poniedziałek, 18 stycznia 2021

Sześć krótkich kawałków na zasypanego śniegiem koronawirusa

 

Po dwumiesięcznej, świątecznej przerwie przedstawiam swój najnowszy zestaw krótkich kawałków do zabawy, które już niedługo ukażą się w kolejnym wydaniu miesięcznika „Polska Niepodległa”. Swoją drogą polecam.

 

 Dziś wprawdzie większość z nas żyje przejęta sposobem w jaki System dał nam do zrozumienia, że jesteśmy nikim i że można nam to pokazać, gasząc nas dokładnie tak jak się gasi światło i pewnie wypadałoby powiedzieć coś na ten temat, zanim jeszcze nasze słowa zostaną zamienione w nic nie znaczącą papkę, ja jednak spróbuję – zgodnie z zaleceniami nieśmiertelnego Norwida – owemu złu się „odejrzeć” i robić swoje, jak gdyby nigdy nic. A przyznać należy, że rozmawiać jest o czym. I to nie wychylając się poza te nasze polskie poletko. Róbmy więc. Swoje.

 

***

 

Oto, proszę sobie wyobrazić, kierowany przez niejaką Aleksandrę Sobczak portal wyborcza.pl opublikował list pewnej mamy, która postanowiła się podzielić troską o to w jaki sposób jej córka jest traktowana przez swoje szkolne koleżanki. A jest mianowicie tak, że w klasie do której owo dziecko uczęszcza zapanowała moda na tak zwaną „nowoczesność”, w związku z czym rządząca w klasie grupa zażądała od całej reszty, by ta przestała się identyfikować jako „chłopak”, czy „dziewczyna”, i od dziś występowała jako „osoba”. Jak rozumiem, presja była tak duża, że owo szkolne towarzystwo solidarnie przyjęło nowy styl, z wyjątkiem córki owej skarżącej się pani, która uparła się, że jest dziewczynką. W efekcie jest ona przez większość koleżanek dręczona do tego stopnia, że jej życie w klasie stało się udręką, no i w obronie swojego dziecka jej mama napisała do redakcji „Wyborczej” swój list.

Czytałem to co owa mama napisała i muszę przyznać, że ów list jest tak łagodny, uprzejmy i pełen zrozumienia dla wrażliwości drugiej strony, że ja bym tak zwyczajnie nie potrafił. Można wręcz odnieść wrażenie, że owa kobieta bardziej niż z pretensjami, zgłasza się do „Wyborczej” z prośbą o dyskusję, w jaki sposób można by było doprowadzić do zgody między zaangażowanymi w sprawę stronami. I oto, proszę sobie wyobrazić, najpierw na list zareagował na Twitterze znany w środowisku artysta-homoseksualista Jacek Dehnel publikując komentarz, w którym ową mamę i jej córkę brutalnie wyszydził, po nim odezwała gromada wspierających go hejterów, na końcu redakcja „Wyborczej” list wspomnianej mamy usunęła, a naczelna Sobczak opublikowała następujące wyjaśnienie:

„Usuwamy ten list. Bardzo przepraszam za tę publikację. Nie mam nic na nasze usprawiedliwienie. W czwartek fundacja Trans-Fuzja zrobi szkolenie dla naszej redakcji. Mam nadzieję, że to pomoże zwiększyć naszą wrażliwość. Jeszcze raz bardzo bardzo przepraszam”.

A mnie już nie pozostaje nic więcej jak wyrazić nadzieję, że owo szkolenie zaczęło się w czwartek o 7 rano i trwało do 21, z przerwą na podwieczorek, podczas której również można było skorzystać z toalety i szybkiego seksu.

