komentarze w ogólnokrajowej prasie, to zaledwie drobny fragment tego, z czym pani Kotka musiała żyć każdego dnia.
Kiedyś, pisząc tu w Salonie o zawodowej i osobistej sytuacji Marka Migalskiego, pracownika uniwersytetu, który przez swoje polityczne wybory stał się w swoim środowisku osobą napiętnowaną, współczułem mu bardzo, bo nie miałem jakichkolwiek trudności, żeby wyobrazić sobie jego dzień powszedni, tak bardzo spętany przez czystą ludzką nienawiść. Dziś, kiedy myślę o pani Kotce, to moje współodczuwanie pojawia się ze szczególną intensywnością. Od momentu kiedy młody Toyah przyniósł mi informację o tym, że profil pani Kotki na naszej-klasie został zaatakowany przez najzwyklejszych gangsterów, ja każdego dnia wyobrażam sobie jak bardzo jej życie się zmieniło wyłącznie dlatego, że swoją wolnością zaatakowała wrażliwość wszystkich tych osób, którzy są emocjonalnie związani z projektem o nazwie Platforma Obywatelska.
Nie bardzo wiem, dlaczego akurat ja reaguję na tę sytuację z takimi emocjami. Może dzieje się tak dlatego, że jestem zwyczajnie przewrażliwiony, a może dlatego, że moje życie jest wypełnione takim napięciem, że wiem dokładnie, jak bardzo ono mogłoby się zmienić, gdyby wtargnął w nie jakikolwiek element niepożądany. Nieważne. To co się liczy, to fakt, że kiedy myślę o tym, jak pani Kotka wchodzi na swój profil w naszej-klasiei widzi czarno na białym wiadomość „zginiesz kurwo”, to ja jej po prostu współczuję. I wcale nie mniej jej współczuję, kiedy ona mi opowiada, że kiedy wyszła rano do sklepu po jedzenie dla kotów, pod jej domem czekało kilku obrażonych na nią mężczyzn i ją fizycznie i psychicznie poturbowali. Jeśli ktoś się dziwi mojej reakcji, nic na to nie poradzę. Każdy odpowiada za siebie.
Ale i ja się czemuś dziwię. Dziwię się ludziom, którzy na wiadomość o tym, że doszło do zamachu na osobistą wolność niewinnej kobiety, pierwsze co robią, to stają na głowie, żeby tę informację zakwestionować. I nie robią tego ani z czystego umiłowania prawdy, ani z ludzkiego badawczego niepokoju. Lecz ze zwykłej potrzeby nie odstawania i ze zwykłego braku wrażliwości. Wyobraźmy sobie bowiem, że pani Cugier-Kotka nie została – wbrew temu co mówi – nawet tknięta przez kogokolwiek. Wyobraźmy sobie, że nawet ta jednoznacznie w całym cywilizowanym świecie szokująca informacja, że pod jej dom przyszedł jakiś nieopanowany wróg ‘kaczyzmu’ i ją klepnął po pupie, jest też wyłącznie wytworem jej kobiecej fantazji. Wyobraźmy sobie, że pani Cugier-Kotka – zgodnie z tym, co podaje Super Express –oszalała, wpadła w alkoholizm i jest głównie nieprzytomna. Że ona w tej całej awanturze jest wcale nie mniej ubrudzona, niż ktokolwiek inny. Czy nawet w tej sytuacji nie przydałoby się jednak zastanowić, dlaczego fakt, że pani Kotka popiera Prawo i Sprawiedliwość– choćby i z czystego interesu – pozbawia ją najbardziej podstawowych osobistych praw do tego stopnia, że cała publiczna przestrzeń medialna, a za nią bandy podnieconych komentatorów, nie mogą się powstrzymać, żeby dyskutować jej problem w tak ohydnie bezwzględny sposób. Zastanówmy się, czy gdyby losy pani Kotki potoczyły się w przeciwnym kierunku, czyli gdyby ona dwa lata temu wystąpiła w klipie wyborczym PiS-u, a dziś chytrze uznała, że warto jest się przykleić do Platformy, pękalibyśmy od rana do wieczora ze śmiechu na dźwięk jej dziwacznego podwójnego nazwiska?
Otóż nie. Odpowiedź jest prosta. Nie. Przede wszystkim dlatego, że problemu pani Cugier-Kotki zwyczajnie by nie było. Nie byłoby jej problemu, bo przede wszystkim zarówno politycy PiS-u, jak i związani z PiS-em komentatorzy, jak i zwykli PiS-u wyborcy machnęliby na panią Kotkę ręką. Uznaliby zwyczajnie, że pani Kotka okazała się jeszcze jedną osobą, równie wyrachowaną jak Paweł Zalewski, czy Radosław Sikorski, czy Kazimierz Marcinkiewicz i ostatnią rzeczą jaką mieliby ochotę robić, to przychodzić pod jej dom i pluć na jej drzwi. A więc nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby pani Cugier-Kotka pozostała przy swoich poprzednich wyborach, miałaby święty spokój. A Super Express nie musiałby pisać o tym, że ona chleje i ma nie po kolei w głowie.
I to jest własnie największy problem. Nie to, czy pani Kotka została pobita, czy tylko klepnięta w pupę, czy wyłącznie zwyzywana. Czy że może wszystko się skończyło na tej naszej-klasie. Nie to jest dziś naszym polskim problemem, czy moje zatroskanie i zatroskanie całego PiS-u jest szczere, czy my tylko próbujemy coś na tej nieszczęsnej sytuacji ugrać. Problem jest taki, że od czterech już lat sukces jednej partii politycznej stał się dla tzw. elit do tego stopnia sprawą podstawową, że temu sukcesowi zostało podporządkowane wszystko inne. Problem prawdziwy polega na tym, że ktoś w pewnym momencie miał odwagę wymyślić, że tylko po to, żeby Platforma Obywatelska mogła zdobyć i zachować władzę, można całe grupy społeczeństwa doprowadzić do takiego poziomu negatywnych emocji, że w efekcie nie zostanie wykonany jeden krok, jeden gest, o ile na jego początku i na jego końcu nie będzie stała nienawiść.
W minioną sobotę, i w dniach kolejnych, owa filozofia – niektórzy na nią mówią „filozofia miłości” – osiągnęła stan, w którym nierzeczywistość stała się rzeczywistością. A to już jest poziom Orwella, kiedy Winston na pytanie O’Briena „Ile palców widzisz?” widzi i odpowiada „Pięć”. A jeśli dziś postanowiłem po raz trzeci poświęcić swój blogowy wpis tej właśnie kwestii, to wyłącznie dlatego, że zbyt wiele osób z zupełnie niespodziewanego kierunku czuję się nad podziw dobrze.

