niedziela, 8 czerwca 2014

Na co Diabłu Irlandia?

Nie wiem, ilu z nas mówi coś nazwisko Frank McCourt, tak się jednak składa, że dla mojej żony choćby to jest autentycznie ktoś. Nakręcony na podstawie jego książki, pod tym samym tytułem, film „Prochy Angeli” ona widziała dziesiątki razy i zna go z najdrobniejszymi szczegółami niemal na pamięć, a samą książkę, zarówno po polsku jak i po angielsku, czytała tyle razy, że ja ze swoim „Ojcem Chrzestnym”, jak to mówią, wysiadam. Sam zresztą też czytałem McCourta i oglądałem ten film, i podobnie jak ona, jestem pod dużym bardzo wrażeniem.
Kto to taki ten McCourt i co to za historia za nim stoi? Otóż urodził się w roku 1930 w zamieszkałej w Nowym Jorku irlandzkiej rodzinie. Jego ojcem był były żołnierz IRA Malachy McCourt, a mamą katoliczka o imieniu Angela. Mieszkał więc w tym Nowym Jorku z rodzicami i czworgiem młodszego rodzeństwa do czasu gdy bieda Wielkiego Kryzysu zmusiła ich do powrotu do Irlandii, gdzie wszyscy wpadli oczywiście w jeszcze większą biedę. Kto lubi czytać książki, niech sobie kupi owe „Prochy Angeli” (są przetłumaczone na polski), a kto woli komunikację bardziej nowoczesną, niech sobie ściągnie z Internetu ten film (też jest po polsku). Jedno i drugie to dzieła bezwzględnie wybitne, na najwyższym możliwie poziomie wzruszeń, to jednak co nas tu powinno zainteresować to przedstawiony przez McCourta obraz Irlandii w połowie XX wieku. I nie chodzi o to, że ja przez to, że w ogóle jestem mało oczytany, lub że jestem generalnie nastawiony na przesadne emocje, a zatem ów obraz robi na mnie wrażenie większe, niż powinien. Rzecz w tym, że to co widzimy (lub czytamy) u McCourta – a nie ma powodu, by mu jakoś szczególnie nie wierzyć – to jest nędza tak straszna, że za nią jest już tylko śmierć, w dodatku śmierć bez pogrzebu i tym bardziej bez porządnego miejsca na cmentarzu. To nędza, gdzie człowiek żyje w gównie, a kiedy już żyć dalej nie może i musi umrzeć, pies z kulawą nogą tego nie zauważy. Irlandia lat 40-tych, czy 50-tych, tak jak ją ukazuje McCourt, to jest coś tak strasznego, że ja osobiście nie jestem w stanie sobie wyobrazić niczego bardziej dosłownego.
Czytamy te książkę (ewentualnie oglądamy film) i jesteśmy oczywiście, każdy z nas osobno, świadkami kolejnych śmierci tych dzieci, które się tam oczywiście wciąż rodzą, czy tego niewytłumaczalnego do końca cudu, kiedy to sam jedenastoletni wówczas Frank McCourt zdrowieje z tyfusu.
Ani w książce McCourta, ani w tym filmie, nie widać tych, którym akurat się powodziło, a nie mam wątpliwości, że i oni gdzieś tam być musieli. Świat tam przedstawiony to jedynie ten głód, ta nędza i śmierć jedna za drugą, a wszystko tak realnie, że my w pewnym momencie już mamy tylko dwie możliwości: albo uznać, że tak właśnie wyglądała ówczesna Irlandia, albo podejrzewać jakiś ciężki fałsz… tyle że znów, w tym momencie musi się pojawić pytanie, że skoro tak, czemu nikt rewelacji McCourta nigdy nie sprostował? Czemu jego słynna powieść nie została nigdy zakwalifikowana, jako fantazja, czy, jak to lubią nazywać mądrzy profesorowie „dystopia”? Czemu oficjalny jak najbardziej przekaz historyczny wciąż nas informuje, że niemal do końca wieku Irlandia stanowiła nędzę nieporównywalną z tym nawet, co my Polacy przeżywaliśmy za późnego Gomułki, czy wczesnego Jaruzelskiego.
Wczoraj nasz kolega Coryllus przedstawił niezwykle ważny tekst zatytułowany „Osiemset dziecięcych czaszek”, rozliczający się z aż nazbyt ostatnio przejrzystą antykatolicką propagandą, której pierwszym celem jest wmówienie nam, że dzisiejsza pedofilia wśród księży, to ich karykaturalne wręcz zepsucie, ta chciwość, ten grzech, mają swój początek w latach znacznie wcześniejszych – choćby w Irlandii pierwszej połowy dwudziestego wieku, kiedy to w prowadzonych przez Kościół katolicki przytułkach umierały jedno po drugim niewinne irlandzkie dzieci. Dlaczego one umierały? Czy może dlatego, że ich młode matki miały to nieszczęście, że zamiast trafić do jakiegoś porządnego państwowego punktu opiekuńczego, gdzie wykwalifikowany personel by się nimi zajął, przez swój religijny zabobon zostały wydane na pastwę zboczonego kleru? Otóż nie. Z tego, o czym można, jeśli się tylko chce, przeczytać u McCourta, a co jak dotychczas nie zostało zakwestionowane przez historyków, wynika, że tamta Irlandia nie dawała szans nikomu – ani tym dzieciom, ani ich matkom, ani tym siostrom, ani nawet biskupom w purpurach. To było piekło na ziemi. A dopóki my nie wyjaśnimy sobie, jak mogło do czegoś takiego dojść, nie gdzieś w dzikiej Afryce, Chinach, Rosji, czy na Karaibach, ale w Europie, pod samym nosem wielkiego Brytyjskiego Imperium, ja bardzo proszę, żeby każdy, kto chce ze mną podyskutować na temat zepsucia Kościoła się zwyczajnie zamknął. Bo Kościół tu nie ma nic do rzeczy. Tu dziś mamy tylko ten jeden jedyny temat: jak to się stało, że te dzieci przez wszystkie tamte lata padały jak muchy? Ani McCourt, ani nawet tamten film, o Kościele nawet nie wspominają, a jeśli jednak, to z cała pewnością nie w tych kontekstach, jakich by oczekiwali inżynierowie naszych dusz. To jest – w najgorszym zresztą dla Kościoła wypadku – świat, który On najzwyczajniej w świecie opuścił, wystawiając na pastwę Imperium. I od tego dopiero momentu możemy zacząć naszą rozmowę. To był zaledwie wstęp.

