Prezydent Kaczyński, premier Tusk, pani Kowalska



Dzisiejsze przedpołudnie zaczęło się dla mnie dość dziwnie. Zajrzałem na Salon, i u samej góry znalazłem niezwykle ciekawą analizę Filipa Memchesa na temat strategii wyborczej Donalda Tuska, oraz na temat dwóch potencjalnych kandydatów Platformy w wyborach prezydenckich – Komorowskiego i Sikorskiego. Chociaż to co napisał Memches bardzo mi się spodobało, miałem kilka uwag polemicznych, więc napisałem mu niewielki komentarz. I nagle, w momencie jak go wkleiłem, okazało się, że tekst Memchesa zniknął. Cały, w jednym momencie, i – jak wszystko na to wskazuje – na dobre. Dlaczego tak się stało, nie wiem. Może Memches uznał, że to co napisał jest jednak do niczego, a może chciał tylko coś tam pozmieniać i za jakiś czas puścić to jeszcze raz, a może – w co akurat wątpię, bo tam nie było nic bardzo brzydkiego, poza tym, że Platforma uprawia ruski model polityki – Administracja mu to usunęła? Nieważne. Bo ja nie o tym, lecz o samym wpisie Memchesa i o jesiennych wyborach.
Otóż jestem przekonany – i o tym już tu miałem okazję pisać – że w momencie kiedy Donald Tusk wycofał się z kandydowania, jedynym sensownym kandydatem pozostaje już tylko Lech Kaczyński. I to nie dlatego, że zarówno Komorowski, jak i Sikorski są od Kaczyńskiego głupsi i mniej do pełnienia tak ważnej funkcji przygotowani, ani nawet mniej od Kaczyńskiego lubiani, ale z tej prostej przyczyny, że ze społecznego punktu widzenia, oni są nikim. Dla przeciętnego obywatela, nie ma większej różnicy, czy naprzeciwko siebie mają Komorowskiego, Sikorskiego, Nowaka, czy może tylko posła Neumana. Ludzie którzy we wrześniu, czy może w październiku pójdą do wyborów, w swojej znaczącej większości, będą wybierać między obecnym prezydentem, a kimś w najlepszym wypadku, kto im się myli z kimś innym. To jest zwykła kwestia rozpoznawalności.
Nie jestem socjologiem ani z zamiłowania, ani tym bardziej z zawodu. Żałuję tego bardzo i myślę, że gdybym miał tu jakieś profesjonalne podstawy, czułbym się znacznie mocniejszy. Jednak starannie od wielu lat obserwuję co się dzieje, rozmawiam z ludźmi, słucham tego co mówią i staram się z tego co widzę wyciągać wnioski. Pamiętam na przykład, jak kiedyś zobaczyłem sondaż, w którym spytano ludzi nie o to, kogo lubią, ani na kogo chcą głosować, ale o to, kto jest kim? Z jakimż to zdziwieniem zobaczyłem wyniki, z których wniosek nasuwał się prosty. Większa część społeczeństwa nie ma pojęcia, kto stoi za pokazywanymi mu zdjęciami, czy nazwiskami, o ile to nie jest bohater serialu telewizyjnego, osoba znana z reklam, prezydent, lub premier. Jest to oczywiście sytuacja bardzo przykra dla każdego, kto się czuje patriotą i dobrze życzy rodakom i Ojczyźnie, ale tak to jest i póki co, nie możemy na to nic poradzić. Kim jest Donald Tusk, wie prawdopodobnie jakieś 95 procent ludzi w Polsce, kim jest Lech Kaczyński – podobnie, natomiast jest bardzo prawdopodobne, że dla tych samych 95 procent nazwisko Kopacz, lub nawet dołączona do tego nazwiska fotografia, nie mówią absolutnie nic. Podobnie jest z kimś kto się nazywa Komorowski, lub Sikorski. Jestem pewien, że w tym pojedynku już większe szanse miałby Lepper lub Pawlak.
Dlaczego tak jest? Uważam – choć oczywiście, jak co dowiększości tego co tu piszę, nie mam pewności – że jest to wynik sytuacji, w jakiej znajdują się społeczeństwa post-komunistyczne, czy, jak to nazwał kiedyś Ziemkiewicz – post-kolonialne. Z jednej strony, ciągną one za sobą to dziedzictwo niewoli, a więc przy okazji zmęczenia, a może nawet swoistego zgnuśnienia, a z drugiej, są nieustannie, dla jakichś parszywych i obcych celów, rozgrywane przez rządzące elity, dla których społeczeństwo głupie wydaje się być zawsze znacznie ciekawszym kąskiem, niż społeczeństwo otwarte i ciekawe świata. I do pewnego momentu, strategia przyjęta przez rządy post-kolonialne jest skuteczna. Można bowiem skuteczniej kłamać, skuteczniej wykorzystywać i skuteczniej prowadzić własne, choćby najbardziej nieczyste, interesy. Jednak jest też w tej sytuacji coś, co niekiedy musi się obrócić przeciwko elitom i wręcz odbić się rykoszetem. Mam mianowicie na myśli szczególną takiego społeczeństwa autonomię. Może się bowiem okazać, że dopóki elity nic od społeczeństwa nie chcą, poza tym by pracowało, oglądało telewizję i chodziło do sklepu, to wszystko mniej więcej działa. Gorzej, gdy nagle przychodzi moment, gdy to samo społeczeństwo nagle jest elitom do czegoś potrzebne. Gdy nagle dochodzi do sytuacji, że elitom bardzo by się przydało, by społeczeństwo wykazało choć odrobinę podmiotowości. Tyle że ta podmiotowość miałaby być bardzo ściśle ukierunkowana.
