poniedziałek, 9 lutego 2009

Jeszcze raz o docentach z mięsnego... i o Krakowie

Pojechałem w sobotę do Krakowa. Oczywiście nie po raz pierwszy i prawdopodobnie nie po raz ostatni, natomiast nie mam wątpliwości, że jeszcze nigdy wcześniej nie byłem w Krakowie – ani w żadnym innym mieście – przy okazji umacniania tzw. znajomości internetowych. I pod tym względem był to wyjazd szczególny. Coś na kształt randki w ciemno, czy – jeszcze gorzej – spotkania z internetowym złoczyńcą. Sytuacja była o tyle bardziej skomplikowana, że Krzysztof Wołodźko – jak by nie było główny organizator spotkania i podstawowy element integrujący – gwałtownie wypadł z planów i wspólnie z zaziębioną Toyahową znaleźliśmy się w sytuacji niełatwej. Siedzieliśmy więc w tej Omercie (pub na Kazimierzu) i, biorąc pod uwagę, że oto przybył kolejny salonowicz, śledziliśmy każdego wchodzącego.
Ostatecznie wszystko poszło gładko. Był pan, który ani w Salonie nie pisze, ani nie komentuje, natomiast nas trochę lubi, więc chciał sobie popatrzeć. Był rosemann z pewną młodą damą, był wybitny młodzieniec o nicku Nirod. I był Michał Skrzetlewski, który wprawdzie dotychczas u mnie nie komentował, więc go nie znałem, ale tym bardziej mam nadzieję, że się tu będzie pojawiał. Choć czasem. Bardzo proszę.
No i była przedstawicielka samego ojca Rachmajdy, która kazała mi napisać błyskawicznie tekst na zadany temat na 20 słów. Napisałem.
Było też piwo Żywe i osobisty, podwójny Jack Daniels na cześć Gemby i jego bliskich. Na chwilę też przybył młodszy Toyahz – jak się okazało – koleżanką. Niestety jej nie miałem okazji poznać, bo pisałem akurat 20 słów dla pani z Zeszytów.
Dziękuję wszystkim i tego wieczoru nie zapomnę.
Ja chciałem jednak o Krakowie. Jak już wspomniałem, w mieście tym nie byłem po raz pierwszy w życiu. Natomiast, muszę powiedzieć, że nigdy dotąd nie byłem aż tak poruszony. Kraków zrobił na mnie takie wrażenie, że gdyby ktoś mnie dziś wywiózł do jakiejś Malagi, czy Granady, albo do Brugii i powiedział, że oto jesteśmy w Krakowie, to pewnie bym mu uwierzył. Tyle że pewnie bym powiedział, że kiedy ostatnio byłem w Krakowie, to mi się podobało bardziej. Od momentu jak wyszedłem z pociągu, do chwili, kiedy wieczorem na ten dworzec wróciłem, w Krakowie podobało mi się dosłownie wszystko. Uważam, że od czasu kiedy byłem w Krakowie po raz przedostatni, mam wrażenie, że – podobnie jak wiele rzeczy w Polsce – to miasto też wkroczyło w nowe czasy. Czasy nowe i – co nie zawsze oznacza to samo – dobre. A jednak, przy okazji tej sobotniej wizyty, przyszły mi do głowy pewne dość smutne refleksje. W Krakowie, prezydentem jest niejaki Majchrowski – komunista. O ile się nie mylę, on, nie dość że jest komunistą, to jest komunistą dość podejrzanym. Od kilku lat siedzą mu na głowie sądy, prokuratorzy, niektórzy dziennikarze i co niektórzy politycy. A mieszkańcy Krakowa go lubią, chcą i prawdopodobnie przy okazji następnych wyborów też mu każą być tym prezydentem tego ich miasta. Oczywiście, z pewnością mogę czegoś nie wiedzieć. Jeśli tak jest, niech mnie jakiś Krakus oświeci. Natomiast moje wrażenia z minionej soboty w Krakowie są takie, że dla ludzi, którzy mieszkają w tym niezwykle stylowym i pięknym mieście, taki Majchrowski, to w ogóle nie jest problem. I, obawiam się, że gdybym ja miał szczęśćcie tam mieszkać, nie byłby to problem również dla mnie.
I to nie jest sytuacja Sopotu. Ja wiem, że najróżniejsi obrońcy prezydenta Karnowskiego tłumaczą, jaki ten ich prezydent jest zdolny i ile on dobrego uczynił dla tego miasteczka. Jednak, podobnie jak w Krakowie, w Sopocie byłem też parę razy i nie zauważyłem, żeby tam było szczególnie inaczej niż jest w Koluszkach, czy w Katowicach przy dworcu. Powiem szczerze, że wolę Koluszki.