 

***

 

Przyznać tu jednak muszę, że z tym seksem to chyba jednak mnie poniosło, bo diabli wiedzą co z tego wyniknie. Wprawdzie oni wszyscy robią wrażenie jakby byli w kondycji, gdzie o jakiejkolwiek prokreacji być nie może, ale kto wie, co natura może wymyślić, nawet gdy trafi na jakiegoś Jasia Kapelę. Kapela ów, człowiek w towarzystwie, owszem, popularny ogłosił niedawno, że jego „osoba partnerska” zaszła w ciążę, a w związku z tym nawet zdecydowała się zlecić owego dziecka zabójstwo, i on z niej dziś jest bardzo dumny. Ja oczywiście – mając okazję owego Kapelę widzieć raz na żywo – nie wierzę, żeby cała ta historia, włączając w to wspomnianą „osobę partnerską”,  miała cokolwiek wspólnego z prawdą, niemniej, jak mówię, diabli wiedzą. A zatem, może lepiej by było gdyby tej całej bandzie w jakiś sposób ograniczyć prawo do seksu. W jaki sposób? Tego oczywiście nie wiem, ale w końcu od czego mamy polityków Prawa i Sprawiedliwości? Oni nie takie problemy potrafili  rozwiązywać.

 

***

 

Swoją drogą dyskusja na temat tego kto jest głupszy, politycy , dziennikarze, czy artyści, trwa od lat i wydaje się nie mieć końca. W ostatnich latach politycy jakimś cudem zostali przez artystów i dziennikarzy odsunięci na dalszy plan, po pewnym czasie na pewien czas wrócili, głównie za sprawą Borysa Budki oraz Marcina Kierwińskiego, by znów przegrać, tym razem z Tomaszem Lisem i Bartoszem Węglarczykiem, ostatnio jednak wydaje się, że pod – swoją drogą bardzo niepokojącą – nieobecność Daniela Olbrychskiego, na czoło wysuwa się ekipa artystów. O pisarzu Dehnelu wspominałem w pierwszej odsłonie dzisiejszej „Tablicy”, tymczasem nie mogę nie wspomnieć o wystąpieniu znanego powszechnie Krzysztofa Materny. A wszystko zaczęło się od tego, że na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, uznając że lekarze jako twardzi zawodnicy, mogą poczekać, zaszczepiono cała grupę artystów właśnie, w tym wspomnianego Maternę. Kiedy sprawa przybrała rozmiary ogólnopolskiej afery, głos zabrał Minister Zdrowia i wezwał wszystkich tych przedstawicieli sztuk wszelakich, by w ramach ekspiacji zgodzili się przepracować określoną liczbę godzin jako wolontariusze na oddziałach szpitalnych, gdzie toczy się walka o życie osób zakażonych koronawirusem. Propozycja jak propozycja – wyjątkowo niemądra, zwłaszcza gdy wyobrazimy sobie katastrofę do jakiej musiałoby dojść gdyby nagle szpitale zostały opanowane przez bandę półprzytomnych pijaków, to natomiast co na mnie osobiście szczególnie poruszyło, to reakcja na ów apel wspomnianego Materny, który bardzo rozsądnie uniknął zastawionej na siebie pułapki. Posłuchajmy:

Jestem wolontariuszem od bardzo dawna, ja pomagam służbie zdrowia od lat, ja w okresie pandemii przekazałem swoją emeryturę na rzecz pielęgniarek, ja wspierałem razem z Krystyną Jandą strajk lekarzy-rezydentów, ja interesuję się służbą zdrowia i wszystkimi niedoskonałościami w tej służbie od lat. Wziąłem udział, tak samo jak cała grupa moich przyjaciół, którzy uczestniczą w tej całej aferze, w tysiącach akcji charytatywnych. Ja, zanim się szczepiłem przypadkowo, mogę powiedzieć bardzo śmiało, że na temat szczepień publicznie mówiłem tysiące razy, napisałem na ten temat felieton”.