Jak ta sytuacja może się przełożyć na zbliżające się wybory prezydenckie? Pamiętam, że kiedy doszło do pierwszych, jeszcze nie do końca demokratycznych, wyborów w roku 1989, ponad 30% wyborców nie wykazała tym wydarzeniem – przecież wydarzeniem szczególnym – najmniejszego zainteresowania. Myślałem wtedy, że to może jest tak, że te 30% obywateli, zdemolowanych przez PRL, w tę niedzielę leżało pijanych na swoich wersalkach i zdychało w bólu istnienia. Niestety, w kolejnych latach okazywało się, że ta liczba się tylko powiększa, by ostatecznie dojść do połowy osób posiadających prawa wyborcze, a z tych praw nie korzystających. Dziś, po tych wszystkich latach, mam wrażenie, że to wcale nie jest ta sama grupa. Wydaje mi się, że te 50% ludzi regularnie nie biorących udziału w wyborach, to są raz ci, raz inni, raz jeszcze inni, ale zawsze ci, którzy tej akurat niedzieli nie mieli na nic szczególnego ochoty. A więc sądzę, że generalnie stale do wyborów chodzi może 10, może 15% procent dorosłych obywateli, i to właśnie oni, lub ich znaczna część, wiedzą, kim jest Bronisław Komorowski i Ewa Kopacz. I to właśnie na nich, władza post-kolonialna może liczyć wtedy, kiedy dojdzie co do czego. Z tych pozostałych, ci którzy akurat w tym roku, tej jesieni i w tę niedzielę zechcą się ruszyć z domu, przeważająca liczba nie będzie miała żadnego wyboru. Dla nich, jedyną rozpoznawalną twarzą w tej grupie będzie obecny prezydent.
Ktoś mi powie, że to wszystko nieprawda i że wystarczy popatrzeć na sytuację na Ukrainie, gdzie i obecny prezydent i obecna premier dostali w skórę od człowieka spoza. Tyle że Janukowicz ani przez moment nie jest postacią obcą. On chce zostać prezydentem już od wielu, wielu lat i za nim stoją bardzo silne struktury, zapewne nie tylko ukraińskie. Bardzo mnie rozbawiła wczorajsza wypowiedź komunisty Siwca, który poinformował telewizyjną publiczność, że Janukowycz nie byłby w stanie sfałszować ukraińskich wyborów, bo do tego trzeba mieć władzę. A on władzy nie ma. Otóż Janukowicz ma władzę jak najbardziej. I to nie byle jaką. A i tak, z tego co mówią, Julia Tymoszenko straciła do niego zaledwie parę punktów, i to – jak niektórzy twierdzą – skutkiem wyborczych fałszerstw. Po tylu latach tak ciężkiego kryzysu i tak wielu zawiedzionych nadziei. Zaledwie parę punktów. Dlaczego? Dlatego że Ukraińcy wiedzą, kim ona jest. I głosują na nią nawet nie dlatego, że ją lubią, a Janukowicza nie. Ale dlatego że ją znają. Bo ona reprezentuje władzę.
A zatem, uważam że Filip Memches w swoim bardzo ciekawym tekście, którego w Salonie już nie ma, gdzie w sposób niezwykle zajmujący przedstawił i sylwetki obu kandydatów Platformy i czarną bardzo strategię Donalda Tuska, nie zwrócił uwagi na ten społeczny kontekst wyborów, jakie odbywają się w Polsce przez minione 20 lat. Nie zwrócił uwagi choćby na to, jak to się stało, że w wyborach w roku 1993 zwycięstwo odniósł premier Waldemar Pawlak i jego ludowa partia – człowiek, którego jedyną, absolutnie jedyną, siłą było to, że był właśnie tym premierem. Premierem beznadziejnym, nudnym, niekiedy wręcz przedstawianym jako ktoś niewyobrażalnie głupi. To on wtedy nagle wygrał wybory. Na wsi, w mieście, wszędzie. Ku ciężkiemu zdziwieniu tych paru procent obywateli, którzy uważali że poza nimi nikt się nie liczy i nikogo już nie ma.
I tak będzie w tym roku. Wygra Lech Kaczyński. Dla tych kilku procent zaczadzonych tą swoją niby-wiedzą, aspirujących obywateli, ktoś głupi, brzydki i beznadziejnie i nieustannie się kompromitujący. Ale dla większości wyborców, po prostu Prezydent. Prezydent Kaczyński. Lech, albo Jarosław. Wszystko jedno. Kaczyński.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?