piątek, 25 sierpnia 2023

Modlitwa za Józka

 

Wczorajsze wpomnienie dawnego tekstu o moim znajomym Józku i – nie bójmy się tego słowa – męczeństwie, na jakie go skazał rząd Platformy Obywatelskiej i PSL-u, mnie samego poruszyło tak bardzo, że uznałem za stosowne w najbliższych dniach pociągnąć wątek pracy, jako tej części naszego życia, bez której w pewnych okolicznościach owo życie przestaje mieć sens. Dziś, kiedy ten problem stał się dla nas tak odległy, że wielu z nas nie dość, że o nim nie myśłi, to wręcz niekiedy może odnieść wrażenie, że on nie istnieje i niegdy nie istniał. A więc, będziemy wspominać. Zanim jednak przejdę do kolejnych refleksji przypomnę fragment tekstu już z roku 2018, w którym poinformowałem, że Józek zmarł i swoje nieszczęście zabrał ze sobą na tamten świat. I pomyśleć tylko, że między tekstem pierwszym, a drugim minęło zaledwie 6 lat. Tyle wystarczyło. Proszę posłuchać:

 

      Nie wiem, jak się sprawy mają w Polsce, ale gdy chodzi o Katowice, to bezrobocie praktycznie nie istnieje, a jeśli gdziekolwiek jeszcze pojawiają się jakieś dziury, są one skutecznie wypełniane przez pracowników z Indii – to, gdy chodzi o korporacje typu IBM – lub z Ukrainy – i tu mam na myśli poziom nieco bardziej przyziemny, czyli pracę rąk i pleców. Powiedziałbym chętnie, że bardziej mnie dziś interesuje ta druga część sceny, gdyby nie fakt, że naprawdę trudno jest określić, kogo widzimy tu więcej, Ukraińców, czy Hindusów, jednak faktycznie spróbuję się tu skoncentrować na Ukraińcach. Otóż w naszej najbliższej okolicy prowadzone są trzy, a do niedawna jeszcze pięć budów, w tym jedna najbliżej nas, a mam tu na myśli naszą kamienicę. Dodatkowo jeszcze sąsiad z góry do niedawna przeprowadzał kapitalny, a więc taki ze zrywaniem tynków i podłóg, remont naprawdę wielkiego  mieszkania. I w każdym z tych miejsc dochodzi mnie glównie mowa ukraińska. Ponieważ mniej więcej w tym samym czasie syn mój i jego żona potrzebowali ułożyć płytki w łazience i bezskutecznie poszukiwali w tej sprawie solidnego fachowca, spróbowałem rozejrzeć się dla nich za czymś po wspomnianej okolicy i okazało się, że na najbliższe pół roku nie ma na co liczyć. Przy tej okazji porozmawiałem sobie z jednym z tych ludzi – tu akurat Polakiem – który akurat pracował na naszym balkonie i opowiedziałem mu o Józku. On mojej historii wysłuchał uważnie, po czym wzruszył ramionami i poinformował mnie, że gdy chodzi o niego, to on osobiście od paru lat nie przeżył jednego dnia bez pracy, a ja pomyślałem sobie, że biedny Józek nie trafił w swój czas i już niestety nie trafi.

       Bo sprawy mają się tak, że dziś już Józek nie żyje. Jak mnie poinformowała jego żona, zachorował na raka i zmarł w miejscowym hospicjum, jako człowiek, który – jak już wspomniałem – nie trafił w swój czas. Pomódlmy się zatem za jego duszę i zamiast wspólnie z Donaldem Tuskiem i jego dawną ekipą budowlaną rwać sobie włosy z głowy z powodu tego, do czego prowadzą nas rządy Prawa i Sprawiedliwości, cieszmy się razem z tym kafelkarzem, który pracuje to tu to tam, dzień za dniem, a w weekendy wsiada w samochód i jedzie odwiedzić swoje dzieci i żonę, wypoczywających gdzieś tu w okolicznych lasach, których tu jest do wyboru i do koloru.

       I nie zapomnijmy nigdy tego, co gdzieś tam kiedy usłyszeliśmy, czy przeczytali, że wśród wielu naprawdę mniej i bardziej znanych i opisanych przyczyn nowotworów, które zabijają jest i ta związana z tym, że na człowieka spada niekiedy tak wiele zmartwień, że on traci swoją dotychczas naturalną odporność i zwyczajnie nie ma siły by się bronić. Jak widzimy, do tego by człowieka zatłuc jak psa, niektórym nie potrzeba pistoletu, ani nawet kija bejsbolowego.