Ja oczywiście pozostaję pod ogromnym wrażenie tego „tysiąca akcji charytatywnych”, w których wziął udział Krzysztof Materna, a zwłaszcza wspomnianego „felietonu”, który on napisał na temat szczepień, niemniej muszę przyznać, że najbardziej mnie jednak cieszy to, że on – podobnie jak większość jego kolegów artystów – zamiast na terenie szpitali, będzie dalej pił u siebie w domu. W końcu, nawet w nowych, tak szybko zmieniających się czasach, pewne granice powinny zostać zachowane.

 

***

 

A przyznać trzeba, że z tym nie jest łatwo. Oto, gdy wydawało się że przynajmniej wspomniany wcześniej Daniel Olbrychski nie będzie się już nam pokazywał na oczy, okazało się że wykrakałem, bo w dokładnie w tej samej chwili gdy piszę te refleksje, ów ciekawy człowiek jednak się nam objawił i to nie na plotkarskich portalach z plastrem na czole, ale u samej redaktor Moniki Olejnik w kultowym gdzieniegdzie programie „Kropka nad i”. Choć muszę z góry zastrzec, że ze względu na wyjątkowo egzotyczną naturę bohaterów wspomnianego zdarzenia, nie jesteśmy w stanie ogarnąć faktycznego przebiegu zdarzeń i ich sensu, niemniej wydaje się, że było tak iż poproszony przez Olejnik o opinię na temat afery ze szczepionkami dla celebrytów, stwierdził, że „Krysia” na tę szczepionkę zasłużyła, ale Polacy nie potrafią tego przyjąć do wiadomości, bo są „bezdennie głupi”, ktoś tam na Wiertniczej zadecydował, że tego akurat ludziom puścić nie można, Olbrychski na to dostał jasnej cholery, zadzwonił do Olejnik i ją zwyzywał, ona się obraziła i zażądała przeprosin... no i obecnie państwo prowadzą ze sobą wymianę za pośrednictwem emisariuszy, czyli z jednej strony, „partnera” Olejnik, niejakiego Tomka, a z drugiej, którejś z żon Olbrychskiego, czyli Olbrychskiej.

 

***

 

Ja akurat bym na tę Olbrychską dziś jeszcze większej uwagi raczej nie zwracał, jednak uważam, że nie zaszkodzi mieć na nią oko. Otóż ona w reakcji na tę awanturę wewnątrz szajki, która, jak się zdaje, zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, opublikowała na Facebooku sążnisty elaborat na ponad tysiąc słów, w którym wspomina coś o „szanowanej hierarchii” i robi to tak, że można poczuć ów słynny „zapach napalmu o poranku” Coppoli. Proszę posłuchać:

Cała ta ‘szczepionkowa afera’ została bardzo precyzyjnie przygotowana żeby po raz kolejny uderzyć w ludzi ważnych, szanowanych, cenionych i lubianych. Zasłużonych. Atak na wartości, na ważne zasady życia społecznego, na szanowaną hierarchię, zwykle zaczyna się od uderzenia w kulturę. Tego jesteśmy świadkami. Pamiętamy, tak było w Chinach. Uderzyć w kulturę to zachwiać najtrwalszym porządkiem rzeczy”.

A więc, jak mówię, śpijmy z jednym okiem otwartym, bo oni chyba dopiero nam pokażą, co im leży na tych ich czarnych sercach.

 

 


 

 

sobota, 16 stycznia 2021

Parę uwag na temat tak zwanego pisarstwa

 

       Szczerze przyznam, że przez pewien czas żyłem bardzo mocnym postanowieniem, by tego tematu tu z różnych względów nie poruszać, stało się jednak tak że w magazynach Kliniki Języka, czyli wydawnictwa które przez szereg lat wydawało napisane przeze mnie książki, odnalazły się cztery zagubione egzemplarze moich refleksji na temat bogactwa tego i owego, zatytułowanych przeze mnie złośliwie „39 wypraw na dziewiąty krąg”, a ja je wszystkie cztery zakupiłem po cztery dychy za sztukę plus przesyłkę, głównie po to, by to nad czym spędziłem jednak nieco czasu nie gniło gdzieś w oczekiwaniu na ostateczny przemiał, a przy okazji pomyślałem sobie, że przyszedł czas by pewne rzeczy wyjaśnić.

