środa, 24 lutego 2010

O lanserach i ekspertach



Antoni Dudek porusza się po obrzeżach polskiej polityki właściwie od samego początku nowej Polski. Naturalnie nie jako polityk, bo bycie politykiem jest wbrew pozorom fachem bardzo trudnym i ryzykownym, lecz jako historyk i komentator. Jak to się stało, że zwróciłem uwagę na Dudka właściwie już na samym początku jego aktywności? W końcu po tak zwanej prawicowej strony polskiej sceny politycznej zawsze kręciło się całe mnóstwo publicystów, politologów, socjologów i historyków, którzy mieli ambicje uczestniczenia w tym, co się tu dzieje. Faktem jest też jednak, że niewielu z nich tak jak Antoni Dudek, potrafiło powiedzieć tak niewiele przy użyciu tak wielu słów i zrobić tak mało, przy pomocy tak wielu gestów. Wydaje mi się, że gdyby Dudek był na tyle odważny, by spróbować swoich sił w polityce nie jako komentator, ale jej bezpośredni uczestnik, to, jako przedziwna hybryda Jana Marii Rokity z Kazimierzem M. Ujazdowskim, mógłby nawet odnieść pewien sukces. Owa rokitowa część symbolizowałaby pełną agresji bezużyteczność, natomiast ta druga strona ukazywałby go nam jako takiego ładnego, stonowanego, kulturalnego chłopca o ujmującej bardzo powierzchowności. Zresztą – czyniąc tu zastrzeżenie, że Rokita to istotnie przypadek zupełnie wyjątkowy – zamiast Ujazdowskiego, mógłby tam stać równie dobrze dowolny inny polityczny lanser. Jarosław Gowin, Paweł Zalewski, Rafał Dutkiewicz, czy nawet arcybiskup Życiński. To jest dokładnie to samo powietrze. Czemu więc Antoni Dudek nie wybrał polityki? Tego nie wiem. Efekt jest taki, że istnieje on dokładnie tak jak by istniał i wtedy, i że nie ma z niego żadnego pożytku, dokładnie tak samo jak by nie było go wtedy. Tyle że dziś bardziej irytuje. Jak wieczny kibic, który jedyne co wie, to to że on by to wszystko zrobił tak samo, tyle że dużo lepiej.
Wróć. Jest jeszcze coś, co by różniło Dudka – polityka od Dudka – komentatora. Prawdopodobnie jako polityk, nie byłby profesorem. Tyle że to też słaba pociecha. W końcu we współczesnej Polsce zostać profesorem może każdy, byleby tylko pokazywał się odpowiednio często w telewizji i wystarczająco wyraźnie swoje ambicje sformułował. Myślę, że gdyby ktoś zechciał opublikować listę świeżo upieczonych profesorów III RP, to mielibyśmy większą kupę śmiechu, niż przy studiowaniu zestawu laureatów literackiej, lub pokojowej nagrody Nobla. I wcale niekoniecznie ze względu na osobę Magdaleny Środy.
Nie został jednak Antoni Dudek politykiem. Nie poszedł śladem innych prawicowych intelektualistów swojego pokolenia i został tam gdzie dziś go możemy spotkać. Ciekawe dlaczego? Człowiek o takim temperamencie, wydawałoby się, poza polityką musi się wyłącznie dusić. Myślę sobie, że może poszło o to, że w czasach kiedy te losy się decydowały, on był na tyle pryncypialny, że nie chciał iść ani do Unii Demokratycznej, ani do Unii Wolności, ani tym bardziej do komuchów. Z kolei gdzie indziej też jakoś nie pasowało. Bo to i straszno jakoś i przede wszystkim niepewnie. A jak już przyszły lata najnowsze, to go już ani w PiS-ie ani w Platformie nie chcieli. A więc pozostały te publikacje, a z publikacjami jak wiemy, to już w ogóle trzeba uważać, bo papier oczywiście wszystko zniesie, ale pamięć ludzka już może nie darować. A skończyć jak Michalkiewicz czy jakiś Miszalski? Kto by chciał?
