O idiotach (bez cenzury)



Syn mój dziś przyszedł do mnie z taką oto sprawą, że gdzieś usłyszał, że zaledwie 10 procent społeczeństw to ludzie skutecznie myślący, a reszta – to mniej lub bardziej tępy tłum. W związku z tą informacją on chciał też wiedzieć, czy zasada tych 10 procent dotyczy również jego znajomych na uczelni. Kiedy dowiedział się, że owszem, tyle że może nawet i bardziej, pokiwał głową ze zrozumieniem i opowiedział nam parę historii, które go w tej kwestii natchnęły. Zwykłe historie, jakich każdy nauczyciel zna dziesiątki.
Trochę się zdziwiłem, ponieważ wydawało mi się, że i mu o tym kiedyś opowiadałem, ale też że nawet jeśli coś przegapiłem, to i tak jest rzeczą zupełnie oczywistą, że kiedy Pan Bóg stwarzał człowieka, to nie dał mu tej przysłowiowej ryby, ale zaledwie wędkę i mózg wystarczająco duży, by ten potrafił sobie z nim poradzić. I że naprawdę nie sposób od Niego oczekiwać, by nam te nasze mózgi nieustannie nakręcał. Zwłaszcza gdy sami notorycznie i jak najbardziej w sposób grzeszny o tym nakręcaniu zapominamy. No ale oczywiście wszystko co miało zostać potwierdzone, zostało potwierdzone, a co wymagało wyjaśnienia uległo wyjaśnieniu. No i jesteśmy gdzie jesteśmy.
Chodzą mi po głowie ci idioci od czasu gdy siedemnastoletni bandyta i jego kolega zamordowali policjanta na warszawskiej Pradze. Dziś jeszcze w dodatku odbył się ten piękny, wzruszający i uroczysty pogrzeb, na którym Prezydent wygłosił podniosłe przemówienie, więc tym bardziej nie mogę się za bardzo skupić na innych rzeczach. Wciąż myślę o tych idiotach. Najprzeróżniejszych. Mało tego. Dziś też otrzymaliśmy wiadomość, że inni idioci, którzy dopiero co zasztyletowali piętnastoletnio dziewczynę gdzieś na wsi pod Warszawą, zostali przez policję ujęci i siedzą pod kluczem. I myślę sobie i o tych dwóch z Pragi i o tych czterech z tego jakiegoś Konika, czy czegoś podobnego, i próbuję sobie wyobrazić ich, jak siedzą na tych więziennych pryczach, drapią się po swoich zakutych łbach i mruczą pod nosem, że co, kurwa, ja to pierdolę, ale mi odjebało, kurwa, nie wiedziałem, kurwa, i co to, kurwa, teraz będzie?
Słucham przemówienia prezydenta Kaczyńskiego nad trumną policjanta, który miał tego pecha, że w ten lutowy poranek trafił na dwóch debili, którzy nawet nie widzą potrzeby, żeby w ferie sobie dłużej pospać, i myślę sobie, że w ostatnich chwilach swojego życia musiał prawdopodobnie się bardzo zdziwić, tak jak by się musiał zdziwić każdy zwykły człowiek na widok aż tak czystej i otwartej głupoty. Słucham tego przemówienia i widzę żonę tego biedaka i jego dzieci, i nie mogę przestać myśleć o tych durnych pałach – i z tego Konika i z tej Pragi, jak siedzą z pewnością teraz, wyłamują sobie swoje poobgryzane brudne paluchy i klną.
Mówią niektórzy, że oni nie są głupi. Że to w ogóle nie jest kwestia głupoty, ale czystego zła. Bardzo bym chciał żeby to oni, ci którzy mi tłumaczą, że to nie głupota, lecz zło, mieli rację. Chciałbym bardzo, żeby wszystkie od dziś napływające do nas informacje potwierdzały tylko fakt, że ci chłopcy byli naturalnie chamscy, niesympatyczni, wredni dla swoich sąsiadów, agresywni na co dzień, i że kiedy kupowali te swoje noże w tej swojej budce Ruchu, to je kupowali w szczerym zamiarze wykorzystania ich przeciwko komuś, a nie tak sobie, bo fajne, kurwa, te noże. Jednak obawiam się, że to ja mam rację. Że oni je właśnie sobie kupili, bo były fajne. A później już tylko z nimi łazili po mieście, wozili się tymi samochodami, i cały czas czuli jak je mają i jak one bardzo się im mogą przydać, kiedy czas pozwoli. Obawiam się, że z jednej strony głaskali te ostrza i te rękojeście, a z drugiej byli – normalnie – tacy jak większość ich kolegów. Raz weseli, raz smutni, raz w dobrym nastroju, bo jest jak w porzo, a innym razem wściekli, bo coś nie pasi.