 


 

 

czwartek, 24 sierpnia 2023

14,4%

 

Poniższy tekst, jeden z dwóch o moim znajomym Józku, opublikowałem po raz pierwszy w roku 2012 . Oryginalnie nosił on tytuł „Józek, czyli Polska w budowie”. Dziś, kiedy sprawa o której ów tekst wówczas traktował gwałtownie ożyła, zdecydowałem się go przypomnieć, tyle, że pod nowym, wiele mówiącym, nowym tytułem: „14,4%”. Serdecznie polecam.    

 

 

      Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.

      Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a jak idzie o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił urodą i elegancją.

      Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest własnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To co jednak może zaskakiwać, to to, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w starszym wieku, z bardzo typową zoną i typowymi dorosłymi dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.

      Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkęśmy pogadali. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.

       Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja własnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.

      No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora, i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.

      Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować drogi się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast jak idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze, i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część powiedziała, że pewnie, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.

       A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.



 

sobota, 19 sierpnia 2023

O fatalnych duchach niewiedzy i zapomnienia

 

       Kampania przed pażdziernikowymi wyborami powoli się rozpędza, a ja dziś trafiłem na wypowiedź premiera Morawieckiego, jaką ten podczas kolejnego wiecu skierował tym razem pod adresem osób starszych. I pewnie nie zwróciłbym na słowa Premiera szczególnej uwagi, gdyby nie to, że na samo zakończenie swojej wypowiedzi wyraził on przekonanie, że emeryci, w odróżnieniu, od wielu osób młodszych, bardzo dobrze pamiętają to, co się działo w Polsce lata temu i nie dadzą się nabrać na szalbierstwa Donalda Tuska i jego kompanii. Ja wprawdzie również bardzo liczę na to że wielu z nas ma wystarczająco dobrą pamięć, by 15 października podjąć jedyną sensowną decyzję, nie zmienia to jednak faktu, że niemal każdego dnia pojawia się zbyt wiele znakó, które, gdy chodzi o ową pamięć, mogą niepokoić.

        Oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj wieczorem, włączyłem sobie na chwilę telewizję TVP Info, gdzie akurat odbywała się codzienna awantura między zaproszonymi politykami, i w tym dokładnie akurat momencie nieznany mi poseł PSL-u opowiadał jak to za rządów AWS-u, w samym jego macierzystym regionie Warmińsko-Mazurskim, sprywatyzowano trzy ważne zakłady mięsne. Pan poseł bardzo starannie podkreślił fakt, że owa prywatyzacja odbyła się nie wbrew pozorom za rządów Platformy Obywatelskiej i PSL-u, ale AWS-u właśnie z ówczesnym Porozumieniem Centrum i połową polityków dzisiejszego PiS-u. A wniosek z tego, zdaniem Posła, płynie taki, że dzisiaj Prawo i Sprawiedliwość powinno siedzieć cicho i na temat wyprzedaży polskiego majątku milczeć.

      Ponieważ oprócz wspomnianego przedstawiciela PSL-u, w telewizyjnym studio, nie licząc prowadzącego program Adriana Klarenbacha, znajdowała się jeszcze pani poseł z PiS-u, i minister z rządu premiera Morawickiego, można było się spodziewać, że od razu nastąpi oczywista interwencja. Tymczasem nic z tego. Ja, od czasu gdy wspomniany red. Klarenbach publicznie wyszydził głosy twierdzące, że w Republice Południowej Afryki kiedykolwiek żyli, czy nie daj Boże, wciąż żyją jacyś Biali, bo skąd oni mieli się tam znaleźć, skoro, jak wiemy, Czarny Ląd jest czarny, a nie biały, i kropka, po nim akurat za dużo się nie spodziewam, więc nie zaskoczyło mnie ani to, że on na wypowiedziane klamstwo, ani nie umiał w sensowny sposób zareagować, ani nawet nie za bardzo wiedział, co znaczy skrót „PC”. Zdziwiło mnie natomiast to, że temu cwaniakowi z PSL-u pozwolili szaleć pozostali goście w studio, w tym posłanka Prawa i Sprawiedliwości i minister w Prawa i Sprawiedliwości rządzie. Polityk PSL-u zatem bredził coś o wyprzedaży polskiego majątku dokonywanej w latach 90. przez Jarosława Kaczyńskiego i jego ludzi, a z drugiej strony jak zły duch pojawiła się owa straszna niepamięć, w którą, jak się zdaje, nie chce wierzyć nasz premier Morawiecki. I to nie niepamięć prostego emeryta, czy rozbuhanego młodzieńca, ale ludzi, dla których z czystej zasady pamiętanie jest psim obowiązkiem.