wtorek, 9 czerwca 2009

O zmiennych kobietach, wielkiej polityce i blogrze Kovalskym

Przez większą część dnia zamartwiam się tym, co się w ubiegłą sobotę przydarzyło pani Cugier- Kotce. Martwię się samym zdarzeniem, ale również powszechnie widocznym lekceważeniem sprawy. Nie jestem w stanie pojąć, jak mogło dojść do tego, że w sytuacji oczywistego ataku na panią Kotkę – bez względu na to, czy poważnego, czy drobnego; czy opisanego przez panią Kotkę dokładnie, czy z naturalnym w takich sytuacjach podbarwieniem – większość komentatorów, z jednej i z drugiej strony politycznych podziałów, skupia się głównie na próbach udowodnienia, że relacja pani Kotki jest na tyle niekonsekwentna, na tyle niezrozumiała, a przez to na tyle podejrzana, że wręcz nie warta poważnego spojrzenia. Nie potrafię pojąć, jak to się stało, że w Polsce roku 2009 nie tylko najbardziej cyniczni politycy Platformy, ale również ludzie – wydawałoby się – zdecydowanie wrażliwi na oczywiste niebezpieczeństwa, postępują, jakby uznali, że od tego co się przecież mogło zdarzyć przed domem pani Kotki, z całą pewnością ważniejsze jest zachowanie zdrowego rozsądku, obiektywizmu i tzw. politycznej kultury.
Od pierwszej chwili, kiedy nazwisko i wizerunek pani Cugier-Kotki zaistniała w świadomości publicznej, nie ma dnia, żeby w ten czy inny sposób ta – według wszelkich cywilizacyjnych i kulturowych standardów – całkowicie przecież niewinna kobieta, nie była traktowana przez polityków, dziennikarzy i zwykłych publicznych komentatorów w sposób absolutnie nieludzki. Nie ma dnia, żeby pani Cugier-Kotka nie usłyszała, lub nie przeczytała o sobie rzeczy, których nawet podły człowiek nie ma szans na swój temat wysłuchiwać. Tylko dlatego, że odważyła się nieroztropnie – jak się teraz dowiaduje – wystąpić przeciwko sile, przeciwko której występować jest bardzo niebezpiecznie. Szczególnie kiedy się jest zwykłym obywatelem. I w tej sytuacji, okazuje się że zwykła ludzka wrażliwość została tak zaczadzona, że z tego szaleństwa nie potrafią się wyrwać ludzie, o których można było sądzić różnie, ale nie że są po prostu bez serca.
A tu jeszcze na dodatek czytam wiadomość, że podobno nic takiego się nie stało. Pani Kotka po prostu dostała klapsa w pupę i usłyszała parę niemiłych słów. A tu nagle widzę wpis na blogu pewnego absolwenta wydziału prawa poznańskiego uniwersytetu, zatytułowany elegancko "Cuger Kotka".
Myślę więc o tym i dziś rano i w południe i myślałem o tym, kiedy jechałem do pracy autobusem… i nagle sobie przypomniałem, ze przecież to nie pierwszy raz, jak pani Cugier-Kotka oberwała. Przecież ona już miała okazję poczuć smak polityki, kiedy u władzy był PiS, a ona kręciła wyborczy klip dla Donalda Tuska. Przecież wszyscy pamiętamy te nagonkę, jaką jej zorganizowaly wówczas środowiska PiS-owskie. Sprawdziłem i znalazłem pewien wpis w Salonie sprzed dwóch lat, podpisany przez blogera o nicku Kovalsky. I proszę. Oto co Kovalsky pisał dwa lata temu:
Uporządkujemy fakty: 1. W sobotę ok. 8-9 rano pani Anna Cugier-Kotka, aktorka występująca ostatnio w spotach Platformy Obywatelskiej, została zaatakowana na ulicy pod własnym domem. 2. O godzinie 14 policja odbiera telefoniczne zgłoszenie od pani Cugier-Kotki. Policjanci podobno udają się na miejsce zdarzenia i osobiście rozmawiają z aktorką. Kobieta, jak twierdzą policjanci, nie pojawia się jednak na komisariacie z wynikami obdukcji. Nie zgłasza też podobno również powiadomienia o przestępstwie. 3. W poniedziałek pani Cugier-Kotka wypowiada się dla TVN, lecz z jakiegoś powodu ani słowem nie wspomina o pobiciu. Mówi o różnych szykanach, jakie ją spotkały w ostatnim czasie, ale nie o fizycznym ataku. Na koniec z uśmiechem dodaje, że jej zdaniem już wkrótce wszystko w jej życiu znów będzie w porządku. 4. W poniedziałek wieczorem portal „Rzeczpospolitej” publikuje artykuł o pobiciu aktorki. Tekst zawiera m.in. wypowiedź Grzegorza Schetyny. Tymczasem Cugier-Kotka udziela dramatycznego wywiadu Radiu Lublin, a dziś rano – TVN24. Kobieta wydaje się być przestraszona i roztrzęsiona.
Jestem pierwszym, który mógłbym potraktować informacje o ataku na panią Cugier-Kotek jako nieprzyzwoity element piaru Platformy Obywatelskiej, by wykazać brutalne metody kampanii nienawiści rozpętanej przez polityków Platformy z wykorzystaniem związanej z ich obozem politycznym kobiety. Przykładów wściekłych i powielanych przez media brudnych zagrań Platformy jest aż nadto.
Przyznaje też, że w tej sprawie jest za dużo znaków zapytania. Trudno sobie wyobrazić w jaki sposób uśmiechnięta kobieta swobodnie wypowiadająca się dla TVN, już po kilkunastu godzinach, tej samej stacji w dramatyczny sposób opowiada o pobiciu – do którego miało dojść trzy dni wcześniej. Nie zmienia to jednak faktu, ze obóz obecnie rządzący nie może pozostawić bez wyjaśnienia zarzutów choćby nawet nie do końca wiarygodnych.
Rozumiem, że Platforma Obywatelska może czuć pokusę, by umieścić panią Cugier-Kotkę na sztandarach. Niestety jest też tak, że dopóki sprawa nie zostanie przez odpowiednie organy ostatecznie wyjaśniona, taki krok ze strony Platformy będzie przez społeczeństwo całkowicie zrozumiany. Bowiem jest możliwe, iż aktorka rzeczywiście została zaatakowana. I choć najwyraźniej sama nie czuła potrzeby, by nagłaśniać tę sprawę, my, jako partia dumnie nosząca nazwę Prawo i Sprawiedliwość, musimy zrobić wszystko, by sprawy nie wyciszać, ale ja dogłębnie wyjaśnić.
Coś się zmieniło dopiero w poniedziałek. Chciałbym wierzyć, iż na zmianę postawy kobiety nie wpłynął nikt z zewnątrz.Taki ktoś byłby bowiem albo prowokatorem, albo głupcem.
… I się obudziłem, bo to już mój przystanek I trzeba wysiadać. I trzeba iść uczyć. I zarabiać na wojnę z bankami. A sny? Wiadomo. Sny są głupie i zupełnie nieprawdopodobne. Miłego wieczoru wszystkim Państwu.