       Zanim jednak zacznę, chciałbym wspomnieć o czymś co mi się przydarzyło z dwa lata temu. Otóż dostałem propozycje napisania książki na temat zadany i natychmiastowego odsprzedania praw do niej za 30 tys. złotych do ręki. Odmówiłem z dwóch względów. Po pierwsze, ja nie umiem pisać na zamówienie tak, bym z tego co napiszę nie miał jakiejkolwiek satysfakcji – a owa propozycja nieuchronnie do tego prowadziła – po drugie natomiast, ja się nie sprzedaję, dopóki mnie ktoś odpowiednio cwany i bezwzględny do tego nie doprowadzi. Owej książki, podobnie jak tych 30 patyków oczywiście nie ma, natomiast jest coś innego. Otóż jest tak, że – z tego co słyszę – są osoby, które zastanawiają się, co się dzieje ze mną jako pisarzem, a przy okazji z książkami, które czy to już napisałem, czy dopiero planuję napisać i wydać. A ja chciałbym wszystkich zainteresowanych poinformować, że te co już wydałem, z wyjątkiem „Rock and rolla” i ostatniej „Mantoli”, się już rozeszły, gdy natomiast chodzi o wspomniane dwa tytuły, większość „Rock and rolla” Klinika Języka sprzedała za psi grosz do jakichś internetowych antykwariatów i w księgarni państwa Maciejewskich owego tytułu zostało zaledwie pięć sztuk, a praktycznie jedyną poważną ofertę stanowią te smutne 132 egzemplarze „Mantoli”, o której dziś niemal nikt już ani nie wie, ani się nie dowie, oraz niespodziewanie zupełnie siedem egzemplarzy mojej pierwszej książki, czyli „Siedmiokilogramowego liścia”. A  ja – znając sposób w jaki działa rynek – wiem, że one wszystkie prędzej czy później zostaną sprzedane po pięć złotych na Allegro, albo – jeśli uda mi się odpowiednio zdążyć – tutaj, po normalnej cenie, gdzie dziś siedzę i piszę ten tekst. W jaki sposób? W taki mianowicie, że ja je wszystkie wykupię. Normalnie. Tak jak się kupuje książki w księgarni. Prosi o spakowanie, płaci i zabiera ze sobą.

       Ktoś mnie pewnie zapyta, co tu się dzieje, a ja niestety muszę odpowiedzieć, że nie wiem. Wszystko to co w życiu napisałem, albo zostało sprzedane, albo krąży po rynku, a ja tu już dziś nie mam nic do gadania. I daję słowo, że nawet bym o tym nie wspominał, gdyby nie konieczność zwrócenia uwagi wszystkim tym, którzy jakimś cudem dotrą choćby do owych 132 egzemplarzy moich refleksji na temat angielskiej kultury oraz języka, książki, moim zdaniem, absolutnie wyjątkowej, wystawianej przez księgarnię Kliniki Języka, gdyby nie fakt, że ja dziś z owymi egzemplarzami nie mam nic wspólnego, przynajmniej do czasu aż będzie mnie stać na to by je wszystkie wykupić i sprzedawać  w swoim już imieniu.