       Oni mają więc pamiętać, że w roku 1997, czyli w momencie gdy władzę w Polsce przejęła koalicja AWS-u i Unii Wolności, Porozumienie Centrum praktycznie zostało już zniszczone, Jarosław Kaczyński, był zaledwie skromnym posłem mikroskopijnego koła Ruchu Odbudowy Polski, które pozostawało w opozycji do rządu. Mają też pamiętać, że ministrem finansów w rządzie AWS-u był nie kto inny jak Leszek Balcerowicz, ministrem spraw zagranicznych Bronisław Geremek, ministrem sprawiedliwości Hanna Suchocka, szefem MON Janusz Onyszkiewicz, a za prywatyzacje odpowiadał niezapomniany Emil Wąsacz, który parę lat później stanął przed Trybunałem Stanu za swoją rolę w  prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej, ZUS-u oraz Domów Twarowych „Centrum”. Ten ostatni wprawdzie w roku 2020 został przez Sąd Najwyższy oczyszczony z zarzutów, ale, jak wszyscy świetnie wiemy, fakt ten nie mówi nam dokładnie nic.

       A zatem, taki to był ów rząd AWS-u, takie to było Porozumienie Centrum i taki to był w tym wszystkim przywódca polskiej prawicy, Jarosław Kaczyński, który gdy nadszedł moment próby, zażądał, by jego nazwisko usunąć z list wyborczych Akcji Wyborczej Solidarność. Ale taka to też jest owa tak ważna dla wszystkich nas pamięć. I w sumie można by się było w tym momencie zasmucić i czekać w lęku na tę październikową niedzielę, gdyby nie  to, że mimo wszystko jednak, to co jest dzisiaj, a nawet o to co było wczoraj, a kto wie, czy nie tydzień temu, pamięta nawet red. Klarenbach. I jest szansa, że to wystarczy.



     

 

 

wtorek, 8 sierpnia 2023

Czy Golum bierze się za nasze dzieci?

 

       Muszę przyznać,  że kiedy i do mnie dotarła wiadomość o zaginięciu pewnej Wiktorii z Sosnowca, ogarnęły mnie myśli najczarniejsze. Przede wszystkim zaniepokoiło mnie to, że i ze zdjęć, jakie się pojawiły w mediach, ale też z szybkości z jaką służby, a za nimi media, podjęły temat, musiałem uznać, że owa Wiktoria to nie jest dziecko, które sprawia regularne kłopoty i od czasu do czasu idzie w tak zwaną długą, a zatem musiało dojść do autentycznej tragedii. Im większe zatem były moje obawy, tym większa też radość spowodowana wiadomością kolejną, że dziecko to zostało odnalezione żywe i zdrowe. Niegdysiejszy chłopczyk uprowadzony z placu zabaw w tym samym Sosnowcu, zgwałcony i zamordowany, to i tak zbyt dużo jak na moje sterane życiem serce.

      O tym co się stało po tym gdy mała Wiktoria wyszła z domu wyrzucić śmieci, co się z nią działo przez te dwa dni, gdy jej rodzice umierali z rozpaczy, i w jaki sposób została odnaleziona, służby nie informują i w rzeczy samej wiadomośc jest tylko jedna i podstawowa: dziewczynka żyje i jest bezpieczna. Media i informatorzy z wszystkich stron jednak działają i mamy jakieś tam szczegóły. Przede wszystkim, wiadomo już, że w związku ze zniknięciem dziewczynki została zatrzymana jedna osoba, no i – uwaga uwaga – dziecko to zostało odnalezione w województwie Zachodniopomorskim.

       Ja mam świadomość, że przypadki się zdarzają, jednak wydaje mi się, że to byłby przypadek nie z tej ziemi, gdyby się miało okazać, że w minioną sobotę wieczorem jednastoletnia dziewczynka z Sosnowca znika w niewyjaśnionych okolicznościach i na drugi dzień zostaje odnaleziona na drugim końcu Polski, gdzie akurat, zupełnie przypadkowo,  odbywa się organizowany pod hasłem miłości, wolności i walki z faszyzmem festiwal Pol’and’Rock.