Przypominam, że mamy konkurs i ostatni dzień głosowania. Jeszcze raz przypomnę, w czym rzecz. Zbliżają się wakacje, a z wakacjami sezon festiwalowy, w tym Orange Festival. Ponieważ cena karnetów jest dla normalnego człowieka nie do przejścia, szkolna dziatwa bierze udział w całej serii organizowanych stale przez System konkursów. Otóż moja młodsza córka i jej koleżanka Daria wystartowały w jednym z nich, na wykonanie najlepszego portretu jakiegoś francuskiego didżeja Guetty, Zosia ulepiła twarz tego Guetty z ziarenek kawy, czekolady, cukru i czegoś tam jeszcze, a Daria zbudowała jego portret złożony z cytatów z jego piosenek. Ponieważ obie awansowały do ścisłego finału, aby nie rozdrabniać głosów, postanowiły głosować na rysunek Darii, który jest zdecydowanie najlepszy. Karnet jest podwójny, więc jeśli Daria wygra, jadą obie. Jak mówię, dziś ostatni dzień głosowania, bardzo więc proszę skorzystać z poniższego linku:

http://www.eska.pl/news/konkurs_wygraj_meet_greet_z_davidem_guetta_-_glosuj_na_najlepszy_portret/99902/5

i klikać: Daria Sznapka, pozycja nr 6. To zaledwie chwila, chwila, która w dodatku nic nie kosztuje, a wystarczy popatrzeć na ten obrazek, by sumienie mieć czyste. Ja wiem, że to jest Eska, ale konkursu na blog roku, który wygraliśmy w 2008 też akurat nie organizuje niezależna.pl. Inna sprawa, że nasi już by o to zadbali, żeby Sznapka, jako osoba ze złego towarzystwa, przegrała. Bardzo więc proszę o ten gest. Dziękuję.

1 komentarz:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.