O ludziach z Bronkobusa i końcu pewnego czarnego projektu

Jak już wspomniałem w komentarzu w Salonie 24 pod wczorajszą notką, wracałem sobie wczoraj z porannego spaceru z psem, kiedy niemal pod samym już domem, przed moimi oczyma wyrósł najprawdziwszy Bronkobus, czyli jeden parunastu autokarów, które sztab prezydenta Komorowskiego wydelegował w Polskę, by zachęcały nas do głosowania na owego Bronka z Bronkobusu w majowych wyborach. Stał sobie więc Bronkobus pod moją kamienicą, obok snuł się znudzony kierowca i palił papierosa za papierosem, a obok kierowcy stał zgrabny chłopak w ciemnych okularach i gustownym mundurku z napisem „Bronisław Komorowski”, z oczywistą intencją zachęcania przechodniów, by się podpisali na liście poparcia dla kandydata. Kiedy mnie zobaczył, zdjął okulary i zawołał: „Poznaje mnie pan?” A ja go oczywiście poznałem.
Ja o tym już chyba pisałem w książce popularnie nazywanej „o biustonoszu”, ale gdyby ktoś nie czytał, to chętnie opowiem raz jeszcze. Otóż jakiś czas temu, przez kilka dobrych lat, uczyłem języka w pewnym gimnazjum i liceum społecznym tu w Katowicach. Ponieważ była to szkoła mała, płatna, niemal kompletnie pozbawiona tak zwanej reputacji, a przez to pozostająca nieustannie na granicy przetrwania, polityka dyrekcji była taka, by przyjmować tam każdego, kogo rodzice przyprowadzą i będą za naukę płacić. W związku z tym, większość uczniów dzieliła się mniej więcej po równo na tak zwaną „młodzież trudną” i, również tak zwaną, „młodzież specjalnej troski”. Młodzież trudna była tak trudna, że często można było odnieść wrażenie, że najbardziej odpowiednim dla niej miejscem byłyby szkoły prowadzone przy zakładach poprawczych, ewentualnie więzieniach, a czasem ośrodkach odwykowych, natomiast młodzież specjalnej troski grupowała dzieci, które do jakiejkolwiek szkoły z przyczyn oczywistych się nie nadawały. I jeśli ktoś sądzi, że ja się tu popisuję jakąś naciąganą retoryką, jest w dużym błędzie. To co piszę, to absolutna prawda: dzieci, które uczyłem, to często były dzieci albo bardzo cwane, tyle że straszliwie zepsute, albo wprawdzie bardzo grzeczne, ale za to bardzo umysłowo opóźnione. Myśmy jednak, jak mówię, je wszystkie trzymali, bo bez nich szkoła by zwyczajnie nie była w stanie się utrzymać.
Paradoksalnie, uważam, że to była dobra szkoła. Na tyle dobra, że ja tam posłałem nawet dwoje swoich dzieci. Przede wszystkim nauczyciele, na czele z dyrektorem, byli nauczycielami naprawdę bardzo dobrymi. Ja powiem szczerze, że przez te niemal 10 lat jak tam pracowałem, nie umiałbym powiedzieć, że spotkałem jednego nauczyciela, który był byle jaki. Oni wszyscy byli zarówno znakomitymi pedagogami, jak i bardzo dobrymi kolegami (no, tu akurat może nie wszyscy: w końcu jakiś powód, by stamtąd odejść musiałem mieć, prawda?)
Było tam jeszcze coś, co mi do dziś imponuje. Otóż ci wszyscy, nazwijmy ich, cwaniacy, dla uczniów przez zwykłą delikatność nazywanych tu grzecznymi, byli bardzo dobrzy i opiekuńczy. Ja nie pamiętam jednego przypadku, żeby tam któryś z tych bardziej przytomnych pozwolił sobie na to, by skrzywdzić któregoś z tych słabszych. Wręcz przeciwnie: tam wiecznie panowała prawdziwie sportowa atmosfera, a jeśli zdarzało się, że ktoś sobie pozwolił na lekkie szyderstwo, to ono było niemal niewinne. Oczywiście, jest też możliwe, że oni byli dla nich tacy dobrzy, bo tamci, im za tę przyjaźń zwyczajnie płacili. Jednak wolę myśleć, że nawet jeśli pieniądze wchodziły w grę, to nie przede wszystkim. Dziwna to była szkoła. Przedziwna. Wspaniała i okropna.
Miałem tam też ucznia – i w gimnazjum i przez całe liceum – ładne dziecko, zawsze bardzo zadbane, bardzo grzeczne i, na tyle na ile potrafiło, spokojne, o którym wiedzieliśmy, że ono jakoś do matury, której oczywiście nie zda, dociągnie, a potem rodzice, którzy zawsze byli o niego bardzo zatroskani i gotowi naprawdę na wiele wyrzeczeń, coś dla niego zorganizują, żeby jakoś w miarę spokojnie i bezpiecznie żyło. I proszę sobie wyobrazić, że od pewnego czasu moja najstarsza córka, która jest osobą towarzysko niezwykle ruchliwą, informuje mnie, że ten sam uczeń – niech mu będzie Wojtuś – jest bardzo aktywny na wszelkich portalach społecznościowych, gdzie z najwyższą zajadłością tworzy sobie całkowicie równoległy życiorys. Od rana do wieczora, dzień za dniem, niemal bez chwili wytchnienia, zamieszcza tam jakieś kompletnie wymyślone na swój temat historie, które ilustruje albo ściągniętymi gdzieś z Sieci obrazkami, lub po prostu zdjęciami ekranu telewizora, i informacjami typu: „Oto dwie laski, które wyrwałem ostatnio na imprezie”, albo „Tu moi studenci na chwilę przed zajęciami na UJ”.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że to ów Wojtuś wczoraj zaczepił mnie przed Bronkobusem i zapytał, czy nie zechcę mu się podpisać na liście. Ja mu oczywiście, grzecznie, jak to dziecku, zacząłem tłumaczyć, że niech tym wszystkim pieprznie, bo to trochę wstyd tak się do tego Komorowskiego przyznawać, na co on się zmieszał i wydeklamował: „U mnie wszystko dobrze. Jestem na drugim roku studiów doktoranckich na ujocie i dużo podróżuję po świecie”.
Może na wypadek, gdyby ktoś pomyślał, że ja tu się tanio wyzłośliwiam, spróbuję wyjaśnić o co mi chodzi. Bo nie chodzi o to biedne dziecko, ale o osoby znacznie, znacznie potężniejsze. Mamy bowiem ten smutny Bronkobus, w pobliżu żywego ducha, tylko ten zły jak jasna cholera kierowca palący papierosa za papierosem i znudzonym wzrokiem gapiący się na stojący obok Pomnik Katyński, no i Wojtuś, który się tam zgłosił, a oni mu dali kartkę papieru i kazali stać. Wracam do domu i dzwonię do córki, że pod domem stoi Bronkobus, a obok Wojtuś zbiera podpisy, a ona na to: „Co? Czemu oni go tam postawili? A co on zrobi, jak ktoś podejdzie i mu zada jakieś pytanie? Przecież będzie tylko wstyd. Czy oni nie mieli tam jakichś wykształconych z wielkich ośrodków?”. A ja mojemu dziecku odpowiadam: „Oczywiście że nie mieli. Natomiast to, co tu widzimy, to symbol. To jest symbol stanu, do jakiego oni doprowadzili siebie i Polskę. Symbol totalnej, beznadziejnej fikcji. Przyjeżdża ten Bronkobus do Katowic, staje między kościołem, a Pomnikiem Katyńskim, a zamiast Komorowskiego jest już tylko Wojtuś, który najpewniej każdemu ewentualnemu zwolennikowi słodkiej kontynuacji może tylko powiedzieć, że jest na drugim roku studiów doktoranckich na ujocie i że dużo podróżuje po świecie. I to jest wszystko, na co ich dziś stać”.
I o tym też chciałem opowiedzieć wszystkim nam tutaj, którzy czytamy te refleksje. Oto jest miejsce, w którym znalazła się kampania Prezydenta RP. Między Pomnikiem Katyńskim a kościołem. Z Wojtusiem na pierwszym planie. I pomyśleć tylko, jaki oni mieli ostry start 7 lat temu.