Obawiam się, że to jednak głupota. Ci kretyni z Konika zasztyletowali tę biedną dziewczynę, bo ich zdenerwowała. Bo coś im powiedziała, co im się nie spodobało, albo właśnie chcieli, żeby im coś powiedziała, a ona milczała, a może zaczęła głupio beczeć i ich to rozstroiło nerwowo. No a mieli ten nóż, który sobie tak starannie wybrali spośród całej tej fantastycznej oferty, więc tak jakoś, kurwa, wyszło. Słyszę, że ten siedemnastoletni bandyta z Pragi, który zamordował interweniującego policjanta miał ładny uśmiech.
W zeszłym tygodniu byłem z moją córką w Warszawie na tej onetowskiej gali. Spaliśmy w hotelu. Kiedy zeszliśmy w piątek rano na śniadanie, obok nas przy stoliku siedziało dwóch gangsterów. Absolutnie niezwykłych, a jednak ewidentnych i prawdziwych gangsterów. Nie wyglądali jak gangsterzy z filmów, a więc jak swoje własne karykatury, lecz raczej jak gangsterzy z sali sądowej. Jak ludzie, których nagle widzimy w telewizji i się nagle dziwimy, że ależ tak, oni wprawdzie są inni niż na obrazku, ale oczywiście, jak najbardziej to oni właśnie. Siedzieli przy tym swoim stoliku, jedli serek – bo to piątek – i się do siebie nie odzywali. W ogóle nie było żadnej rozmowy. Siedzieli w tych klapkach i jeansach do pół łydek, nie bardzo młodzi, ale i nie starzy, jedli i nic nie mówili, a ja wiedziałem, że gdyby coś im się u nas nie spodobało, to mogli by coś nam niedobrego powiedzieć, bo to byli na sto procent zdecydowanie źli ludzie, ale wiedziałem, że nas nie zabiją. Tego byłem pewien. Gdyby zamiast nich siedziało dwóch gimnazjalistów w kapturach, to bym się bał jak cholera. A tak, byłem spokojny. Każde z nas wcinało swoje bułki z serem i było git.
Nie boję się ludzi złych. Boję się ludzi głupich. Boję się idiotów w dresach, gówniarzy w kapturach o rozbieganych oczach i trzęsących się dłoniach. Nie wytatuowanych gangsterów z rewolwerem w szufladzie, lecz idiotów z kolczykami wbitymi koło oka i nożem w kieszeni za 12 złotych i 90 groszy z czerwoną rączką. Nie boję się niesympatycznych i wiecznie nieuśmiechniętych byków w czarnych beemach. Boję się rechoczących idiotów w tanich dresach i koszulkach z napisem CHWDP. Boję się ponurych idiotów. Ale również wesołych i sympatycznych idiotów w normalnych jeansach i marynarkach. Uśmiechniętych, grzecznych nawet niekiedy bardzo idiotów, nawet bez noży w kieszeni. Idiotów. Może i czasem dobrych ludzi bez jakichkolwiek złych intencji na co dzień.
Wczoraj w Szkle Kontaktowym pokazano fragment posiedzenia tzw. komisji naciskowej. Okazało się, że, jak zwykle, najciekawsze było to, jak Andrzej Czuma i ów poseł Platformy Obywatelskiej od tańca na rurze, wspólnymi siłami szydzili z posłanki Marzeny Wróbel, która jak wiemy jest gruba, brzydka i w ogóle wygląda jakby była ze wsi. Nowością okazało się to, że akurat przesłuchiwany Jarosław Kaczyński wstawił się za panią poseł i poprosił posłów Platformy, żeby zachowali szacunek „w stosunku do damy”. Komentując tę zabawną bardzo sytuację, obecny w studio TVN24 Marek Przybylik zapytał: „A to Jarosław Kaczyński uważa posłankę Wróbel za damę?” Redaktor Sianecki właściwie nie zareagował.
Skąd się wziął ten akapit. Nie wiem, powiem szczerze. Tak jakoś mi wpadło do głowy, żeby na koniec dać tu jakąś taką bardziej polityczną klamrę. W końcu to blog polityczny.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?