O kryształowej sobocie, niebieskiej niedzieli i deszczu za oknem

Gdyby ktoś – oczywiście z czystej życzliwości – chciał wiedzieć, jak się dzisiaj czuję, to odpowiadam: czuję się tak sobie. Ani źle, ani dobrze. Chce mi się trochę spać i, jak zwykle, stoję fatalnie finansowo, za oknem deszcz, ale za to wszyscy w domu zdrowi i pełni energii, no i jeszcze przez cały bieżący tydzień mamy w domu fantastycznego gościa z samej Kolonii, więc i towarzysko jest bez zarzutu, a zatem jestem – że zacytuję ministra Rostowskiego – na lekkim zerze. Oczywiście, czułbym się znacznie lepiej, gdyby PiS-owi od niedzieli nie spadło do 27 z kawałkiem, lecz wzrosło do 30 z kawałkiem, ale – co robić? Widocznie Pan Bóg wciąż ma do nas o coś (chyba nawet wiem, o co) pretensje, więc musimy zachować pokorę. I się zwyczajnie lepiej starać.
Według wszelkich danych, jest w Polsce ponad 3 mln ludzi, którzy w niedzielę wzięli udział w wyborach i zagłosowali na Platformę Obywatelską. Uważam, że dla dobrej orientacji w bieżącej sytuacji i w ewentualnych perspektywach, bardzo dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego oni zachowali się tak, a nie inaczej. Jaki procent z nich oddal swój głos na PO dlatego że jest święcie przekonany, że Donald Tusk i jego koledzy to pierwszorzędna ekipa; jaki procent zechciał ich poprzeć, bo lubi myśleć tak jak się im każe w telewizji; a ilu z tych, którzy wybrali Platformę głosowało w ten własnie sposób, bo ich nienawiść do PiS-u jest tak wielka, ze akurat wczoraj nie obchodziło ich dokładnie nic innego, jak tylko ‘dowalić’ Kaczorom.
Przy okazji jednego z moich poprzednich wpisów, komentator darekkk – jak się domyślam wyborca Platformy – przedstawił opinię, że w ostatnich latach, wybory są „przeciw komuś”, a nie „za kimś”. Zdanie to potwierdzałoby moje wcześniejsze podejrzenia, że Platforma Obywatelska ma to co ma, nie dlatego że, zdaniem wielu, jest taka fantastyczna, ale wyłącznie dlatego, że PiS jest tak ohydny. Uważam że moja diagnoza jest słuszna, jednak na jej poparcie nie mam nic poza swoim osobistym doświadczeniem i indywidualną obserwacją. Bardzo chciałbym albo sam mieć odpowiednie umiejętności socjologiczne, albo mieć pod ręką jakiegoś w miarę obiektywnego i sprawnego badacza, który odpowiedziałby mi na parę pytań. Niestety, tu sytuacja jest kiepska, więc pozostaje mi wyłącznie prowadzić amatorskie spekulacje.
Najpierw może zastanówmy się, co wiemy na pewno. A więc wiadomo, że od wyborów sprzed dwóch lat, nie zmieniło się wiele. Platforma i PiS zachowały swoje pozycje i z całą pewnością ci, którzy prognozowali upadek PiS-u mają powody do zmartwień i – o oczywiście – ci, którzy liczyli na to, ze naród dostrzeże nędzę Platformy i ich pogoni od władzy również nie mogą nie narzekać. Wiemy jeszcze coś. Platforma w żaden sposób nie wchłonęła elektoratu komunistycznego, na co ewidentnie liczyła, natomiast PiSz cała pewnością udowodnił, że po prawej stronie nie ma absolutnie żadnej konkurencji. Od poprzednich wyborów europejskich partia Jarosława Kaczyńskiego znacznie poprawiła swoje, że tak powiem ‘europejskie’ notowania, jednocześnie likwidując wszystko, co znajdowało się w polu działań. Wiemy też, ze praktycznie cała ściana wschodnia trwa mocno przy konserwatywnej prawicy i nawet jeśli ludzie tam głosujący wykazują kompletną ignorancję w kwestii, czym jest prawica i czym jest konserwatyzm – czym, ku mojej nieposkromionej satysfakcji, doprowadzają do szalu najróżniejszych komentatorów, również tu w Salonie – to fakty sa nieubłagane. Dla patriotycznie, narodowo i konserwatywnie zorientowanego mieszkańca Polski, poza PiS-em nie ma nic. Ale jest też jeszcze jedna rzecz, o której nie wolno zapominać – Platforma Obywatelska, po dwóch latach swoich całkowicie kompromitujących, żałosnych rządów, odniosła spektakularne zwycięstwo. I to – uważam – jest czymś nad czym trzeba się zastanowić.
Frekwencja w niedzielnych wyborach była bardzo niska. Biorąc pod uwagę całą Europę, od Polski gorsi byli tylko Słowacy i ktoś tam jeszcze. Zapamiętałem Słowację, bo jakoś mi po głowie chodzi to święte euro. Wygląda na to, ze bracia Słowacy nie chcą docenić szczęścia, które ich spotkało. A zatem, z czterech naszych obywateli, trzech nie wykazało wyborami jakiegokolwiek zainteresowania i uważam, że od odpowiedzi na pytanie, kim są ci którzy głosowali i kim są ci, którzy głosować nie chcieli, zależy bardzo wiele. Bardzo wiele również zależy od informacji związanej z tym, czemu jedni głosowali i czemu inni głosować nie chcieli.
Niedawno, w jednym z moich wpisów, zastanawiałem się dlaczego w wyborach roku 1989 niemal 40 procent wyborców nie pofatygowało się do głosowania przeciwko komunie. Wówczas – przekonany, że udział w głosowaniu jest rzeczą co najmniej tak oczywistą jak pójście w niedzielę do kościoła – uznałem, że prawdopodobnie te 40% społeczeństwa, to zniszczone komuna menelstwo. Ludzie, którzy w każdą niedzielę leżą w domu ‘zapruci’ przed telewizorem. Ale dziś, po tych dwudziestu latach, byłem ciekawy, co się z nimi przez te wszystkie lata stało. Czy oni jakoś się przystosowali, czy może jeszcze bardziej upadli? Czy jeśli się przystosowali, to czy interesują się polityką, czy zwyczajnie chodzą do pracy, a w niedzielę oglądają mecz w telewizji? Mam kilku kolegów, jeszcze ze szkoły podstawowej, którzy naprawdę przed laty rokowali fatalnie, a dziś mieszkają w Niemczech, czy w Szwecji i radzą sobie zupełnie dobrze. Z większością z nich można nawet bardzo przyjemnie porozmawiać. Więc, gdzie są dzisiaj ci wszyscy, którzy w roku 1989 na to wszystko co się w Polsce działo zwyczajnie wzruszyli ramionami? I kim oni byli? Czy ja miałem racje, kiedy mówiłem, że to – bardzo szeroki, to fakt – ale tylko margines? Czy oni w minioną niedzielę głosowali? A jeśli głosowali, to jak? I co robili w sobotę?
