sobota, 21 czerwca 2014

Jak nie umrzeć w Krainie Grzybów

Dziś już nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, czy pierwszy dzień lata na datę naszego ślubu wybraliśmy sobie specjalnie, czy tu większą rolę odegrał jakiś szczęśliwy przypadek, jednak faktem jest, że pobraliśmy się 21 czerwca. Mogło więc być różnie, ale powtórzę – że w tamtym czasie, no i przez wiele, wiele lat kolejnych, ja zawsze bardzo przestrzegałem zwyczaju, by w każdy pierwszy dzień zimy, wiosny, jesieni, no i oczywiście lata, kupować mojej dziewczynie, a później już żonie, kwiaty.
Nie pamiętam też już, kiedy przyszedł ów czas, ale sądzę, że to już były lata dwutysięczne, że stopniowo zacząłem zapominać o tych kolejnych porach roku, do tego stopnia, że w końcu został nam tylko ów pierwszy dzień lata, no i rocznica naszego ślubu. Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że faktycznie, z jakiegoś nie do końca przeze mnie rozpoznanego powodu, dopiero ostatnie 10 czy 15 lat sprawiły, że zacząłem zapominać o ważnych dla mnie daty, a więc i daty imienin osób bliskich, ich urodzin, a nawet – a może przede wszystkim – swoich własnych świąt.
W zeszłym roku po raz pierwszy od roku 1984 zapomniałem o rocznicy śmierci moich rodziców. I to zapomniałem z bardzo dużym poślizgiem – takim niemal miesięcznym. Minął ten smutny marzec, zaczął się kwiecień i chyba gdzieś tak dopiero w połowie miesiąca złapałem się za głowę i jęknąłem: „O Boże! Marzec”.
Dziś też po raz pierwszy w życiu zapomniałem o naszej rocznicy. I nie jest tak, że zapomniałem, że 21 czerwca braliśmy ślub, nie jest też tak, że ja zapomniałem, że dziś jest 21 czerwca… no dobra, o tym może nie pamiętałem, ale na pewno wiedziałem, że jesteśmy mocno w drugiej połowie miesiąca, tyle że ta wiedza była dla mnie ważna z paru innych powodów, niż z tego, że 21 czerwca pani Toyahowa zgodziła się zostać moją żoną.
Wstaliśmy dziś rano, nastawiliśmy poranną kawę, wymieniliśmy pierwsze poranne refleksje, no i w tym momencie żona moja powiedziała „Happy anniversary”, no a ja zdałem sobie sprawę z tego, że pierwszy raz w życiu zapomniałem o naszej rocznicy. Całe szczęście, że ona po pierwsze jest osobą naprawdę wyrozumiałą, no a poza tym doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co życie z nami potrafi robić, więc, jak to mówią, upiekło mi się. A mimo to wciąż siedzę smutny jak nie wiem co i myślę o tym wszystkim po raz już nie wiem który.
Niedawno pisałem o człowieku, który zapewne pochłoniętym tym wszystkim, co jemu z kolei dzisiejszy świat zaoferował, nie dość że zapomniał zawieźć swoja córeczkę do przedszkola, to zostawił ja w upale, w zamkniętym samochodzie i pozwolił umrzeć w tej strasznej samotności. Starałem się go zrozumieć, współczułem mu w pewien sposób nawet bardziej niż temu dziecku, i wciąż zadawałem sobie pytanie, co się stało, że on zapomniał. A odpowiedź przychodziła mi do głowy tylko jedna: pożarło go życie. On zapomniał, bo ona, jako stały element tego życia, element w dodatku całkowicie bezproblemowy, wtopiła mu się w to straszne tło, i w pewnym momencie on zwyczajnie jej tam już nie znalazł. A dziś nagle zaczynam sobie myśleć o tych datach.
Mam dziś oto bardzo silne podejrzenie, że o ile kiedyś, jeszcze może przed dziesięciu, czy piętnastu laty, liczyliśmy czas według pewnych bardzo tradycyjnych punktów orientacyjnych, takich jak właśnie imieniny, urodziny, święta, rocznice śmierci czy ślubu, pamiętaliśmy że czwartek przynosi to, a wrzesień tamto, że za rok będziemy mieli taką uroczystość, za dwa lata inną, a za dwa tygodnie jedziemy na wakacje, teraz jesteśmy skazani wyłącznie na zegar i kalendarz w naszych komputerach, czy telefonach komórkowych, które w dodatku nie informują nas ani o rocznicach, ani o rodzinnych uroczystościach, ale wyłącznie o terminach. Spójrzmy na nas i ów 21 czerwca. Od kilku już lat moje życie – moje, bo żona z myślenia o rachunkach jest zwolniona – skoncentrowane jest nie na dacie 21 czerwca, ale na czerwcu i ewentualnie na 21 dniu każdego miesiąca. Każdy dowolny miesiąc, z mojego punktu widzenia, nie jest miesiącem obfitującym w rodzinne okazje, czy rodzinne obowiązki, lecz wyłącznie w terminy: 1, 5, 11, 15 – to są dni, które wyłącznie kojarzą się czy to z terminami spłaty kolejnej raty kredytu, czy składki na ZUS, czy jakieś kary, czy opłaty za energię lub gaz. Podobnie miesiące: moja uwaga jest skoncentrowana nie na tym, czym czerwiec jest dla mnie i mojej żony, ale na tym, czy minął zaledwie miesiąc, czy może już dwa od czasu, gdy trzeba było coś tam zapłacić, ewentualnie coś tam zrobić, a z różnych powodów nie zdążyłem. Ja, widząc, że już jest dwudziesty dzień czerwca wiedziałem tylko tyle, że do końca miesiąca zostało już tylko 10 dni, podobnie 10 dni minęło od 10 czerwca, i diabli wiedzą, co te dni nam przyniosą. Data 21 czerwca w tym całym nieszczęściu w pewnym momencie zwyczajnie dla mnie przestała istnieć. I tyle dobrego, że moja żona to rozumie. Ona pamiętała, ale znów – tyle w tym dobrego, że mnie z kolei udało się w tym wszystkim jej akurat tymi innymi datami za bardzo nie obciążać.
I myślę, że to nie jest tylko mój problem. Mam bardzo silne przekonanie, że dla wielu z nas przez te wszystkie lata okazje zostały wyparte przez terminy, i stało się to czymś tak dramatycznie intensywnym, że nawet z tym swoim wieśniackim wręcz przekonaniem, że ostatecznie wszystko się jakoś ułoży, nie potrafię się uśmiechnąć. Wygląda na to, że, w ten czy inny sposób, jest już po nas. Jedyna praktyczna nadzieja na wyrwanie się z tego kierata, to ogarnięcie tego, co się ogarnąć da, natomiast jak chodzi o to, czego ogarnąć się nie da, to już tylko możemy liczyć na boże zmiłowanie. No i zapewniać naszych bliskich, że ich kochamy. Wciąż i wbrew wszystkiemu.