      Powiedzmy tu może parę słów na temat tego festiwalu. Wydarzenie to, będące uzupełnieniem dorocznej akcji pod nazwą Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, w żaden sposób nie przypomina festiwali typu gdyńskiego Openera, czy Off Festiwalu w Katowicach. Oczywiście i jedno i drugie otacza aura pewnej pokoleniowej, czy czasem wręcz ideologicznej manifestacji, niemniej jednak i tu i tam chodzi przede wszystkim o muzykę. Pol’and’Rock, podobnie jak wcześniejszy Woodstock, to przede wszystkim właśnie – i to wynika z wciąż powtarzanych deklaracji Jerzego Owsiaka –  manifestacja wspomnianych wcześniej miłości, wolności i walki z faszyzmem, a zatem mamy do czynienia przede wszystkim z ideologią. Jeśli się jedzie do Gdyni, czy do Katowic, to przede wszystkim po to, by pobyć i posłuchać muzyki; na festiwalu Owsiaka przede wszystkim należy być, by zademonstrować swoje przywiązanie – oczywiście w sposób bardzo uwspółcześniony – do wszystkiego tego, co tak dobitnie wyraził w swoim „Imagine” John Lennon, a dziś – jak o tym pisałem w poprzednim tekście – do tego co nam sprzedaje pewien Koreańczyk z firmy Nuga Best, szczęścia, miłości i wolności. Młodzi oraz młodzi podobno z całej Polski przybyli do Czaplinka głównie po to, by poczuć ów „vibe”, a przy okazji wytaplać się w błocie, najlepiej nago i poczuć tę wolność, miłość i wszechobecne kolory, a jeśli przy okazji będzie coś grało, to tym lepiej. O tak zwanej Akademii Sztuk Przepięknych nie wspominam, bo to akurat nie interesuje nikogo poza kilkoma politykami i ich sympatykami.

       I oto wracamy do Wiktorii z Sosnowca, która, jak podejrzewam, bardzo marzyła, by pojechać do Czaplinka, ale rodzice jej nie pozwolili i w tym momencie przypomina mi się coś sprzed wielu już, bardzo wielu, lat. Ponieważ było to naprawdę dawno temu, nie pamiętam, czy to miało miejsce jeszcze w PRL-u, czy już w nowej Polsce, ale bardzo dobrze pamiętam, że był to czas jeszcze zanim Jerzy Owsiak wpadł na pomysł swojej Orkiestry i nadawany był radiowy program w którym ten sam Owsiak gadał dokładnie tak samo jak dziś, puszczał piosenki i odbierał telefony od młodych słuchaczy. Któregoś dnia zadzwoniła do niego jakaś dziewczynka i poskarżyła się, że chciałaby bardzo pojechać na festiwal w Jarocinie, ale rodzice jej nie pozwalają. I proszę sobie wyobrazić – a ja to pamiętam równie dobrze – Owsiak jej odpowiedział: „Twoi starzy są popierdoleni”...

        Ja zdaję sobie sprawę z tego, że Jerzy Owsiak powszechnie kojarzy się dziś ze swoim hasłem „Róbta co chceta” i to z jego powodu jest przez jednych uwielbiony, a przez innych znienawidzony. Gdy chodzi jednak o mnie, to ja, ile razy go widzę, a już zwłaszcza słyszę, przypominam sobie tamte słowa sprzed lat: „Twoi starzy są popierdoleni”.

         Teraz jednak, kiedy Wiktoria z Sosnowca sprawiła, że wszystkim nam skamieniały serca, by już po chwili szczęśliwie powrócić do życia, myślę sobie, że między tamtym „Twoi starzy są pierdolnięci”, a nieco późniejszym „Róbta co chceta”, ale też i dzisiejszym, ledwie co upieczonym, „Kurwa, jesteście piękni” nie ma zbyt wielkiej różnicy.



sobota, 5 sierpnia 2023

O słonecznikach z turmalinu, czyli Jebać PiS

 

       Im bardziej się starzeję, tym bardziej, co jest zrozumiałe, odczuwam różnego rodzaju fizyczne dokuczliwości, a to z kolei powoduje, że coraz częściej myślę o tym, że nie zaszkodziłoby się sobą jakoś zająć. Wśród rozwiązań jakie mi przychodzą do głowy na pierwsze miejsce wysuwa się masaż, który wprawdzie życia mi nie przedłuży, ale, owszem, może sprawić, że stanę się trochę bardziej ruchliwy.

       Ponieważ jednak poza samą tą refleksją na wiele więcej nie było mnie stać, żyłem jak żyłem, gdy oto któregoś dnia szedłem sobie gdzieś tu w okolicy i zauważyłem bardzo wyraźnie oznaczony punkt pod nazwą Nuga Best i ofertę darmowego masażu pleców i nóg. Ponieważ uznałem, że jest to znana nam dobrze akcja typu "pierwsza godzina za darmo" i okazja wręcz się narzuca, zapisałem się na ów masaż i o oznaczonej porze stawiłem na miejscu. Nie minęło pięć minut jak zorientowałem się, że owo Nuga Best to jakiś koreański przekręt handlujący urządzeniami do masażu, a ja  jestem jedynie starszym panem, który okazł się kompletnym idiotą, a z punktu widzenia firmy Nuga Best posłużył im jako potencjalny klient. Zapytałem więc tej biednej Ukrainki, która tam była zatrudniona, czy będzie jakiś masaż, ona odpowiedziała mi że nie, więc wstałem i wyszedłem.