Nie znam odpowiedzi na te pytania. W ogóle, jak już wspomniałem, poza własnym doświadczeniem, nie wiem nic poza tym, co wiadomo powszechnie. Ale, naturalnie, wielu rzeczy mogę się domyślać. Wiem na przykład wszystko na swój temat i wiem wszystko na temat ludzi mi bardziej lub mniej bliskich. Z tej wiedzy wyłania się jeden obraz. Wszyscy ci, którzy głosowali na PiS, podjęli taka a nie inną decyzję, ponieważ lubią PiS i uważają, że Kaczyńscy są świetni. Ogromna natomiast większość osób, które poparli Platformę, albo polityką się nie interesują, albo też są przekonani, że Platformato całkowita pomyłka, ale ich nienawiść do PiS-u wciąż determinuje każdy ich ruch. Inaczej jest z PiS-em. Mam bardzo silne przekonanie, że z tych niemal 2 mln osób, które wczoraj poparły Prawo i Sprawiedliwość, niemal wszyscy głosowali pozytywnie, czyli oddali swój głos nie przeciwko czemuś, ale za czymś. Z tego co się orientuję, siła Prawa i Sprawiedliwości nigdy nie była budowana na emocjach negatywnych. Jeśli dwa lata temu, partia Jarosława Kaczyńskiego uzyskała ponad 5 mln głosów poparcia, to ci wszyscy ludzie zachowali się w taki a nie inny sposób, bo wierzyli, że wybór, którego dokonali, to jest bardzo dobry wybór. A jeśli wczoraj ponad połowa z nich głosować nie chciała, to też nie dlatego, że przez te dwa lata doszli do wniosku że jednak Kaczory to obciach, a PO to lans, lecz wyłącznie dlatego, że albo uznali te wybory za nikomu niepotrzebna bzdurę, lub są od niedawna w kiepskim nastroju, lub im się po prostu nie chciało.
I analogicznie, jestem niemal pewien, że jeśli z tych prawie 7 mln osób, które dwa lata temu wybrały Platformę, wczoraj głosowała nawet nie połowa, to znaczy, że całej reszcie albo Tusk i jego żałosna drużyna zbrzydły, albo zaledwie PiS stracił swój upiorny urok. I tu muszę przejść do punktu, który – wbrew temu, co może część z czytelników tego tekstu sądziła – jest faktycznym powodem, dla którego chce mi się komentować minione wybory. Mam tu na myśli panią Annę Kotkę – kobietę, która wystąpiła w spocie wyborczym PiS-u, oświadczyła, że cofa swoje poparcie dla Platformy Obywatelskiej i tym samym w ogromnej części publicznej domeny uzyskała status wroga publicznego. Jestem przekonany bardzo mocno, że ludzie, którzy pobili panią Kotkę, stanowią trzon tak zwanego twardego elektoratu Platformy Obywatelskiej i w miniona niedzielę, z całą pewnością, znaleźli się wśród tych ponad trzech milionów wyborców Platformy. Jestem przekonany, ze również ci ludzie, którzy wcześniej wysyłali pani Kotce obraźliwe komentarze, ci którzy życzyli jej śmierci, ale również ci, którzy jeszcze wcześniej wysyłali profesorowi Nowakowi listy z kupą w środku, również stanowią trzon najbardziej twardego elektoratu Platformy. I że to oni, z całą pewnością, podwyższyli frekwencję w stosunku choćby do tej wspomnianej już Słowacji. Myślę również, ze większość z nich jest oczywiście zbyt młoda, żeby w roku 1989 w ogóle brać udział w życiu Kraju, ale nie mam wątpliwości, że nawet gdyby byli wówczas ludźmi dorosłymi, nie głosowaliby. Dlaczego? Dlatego, ze tamten akt sprzed lat był oparty o wyłącznie pozytywne emocje. Oczywiście, nienawidziliśmy komuny, ale na Solidarność głosowaliśmy wierząc głęboko, że zaczyna się nowy czas i że nasi to są naprawdę nasi. Ludzie, którzy potrafią wyłącznie nienawidzić nie mieli w tamtym czasie co w polityce szukać. Oni wówczas mogli tylko na to wszystko splunąć przez ramię i się przyczaić na kolejne 20 lat w oczekiwaniu aż nadejdzie czas prawdziwej nienawiści. Nienawiści zwanej miłością, a przez to nienawiści jeszcze większej. I to oni właśnie sprali panią Kotkę, a w niedzielę z szyderczym uśmiechem poszli do lokalu wyborczego, by z satysfakcją oddać swój głos nie za czymś, ale przeciwko. A dziś, to własnie oni strasznie starają się tak pokierować informacjami, żeby wyszło na to, ze pani Kotka sama się pobiła, albo może ktoś ja klepnął w tyłek, a ona z tego dostała jakieś obłakania.
Dziś w swoim kuriozalnym komentarzu, Krzysztof Leski zastanawia się, co jest bardziej odrażające – to że banda wyborców Platformy skopała kobietę za to, że ta postanowiła publicznie wycofać swoje poparcie dla jednej partii i przerzucić je na partię drugą, czy może to, że Jacek Kurski niekulturalnie cały incydent skomentował. Inni komentatorzy chcieliby wiedzieć, czy to, że marszałek Stefan Niesiołowski nazwał wyborców PiS-u gorszym rodzajem człowieka, to skandal, czy tylko inny styl? Jeszcze inni, mają dylemat, czy to Jarosław Kaczyński był niedobry dla Ziobry, czy Ziobro dla Kaczyńskiego i czy odpowiedź na to pytanie wskaże nam jakieś prognozy co do dalszych losów PiS-u? W moim najszczerszym przekonaniu, jeśli chcemy wiedzieć, co przed nami, to powinniśmy najpierw się zorientować, czy to co się przydarzyło pani Kotce, ale i także prof. Nowakowi, wcześniej Markowi Migalskiemu i wielu wielu innym ludziom prześladowanym w najbardziej brutalny sposób przez system, to wciąż początek Nowego Ładu, czy już może jego schyłek.