4 komentarze:

  1. Ciekawe,że są ludzie,którzy doskonale rozumieją ten ból terminów.Już nie jest ważna radość z powodu istotnej dla nas rocznicy ale termin zapłaty ZUS. A gdy jeszcze dochodzi troska o pracownika, który ma dzieci i w razie choroby nie będzie objęty świadczeniem NFZ to zaczyna się horror ( w mojej duszy oczywiście). Ostatnio, tak jak Ty, umacniam swą wiarę: Bóg nas nie opuści.Moja teoria jest taka: jest nas za dużo na Majdan, a za mało na uczciwe wybory.Długich lat z Panią Toyahową!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Trafne spostrzeżenia. Muszę Ci jednak powiedzieć, że przy tej konstatacji biję się we własne piersi. Przyczyną jest tu konsumpcjonizm. W wielu wypadkach, myślę, że sami możemy osłabić nieco wpływy Systemu, nakładając na siebie pewne ograniczenia. Sądzę ponadto, że dobrze byłoby mierzyć siły na zamiary.
    Prof. Wolniewicz jest przekonany, ze "wielkie żarcie" sytego Zachodu już się skończyło, i czym wcześniej zdamy sobie z tego sprawę, tym lepiej dla nas.
    Nota bene Profesor ma bardzo ciekawe "wykłady" na YT. Trafiłem na nie, bo Twój kumpel z Jazdy konnej je tu proponował.

    OdpowiedzUsuń
  3. @kryska
    Dziekuję Ci bardzo. Skoro pociągnęliśmy 28, to każdy wynik będzie dobry.

    OdpowiedzUsuń
  4. @zawiślak
    To prawda. Wolniewicz potrafi być bardzo inspirujący.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.