Ktoś mnie spyta, dlaczego tak się uparłem, żeby wysyłać Dudka do polityki? Dlaczego nie chcę, żeby on był tym kim jest, a więc komentatorem, historykiem, lub zwyczajnym ekspertem? Otóż Dudek przeszkadza mi w roli, którą sobie upatrzył, na tej samej dokładnie zasadzie, jak przeszkadza mi wspomniana tu niedawno Natasza Urbańska jako piosenkarka bluesowa, lub Cezary Pazura jako standing comedian. Czy Antoniemu Dudkowi, i nam wszystkim przy okazji, byłoby lepiej, gdyby on występował w TVN24 i się intelektualnie przepychał z posłem Neumanem, lub przesłuchiwał w którejś z komisji skorumpowanych biznesmenów? Pewnie też nie. W końcu, jak sami mieliśmy okazję zobaczyć, nawet Janowi Rokicie niczego to nie zagwarantowało. Problem jednak jest taki, że ja na punkcie historyków mam pewien kompleks.
Otóż, wbrew pozorom, o których niektórzy świetnie wiedzą, a ja nie będę się tu w nie wgłębiał, do historyków mam stosunek wręcz bałwochwalczy. Nie ma chyba takiej dziedziny życia, poza chirurgią oka i grą na gitarze, która budziłaby we mnie taki szacunek. Sprowadźcie mi dowolnego historyka i każcie mu opowiadać o czymkolwiek, a ja nie ruszę się z pokoju, dopóki nie powie mi on, że to już koniec. I nie musi być to nawet ktoś obeznany ściśle z jakimiś wydarzeniami historycznymi, kto mi będzie podawał przeróżne daty i interpretował wydarzenia, które gdzieś tam kiedyś doprowadziły albo do wojny, albo do pokoju. Może to być nawet ktoś taki jak ów człowiek, który w 1979 roku wygrał Wielką Grę z Chopina, a dziś we Wproście opowiada o nim takie rzeczy, że włosy stają dęba na głowie. Rzeczy, które on wie, których my nie wiemy, a które wszystkie nasze wyobrażenia przewracają do góry nogami. Więc może to być nawet i on.
Ale może to być ktokolwiek, kto tylko zna się na tym co działo się dawno temu i co w naszej wyobraźni zdążyło przybrać bardzo określony kształt, i kto przychodzi i mówi nam, że owszem, trochę tak, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że ktoś coś gdzieś, to musimy tez wiedzieć, że to nie było wszystko takie oczywiste. Pamiętam, jak kiedyś mieliśmy okazję rozmawiać z pewnym angielskim historykiem o królu Henryku VIII i tych jego żonach, i jak powoli okazywało się, że cały tamten świat, który wydawał się być taki prostu i oczywisty, był w gruncie rzeczy, jeśli nie kompletnie inny, to z pewnością znacznie ciekawszy. Nawet postać wręcz symboliczna, czyli cesarz Kaligula, w ustach kogoś kto się na tamtych czasach zna, staje się kimś, o kim naprawdę warto posłuchać. Czy wszyscy historycy są tacy wybitni i nieomylni i przede wszystkim zgodni? Oczywiście że nie. Ale z całą pewnością większość z nich wie, że jeśli w jednym miejscu w roku, dajmy na to 1678, działo się jedno, to w drugim, w tym samych czasie, przy udziale innych osób, miały miejsce wydarzenia równie istotne. I raczej niewielu z nich patrzy na historię, jak dziecko, które zobaczyło paczkę chrupek i nie może się już skupić na niczym innym.
Antoni Dudek, postanowił w Salonie zabrać głos na temat historii powstawania rządu Prawa i Sprawiedliwości. Przeczytałem i ten wpis Dudka, i wcześniej kilka jego komentarzy na blogu Migalskiego, i pomyślałem sobie, że gdyby jakikolwiek historyk w ten sposób opowiadał o jakimkolwiek wydarzeniu z przeszłości, to chyba każdy wolałby sobie kupić gazetę, albo włączyć telewizor. Przynajmniej byłoby na co popatrzeć. W 2005 roku PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński został wybrany prezydentem. Oczywiście, tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach się dzieje, zwycięstwo było zbyt niskie, żeby zagwarantować PiS-owi samodzielne rządzenie, a – co już może trochę ponadstandardowe – wściekłość opozycji i establishmentu tak wielka, że nawet stworzenie sensownej koalicji było niemożliwe. Można wręcz sądzić, że jedynym inteligentnym rozwiązaniem było oddanie przez PiS władzy Platformie, lub komukolwiek i natychmiastowe rozwiązanie się. Jak wiemy, przez dwa lata Jarosław Kaczyński z trudem utrzymywał władzę, którą otrzymał w powszechnych wyborach, i w końcu, kiedy – o czym Dudek może już nie pamiętać – połączone siły opozycji, mafii i mediów, postanowiły odwoływać ministra po ministrze, podał rząd do dymisji. To są fakty historyczne. Co na ten temat do powiedzenia ma historyk Dudek? Jego jedyna refleksja jest taka, że Lepper to obciach, Giertych to nędza, a Kaczyński, zamiast próbować utrzymać władzę, miał rozwiązać parlament. I mówi o tym takim tonem, jakby ta refleksja wyszła mu z matematycznego równania. A więc przychodzi do nas historyk z dorobkiem i naukowymi tytułami, i opowiada nam rzeczy, które wie każda głupia baba na targu, a nawet każdy student politologii, czy dziennikarstwa.