sobota, 6 czerwca 2009

Punk's Not Dead

Właśnie się dowiedziałem, że plotki, które do mnie dochodziły od jakiegoś czasu, jakoby artysta Bob Geldof miał wystąpić ‘za friko’ gdzieś w Katowicach, potwierdziły się. Geldof wystąpił wczoraj właściwie niemal pod moim domem i muszę uczciwie potwierdzić fakt, że pokaz sztucznych ogni był imponujący. Wiadomość o występie Geldofa od samego początku była dla mnie średnio interesująca. Jeśli zwróciłem na nią uwagę, to wyłącznie na takiej samej zasadzie, jak miałoby to miejsce w wypadku przyjazdu do Katowic… ja wiem? Może kolejnego wcielenia zespołu Deep Purple. Chociaż nie. Deep Purple mieli przynajmniej pięć wybitnych piosenek. Bob Geldof – jedną. I to wybitną wyłącznie w sensie umownym. Mam tu na myśli kawałek zatytułowany I Don’t Like Mondays, który Geldof nagrał jeszcze w roku 1979 ze swoim zespołem The Boomtown Rats.
Jeśli się zastanowić nad fenomenem Boba Geldofa, należy dojść do wniosku, że w całej historii najbardziej szeroko potraktowanej kultury pop, on akurat pod jednym względem zajmuje miejsce czołowe. Nie sposób bowiem znaleźć wykonawcę, który, z jednej strony, byłby artystycznie tak beznadziejnie nieutalentowany, a jednocześnie osiągnął tak niezwykły sukces na poziomie powszechnej rozpoznawalności. W swoim artystycznym życiu osiągnął Geldof tyle, że w młodości założył niby-punkowy zespół, który w gruncie rzeczy faktycznie przestał istnieć zanim powstał, i napisał tę jedną (słownie – jedną) piosenkę, której jedyną wartość stanowiła opisana w niej historia i której nawet sam tytuł nie został wymyślony przez Geldofa, lecz przez tę opętaną dziewczynkę z San Diego, która w więzieniu dla kobiet w Chino akurat czeka na swoją kolejną szansę wcześniejszego wyjścia na wolność. Reszta, to już czysty piar. Jeśli dziś Geldof jest gwiazdą, to wyłącznie w umysłach najbardziej zatrutych swoją tzw. inteligenckością uczniów i studentów. I kiedy stoi on od czasu do czasu obok swojego kumpla Bono, podczas jednej z kolejnych imprez dobroczynnych, to nawet w tym marnym przecież towarzystwie, artystycznie wciąż pozostaje nikim.
I oto on właśnie, Bob Geldof, wystąpił wczoraj w Katowicach na darmowym koncercie w centrum miasta, z okazji dwudziestej rocznicy wyborów roku 1989. Jak czytam dziś w Internecie, na koncert przyszło zaledwie około dwóch tysięcy osób. I to jest dla mnie wiadomość z jednej strony zaskakująca, a z drugiej niezwykle miła. Zaskakująca dlatego, że ja się od pewnego czasu bardzo martwię tym, że potęga czegoś co się nazywa ‘polityczny marketing’ stanowi ostatnio w naszej Polsce nieszczęście absolutnie nie do przejścia. Według wszelkiej dostępnej logiki, na koncert Boba Geldofa powinno było dziesięć tysięcy, dwadzieścia tysięcy ogłupiałych wyznawców silikonu, że uprzejmie nawiążę do wspomnianej już, słynnej piosenki Geldofa. Tymczasem przeszło ich zaledwie paręset (te dwa tysiące, jak znam życie, to jest dokładnie taka sama prawda, jak frekwencyjna porażka czwartkowej manifestacji Solidarności). I teraz wiadomość dobra, która właściwie wynika bezpośrednio z tego wcześniejszego zaskoczenia. Nie jest źle. Okazuje się, że zdrowy rozsądek wciąż jest w przewadze i – jeśli mogę sobie tu pozwolić na zabieg czysto symboliczny – wszystko wskazuje na to, że prawdziwy punk, to wciąż Johnny Rotten, a nie ten dupek Billy Joe Armstrong. Kto wie, czy jutro się o tym nie przekonamy z większym hukiem, niż możemy się tego spodziewać jeszcze dziś.
Na koniec pragnę zaapelować do Administracji mojego Salonu, żeby zechciała uprzejmie nie traktować tego mojego dzisiejszego wpisu, jako próby złamania ciszy przedwyborczej. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. A zwłaszcza już od 20 października 2007 roku, kiedy to Gazeta Wybiorcza umieściła na swojej tytułowej stronie wesoły – i całkowicie oczywiście niewinny – apel „Głosuj dziadu”.