A więc myślę o tym Krakowie, myślę też od razu o Polsce i wracam tą samą myślą do tego, co napisałem w moim poprzednim wpisie na temat polskiej szkoły. I do niektórych pod tym tekstem komentarzy. Otóż mam wrażenie, że jakkolwiek bardzo zawsze się staram w tym co piszę być maksymalnie dokładny, nie udało mi się dotrzeć do wszystkich. Główne pretensje są w sprawie policji. Przyznam szczerze, że to mnie nie dziwi. Powiem jeszcze szczerej – ja się obawiałem, że ta policja może tu za bardzo świecić i niektórzy tego nie zniosą. Wprawdzie nikt nie użył słowa ‘psy’, ani – tym bardziej – nie pojawił się komentarz zatytułowany CHWDP, niemniej widzę wyraźnie, że lepiej mi było pozostać przy tych urzędniczkach na poczcie, czy choćby nawet przy paniach z ZUS-u.
Muszę więc wrócić do tematu, pamiętając, że jednak te teksty nie są długie tak sobie. Są długie najwidoczniej dlatego, że ja w dłuższej ekspresji jestem bardziej przekonujący. A więc chciałbym jeszcze raz powtórzyć – kiedy starsza Toyahówna zapytała mnie, dlaczego ludzie na policji są uprzejmiejsi od ludzi na uniwersytecie, poczułem dawno nie przeżywany przypływ inspiracji. Pomyślałem sobie mianowicie, że to jest coś absolutnie niezwykłego, że po tych wszystkich latach, kiedy na widok policjanta (czy raczej milicjanta), wielu z nas czuło albo niepokój, albo nienawiść (choć pewnie znacznie częściej niepokój), nie dość, że się wchodzi na Komendę Policji bez najmniejszego lęku, to jeszcze dodatkowo można się tam spodziewać uprzejmego potraktowania.
Przypomniałem sobie mnóstwo najróżniejszych zdarzeń, z okresu bardziej i mniej głębokiego Peerelu, zdarzeń i bardzo miłych i śmiesznych i bardzo niemiłych i mało śmiesznych i nagle sobie zdałem sprawę, ja bardzo wiele się wokół nas zmieniło. Przypomniałem sobie na przykład, jak pojechałem pierwszy raz w życiu na tzw. Zachód i nie mogłem się nadziwić, ze sprzedawczynie w sklepach mówią takim niezwykłym śpiewnym tonem. Nie burczą, nie mruczą, nie marudzą, lecz śpiewają. I nagle też sobie pomyślałem, że sprzedawczynie dziś, tu w moim mieście śpiewają podobnie, jak tamte – te trzydzieści lat temu. Pomyślałem sobie, że Polska tak nieprawdopodobnie już jest inna. I nie tylko dlatego, że – kiedy wsiadamy do taksówki – nie musimy pytać, czy można. Nie tylko dlatego, że kiedy zachodzimy na pocztę, te biedne – tak ciężko pracujące – kobiety są na ogół zawsze grzeczne i wesołe. Ale również dlatego, że kiedy podchodzimy do policjanta z jakąkolwiek sprawą, jest bardzo prawdopodobne, że ten policjant będzie grzeczny, nawet jeśli tylko w stopniu podstawowym. A kiedy moja córka zadała mi to pytanie: „Jak to jest, ze jest taka różnica między policją, a tym dziekanatem?”, pomyślałem sobie, że ta różnica jest jeszcze większa, jeszcze bardziej istotna i nieporównywalnie bardziej systemowa, niż nam się wydaje.
Piszą tu moi znajomi salonowicze, że ja idealizują policję, bo oni wcale nie są tacy słodcy. Że gdybym próbował cokolwiek załatwić na policji, to bym dopiero wtedy zobaczył, jakie to bagno i jak tam potrafi być okropnie. I ja się zgadzam. Ja miałem parę razy okazję rozmawiać z policjantami we własnych sprawach i dobrze pamiętam wszystko to, co tam było złe, głupie i tak strasznie męczące. Ale też pamiętam, że ja tam spotkałem ludzi. Dokładnie takich samych ludzi, jak ludzi w sklepie, ludzi na poczcie, ludzi w Urzędzie Skarbowym. I pamiętam coś jeszcze – oni akurat przeszli szczególnie długa drogę. O wiele dłuższą, niż wielu z nas.