        Czemu tak? Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wszystko co jeszcze zalega w magazynie Kliniki Języka pójdzie na straty i że jedyną osobą, która się tymi tytułami zainteresuje, jestem ja. A mam akurat zbyt wielki szacunek do swojej pracy, by pozwolić na to gnicie. Dlatego też, zachęcając oczywiście wszystkich do tego, by odwiedzali księgarnię pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, kupowali wspomniane książki – nawet jeśli do mnie z tego nie trafi jeden marny grosz – chciałbym poinformować, że przez jakiś czas można się zgłaszać do mnie i zamawiać następujące tytuły: „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, „Kto się boi angielskiego listonosza”, „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, oraz oczywiście te cztery egzemplarze „39 wypraw”, które właśnie przyszły. To są już naprawdę ostatnie egzemplarze, które leżą tu na stole tuż obok, a każdy z nich wart swojej ceny, jakakolwiek by ona była. Dedykacje oczywiście w cenie. Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

         Co do przyszłości, zapewniam że ona jest wcale nie tak odległa. Proszę o chwilę cierpliwości.




 

       

piątek, 15 stycznia 2021

Gdy feminaziści upiekli murzynka

 

Wprawdzie wygląda na to, że zarówno Rewolucja Kobiet jak i niestety zakaz aborcji eugenicznej zostały odłożone na okres kolejnej posuchy, a nasze zainteresowanie przesunięte na szczepienie celebrytów oraz impeachment prezydenta Trumpa, nie zmienia to faktu, że feminazizm tu i ówdzie bulgocze. Żeby o nim do końca nie zapomnieć, chciałem przedstawić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Bardzo proszę.

 

 

        Wśród całej serii niedobrych zdarzeń, takich jak wygumkowanie przez światowe media z publicznej przestrzeni prezydenta Trumpa, spowodowane kolejnymi atakami pandemii kolejne lockdowny, czy wreszcie – tu u nas w kraju – bezprzykładny obłęd jaki ogarnął naszą opozycję w jej walce o odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy, nie mogliśmy nie zauważyć czegoś, co nawet jeśli realnie pozostaje bez większego znaczenia, to wedle pięknej staropolskiej prawdy, że na bezrybiu i rak ryba, powinniśmy docenić i potraktować z należnym uśmiechem. Otóż, jak informują nas dziś już chyba wszystkie media, śladem ostatecznej porażki tak zwanego Strajku Kobiet, oraz towarzyszącemu jej zniknięciu Marty Lempart, między dwiema największymi siłami na tęczowej mapie lokalnego lewactwa, czyli wspomnianym Strajkiem Kobiet, a tą reprezentowaną przez projekt Stop Bzdurom, doszło to mordobicia jakie nie miało miejsca nawet w relacjach między reprezentowanymi przez braci Kurskich ośrodkami władzy politycznej.

       Jak się dowiadujemy, bezpośrednią przyczyną awantury była seria szyderstw skierowanych przez jedną z liderek Strajku Kobiet, Klementynę Suchanow, pod adresem działacza przedstawiającego się jako Margot. A poszło o to, że jakiś czas temu Suchanow, sądząc że w ten sposób zdobędzie jego serce, najpierw zgwałciła Margot, po czym, wobec braku zainteresowania ze strony zgwałconego, najpierw zadręczyła go psychicznie, a następnie wypędziła z mieszkania, skazując na bezdomność. Kiedy Margot ujawnił publicznie przebieg zdarzeń, Suchanow zaczęła publicznie szydzić z dawnego kolegi, no i doszło do spięcia. Dziś jest więc tak, że Suchanow nadal drażni urażoną niebinarność Margot, na co Stop Bzdurom oskarża Strajk Kobiet o homofobię i hejt, wypominając jednej z działaczek Strajku, lesbijce Kayi Szulczewskiej tak zwany terfizm, czyli prowadzenie kampanii nienawiści pod adresem osób, które urodzone jako kobiety, nie chcą być ani kobietami, ani mężczyznami, tylko osobami.

      Ostatnio doszło do kolejnej awantury, tym razem z prawem w tle, kiedy córka wspomnianej Klementyny Suchanow upiekła ciasto „murzynek” i ozdobiła je lukrowanym napisem: „Jebać PiS i Stop Bzdurom”, a następnie skierowała do sądu pozew przeciwko Stop Bzdurom za to, że ci, bez zgody autorki napisu, opublikowali zdjęcie „murzynka” i obrzucili Strajk Kobiet wulgarnym hejtem.

