O ludziach z buteleczką w kieszeni



Dochodzą do mnie wieści, że tygodnik Wprost, który, co by o nim nie mówić, jakoś tam znalazł swoje, czasem nawet i dobre, miejsce nie tylko w moich myślach, już niedługo ma dołączyć do całej tej palety post-PRL-owskiego nieszczęścia, obok Polityki, Newsweeka, Przekroju, Gazety Wyborczej, Onetu, telewizji TVN24, czy czego tam jeszcze nie wymyślimy. Tak jak stało się to wcześniej z Newsweekiem i jak to się od czasu do czasu dzieje z różnymi innymi tytułami, czy nazwiskami, które zanim zdążą się na dobre rozgościć w naszych sercach, wpadają w otchłań kłamstwa, lub choćby zwykłego krętactwa. Akurat w tym wypadku zawód mój jest stosunkowo umiarkowany, choćby z tego względu, że cała historia Wprostu i wszystkie te wygibasy, które jego właściciele i redaktorzy wykonywali przez tyle lat, nie pozwalają naprawdę na wiele więcej niż taki bardzo skromniutki żal. A więc wyposażony w ten żal, i czekając na TEN dzień, kupiłem sobie kolejny numer Wprostu i przeczytałem artykuł, może sam w sobie dość bylejaki, ale za to poruszający problem potężny. Bardzo dobrze go już przedstawia sam początek tekstu:

Dlaczego emeryt brytyjski po zjedzeniu jajek na bekonie idzie łowić pstrągi, emeryt francuski po wypiciu kawy zmierza w stronę placu Pigalle, a emeryt polski robi siusiu do buteleczki i idzie stać w kolejce do przychodni zdrowia?
Oczywiście, ja wiem, że te banialuki o placu Pigalle i pstrągach to dokładnie takie same ploty, jak dziewięćdziesiąt procent tego, co Wprost oferuje nam co tydzień. Jednak nie da się ukryć że coś na rzeczy jest. Choćby ta buteleczka z moczem. I choćby dla niej właśnie wypadałoby się nad całością pochylić. Bo nie chodzi o to, że emeryt brytyjski, dzień w dzień, po zjedzeniu jajek idzie na ryby, a emeryt francuski pije kawę i pędzi na dziwki, bo to nieprawda. Emeryt francuski z emerytem angielskim siedzą pewnie po całych dniach w domu i oglądają sport w telewizji, albo opalają nogi w ogródku. Chodzi o co innego. A mianowicie o to, że francuski, angielski, a i niemiecki emeryt żyją sobie cały rok jak porządni emeryci, a jak przyjdzie zima, a oni akurat nie lubią marznąć, wykupują wycieczkę do Kenii i lecą z innymi staruszkami oglądać zebry. I chodzi o to też, że to w tym samym właśnie czasie, polski emeryt sika do wspomnianej butelki, albo czeka z tą butelką w kolejce w przychodni, albo wreszcie wydaje swoją emeryturę na lekarstwa, które sobie powinien kupić w związku z zawartością tej butelki. A kiedy przychodzi zima, siedzi w domu i ogląda telewizję, natomiast do Kenii jeżdżą wypasione byczki ze swoimi wypasionymi kochankami lub żonami i swoimi wypasionymi dziećmi. Do Kenii, do Tajlandii, ewentualnie – to już ci mniej biedniejsi – do Egiptu. I to jest właśnie problem. To jest to coś, co niektórzy określają powiedzeniem: „Świat stanął na głowie”.
Dalsza część artykułu we Wproście jest taka sama jak sam początek. Brawurowo zahaczony temat i mniej lub bardziej – najczęściej jednak mniej – udane próby dotarcia do odpowiedzi na pytanie, dlaczego jest tak jak jest. Nie chcę mi się wgłębiać w spekulacje redaktora Wprostu, bo i nie za bardzo rozumiem to, co on tam pisze, a to co rozumiem i tak nie bardzo mi pasuje. Wszystko tam bowiem odbywa się dokładnie tak samo, jak to zmuszony jestem obserwować z coraz większym obrzydzeniem od dwudziestu już lat. Mądrzy analitycy, wyciągając jak króliki z kapelusza kolejne, nic nikomu nie mówiące liczby, wyliczenia i teorie, swoimi fantazjami, powiązanymi zawsze bardzo ściśle z ich politycznymi afiliacjami, wyłącznie przykrywają prawdziwe dramaty. A problem jest taki, że to wcale nieprawda, że, jak pisze mądrala z Wprost,polski emeryt ma emeryturę relatywnie równie wysoką, a może nawet wyższą, niż emeryt na przykład francuski, a mimo to go na podobne przyjemności nie stać. Faktem jest, że wielu polskich emerytów zupełnie spokojnie mogłoby spędzać swoje ostatnie lata na safari w Afryce, tyle że po pierwsze nikomu na tym, by im to po ludzku zaproponować nie zależy, a co gorsza, nawet gdyby im zależało, to ci staruszkowie i tak muszą ewentualne pieniądze na Afrykę, przeznaczyć na lekarstwa i wizyty u kolejnych lekarzy. I, jak już wspomnieliśmy, do Afryki za niego pojedzie choćby ekonomiczny ekspert z Wprostu.