Oto cała refleksja Antoniego Dudka na temat tego, co się działo w Polskiej polityce między końcem roku 2005, a jesienią roku 2007. Dudek ani się nie zastanawia, jaka była sytuacja polityczna, społeczna i medialna w Polsce w tamtym czasie. Jakie były szanse i jakie było ryzyko. Jego nie obchodzi zupełnie, jakie były możliwości rozwoju sytuacji w przypadku rozwiązania parlamentu i nowych wyborów. Jego nie interesują ani ludzie, ani konflikty między nimi, ani społeczny kontekst dla tych konfliktów. On nie bierze pod uwagę na przykład takiej możliwości, że kolejne wybory mogła wygrać Samoobrona i LPR na przykład, i że w efekcie takiego rozwoju zdarzeń, Polska dostałaby po głowie tak, że by się już nie podniosła. Więcej. Jego takie dyrdymały w ogóle nie interesują. Dudka nie interesuje historia. On wie tylko tyle, że Lepper i Giertych to kupa wstydu i trzeba było jakoś inaczej. A jak mu mądrzejsi od niego blogerzy zwracają uwagę, że się głęboko myli, to im odpowiada, że owszem, to ciekawe, ale on jednak pozostanie przy swoim zdaniu. I to jest intelektualista i historyk!
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby Antoni Dudek w ten sam sposób, co o naszej współczesnej polityce, chciał opowiadać o polskiej polityce międzywojennej, o wojnach angielsko-francuskich, o Cesarstwie Rzymskim, o Rewolucji Francuskiej, o Drugiej Wojnie Światowej, o jakiejkolwiek historycznej sytuacji, to by przez ewentualnych słuchaczy został potraktowany wzruszeniem ramion, albo jeszcze gorzej – podejrzeniem, że z niego historyk jak z wiejskiego znachora chirurg ortopeda. Powiem więcej. Gdyby się nagle okazało, że Antoni Dudek jest specjalistą od życia i twórczości wspomnianego już tu Fryderyka Chopina, to zapewne jedyne co by nam z błyskiem w oku powiedział, że Chopin miał cienkie palce i chorował na gruźlicę. Ale nie ulega też wątpliwości, że gdyby Jarosław Kaczyński był takim politykiem jak Antoni Dudek historykiem, to dziś nie byłby wybitnym przywódcą opozycji i prawdopodobnie przyszłym premierem, ale by występował w Superstacji z Piotrem Semką w jakichś chorych turniejach dla idiotów.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Po co ja w ogóle zajmuję się kimś takim jak Antoni Dudek. Otóż problem jest zawsze ten sam. Polskie życie publiczne zostało z jednej strony opanowane przez bandę wyrachowanych kombinatorów, a z drugiej strony przez inną bandę, tak zwanych niezależnych ekspertów. Kombinatorów mam w nosie. Oni przynajmniej wiedzą, czego chcą i robią to co robią najlepiej jak potrafią. Pies ich drapał. Gorzej jest z tak zwanymi ekspertami. Oni w najlepszym wypadku są dokładnie tak samo mądrzy jak każdy z nas, a jeśli któryś z nich ma jakąś choćby minimalnie ekspercką wiedzę na jakikolwiek temat, to i tak ją natychmiast chowa głęboko pod kocem swoich politycznych histerii. Bez względu na to, czy to jest jakiś socjolog z uniwersytetu, czy historyk z instytutu, czy politolog z jakiejś innej ważnej instytucji, czy ekonomista z najwybitniejszych gospodarczych think-tanków, czy dziennikarz z niezależnej gazety, w momencie kiedy dostanie pytanie na temat polityki, jedyne co jest w stanie z siebie wydusić, to konstatację, że Kaczyński, Lepper i Rydzyk to dno.
To nie jest wiedza. To taniec z gwiazdami. Normalni ludzie czegoś takiego nie tolerują. I stąd te słowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.