      Oczywiście nie jestem w stanie zaręczyć, że przedstawiony przeze mnie stan rzeczy ściśle odpowiada faktycznemu, bo naprawdę nie jest łatwo zorientować się w tych wszystkich terfach, cisach, transach oraz bi, faktem jest jednak że tam faktycznie idzie na noże i jedni dla drugich są wrogami nie różniącymi się zbytnio od PiS-u, który jak wiemy jedni i drudzy „jebią”. A ja jednego jestem pewien, tego mianowicie, że kiedy nie wiemy o co chodzi, musi chodzić o pieniądze, a tu po obu stronach mamy do czynienia z grubymi milionami uzyskanymi z tak zwanych „zbiórek”. A skoro tak, to w tym nie wesołym świecie miejmy nadzieję, że oni wszyscy się tymi milionami zwyczajnie uduszą i już wkrótce od nich odetchniemy.

 


czwartek, 14 stycznia 2021

Ja, Homo Sovieticus

 

Ponieważ w tych dniach musiałem napisać kilka kolejnych tekstów na zamówienie, nie starczyło mi już pomysłów na ten nasz blog. Oczywiście wszystko to do nas za pewien niedługi czas wróci, tymczasem jednak chciałbym wrócić do wspomnień i przedstawić Państwu dawną bardzo, bo jeszcze z jesieni 2012 roku, notkę. Notka w sumie nie do końca poważna, stosunkowo lekka, a jednak zawsze niosąca w sobie coś, nad czym nie zaszkodzi się zadumać. Bardzo polecam.

 

 

      Wróciłem dziś rano do domu ze sklepu, i pani Toyahowa poprosiła mnie, żebym jakoś spróbował otworzyć puszkę z fasolką. Okazało się, że otwieracz do konserw, który mieliśmy od kilku lat, przerdzewiał i się połamał, natomiast ten drugi, jaki leżał nieużywany w szufladzie, puszek nie otwiera. Toyahowej chodziło więc o to, bym wziął nóż i tę fasolkę otworzył normalnie, nożem.

      Jak jeszcze byłem dzieckiem, przez wiele długich lat – dziś myślę, że to było zawsze – mieliśmy otwieracz, którym się nie kręciło, ale wbijało się ten ząb w puszkę – zupełnie jak ja dziś nasz nóż – i po paru szybkich ruchach, każda puszka była otwarta. Kiedy tamten się zgubił, czy może stępił, nie pamiętam, rodzice kupili nowy, już z takim kółkiem, no i nim otwieraliśmy puszki. Pamiętam, na początku lat 90. byliśmy w Warszawie i zaszliśmy do sklepu IKEA, i kupiliśmy piękny żółty kubek do herbaty i szwedzki otwieracz do konserw. Kubek służył nam długo bardzo długo, do czasu aż moja naprawdę ukochana, świętej pamięci Teściowa go niechcąco stłukła, natomiast jak idzie o otwieracz, on był od samego początku kompletnie dysfunkcjonalny, w tym sensie, że nie otwierał nic. I to był trzeci przypadek w moim życiu, kiedy zobaczyłem, że z tym kapitalizmem, to jest jednak chyba trochę lewa sprawa.

      Trzeci raz, bo pierwszy i drugi przydarzyły mi się dziesięć lat wcześniej, kiedy to pojechałem do pracy do Frankfurtu nad Menem. W któryś z pierwszych tam spędzonych dni poszedłem do sklepu zrobić zakupy, i między innymi kupiłem dziesięć jajek w foremce. Kiedy zaniosłem je do domu, okazało się, że wszystkie są potłuczone. Byłem bardzo tym zdziwiony, bo cale życie byłem uczony, że komuna to komuna, natomiast w takich Niemczech wszystko chodzi jak w szwajcarskim – a kto wie, czy też nie w niemieckim – zegarku. Później któryś ze znajomych Niemców powiedział mi, że ja na pewno sięgnąłem po jajka, które stały na wysokości wzroku. I to był mój błąd. Powinienem był zadać sobie trud i jednak przykucnąć.