        Z prezentacji jakiej przez owe pięć minut zdołałem wysłuchać, pamiętam tylko strzępy, natomiast po powrocie do domu, jak najbardziej zajrzałem do Internetu i przede wszystkim dowiedziałem się, że owo Nuga Best operuje w całej Polsce, ma punkty w ponad 20 miastach, i od pewnego czasu bezlitośnie łupi z ostatnich oszczędności panie i panów w moim wieku, którzy byli na tyle samotni i bezradni, by zdać się na dobre serce jakiegoś cwanego Koreańczyka. Proszę spojrzeć, jak wygląda ich oferta, w kształcie praktycznie identycznym w stosunku do tej, jaką mi zaprezentowano w realu. Najpierw hasło przewodnie:

„Nuga Medical promuje ludzkie zdrowie dzięki najlepszej technologii i miłości”.

A skoro jest już miłość, to dalej już wszystko leci z górki:

„Założyciel firmy wykorzystał wiedzę medyczną Dalekiego Wschodu. Ceramiczny płaszcz, który stanowi podstawowe wyposażenie łóżek i innych akcesoriów bazuje na turmalinie – kamieniu półszlachetnym o znanych i wykorzystywanych na Dalekim Wschodzie od tysięcy lat właściwościach zdrowotnych. Stop, z którego wykonany jest turmalinowy płaszcz ceramiczny łóżka wzbogacony został germanem, elwanem i skałami wulkanicznymi. Powstała w ten sposób ceramika turmalinowa określana jako turmanium (Tourmanium Ceramics).

Turmalin jest głównym jej składnikiem. Ma zdolność emitowania ciepła w podczerwieni, przenoszenia stałego ładunku elektrycznego i tworzenia pola magnetycznego. Turmaliny zawierają: wapń, potas, magnez, mangan, żelazo, krzem, jod, fluor i inne pierwiastki. Ich stosowanie korzystnie wpływa na układ hormonalny, odpornościowy, krwionośny i limfatyczny, poprawia przemianę materii, równoważy układ nerwowy, rozrzedza gęstą krew i stymuluje jej krążenie. German przyspiesza eliminację toksyn i usprawnia metabolizm. Działa przeciwgrzybiczo, przeciwwirusowo, przeciwbakteryjnie i przeciwnowotworowo, stymuluje układ immunologiczny, wpływając korzystnie na naszą odporność na choroby. Elwan to minerał o korzystnym wpływie na skórę, pochłania szkodliwe substancje i metale ciężkie, oczyszcza wodę, zawiera wiele pierwiastków śladowych, jest źródłem promieniowania podczerwonego. Główną zaletą skał wulkanicznych jest zdolność długotrwałego zatrzymywania ciepła. Skały wulkaniczne pomagają też usuwać toksyny z organizmu”.

       Siedząc tam na tym krześle przed ekranem monitora w katowickim oddziale firmy Nuga Best, zanim jeszcze wstałem i dałem nogę, pomyślałem sobie, że to jest absolutnie niemożliwe, by znalazła się gdzieś w miarę przytomna osoba, która byłaby w stanie nie dość, że wytrzymać czterdzieści minut tej chorej prezentacji na temat miłości i powszechnej eliminacji chorób na świecie, to jeszcze wydać pieniądze na diabli wiedzą jaki sprzęt do masażu, gdy oto, zaledwie kilka dni później ruszył kolejny, organizowany rok w rok przez Jerzego Owsiaka, festiwal Pol’and’Rock i w Internecie pojawiło się coś takiego:



a chwilę potem film z konkretną już ofertą, na którym przed sceną festiwalu stoją setki, czy tysiące ludzi ze słonecznikami w dłoniach, a ze sceny Jerzy Owsiak wykrzykuje do nich co następuje:

„Polska może być krajem pełnym szacunku, gdzie szanujemy się nazwajem, gdzie możemy się przytulić, gdzie mamy dla siebie dobre słowo. Hej, Polsko, to jest właśnie Polska. Cudowna, kolorowa, tolerancyjna, zwariowana. Pełna małych dzieciaków z którymi tu jesteście. Kocham was za to, że wzięliście dzieciaki ze sobą. Niech się uczą jak można w życiu być z innymi. To jest niezwykle ważne, pamiętajcie kochani. Jesień niech będzie nasza, pamiętajcie kochani”.

      Owsiak w swoim znanym nam wszystkim stylu się wydziera, ci co go słuchają, biją brawo i  w pełnym uniesieniu machają tymi słonecznikami i ani im nie przyjdzie do głowy, że za udział  w tym ich ukochanym festiwalu, choć całkowicie darmowym, oni już zapłacili w styczniu tego roku, wykupując to jedno pełne autentycznej miłości serduszko.