Ale mój tekst poprzedni tekst – i bardzo proszę o tym nie zapominać – i tak nie był o policji i paniach z okienka. To był tekst o szkole i o szkolnictwie. O polskim szkolnictwie na każdym dosłownie poziomie. Napisałem ten tekst własnie dlatego, ze zrozumiałem, że całe nasze narzekanie na szkołę i na nauczycieli, wszystkie nasze pretensje do tego co się dzieje na uniwersytetach, akademiach i politechnikach, nie biorą się z niczego. Że z jakiegoś powodu nasz system uczenia – podkreślam, na każdym poziomie – jest wciąż dokładnie taki sam, jaki był przez lata. Że nauczyciele w swojej masie są dokładnie tak samo głupi, leniwi i wiecznie znudzeni, a jeśli ideowi, to tylko w tym stopniu, żeby zawsze wiedzieć, że Leszek Miller przynajmniej dbał o szkolę i o nauczycieli. I że za tym coś musi stać.
I nagle przypomniałem sobie rozmowę Mazurka dla Dziennika z Markiem Migalskim, gdzie Migalski opowiadał o uniwersytetach, o profesorach, o systemie awansów i karier, o poziomie kształcenia zupełnie tak, jakby nie opowiadał o współczesnym uniwersytecie, lecz o uniwersytecie sprzed wielu, wielu lat. I przypomniałem sobie mój uniwersytet jeszcze wtedy, z czasów gdy milicja biła, sprzedawczynie gapiły się zamyślone w zabrudzoną szybę, a taksówkarze trzaskali nam drzwiami przed nosem. I zdałem sobie sprawę, że to jest własnie ten sam uniwersytet, o którym opowiada mi Toyahówna. I nie tylko ten sam uniwersytet. Że gimnazjum do którego chodzi najmłodsza moja córka, jest dokładnie takie same, jak podstawówka i liceum, do których chodziłem ja 40 lat temu, z tym samym personelem, tym samym sekretariatem, tym samym pokojem nauczycielskim… no prawie tym samym – moje nauczycielki chętniej jeździły na wycieczki szkolne. I nigdy nie piły z uczniami. I nie paliły. Marihuany.
Jak to się stało, że wśród tylu elementów nowej Polski – tych wszystkich banków, sklepów, urzędów, czasem już nawet szpitali – są wciąż jeszcze te nieliczne, tak okropnie niewzruszone miejsca, jak polska szkoła? I ja nie mówię o biurokracji, nie o systemie. Z tym kłopot mamy wszyscy i wszędzie. Ja mówię o ludziach. Tylko o ludziach. Ja mówię o tej dziewczynie z kiosku z gazetami na katowickim dworcu, ja mówię o tej kobiecie, która odebrała niedawno telefon w jednym z miejskich urzędów i była dla mnie tak miła i pomocna (a wcale nie musiała – to ja byłem w o wiele gorszej od niej sytuacji), ja mówię o tym panu z Urzędu Skarbowego, który jakiś czas temu był w stosunku do mnie tak uprzejmy, że aż mi się zrobiło głupio.
Ale ja też mówię o tej dyrektorce ze szkoły w Rykach, o tych nauczycielach, które parę miesięcy temu, na oczach całej Polski dręczyły swoją koleżankę, o tych młodych bandytach, którzy są dziś dokładnie tak samo zuchwali i bezmyślni, jak kiedyś, tyle, że teraz się już niczego nie boją.. Ja wreszcie mówię o tych docentach, doktorach, magistrach, profesorach, którzy solidarnie wykańczają Marka Migalskiego i są dokładnie tak samo głupi, źli, zakłamani i wredni, jak byli ich starsi koledzy 40 lat temu. A jak by ktoś miał w stosunku do mnie jakieś podejrzenia, to zapewniam – ja podobny lęk, jaki czuję przed wejściem do klasy szkolnej, czuję myśląc, że musiałbym kiedyś zajść do czegoś, co się nazywa na przykład Fundacja dla Śląska.
A więc wracam do Krakowa. Kraków się zmienił na pewno. Czy zmienił się dzięki komuniście Majchrowskiemu? Może. Skoro Sopot nie zmienił się dzięki ‘naszemu” Karnowskiemu, to może Kraków jest taki piękny dzięki ich (już bez cudzysłowu) człowiekowi. A może to w ogóle nie ma większego znaczenia, kto zmiany umożliwia, a kto im przeszkadza. Może tam gdzie się ma zmieniać, to się zmienia, a tam gdzie wszystko ma stać, to stoi? Może po prostu polska szkoła i polska uczelnia ma być taka jak była zawsze? A może znów, okazało się, że z punktu widzenia i Majchrowskiego i Karnowskiego i wszystkich tych fachowców od postępu i rozwoju, szkoła jest najzwyczajniej w świecie kompletnie nieważna i nikomu niepotrzebna. Może, z jakiegoś powodu, cały wysiłek Nowej Polski został skierowany we wszystkich kierunkach, z wyjątkiem tych paru. Chciałbym wiedzieć, co na ten temat sądzi na przykład prof. Legutko. On jest z Krakowa. Może wiedzieć. A ja mu mogę ufać.
Nie wiem. Ale dyskutujmy. Tylko proszę, na temat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.