piątek, 5 czerwca 2009

Europejska Koalicja Sinego Pępka

Mój niedawny pobyt w Warszawie podzielił się w sposób absolutnie doskonały na dwie części. Pierwsza z nich została wypełniona konferencją w Belwederze i wszystko co potrafiłem na jej temat i na temat swoich przeżyć powiedzieć, już powiedziałem. Więcej nie trzeba. Zdarzyło się jednak tak, że zanim trzeba mi było już wsiąść do pociągu, spotkałem się z pewnym moim bardzo serdecznym kolegą i wspólnie udaliśmy się na wycieczkę po mieście. Plan był taki, że spod Belwederu ruszymy, trochę naokoło, w stronę Dworca Centralnego, wstępując po drodze do wybranych knajp, by ugasić we właściwy sposób pragnienie, ewentualnie posilić się przed dalszym marszem. Wyszło tak, że zaczęliśmy od piwa z kaszanką, a skończyliśmy na znakomitym winie i sałatce, a w międzyczasie oczywiście przedstawiliśmy sobie wzajemnie nasze opinie na tematy istotne, które – co należy podkreślić – bywają niekiedy mocno odmienne.
Ponieważ wszyscy którzy żyjemy polityką, żyjemy nią na poważnie, przedstawiłem mojemu koledze sprawę tak zwanej rewolucji ‘jednego okienka’, z którą Platforma Obywatelska– partia, której jakiś czas temu mój przyjaciel uczepił się jak pijany płotu i do dziś nie chce puścić – szła do wyborów. Temat mi przyszedł do głowy ze względu na niezwykle ciekawy artykuł, który dzień wcześniej przeczytałem w Rzepie i o którym myśl jakoś nie chciała mnie opuścić. Chodzi mi tu o tekst Pawła Blajera zatytułowany Przedsiębiorcy faszerowani zbędnymi witaminami http://www.rp.pl/artykul/314084.html. Cóż jest takiego ciekawego w artykule Blajera? Przede wszystkim sama osoba autora. Paweł Blajer, jak głosi odpowiednia notka,jest „doktorantem na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW oraz wydawcą w TVN CNBC Biznes. Wcześniej był szefem Działu Prawa ‘Rzeczpospolitej’”, a więc można dość śmiało założyć, że – przynajmniej teoretycznie – Blajer jest osobą kompetentną i raczej nie jest przedstawicielem tzw. elementów oszołomskich. Drugi powód można by było w sposób symboliczny przedstawić w tym jednym zdaniu omawianego artykułu: „Lepiej, żeby rząd nie brał się do kolejnych reform, bo problemów będzie więcej”. Gdyby ktoś nie wiedział, Blajer mówi o rządzie obecnie nas miłościwie uszczęśliwiającym. O rządzie Platformy, w tym wypadku robiącym nam dobrze przy pomocy czegoś, co się pięknie nazywa ‘jednym okienkiem’. O nich. Nie o Kaczkach. O nich.
I tu pozwolę sobie na drobną refleksję, która jest wyłącznie wstępem do czegoś co stanowi główny sens mojego dzisiejszego wpisu, ale wydaje mi się, ze akurat ta chwila jest odpowiednia, żeby ją przedstawić. Otóż Platforma Obywatelskaw wyborach dwa lata temu rozgromiła PiSwłasnie dlatego, że obiecała reformę. Gruntowną reformę nie jednego działu, czy dwóch, ale reformę całego zakażonego ciężką chorobą systemu. Platforma Obywatelska postanowiła odsunąć od władzy PiS, ponieważ Polska wymagała ratunku i to właśnie ludzie Platformy przyszli i powiedzieli, że to właśnie tylko oni ten ratunek mogą przynieść. Myślę, że gdybyśmy dziś ponownie wysłuchali expose Donalda Tuska, zobaczylibyśmy dokładnie to, co było esencją tego zwycięstwa z jesieni 2007 roku. Do władzy przyszła ekipa złożona nie tylko z fachowców do wykonania pewnych ciężkich prac. To nie byli zwykle rzemieślnicy. To byli kaznodzieje i wizjonerzy uzbrojeni i w swój fach i – co być może jeszcze ważniejsze – w miłość. I dziś, po niemal dwóch latach czegoś, co niektórzy nawet zechcieli określić, jako ‘rządy nowego typu’, wydawca TVN CNBC Biznes (kto chce wiedzieć, ten wie) prosi rządzących uprzejmie, żeby może przestali wykonywać jakiekolwiek ruchy, bo jeszcze coś spieprzą i będzie tragedia.
Ja nie wiem oczywiście, czy Paweł Blajer pójdzie w niedzielę głosować w wyborach europejskich. Tym bardziej nie wiem, czy on będzie głosował na Platformę Obywatelską. Ale również nie wiem, co stoi tak naprawdę za apelem, jaki Blajer wystosował do rządu. Czy on wyobraża sobie przyszłość tak, że Platforma już do końca świata będzie rządzić, nic nie robiąc, a bieżące sprawy załatwią za nich ludzie bardziej kompetentni, czy on może widzi jakąś inną polityczną siłę, która zabierze Platformiezabawki i demokracja pokaże swoją moc? Z artykułu, mam wrażenie, jednak wynika, że o jakiejkolwiek wymianie mowy być nie może. Chodzi tylko o to, żeby Donald Tusk powiedział swoim ministrom, żeby przestali przychodzić do pracy, a on ich czasem poprosi, żeby zagrali z nim w piłkę. I taka sytuacja ma trwać. Resztą się zajmie TVN CNBC. Tak to widzę.
Rozmawiałem o tej sprawie z moim warszawskim kolegą. On przeczytał artykuł Blajera, powiedział, że zgadza się z jego opinią „w stu procentach”, przyznał, ze rządy Platformystanowią oczywisty zawód, a wyraził nadzieję, że „oszołomy” z PiS-u zostaną ostatecznie w najbliższych wyborach rozgromieni. Zapytałem go, czy w takim razie są jakieś inne wyjątkowe sukcesy tego rządu, które czynią zadość jego zaangażowaniu. On mi na to mówi że nie bardzo. I opowiedział mi mnóstwo bardzo ciekawych historii pokazujących niezwykle dobitnie to, że jego poczucie zawodu jest jak najbardziej usprawiedliwione. No więc ja chcę wiedzieć, czemu on z takim sercem wciąż tę swoją Platformę popiera. No i – zgodnie właściwie z oczekiwaniami – okazuje się, że oni, tak ogólnie, i mniej więcej, i troszeczkę, przynajmniej trzymają dobry kierunek. No a przy okazji, oczywiście, PiS to ewidentna żenada, dziadostwo i wstyd.
I tu – myślę sobie – potwierdziłyby się też moje przypuszczenia co do filozofii kryjącej się za tekstem w Rzeczpospolitej o tym, że „tak oto rząd, wprowadzając jedno okienko, popełnił wszystkie błędy, jakich nie można popełnić w procesie uwalniania przedsiębiorczości.” I że w tej sytuacji lepszym rozwiązaniem „wstrzemięźliwość gabinetu Tuska byłaby więc lepszym rozwiązaniem”. Chodzi najpewniej o to, że pewne siły, których kształtu ani ja ani nikt z nas tu za bardzo nie zna, uznały że Platforma Obywatelską powinna teraz już tylko wygrać te niedzielne wybory, a następnie przekazać ludziom sprawniejszym i lepiej zorientowanym swoje kompetencje, i dalej rządzić już tylko nominalnie. W ciągu kolejnych lat, ci którzy wiedzą, co i jak, i na dodatek jeszcze potrafią wokół tej wiedzy zorganizować skuteczny ruch, spróbują zadbać o zachowanie status quo. Czy to przy pomocy jakiegoś „pępka”, jakiejś „koalicji”, czy jakiejś innej „obywatelskiej inicjatywy”.
Może więc i tak to wygląda? Fakt jest jednak taki, że wybory, o których mowa, już pojutrze. Fakt jest też taki, że z pewnością mnóstwo ludzi pójdzie do tych wyborów oddać głos właśnie na Platformę Obywatelską i zrobią to w głębokim przekonaniu, że to jest jedyne co mogą i powinni zrobić. A jeśli będą mieli jakieś wątpliwości, to sobie wytłumaczą, że Kaczory są brzydkie, a Donald Tusk, jego żona i dzieci – ładne. I że w ogóle jakoś tak po tej ich stronie jest kulturalniej. I koszule sa bardziej niebieskie, garnitury lepiej skrojone, fryzury droższe, a jeśli ktoś zamiast mówić po angielsku, bełkocze, to i ten bełkot jest jakiś sympatyczniejszy. I w tym momencie osiągną już całkowita mentalną symbiozę z tymi wszystkimi wyborcami Leszka Millera sprzed lat, którzy, choć przecież doskonale wiedzieli, że mają do czynienia ze zwykłymi gangsterami, nie chcieli uwierzyć, że ten świat, któremu tak bardzo uwierzyli, ma przecież jakąś alternatywę. I musiał dopiero minąć nie rok, nie dwa, ale cztery pełne lata, żeby nagle się zorientowali, jak fatalnie w pewnym momencie zgłupieli.
Na szczęście my jesteśmy twardymi wojownikami. Czekaliśmy cierpliwie już nie raz i wcale nie tak krótko. Możemy poczekać i teraz. Dwa dni, rok, dwa lata. Obojętne. A czekać umiemy. I wiemy też, jak się robi swoje. Przede wszystkim idzie się do wyborów. I się głosuje. Głosuje z głową. By zmieniać Polskę.