I w ten sposób udało mi się dotrzeć do tego, co przede wszystkim chciałem tu napisać. A mianowicie do tej buteleczki. Mam bardzo silne przekonanie, że społeczna filozofia polskiego państwa ma ludzi starszych niemal w pełnej pogardzie. Jak idzie o ludzi starszych, nasze państwo robi wrażenie, jakby dbało wyłącznie o to, by polski staruszek żył jak najdłużej. Jakie to życie będzie, to już nie ważne. Ma żyć długo i za to długie życie regularnie płacić ze swojej emerytury. Tak jakby ktoś kompletnie obłąkany wyobraził sobie, że nie po to państwo płaci starym ludziom ciężkie pieniądze za nicnierobienie, żeby nic z tego nie mieć. A więc jak ten cel osiąga? Prosto bardzo. Opiera się przede wszystkim na tworzeniu z emerytów klienteli gabinetów lekarskich i firm farmaceutycznych. Czuję to bardzo mocno, że jeśli polskiemu państwu zależy na ludziach starszych , to wyłącznie w taki sposób, żeby im dostarczyć poczucie, że powinni troszczyć się o swoje zdrowie, a mają przy tym wierzyć, że nic oczywiście nie jest za darmo. Bo trudno przecież sobie wyobrazić, żeby zapewnienie im odpowiednich badań, odpowiednio zbalansowanych recept i najbardziej skutecznych lekarstw na wszelki możliwe choroby nic nie kosztowało. To właśnie w przypadku ludzi starszych, państwo działa najskuteczniej. Za ich emeryturę robi im wszelkie badania i za tę emeryturę trzyma ich całymi tygodniami w szpitalach, tylko po to, żeby, kiedy już stamtąd wyjdą, wiedzieli, jak bardzo są chorzy, albo choćby tylko zagrożeni nowymi chorobami, i jak bardzo powinni na siebie uważać. I żeby, broń Boże, nie chodziły im po głowie jakieś dziwne myśli o egzotycznych wyprawach, czy innych przyjemnościach. I to jest prawdziwe polskie nieszczęście. Nie te liczby, o których pisze Wprost, lecz tzw. filozofia człowieka i tego czym on jest.
Ktoś mi powie, że to co tu piszę jest równie płytkie, jak te wszystkie liczby, mające udowodnić, że to właśnie w nich jest odpowiedź na wszelkie problemy. Przypomni mi ktoś, że przecież są starsi ludzie – i to jest ich wcale niemało – którzy dzięki Bogu jakoś nie chorują i że są też starsi ludzie – i też ich jest nie tak znowu niewiele – których i bez comiesięcznych wydatków na zdrowie, nie stać na wyjazd nie tylko do Kenii, ale nawet do Pobierowa. Tyle że ja o nich świetnie wiem i nawet kilku z nich znam. Ale też chcę bardzo mocno podkreślić, że ta symboliczna butelka z moczem nie jest ani przyczyną, ani skutkiem. Ta butelka z moczem jest wyłącznie fragmentem całości, która to całość dotyczy już naprawdę wszystkich. Ona mianowicie stanowi jedyną prawdziwą, autentyczną, namacalną ofertę. Dzisiejsza Polska jest tak skonstruowana, że – przy tej całej swojej biedzie, która dotyka większość społeczeństwa – jeśli są jakieś programy, promocje, przyszłościowe rozwiązania, zachęty, to one są wyłącznie kierowane do młodzieży, studentów, bezrobotnych, przedsiębiorców, a nawet zepsutych i kompletnie bezużytecznych lanserów. Proszę spojrzeć na telewizyjne reklamy. Czy one coś chcą od staruszków? Czy one im oferują szklankę zimnego piwa, a może jogurt na wzmocnienie, telefon z aparatem 3 megapixele, a może choćby pakiet programów sportowych za złotówkę? Mowy nie ma. W najlepszym wypadku – w najlepszym! – pastylkę na zbyt częste sikanie.
Jak idzie o ludzi starszych, to oni naprawdę od polskiego państwa dostają tylko bezpłatne badanie na osteoporozę i bilet na tramwaj, żeby mogli dojechać do właściwego lekarza. A zatem, efekt jest taki, że jeśli któremuś z nich brakuje prawdziwej uwagi, to tak naprawdę, jeśli zachoruje, to może się równie dobrze cieszyć. Bo w końcu, jak długo można łazić po supermarkecie i zaczepiać dziewczyny rozdające śmierdzący ser w kawałkach?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?