Fajny film wczoraj widziałem, czyli precz z Almodovarem

Chciałem zacząć ten wpis od uwagi, że oto otwieram czwartą setkę, ale wystraszyłem się, że moje koleżanki z Salonu znów zaczną sobie żartować. Zatem powiem tak – zaczynamy czwartego drinka.
Muszę też od razu się zastrzec, że będę pisał o kwestiach całkowicie niesprawdzonych. Pełen subiektywizm i wyłącznie opinie. Jest to oczywiście sytuacja szczególna, bo dotychczas, jeśli pisałem, że Jarosław Kaczyński jest politykiem wybitnym, a Donald Tusk wręcz przeciwnie i kiedy próbowałem przekonać moich czytelników, że PiS tworzył najlepszy z dotychczasowych rządów, a Platforma Obywatelska – najgorszy, to wcale nie uważałem, że to co piszę, to tylko moje subiektywne przekonania. Ja jestem w stu procentach pewien, że to akurat to fakty, a nie opinie.
Dziś same opinie. A chciałem podzielić się moimi wrażeniami na temat kina, filmów i oczywiście Oscarów. Oscary są dla mnie wydarzeniem zawsze bardzo ważnym. Wynika to z mojego przekonania, ze poza Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią, kino nie istnieje. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że w takich Indiach, na przykład, kręci się bardzo dużo filmów i Hindusi – a ostatnio nie tylko Hindusi – uważają, że to Bollywood stanowi czystą sztukę i prawdziwą radość. Ja wiem też, że jest mnóstwo ludzi tu w Polsce i w całej Europie, którzy kpią z kina amerykańskiego i wolą oglądać filmy francuskie, hiszpańskie, belgijskie, austriackie, niemieckie, duńskie, a nawet polskie komedie. Ja jednak zawsze wiem, że największe wrażenia, najbardziej niezapomniane emocje, najpiękniejsze przeżycia dawały mi filmy produkowane w USA, albo w Wielkiej Brytanii.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Nigdy nie umiałem sobie wyjaśnić, na czym polega ten fenomen. Faktem jest, że z naprawdę drobnymi wyjątkami, wszystko co najlepsze w kinie zawsze szło stamtąd, a nie stąd. Pamiętam, kiedyś bardzo lubiłem oglądać filmy rosyjskie. Nawet dziś, uważam, że Dworzec dla dwojga, czy Lecą żurawie, czy Dziecko wojny, czy wiele innych filmów wyprodukowanych przez Rosjan, to arcydzieła. Ale wiem też, że duża część kina sowieckiego, to absolutne dno. Podobnie trochę jest z kinem amerykańskim. Jeśli chcemy znaleźć coś naprawdę beznadziejnego, to jest szansa, że to będzie któryś z filmów własnie amerykańskich. Nie zmienia to faktu, że dla mnie – powtórzę to raz jeszcze – najwspanialsze filmy, to filmy amerykańskie, lub brytyjskie. To jest trochę tak, jak z muzyką. Z jakiegoś powodu, wolę słuchać Coldplay niż Myslovitz i Lestera Bowie, niż Stańkę. Odpowiedzi jednak nie znam. Lubię więc kino ze Stanów i z Anglii. I wcale nie musi to być od razu Ojciec Chrzestny, choć właściwie, czemu nie? Wcale nie muszę od razu sięgać po Kubricka. Mam na myśli tanie, kameralne, ukryte w cieniu filmy, takie jak Withnail & I, Raining Stones, Sideways, Fresh, Smoke, Up The Junction i wiele, wiele innych, niezapomnianych, cudownych filmów. Filmów amerykańskich i brytyjskich. Dlatego więc, kiedy zbliżają się Złote Globy, a po nich Oskary, jestem zawsze poruszony, bo wiem, że oto w najbliższym czasie, będę mógł obejrzeć kolejną porcję filmów naprawdę znakomitych. Filmów najlepszych jakie w mijającym roku zostały zrobione na świecie.
Jeszcze raz muszę tu zaznaczyć. Ja wiem, że dla wielu, to co tu piszę, to bzdury i nieprawda. Okay. Biorę to pod uwagę. Ja się wyłącznie powołuję na moją wrażliwość i moje emocje. Jak ktoś twierdzi, że Almodovar jest twórcą wybitniejszym od choćby Spielberga – jego sprawa. Jeśli ktoś chce mnie przekonywać, że Full Monty nie dorównuje naszemu Testosteronowi, proszę uprzejmie. Jeśli ktoś się głośniej śmieje na występach Kabaretu Mru-Mru, niż przy oglądaniu skeczy z Big Train, niech mu będzie. Ja dziś nie agituję politycznie. Dziś pisze o tym, co lubię.
Czekam zawsze na te Oskary i zawsze mam z nimi kłopot. Ja wiem, że tych członków Akademii, którzy wybierają swoje ulubione filmy jest całe mnóstwo, ale i tak mam wrażenie, że oni mają tam tak naprawdę jedynie głos doradczy. W najlepszym wypadku. A więc ile razy zbliża się ta doroczna gala, ja wiem, że nie będzie najgorzej, ale z całą pewnością nie będzie tak, jak ja to sobie wyobrażałem. Jeśli Oscara dostanie Sean Penn, to wcale nie dlatego, że w tym roku zagrał najlepiej, ale dlatego, że najlepiej zagrał w zeszłym roku, albo jeszcze wcześniej, tyle, że wtedy Oscara nie mógł dostać, bo trzeba było go dać komuś innemu. I też nie dlatego, że ten ktoś zagrał lepiej od Penna, ale dlatego, że był Czarny, albo Czerwony, albo zagrał Żyda w piekle Holocaustu, albo po prostu tak wyszło z ustaleń. Może też być tak, że w tym roku film, w którym Penn zagrał, był tak beznadziejny, że on był jedyną jego wartością, a twórcy tego filmu musieli coś dostać, bo inaczej tzw. społeczność gejowska mogłaby się obrazić.