       A ja z kolei sobie myślę, że moje refleksje jakie przeżywałem siedząc przez te pięć minut w punkcie firmy Nuga Best i wsłuchując się w słowa na temat turmalinu i jego zdolności do emitowania ciepła w podczerwieni, przenoszenia stałego ładunku elektrycznego i tworzenia pola magnetycznego, były jak kulą w płot. Moje przekonanie, że nie ma człowieka, który by te informacje przeżył tak, by za nie zapłacić realnymi złotówkami, były dowodem mojej fatalnej naiwności. Takich ludzi są jak najbardziej tysiące, a kto wie czy nie miliony. A przekonałem się o tym, oglądając na Twitterze ów krótki filmik, na którym Jerzy Owsiak opowiada tym ludziom ze słonecznikami – tyle że nieco innymi słowami – tak na prawdę o niczym innym jak o turmalinie emitującym ciepło w podczerwieni i przenoszącym stały ładunek elektryczny, a wszystko to w imię powszechnego szczęścia i miłości. A setki zaczadzonych do nieprzytomności ludzi ze słonecznikami w rękach słuchają tych słów z nabożeństwem, od którego kolejny krok prowadzi już tylko do przyjęcia propozycji, by zażyć specjalny eliksir , zasnąć i czekać cierpliwie aż nadleci specjalny pojazd kosmiczny i zabierze ich do krainy wiecznej miłości.

 

 

 

niedziela, 30 lipca 2023

Rapapara, czyli o świecie który dopiero eksploduje

 

       Tak sobie ułożyłem program tego lata, że końcówkę lipca spędzam u siebie na wsi w Sławatyczach nad Bugiem. Przez większość czasu byłem, ku swej radości, całkowicie sam, spędzając dzień za dniem na ganku przed domem i gapiąc się w zauroczeniu na przesuwający sie przede mną świat, ale wczoraj odwiedziło mnie kuzynowstwo i spotkanie uczciliśmy tradycyjnym wieczornym grillem. W tym momencie jednak muszę wspomnieć, że ten właśnie weekend, czyli wczorajsza sobota i dzisiejsza niedziela, w moich Sławatyczach upływa pod znakiem dorocznego festynu pod nazwą „Dni Sławatycz”. Choć wioska jest mała i wszędzie jest blisko, w wydarzeniach owego festiwalu z zasady nie uczestniczę, natomiast, owszem, z miejsca gdzie jest mój dom, ganek i podwórko wszystko słychać tak, jakby dźwięki dochodziły tuż z za ściany. Siedzieliśmy więc sobie wcinając zgrillowane mięso, zapijając je czym tam kto chciał, wieczór robił się coraz późniejszy, a na sławatyckiej scenie występowała gwiazda festiwalu i wśród śpiewów publiczności dostarczała i nam tu rozrywki. 

      Tak się w moim życiu złożyło, że ja od urodzenia cierpię na wadę polegającą na tym, że jeśli wokół jest choćby niewielki zgiełk, a ktoś do mnie nie mówi powoli i wyraźnie, jest duża szansa, że z danego przekazu ja nie zrozumiem większości zdań. Przekłada się to więc i na to, że generalnie nie dość, że tekstów słuchanych piosenek, czy to polskich, czy angielskich, za bardzo nie rozumiem, to w efekcie nawet nie próbuję je zauważać. Głos więc zasadniczo traktuję, jak dodatkowy instrument. Wynik tego jest taki, że z tekstów moich ulubionych artystów znam jedynie Beatlesów, Boba Dylana, zespołu The Smiths, a z muzyki polskiej Wojciecha Młynarskiego i Skaldów. Tak mam i nic już tego nie zmieni.

       Siedzieliśmy sobie więc miło w ów sobotni wieczór, muzyka grała, gdy nagle Tomek zapytał: „Słyszeliście, co on śpiewa? ‘Rapapara, rapapara, miała ryja jak kopara’”.

       Oczywiście nie uwierzyłem, więc najpierw powiedziałem mu, że on chyba robi sobie tak zwane jaja, a gdy zaprzeczył, zapytałem, czy jest tego pewien, na co Tomek odpowiedział, że jest pewien jak najbardziej i nawet zawołał: „No słuchaj, wujek, przecież on śpiewa dokładnie to: ‘Rapapara, rapapara, miała ryja jak kopara’”. Mimo że ów refren powracał jak zły sen, ja nic nie słyszałem, a wątpliwości wciąż miałem, skorzystałem z Google’a, a tam jak byk link do youtuba, do piosenki pod tytułem „Raparara” w wykonaniu zespołu o nazwie Łydka Grubasa, i liczba... 130 milionów odtworzeń. Proszę bardzo:

 


       W obawie, że za chwilę się uduszę, szybko zajrzałem do Wikipedii, a tam, jak kolejny byk, informacja, że zespół Łydka Grubasa, grając „mieszaninę rocka, rocka alternatywnego, heavy metalu i folku, wyróżnia się (często wulgarnymi), humorystycznymi i satyrycznymi tekstami”, wydała już sześć albumów, w tym jeden koncertowy, dokumentujący jej występ na organizowanym przez Jerzego Owsiaka festiwalu Pol’and’rock.