      Wracając do domu postanowiłem kupić rodzicom i sobie parę prezentów. A więc sobie kupiłem bardzo ładny, taki trochę po szwedzku żółto niebieski T-shirt, ojcu elektryczną zapalarkę do gazu, a mamie bardzo ładny durszlak. Kolory na koszulce po pierwszym praniu puściły tak że ta żółć z niebieskim się wymieszały, zapalniczka działała może przez tydzień, natomiast durszlak połamał się natychmiast. Minęły te wszystkie lata, kapitalizm przyszedł do Polski, no a z nim pojawiły się też te otwieracze do konserw.

       Ktoś się zapyta, co mi strzeliło do głowy, by dzisiejszy wpis na blogu poświęcać czemuś tak trywialnemu i zapewne w ogóle nie wartemu uwadze. Nie mam w ogóle pewności, czy to wyjaśnienie kogokolwiek usatysfakcjonuje, ale było tak, że kiedy wróciłem rano do domu i dostałem do ręki ten nóż, przyniosłem ze sobą woreczek z tak zwanymi kołeczkami i pół kilograma kabanosów. Najpierw może powiem, po co mi te kołki. Otóż ja i pani Toyahowa śpimy od wielu już lat na tapczanie, który kiedyś za ciężkie pieniądze kupiliśmy we wspomnianej wcześniej IKEI. Tapczan jest duży, bardzo wygodny, no i rozkładany w ten sposób, że kiedy jest złożony, to się na nim siedzi, a kiedy się go rozłoży to się na nim śpi. Rozkłada się go w taki sposób, że jego dolną część się wysuwa, ona się zatrzymuje na takich metalowych zaczepach, następnie się tę część podciąga do góry i się śpi. Tak się złożyło jednak, że z jednego z tych zaczepów odpadła śrubka i przez to łóżka się nie da rozłożyć. Problem jest w tym, że miejsce w które się wkręca śrubę jest tak skonstruowane, że aby ją tam wkręcić trzeba by było najpierw rozwalić cały element tapczanu, i tę śrubę od środka przymocować nakrętką. Inaczej się nie da. Po tygodniu kombinowania, wymyśliłem, że najlepiej będzie kupić kołek, wbić ten kołek w tę dziurę, i liczyć na to, że się to jakoś utrzyma. Okazuje się jednak, że dziura, w którą miał wejść mój zakupiony z samego rana kołeczek, jest tak dziwnie skonstruowana, że tam wchodzi tylko ta jedna jedyna szwedzka śrubka, i nic ponad to. Ostatecznie w dziurę tę wbiłem kawałek mocnego drewna, w drewno to wkręciłem zwykłą śrubkę, no i czekam co będzie.

      Czekając, podgryzam sobie bardzo dobrego kabanosa, którego kupiłem dziś razem ze wspomnianymi kołkami. Kabanosy kupiłem w zaprzyjaźnionym sklepie spożywczym, prowadzonym przez dwóch bardzo sensownych braci, o których zresztą wspominałem tu już przy okazji rozważań o tym, jak to znikniecie kapusty kiszonej z rynku zniszczyło zdrowie całych pokoleń. Zaszedłem do tego sklepu, zapytałem jednego z właścicieli, czy on mógłby mi polecić kabanosy, które będą smakowały inaczej niż wszystkie inne, na co on mi coś tam dał, jednak przy okazji zapytał, czy chciałbym może rybkę z puszki o nazwie sajra. Ja mu powiedziałem, że pierwsze słyszę, a on mi powiedział, że naprawdę poleca. Że ona jest tak dobra jak to cośmy jedli z komuny. No więc rybkę też kupiłem. Przy okazji powiedziałem mu, że to jest bardzo zabawna sytuacja, kiedy to on, aby zachęcić klientów do zakupu, musi używać argumentu: „Kup pan. Polecam. Jest jak za komuny”. Pośmialiśmy się trochę, ja mu opowiedziałem moją przygodę z elektroniczną zapalarką do gazu, on mi o scyzoryku, który kupił też gdzieś za granicą, i-śmy się rozeszli.