czwartek, 4 czerwca 2009

20 lat, czyli moje belwederskie refleksje

Gdy niedawno przez tę polską medialna niszę przetaczała się dyskusja na temat anonimowości w Internecie, a zwłaszcza na blogach, nie miałem najmniejszych wątpliwości, że to z czym mamy do czynienia, to tylko jeszcze jedna z wielu prowokacji, które są regularnie gdzieś tam szyte i które, tak jak się pojawiają, tak też szybko gasną. Jedyny interesujący szczegół, na który zwróciłem uwagę, to taki, że tym razem fala, która powstała, zagarnęła głownie autorów tej akcji. Tyle też mojej satysfakcji.
Dlaczego anonimowość Internetu, jako problem, mnie nie poruszyła? Z tej prostej przyczyny, że ja zawsze byłem przekonany, że to własnie anonimowość jest główną jego wartością. Wartością i esencją. Już kiedy rejestrowałem się w Salonie24, wiedziałem, że przede wszystkim powinienem sobie wymyślić jakiś ładny nick i go konsekwentnie używać, bo taki jest styl i cały sens blogowania. Mogę nawet powiedzieć, że myśl bym się podpisywał swoim imieniem i nazwiskiem uznałbym wówczas, kiedy zaczynałem, za przejaw zarozumialstwa. Bo w końcu, kogo może obchodzić, kim jest ktoś, kto – zarówno zasadniczo jak i faktycznie – jest nikim?
Kiedy dziś piszę ten tekst, mam podobne uczucia do tych, które miałem na początku zeszłego roku. Kogo może obchodzić relacja z tego to co robiłem wczoraj i co w związku z tym czułem, o ile za tą relacją nie będzie stała jakaś głębsza refleksja? Prawdopodobnie nikogo. A jednak, tak jak kiedyś wybrałem sobie ten nick, bo uznałem, że taki jest zwyczaj, tak i dziś piszę sprawozdanie z mojego wczorajszego pobytu w Belwederze właśnie dlatego, że taki zwyczaj panuje na tym moim Salonie. Rzecznik Kochanowski zaprosił mnie na Konferencję, jako człowieka z Salonu24, a Administracja mnie tam wysłała, więc to co mnie ta spotkało jest oczywiście przede wszystkim moją satysfakcją, ale też częścią historii tego miejsca. A więc relacjonuję.
Spędziłem wczoraj w Belwederze praktycznie cały dzień, czyli jak przeszedłem przed 10 i zostałem bardzo uprzejmie powitany przez rzecznika Kochanowskiego, to wyszedłem dopiero pod sam koniec, kiedy w głównej sali wygłaszano końcowe przemówienia, a ze stolików w korytarzach i w salach obok usuwano obrusy, talerze i filiżanki. I muszę powiedzieć, że byłem bardziej niż zachwycony. To była wspaniała konferencja. Znakomicie zorganizowana, wspaniale przygotowana, z bardzo piękną atmosferą i nastrojem adekwatnym do samego miejsca. Wspomniałem już o panu rzeczniku, który od samego początku zachowywał się jak idealny gospodarz i starał się bardzo robić wszystko, żeby nawet ktoś kto w życiu nie miał okazji znaleźć się w takim miejscu, jakim wczoraj był Belweder, czuł się wygodnie. Ale jeśli nawet teraz napiszę o tym jedzeniu, o którym już wczoraj tu wspominał Krzysztof Leski, to też będzie tylko mały fragment tego wszystkiego.
Z Salonu, o ile się potrafiłem zorientować, oprócz mnie, pojawiła się Ufka, wspomniany już Leski, Łukasz Warzecha i Parakelain.Czas więc na plotki. Otóż, kiedy podszedłem do Leskiego przywitać się i przedstawić, zostałem potraktowany ironicznym spojrzeniem, ironicznym słowem i uwagą, żebym się nie przejmował, bo Leski tak już ma. Po Leskim nastąpiło bliskie spotkanie z Warzechą, którego uprzedziłem, że wiem, że mnie nie lubi, ale jednak czuję potrzebę przedstawienia się. Na co redaktor Warzecha, uprzejmie zauważył, że zupełnie inaczej mnie sobie wyobrażał… i to by było wszystko, jeśli idzie o kultowe postaci Salonu24.
Bardzo było mi przyjemnie spotkać Ufkę i Parakelaina. Parakelain zrobił na mnie wrażenie może głównie z tego powodu, że potrafił skutecznie stłumić w sobie swój święty gniew i rozmawiał ze mną zupełnie tak, jakbym nigdy w życiu nie powiedział marnego słowa na jego ukochaną Metallikę.A więc grzecznie, wesoło i baaaardzo sympatycznie. Pozdrowienia! Podobnie jest mi bardzo miło wspominać spotkanie z Ufką.Przede wszystkim dlatego, że prawdopodobnie zawsze jest dobrze spotkać Ufkę, szczególnie kiedy się jej wcześniej właściwie nie znało i nagle widać, jaka to miła osoba. Dobrego wrażenia nawet nie zepsuła sytuacja z premierem Olszewskim. Otóż proszę sobie wyobrazić, że stałem sobie z Ufką w korytarzu, gawędziliśmy sobie w najlepsze, kiedy nagle pojawił się Jan Olszewski. Ponieważ nie zdarza mi się codziennie spotykać Jana Olszewskiego, przywitałem się, przedstawiłem i poprosiłem, żeby się przy nas zatrzymał. I w tym momencie dowodzenie przejęła Ufka, a w związku z tym, do samego już końca mogłem jedynie przysłuchiwać się rozmowie i w milczeniu podziwiać niezwykle grzeczny, bardzo elegancki, wręcz niespotykany już styl i sposób bycia Premiera. I kiedy dziś wspominam te kilka minut, to myślę sobie, że może ostatecznie jednak dobrze się stało, że to Ufkazdominowała tę chwilę, bo przynajmniej miałem spokojną możliwość obserwowania Jana Olszewskiego w tej niezwykłej aurze.
A ja też miałem swój dobry czas. Pomijając oczywisty i bardzo interesujący udział w panelu na temat systemu politycznego w Polsce, gdzie udało mi się nawet wtrącić swoje trzy grosze, odbyłem długie, osobiste, rozmowy z ministrem Kownackim, profesorem Krasnodębskim, z moim własnym i ulubionym kandydatem do europejskiego parlamentu Markiem Migalskim, przez chwilkę pogawędziłem sobie z Bronisławem Wildsteinem, z niezwykle dla mnie uprzejmą panią redaktor Lichocką i jeszcze kilkoma innymi osobami, co do których wcześniej nawet nie mogłem marzyć, że kiedykolwiek będę miał okazję ich spotkać.
Bardzo się cieszę, że mogłem być wczoraj w Warszawie. Z powodów, które tu wyłuszczyłem, ale również z powodów, których nawet nie umiem odpowiednio sformułować. Ale też myślę tu o czymś jeszcze. I ta refleksja ma bezpośredni związek z tym, co powiedziałem w czasie panelowej dyskusji, w której wziąłem udział. Otóż jestem przekonany, że – wbrew temu, w co jest bardzo ostatnio dobrze wierzyć i co jest bardzo dobrze widziane głosić – przez te minione dwadzieścia lat, jakość polskiej polityki zdecydowanie wzrosła. Mam tu na myśli wielkość polityki reprezentowaną przez wielkość samych polityków. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że jakościowa różnica między polityczną – ale też czysto ludzką i profesjonalną – ofertą kiedyś proponowaną przez takich „mistrzów” polskiej polityki, jak Jan Lityński, Andrzej Celiński, Henryk Wujec, Janusz Onyszkiewicz, Mirosław Czech, Tadeusz Mazowiecki, Zbigniew Bujak, Jan Król (czy ktoś go jeszcze pamięta?), a tym co reprezentuje choćby prezydencki minister Piotr Kownacki jest prawdziwie kosmiczna. I to – przynajmniej z mojego punktu widzenia – jest faktem bardzo pocieszającym i o Polsce świadczącym bardzo dobrze.
I tego wrażenia nie jest w stanie zepsuć nawet fakt, że niestety – jak wszystko na to wskazuje – w ogonie tego dobrego postępu wciąż się wloką choćby dziennikarze.

wtorek, 2 czerwca 2009

Prawda. Jak deszcz.