        Ponieważ, jak wszyscy wiemy, youtube jest tak ustawiony, że obok wyszukiwanego przez nas tytułu, polecane zostają tytuły zbliżone, pod piosenką „Raparara” pojawiło sie coś takiego i trzy miliony odtworzeń bez mała:


      Obejrzałem, wysłuchałem i oczywiście się zamyśliłem nad tym, jak zupełnie niepostrzeżenie znaczna część nowej polskiej piosenki ukryła się już nie w strażackich remizach i wiejskich domach weselnych, jak to było w czasach największego triumfu telewizji Polsat, ale w Internecie, przy czym, jak słyszę, i tu, popularni, znani z telewizji i radia artyści, gdy chodzi o rzeczywistą popularność i rzeczywiste dochody, nie mają do owych ludowych artystów tak zwanego startu. Co więcej, do nich startu nie mają nawet autorzy niegdysiejszej piosenki o majteczkach w kropeczki; to Internet dziś generuje zyski o jakich nie słyszano dotychczas na ziemi i w niebie. Mało tego, prawdopodobnie dla nich nie jest konkurencją nawet Dawid Podsiadło, by nie wspomnieć o Ralphie Kamińskim. Jeśli wierzyć w liczbę 130 milionów odtworzeń piosenki „Raparara”, to najprawdopodobniej członkowie zespołu Łydka Grubasa są wielokrotnymi milionerami, i to niewykluczone że dolarowymi.

         Ale już chwilę później znajduję też na youtubie coś bardziej ambitnego, czyli zespół o nazwie Letni i tam, choć kształt podobny, już nie ma nic o ryju jak kopara, czy jebaniu wszystkiego, ale o dziewczynie, która weszła do Biedronki, kupiła sobie ogórki i klapki i wydała na to całą swoją pensję, czy o człowieku, który nie ma jak dojechać do domu, bo ma pusty bak, a benzyna już po sześć złotych, inflacja dwucyfrowa, i w ogóle  pozostaje już tylko kraść. Czytam o zespole Letni i oni też wydali dobrych kilka płyt, ale sprzedają je wyłącznie w stramingach, bez pośredników, bez użerania się z rynkiem i branżą i oto niemal 10 mln odsłon. Zupełnie jak Marcin Patrzałek:


       Na koniec refleksja. Moim zdaniem, to co się tu dzieje, to coś znacznie poważniejszego niż cała ta sztuczna inteligencja, czy ów szatański wręcz deep fake. Jeśli siły prawa i sprawiedliwości tego nie ogarną, to już jest po nas.

 

środa, 19 lipca 2023

Sthach zżeha sehce

Właśnie obejrzeliśmy kolejny odcinek filmu "Reset" i, podobnie jak w każdym wcześniejszym przypadku, zachodzimy w głowę, czemu, jak to kiedyś pięknie tu na tym blogu sformułował nieodzałowany Przemysław Gintrowski, skóra na twarzy Donalda Tuska stała się tak strasznie ziemista. A ja zupełnym przypadkiem sięgnąłem do pewnego swojego tekstu jeszcze z września 2010 roku i sobie pomyślałem, że przy drobnej korekcie on mogłby powstać dziś. Bardzo proszę:

     


       Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że przyjdzie dzień, kiedy Monika Olejnik zainspiruje mnie do refleksji pozytywnych, nawet jeślibym wziął taka możliwość pod uwagę, to bardzo bym się przy tym zafrapował. A tu nagle dziś wieczorem patrzę jak rozmawia ta kobieta z premierem Tuskiem i widzę coś takiego: pyta red. Olejnik Donalda Tuska, czy on być może widział, jak na smoleńskim lotnisku leżą i niszczeją szczątki polskiego rządowego samolotu, a jeśli tak, to czy nie przyszło mu do głowy, ze coś tu jest nie tak. Tusk jak to Tusk, wali utartym tropem: „amatohsko gham w piłkę nożną, a po 10 kwietnia wszyscy ciehpimy thaumę”. Olejnik na to, że może by tak polski rząd zdecydował się powiedzieć Rosjanom, żeby zechcieli ten samolot choćby przykryć brezentem? „Amatohsko gham w piłkę nożną, a po 10 kwietnia wszyscy ciehpimy thaumę”. Niezmordowana pani redaktor drąży dalej: „To niech pan zorganizuje konferencję prasową, stanie przed kamerami i powie publicznie i wyraźnie, że to skandal, że nie można się doprosić o taki drobiazg. Tak choćby jak dziś zrobili Rosjanie, kiedy to publicznie opieprzyli nas za to, że organizujemy Kongres Czeczeński”. Premier Tusk trzyma sprawdzoną postawę: „Amatohsko gham w piłkę nożną, a po 10 kwietnia wszyscy ciehpimy thaumę”. Olejnik wali dalej: „No to niech pan weźmie za telefon, zadzwoni do premiera Putina i mu powie. Zwyczajnie niech pan mu powie, że to jest kwestia naszej godności i że niech on do jasnej cholery przykryje ten samolot brezentem!” Premierowi nawet nie drży powieka: „Amatohsko gham w piłkę nożną, a po 10 kwietnia wszyscy ciehpimy thaumę”.

