sobota, 3 października 2009

Przedostatni przystanek

Oglądałem dziś w TVN24 kawałek programu, który stacja emituje co sobotę, a zatytułowanego Drugie śniadanie mistrzów. ‘Śniadanie’ dlatego, że, jak się zdaje, program ów jest nadawany jakoś tak koło południa. Natomiast ciekawsza sprawa dotyczy tych ‘mistrzów’. Otóż mamy się do ludzi obsługujących ten program zwracać per ‘mistrzu’, ponieważ oni – a więc zarówno prowadzący Marcin Meller, Zbigniew Hołdys, Andrzej Mleczko, Wojciech Pszoniak, czy kogo tam licho przyniesie – to tzw. celebryci, a więc dla współczesnego świata, ktoś na miarę Jezusa z Nazaretu. Program jest na ogół bardzo śmieszny, z tego choćby powodu, że zaproszeni tam goście najczęściej są naturalnymi głuptasami, których głuptactwo zostało zresztą skutecznie i ostatecznie potwierdzone choćby przy okazji najnowszej historii, związanej z aresztowaniem Romana Polańskiego. Są głuptasami, a mimo to w trakcie programu, wbrew jasnym, wydawałoby się, oczekiwaniom, nie zajmują się opowiadaniem o nutkach, gitarowych chwytach, czy aktorskich pomyłkach, lecz opisują swoje refleksje dotyczące spraw najważniejszych. Takich jak polityka, wojna, postęp, korupcja, czy moralność ludzi i zwierząt. A to, oczywiście, siłą rzeczy, musi być bardzo zabawne.
Dziś, wprawdzie akurat na ten moment wyszedłem, ale moja córka, która z kolei, na chwilę tam weszła, zrelacjonowała mi punkt programu, gdy to rysownik Mleczko nie umiał sobie przypomnieć, jak się nazywa obecny prezydent Francji, a siedzący obok niego aktor Pszoniak, przypomniał mu bardzo przytomnie, że „Chirac”. Wprawdzie red. Meller, natychmiast podpowiedział obu mistrzom, że to będzie jednak Sarkozy, no ale wiadomo – on, jako redaktor naczelny polskiej edycji Playboya – na czym jak na czym, ale na Paryżu znać się musi. Myślę sobie, że ta sytuacja jest interesująca z jednego podstawowego powodu. Dziś mianowicie ma się rozstrzygnąć kwestia ewentualnego opowiedzenia się Irlandczyków za unijnym traktatem i już nawet sam premier Tusk zakomunikował nam, biednym poddanym jego i jego wypacykowanych doradców, że od dziś wszyscy będziemy musieli już do końca naszych dni żyć w poczuciu pewnego nowego obowiązku. Bo inaczej, świat nam tego nie daruje i pogrążymy się w takim wstydzie, że nawet nieskazitelny charakter i publiczna postawa Mirosława ‘Mira’ Drzewieckiego nas tu nie uratuje. Ktoś się może spytać jednak, jak w tym wszystkim mieszczą się Andrzej Mleczko i Wojciech Pszoniak. No więc ja pamiętam, jak jeszcze na studiach miałem koleżankę Ewę – skądinąd cudowną osobę – która na informacje, że stolicą Albanii jest Tirana, parsknęła śmiechem, bo ją bardzo rozśmieszyło, że coś się może tak głupio nazywać. Nasza Ewa jednak, nie była, wówczas przynajmniej, w żaden sposób członkiem ani zjednoczonej, ani w ogóle Europy, by nie wspominać o funkcji ‘mistrza’. Podobnie jak my wszyscy, była dzieckiem komuny, czy, jak to mawiał nieodżałowany ksiądz Tischner, człowiekiem sowieckim, a więc – jeśli dobrze zrozumiałem Księdza – czymś w rodzaju untermensch. A więc – cóż my?
Obok tych dwóch cymbałów siedział Zbigniew Hołdys, w różowej kiecce i takowym kapeluszu i nic nie powiedział. I ja się zastanawiam, czy on wiedział, czy nie? Może i nie wiedział, a może się tylko zamyślił nad tym, co ma powiedzieć w dalszej kolejności i nie usłyszał, bo inaczej by z pewnością krzyknął „Sarkozy!” Tak jak jedna moja koleżanka-nauczycielka, która kiedyś, podczas zorganizowanego przez uczniów konkursu na temat wiedzy ogólnej, siedząc na publiczności, zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć na jedno z pytań, wrzasnęła „Kennedy!”. I wszyscy się zaczerwienili.
No ale tu nikt się nie czerwienił. W ogóle, mam wrażenie, że czerwienienie się jest już u nas od pewnego czasu passé. Mam wrażenie, że świat współczesny zmierza nieuchronnie do tego, że o tym, kto odchodzi, a kto zostaje, nie będą już decydowały kwestie w jakikolwiek odnoszące się do poczucia racji, prawdy, słuszności, czy własnie wstydu, jako testu sumienia, lecz głos opinii publicznej, odpowiednio wcześniej nakręconej przez popularną kulturę i tak zwane interesy. Dlaczego wspominam o Irlandii? Dlatego, że oto – najprawdopodobniej – dziś okaże się, że nasi bracia Irlandczycy ostatecznie przyjęli zasadę, opartą własnie na nowej moralności, a mówiącą, że demokracja to głos ludu, i dopóki ów głos ludu nie będzie taki jak ma być, to lud będzie ten swój głos ćwiczył tak długo, aż tę zasadę do końca zrozumie i ostatecznie ją zaakceptuje. „Ile palców widzisz, Winstonie?” Dlaczego o Irlandii wspominam w kontekście durnoty Wojciecha Pszoniaka? Dlatego, że to wszystko, i oni wszyscy, stanowią już być może ostatni przystanek na drodze do Nowego Dzielnego Świata. I Pszoniak ze swoim szaliczkiem i Meller ze swoimi dziewczynami i Roman Polański ze swoim popędem i Krzysztof Zanussi ze swoją tajemnicą i Zbyszek ze swoim Rysiem.
Siedzę teraz zupełnie sam. Młody Toyah poszedł ze starszą Toyahówną rozdawać indyjskie żarcie kibolom na Gieksie, młodsza Toyahówna dała się zaprosić do kina, Toyahowa chora w Kolonii, a ja siedzę sam, pisze ten tekst, a za ścianą John Lee Hooker gra na gitarze, tupie swoim bucikiem i śpiewa „I’m in the mood for you!”. Dziś rano Grzesiek powiedział, ze Miro zostanie jeśli wystąpi na konferencji i zaprezentuje się na tyle ładnie, że ludziom się jego występ spodoba. Miro wystąpił i zapytany przytomnie na koniec przez jednego z dziennikarzy, jak ocenia swój występ, odpowiedział skromnie, że on ocenę zostawia „państwu”. I myślę sobie, że może to jeszcze nie jest ostatni przystanek. Ostatni będzie wtedy, gdy ktoś od nich – może Janusz, albo Asia, względnie Pawełek – nie będą urządzali konferencji prasowych, ale stworzy się dla nich specjalny telewizyjny show, gdzie oni, w sytuacjach kryzysowych, będą sobie gadać, jednocześnie jeżdżąc na wrotkach albo robiąc fikołki, a wyborcy będą głosowali, czy przechodzą do dalszej rundy, czy może won w biznesy, przy pomocy esów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.