Już pojutrze będziemy obchodzić rocznicę wyborów 1989 roku. 4 czerwca tamtego roku miałem o dwadzieścia lat mniej i byłem bardzo szczęśliwy. Byłem szczęśliwy, ponieważ czułem ten wiatr, byłem pewien że to jest dobry wiatr, a przede wszystkim czekałem na ten wiatr całe długie lata. Ciekawe jednak jest to, że w tamtym czasie byłem przy tym wszystkim jak najgłębiej przekonany, że moje emocje są dzielone przez niemal wszystkich Polaków. W owych dniach znajdowałem się w nastroju tak podniosłym, że nawet w głowie mi się nie mieściło, że ów nastrój święta mógłby przejść gdziekolwiek niezauważony. Byłem więc bardzo zdziwiony, kiedy się okazało, że w tych wielkich, wspaniałych wyborach wzięło udział mniej niż 63% uprawnionych obywateli. Jeszcze bardziej szokujące było to, że kiedy po tym pierwszym, cudownym i tak podnoszącym na duchu, zwycięstwie, kiedy okazało się, że to wszystko się dzieje naprawdę, doszło do drugiej, uzupełniającej rundy 18 czerwca, i w głosowaniu wzięło udział zaledwie 25% wyborców.
Proszę sobie wyobrazić sytuację, którą dziś mam w głowie. Po 50 latach niewoli, najpierw niemieckiej, a później sowieckiej, dochodzi do pierwszego, wreszcie trochę czystego, aktu demokracji i okazuje się, że – pomijając ten pierwszy nastrój emocji – całym tym wydarzeniem zainteresowanie wykazuje zaledwie co czwarty głosujący Polak. I nie mówię tu o najróżniejszego autoramentu intelektualistach – takich choćby jak Cezary Michalski – którzy zawsze mają swoje własne, często bardzo egzotyczne przemyślenia. Nie mówię tu też o najbardziej zaczadzonych polityką obywatelach, którzy nie potrafią ani na chwilkę wyjść poza swoje najbardziej partykularne interesy. Oni w tamtych dniach, naturalnie, zajęci byli czym innym. Ja mam na myśli ludzi. Zwykłych ludzi, którzy sobie żyją z dnia na dzień i – jak się wówczas, przed 20 laty okazało – nie ma takiej siły, która by ich zmusiła do jednego ludzkiego odruchu, o ile nie pokaże się im tego jednego ludzkiego powodu, dla którego ten ruch warto wykonać.
Dziś, kiedy za oknem – i tym realnym i tym sztucznym oknem telewizora – toczy się debata o tym, co się w Polsce wydarzyło dwadzieścia lat temu i co w związku z tym słychać teraz, w roku 2009, bardzo chciałbym wiedzieć, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, którzy 18 czerwca 1989 roku, w tę piękną czerwcową niedzielę powiedzieli sobie i Polsce, że oni to wszystko mają, najzwyczajniej w świecie, w nosie. Ciekawy jestem, czy oni dziś żałują, że wtedy zostali w domu, czy może czują z tego powodu wyłącznie złośliwą satysfakcję, czy może nawet tamtego czerwca nie pamiętają? Chciałbym wiedzieć, czy oni dziś interesują się w ogóle polityką, czy mają zamiar głosować za tydzień w wyborach europejskich i czy – jeśli zechcą oddać swój głos – oddadzą go na Platformę Obywatelską, czy może na PiS, czy może na komunistów? I dlaczego tak, a nie inaczej? Bardzo bym chciał wiedzieć, co sobie myślą właśnie oni. Tamte 75 % Polaków, którzy w momencie gdy – jak się zdawało – przyszedł czas rewolucji, wzruszyli tylko ramionami. Ale nie wiem.
Mogę dziś mówić wyłącznie w swoim imieniu. W imieniu kogoś, kto właśnie w tej chwili pisze swój kolejny tekst w Salonie24, a jednocześnie jednym uchem słucha, jak z telewizora za ścianą biegną słowa wypowiadane przez człowieka o nazwisku Janusz Lewandowski. Człowieka, który – jestem głęboko przekonany – dwadzieścia lat temu głosował tak jak ta ogromna wówczas mniejszość. Otóż ja sobie myślę nie najlepiej. I podobnie nie najlepiej się czuję. Przez te dwadzieścia lat otrzymałem niemal wszystko to, na co liczyłem, że dostanę tamtej czerwcowej niedzieli. Mam dziś więc przede wszystkim wolność bezkarnego – przynajmniej jak na razie – pyskowana. Mam paszport w pudełku na szafce. Mam również graniczące z pewnością poczucie, że mijający na ulicy policjant nie da mi bez powodu po pysku. No i przede wszystkim jednak – mam te już przysłowiowe banany. Banany wprawdzie ostatnio dwa razy droższe niż jeszcze rok temu, ale za to w ilościach dowolnych i w dowolnych niemal miejscach.
Czy to dużo? Skoro to jest – jak już wspomniałem – prawie wszystko, na co kiedyś liczyłem, to chyba bardzo dużo. W takim razie, czemu jestem dziś w tam marnym nastroju? Czemu się więc nie cieszę, tak jak choćby dziennikarze stacji TVN24, którą – tak na marginesie – dostałem wraz z całą resztą w komplecie? Czy jest tak, że to co dostałem, po tych dwudziestu latach okazało się wcale nie tak potrzebne, jak mi się wtedy wydawało? Czy może chodzi o to, że jakość tego co dostałem jest niższa od zapowiadanej? Czy może sęk w tym, że na miejsce ówczesnego milicjanta przyszedł ktoś zupełnie inny? O wiele straszniejszy? A może problem leży w tym, że właśnie ta jedna, jedyna rzecz, której tamten wiatr jednak nie przywiał, była tym jednym jedynym gwarantem tego, że cała reszta będzie w ogóle miała jakiekolwiek znaczenie? I sens? Czy to możliwe, że to czego – jak się w końcu okazało – jednak nam poskąpiono, załatwiło całą sprawę odmownie?
Czy może być tak więc, że te 75% dorosłego społeczeństwa odmówiło udziału w wyborach w czerwcu roku 1989, bo oni wciąż czekali na ten jeden prosty – tak bardzo prosty – znak? I go nie zobaczyli?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...