Najmłodsza Toyahówna pyta mnie, co ja bym mu powiedział? O co bym ja zapytał Tuska? Mówię więc jej, że pewnie dokładnie o to samo, o co go pyta Olejnik, tyle że pod sam koniec bym mu powiedział, że skoro on nie chce na ten temat gadać, to ja rozumiem jego trudną sytuację i nie będę go dalej dręczył. I zapytałbym, co tam ciekawego w domu? Jak się miewa żona i co słychać u dzieci? A gdyby zaczął pyskować, to bym mu powiedział, że to ja już dziękuję i skończył tę rozmowę po dziesięciu minutach.
No ale każdy wie, że nie ma o czym gadać. To jest towarzystwo, które się sobą wzajemnie żywi i tak się to będzie ciągnęło aż do momentu, gdy nagle wszystko runie. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy tu zastanowili się, dlaczego to Donald Tusk tak bardzo nie chce poprosić Putina, żeby choćby przykrył te zwłoki brezentem. Dlaczego on się tak zaparł, że jest gotów robić z siebie idiotę, zamiast wziąć i wykonać pozornie przecież bardzo prosty i nicnieszkodzący gest. Putin przecież nie jest beksą, więc by się nie obraził, samemu Tuskowi od razu by skoczyło w sondażach, a te nieszczęsne resztki naszych rodaków, którzy jakimś cudem jeszcze go lubią i szanują, mieliby dobre alibi, żeby się swoich obsesji w dalszym ciągu bezpiecznie trzymać. Czemu on tego nie robi?
Jeśli ktoś sądzi, że ja mam na to pytanie jakąś konkretną i skuteczną odpowiedź, jest niestety w błędzie. Ja nie mam pojęcia, dlaczego Donald Tusk się fajda na dźwięk słowa ‘Rosja’, ‘Putin’, czy ‘Smoleńsk’. Autentycznie nie wiem, jak dokładnie wyglądają dziś relacje między sumieniem Donalda Tuska, a ruską pięścią, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że relacje te są jak najbardziej napięte. Jestem absolutnie przekonany, ze Donald Tusk, nawet jeśli Rosjanie dla czystej frajdy podrzucą mu pod drzwi tego jego nędznego mieszkania w Sopocie worek zgniłych ziemniaków, on nie dość że nie piśnie, to nawet nie mrugnie. Przecież jest oczywiste, ze Rosjanie nie mogą mieć jakichkolwiek problemów z przykryciem naszego samolotu bylejaką szmatą. Że to nie jest tak, że wykonanie tego gestu wymagałoby od nich jakichś szczególnych logistycznych przedsięwzięć, a sam premier Putin któregoś dnia musiałby na tę okazję zerwać się godzinę wcześniej. Jeśli oni tego nie robią, to dla nich to musi być wyłącznie kaprys i taka zwykły dziecięcy chichot, że głupi Polacy potrafią być aż tak komiczni. A z kolei, jeśli Donald Tusk tu z takim zawzięciem milczy, to znaczy, że on świetnie wie, że jemu zwyczajnie tej zabawy Rosjanom zakłócić nie wolno. Bo w momencie jak im się tam wkręci, to dostanie w nos tak, że się nie pozbiera.
Czego on się boi? Właśnie mówię, że nie wiem. Faktem jest jednak to, że oni się nie boją. On się boi. Oni nie. To on się boi.. A bać może się wszystkiego. Tego na przykład, że oni jednak przyślą te skrzynki. Albo że do tych dokumentów wsadzą jeszcze jakieś inne, których wcześniej obiecywali nie wsadzać. Albo że nagle zrobią jakąś konferencje prasową i powiedzą, że oto własnie odnaleziono pewne dowody wskazujące…
Aaaaaaaaaaaaaaa!!!
Co za życie!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...