Tym wszystkim, którzy niemal każdego dnia decydują się na to, by kupić którąś z moich książek, dziękuję i nieskromnie gratuluję bardzo dobrej decyzji. O ile na początku, wielu z nich, to byli ludzie mi znajomi, dziś, większości zwyczajnie nie znam. Ale wiem już, że są, czytają ten blog, i stąd moja satysfakcja. Wczoraj otrzymałem najnowszy numer „Szkoły Nawigatorów” z moim tekstem o „brytyjskim Auschwitz” i muszę powiedzieć, że to jest produkt na poziomie porównywalnym tylko z komiksem Tomka Bereźnickiego. Również dostępnym na www.coryllus.pl.

Komentarze

  1. Oj Toyah'u, przyjacielu drogi, żebyś Ty wiedział ilu Wojtusów okupuje w tej chwili publiczne instytucje na wysokich i równie wysoko opłacanych stanowiskach, to byś dopiero zwątpił. Nie ma w tym przypadku. Partie od wielu lat prowadzą chów wsobny i tworzą spirale niekompetencji. Innymi słowy awansujący otacza się jeszcze większymi debilami aby ci mu nie poskoczyli i mieli go za bossa. Gdy niedojdom udaje się w końcu jednak jakimś sposobem bossa wysadzić z siodełka, oni znowu biorą na swoich przydupasów kretynów większych od siebie. Po kilku obrotach takiej spirali mamy efekt taki, że obecni Wojtusie nie dość, że są analfabetami to jeszcze nie rozumieją nic i są wyposażeni w chusteczki do wycierania ślinotoku. Ale nadzieja w tym taka, że gorzej już być nie może, bo obecne Wojtusie, gdy awansują na wyższe piętra nie znajdą już kretynów większych od siebie i być może system ten upadnie...

    OdpowiedzUsuń
  2. @Andrzej
    Obawiam się, że źle mnie zrozumiałeś. Ten mój uczeń, to dziecko chore.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zrozumiałem. W jaki sposób dostał się zatem do partii? Zrobi jeszcze zawrotną polityczną karierę. Zobaczysz. Ale jeśli jest tak jak piszesz to znaczy, że jest jeszcze gorzej niż myślałem. Znam jednego "młodego i ambitnego", który po otrzymaniu publicznego stołka z politycznego nadania dopiero po kilku miesiącach dowiedział się, że ma obowiązek przychodzić do pracy.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?