Konsekwentnie więc, w przyszłym roku na pewno Oscara za główną rolę męską dostanie Mickey Rourke, bo w tym roku trzeba było go dać pedałom. Inna sprawa, że najprawdopodobniej kolejny film Rourke będzie o niebo gorszy od The Wrestler, a my się będziemy denerwować, ze znów zlekceważono Johnnego Deppa, albo Leonardo DiCaprio. Tak to jednak jest i nie ma sposobu, żeby z tego wyjść. W minionym roku Di Caprio i Kate Winslet zagrali w filmie absolutnie wielkim. Porażającym w stopniu wyjątkowym. I on i ona zagrali tam życiowe role. Mówię o filmie wprawdzie nominowanym do Globów jednak z jakiegoś powodu zlekceważonym przy Oscarach - Revolutionary Road. Prawdopodobnie osoby, które decydują o nagrodach, czuły, że Winslet jednak powinna mieć tego Oscara, więcdały jej go za film byle jaki i rolę równie byle jaką.
I tak to działa. W tym roku, nominowanych było kilka filmów wybitnych. Był Nixon/Frost – gdzie nagle dowiadujemy się, że Nixon to jednak nie był gbur, cham, oszust i idiota, The Curious Case Of Benjamin Buton, czy wreszcie fantastyczny Doubt z Hoffmanem i Streep. Wszystkie główne nagrody zgarnął Slumdog Millionaire. I nie mam nic przeciwko temu, bo to świetny film. Tyle że większość osób, które się zachwycają losami tego hinduskiego chłopca - analfabety, zupełnie lekceważą fakt, że ten film to pastisz typu Kill Bill, który staje się wartościowy dopiero wtedy, jak ten pastisz zostanie zauważony. Bez tego, jest to najzwyklejszy, głupkowaty Bollywood o dziecku, którego ukochana zostaje narzeczoną paskudnego gangstera, brat - tego gangstera cynglem, a on sam wygrywa milion w teleturnieju, bo w tym swoim nędznym życiu akurat dowiedział się dwunastu rzeczy i to były własnie te kwestie, o które go – ja doszło co do czego – spytano.
Jednak, jak mówię, nie mam pretensji. Slumdog Millionaire to świetny film, Winslet jest wybitna aktorką i nawet ten nieszczęsny Penn, to też bardzo dobry aktor. Jeśli mnie coś w tym roku naprawdę rozjuszyło, to przypadek niejakiego Heatha Ledgera. Niezwykły ten aktor sławę zdobył dwukrotnie. Pierwszy raz, jak zagrał w (nagrodzonym oczywiście) najbardziej nudnym na świecie gniocie o kowbojach-pederastach Brokeback Mountain. A drugi raz, jak umarł. Kiedy umarł, postanowiono zrobić z niego aktora wielkiego. Doszło do tego, że wymyślono taką teorię, że on w roli Jokera był wybitniejszy od Jacka Nicholsona. Tak się składa, że ja tego Mrocznego Rycerza widziałem. W moim najgłębszym przekonaniu, Ledger nie gra tam gorzej od Nicholsona. On tam w ogóle nie gra. Z tą kompletnie zamalowaną twarzą i z tym jedynym grepsem polegającym na nieustannym mlaskaniu, co ma prawdopodobnie powodować uczucie grozy, on tam po prostu nie istnieje. Efekt jest taki, że o ile w oryginalnym Batmanie, Nicholson pojawiał się i w sposób automatyczny i całkowicie naturalny ciągnął za sobą chaos, Ledger, jak się pokazuje na scenie, żeby być przekonujący, musi to powiedzieć głośno: „Przynoszę wam chaos!” I za to właśnie, otrzymał w tym roku Oscara.
I niech by mu nawet było. Niechby już miał tę nagrodę, skoro zdarzyło mu się umrzeć tak młodo. Jest jednak tak, ze zawsze jest coś za coś. Jeśli Oscara dostał Ledger, Oscara nie dostał ktoś inny. A to już jest bardzo niesprawiedliwie. Michael Shannon, niezwykły, cudowny, kompletnie powalający na łopatki chory psychicznie matematyk został tego Oscara pozbawiony nie dlatego, że zagrał gorzej od Ledgera, albo zagrał źle. Nie. On przepadł, bo musiał przepaść. Bo się nie zaćpał, bo nie grał pedała, bo nawet nie wystąpił w filmie, który coś tam, komuś dał, co ten ktoś tam bardzo tego potrzebował. A przede wszystkim dlatego, że Oscar był dla Ledgera. Więc to mi się w tegorocznych Oscarach bardzo nie podobało. I o to mam pretensje. Większe nawet niż to, że Milk – film beznadziejny, bez scenariusza, bez akcji, bez sensu i na dodatek nieustannie niesmaczny – dostał nagrodę za scenariusz.
Ale trudno. Tak widocznie musi być. Jeśli tylko jednak Akademia w Los Angeles będzie dalej, w tak znacznej większości, patronowała sztuce wybitnej i wybitnym artystom, mogę machnąć ręką nawet na te pojedyncze wybryki. Skoro oni muszą mieć tę swoją dodatkową zabawę, nich mają. Ja sobie będę dalej oglądał wybitne filmy, z wybitnymi kreacjami wybitnych aktorów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?