niedziela, 22 czerwca 2014

O wyższości naszych zabawek nad zabawkami z Krainy Grzybów


Nie umiem sobie w tej chwili przypomnieć, gdzie i kto mi o tym opowiedział, ale podobno w czasach głębokiego PRL-u, tak jak dziś informatycy, czy tak zwane złote rączki, największym wzięciem na Zachodzie cieszyli się polscy projektanci i producenci zabawek. Wiadomość jest taka, że dowolny człowiek, który w Polsce zajmował się produkcją zabawek, jeśli mu się udało wyjechać do Francji, Szwecji, Niemiec, czy Wielkiej Brytanii, natychmiast otrzymywał pracę w branży zabawkarskiej, a to z tego prostego względu, że posiadał coś, o czym ludzie zajmujący się tym tematem na Zachodzie nawet nie mogli marzyć: a mianowicie kosmiczną wręcz wyobraźnię. Oni, w odróżnieniu od swoich kolegów z Austrii, Szwajcarii, czy Norwegii, potrafili stworzyć coś z niczego i to w dodatku na takim poziomie zawodowstwa, by to coś fascynowało dzieci w tamtych krajach w sposób dotychczas im nieznany i niekiedy wręcz z ich punktu widzenia niewyobrażalny.
Nie wiem, ilu z nas to wciąż pamięta, ale w pewnym momencie PRL zdegenerował się do tego stopnia, że sklepy z zabawkami praktycznie zniknęły. Kiedy się to stało, dziś już nie pamiętam, ale sądzę, że mogły to być już lata 80. Kiedy w roku 1987 urodziła się nam Hanka, zabawki nie istniały. Pamiętam, że w lokalnym, zaprzyjaźnionym kiosku Ruchu w pewnym momencie pojawiły się chińskie pluszaki, które nasza pani kioskarka sprzedawała całkowicie nieoficjalnie i zapewne nielegalnie, a które myśmy oczywiście kupowali, tak by nasze dziecko mogło się nimi bawić. Pamiętam też, jak parę lat wcześniej, do Polski przyjechał któryś z dość wówczas popularnych zespołów reprezentujących tak zwaną „nową falę” – może to był Clan of Xymox, a może ktoś inny – i w wywiadzie dla pisma „Non Stop” lider zespołu, na pytanie, co go najbardziej u nas zaskoczyło, odpowiedział, że to, iż w Polsce nie ma sklepów z zabawkami. Wojciech Mann, który był wówczas redaktorem tego magazynu, bardzo się z tego dziwnego Holendra śmiał, że on jest taki głupi, zdziecinniały i płytki, ale fakt był faktem – w Polsce sklepów z zabawkami literalnie wręcz nie było. Zero. Null. Zilch.
Była natomiast owa wspomniana wcześniej wyobraźnia. Wyobraźnia zresztą wcale nie nowa i wcale nie taka bardzo dla nas fascynująca. Myśmy ją znali bardzo dobrze, świetnie ją potrafili na co dzień wykorzystywać i w najmniejszym stopniu nie traktowaliśmy jej, jako czegoś szczególnie fascynującego.
Otóż ja wciąż, do dziś i już pewnie do końca życia, będę pamiętał coś, co nazywaliśmy „widoczkami”, a co stanowiło – obok paru jeszcze równie interesujących zabaw – bardzo ważny element naszego szczenięctwa. Co to były te „widoczki”? Otóż „widoczek” to był kawałek szkła – szkła jakiegokolwiek, mogło to być nawet denko od butelki – który stanowił dla nas ekran, na którym wyświetlane były możliwie najbardziej kolorowe elementy. Procedura była taka, że najpierw rozgrzebywaliśmy ziemię na podwórku, umieszczaliśmy w niej jakiś kolorowy kwiatek, kawałek kolorowego szkła, jakiś kolorowy kamyk, strzęp jakichś koniecznie kolorowych nici, następnie przykrywaliśmy to wszystko wspomnianym wcześniej kawałkiem szkła, wszystko zasypywaliśmy z powrotem ziemią, by po pewnym czasie tam wrócić, rozgrzebać tę ziemię i patrzeć, jak spod tego szkła stopniowo zaczynają się nam wyłaniać te kolory.
Ja oczywiście bardzo nie chciałbym tu brzmieć zbyt melodramatycznie, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że ani najnowszy model telewizora Sony, ani pierwszej klasy komputer nie jest w stanie zapewnić tego rodzaju kolorów, a przy okazji tego rodzaju wrażeń i wzruszeń, co tamte „widoczki”.
Ktoś się zapyta, co mi strzeliło do głowy zajmować się tego typu głupstwami, kiedy mamy z jednej strony te mistrzostwa i naprawdę niezwykłą porcję odpowiednio inspirujących wrażeń, a z drugiej, Sikorskiego z Rostowskim dyskutujących na temat Polski, jako Murzyna współczesnego świata. Otóż nie bardzo wiem, jak mogę na to pytanie odpowiedzieć. Z tematami jest już tak, że one strzelają do głowy w sposób całkowicie niezorganizowany, a ja tylko mogę zapewnić, że mimo to, jakimś cudem, wciąż udaje mi się zachować przekonanie, że tak jak jest – jest dobrze. I że wciąż mam wrażenie, że polski przemysł zabawkarski – choćby i funkcjonując wyłącznie w podziemiu – kwitnie.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania sklepu naszego kolegi Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl, gdzie możemy kupić – niewykluczone, że już przez naprawdę niedługi bardzo czas – moje książki, w tym dwa pierwsze „toyahy” po naprawdę bardzo atrakcyjnej cenie. Przy okazji, bardzo chciałbym podziękować mojemu kumplowi Edwardowi za to, że przy okazji 28 lat naszego małżeństwa ufundował mi i mojej żonie uroczystą kolację.

A już na sam koniec, dzięki uprzejmości mojego kolejnego kumpla Orjana i z dedykacją dla wszystkich przyjaciół tego bloga, widoczek:


4 komentarze:

  1. Z zatrudnianiem polskich "zabawkarzy" to raczej legenda, chociaż z zatrudnianiem różnych speców, którzy prawie ręcznie potrafili naprawiać urządzenia do których już nie było firmowego serwisu, to fakt. Sam znałem takiego speca, który naprawiał przedwojenne windy w drapaczach chmur NYC. To były prace ręczne. Ale nie opierały się na fantazji, a raczej na dobrym i technicznym przygotowaniu zawodowym

    OdpowiedzUsuń
  2. @Muni
    Możliwe. W każdym razie, gdyby to była prawda, to bym się nie zdziwił.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zilch to był świetny zespół.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Przemko
    Jestem wstrząśnięty i zmieszany. Czy my się może znamy?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.