       Przed chwilą żona moja przysłała mi na maila – jak wiemy, my też jesteśmy bardzo nowocześni – film umieszczony na youtubie pod tytułem „Kłamstwa Donalda Tuska”, czy jakoś tak. Chodzi o to, że Tusk opowiada z poważną miną, jak to on zrobi, żeby w Polsce było dobrze i te jego zapowiedzi kwitowane są wstawkami ze śmiejącymi się ludźmi. A ja uważam, że nie ma się z czego śmiać. Tusk wcale nie jest, jak to ładnie kiedyś, w zupełnie innej sytuacji, sformułował Kazik, „nowotworem na organizmie żywym”. On, podobnie ja ten otwieracz do konserw, który-śmy dziś wyrzucili, jest organizmu tego esencją. Nie oszukujmy się. Tu nawet sekretarz Świrgoń był lepszy. A co gorsza, to tak naprawdę nawet nie o nich dwóch tu chodzi.



 

środa, 13 stycznia 2021

O życiu które się nie liczy

 

      Wśród kilku nowych informacji na temat sytuacji w Stanach Zjednoczonych, na jakie udało mi się zwrócić uwagę, były dwie, które mnie zaciekawiły szczególnie. Oto w stanie Indiana odbyła się egzekucja pewnej Lisy Montgomery, która w grudniu 2004 roku udusiła ciężarną 23-latkę w ósmym miesiącu ciąży, następnie wycięła nożem kuchennym z jej brzucha dziecko. Egzekucja, podobnie jak wcześniejsze, została przeprowadzona wśród szeregu protestów organizowanych przez różnego rodzaju postępowe organizacje, tym razem, jak widzimy, nieskutecznych.

      Druga to ta, podana przez portal tvn24.pl, że w ataku na Kapitol zginęło pięć osób, a nie cztery. Dokładnie przekaz brzmiał tak, że zginął policjant i czworo demonstrantów. Informacja jest o tyle nowa, że dotychczas wszyscy wiedzieliśmy, że jakiś „trigger happy fool” zastrzelił kobietę nazwiskiem Ashli Babbitt, a trzy inne osoby zginęły jak gdyby na marginesie zdarzeń, bez wchodzenia w szczegóły. Teraz nagle się okazuje, że jest remis. Jeden policjant, jeden protestujący. Czy policjant był biały, czy czarny, tego nie wiemy, ale możemy się domyśleć, że skoro nie doszło jeszcze do rozruchów na skalę ogólną, to pewnie jednak biały.

       Szukam informacji na temat zamordowanego przez dziki tłum białych nazistów policjanta i okazuje się, że wcześniej o jego przypadku nie słyszeliśmy, bo on zmarł już po wydarzeniach. Z tego co czytam, najpierw zrobił co miał zrobić, następnie wrócił do pracy, a potem do domu i zmarł. W wyniku obrażeń odniesionych podczas ataku.

       Zaglądam na Twittera i widzę najpierw nakręcony przez kogoś filmik z zastrzelenia Ashli Babbitt. Najpierw widzimy grupę nacierających na szklane drzwi osób, za nimi uzbrojonych policjantów, z drugiej strony rękę z wyciągniętym pistoletem; Ashli Babbitt, przechodzi na drugą stronę drzwi, pistolet strzela, a ona pada pod stopy zabezpieczających od tyłu atak policjantów. Pod tym filmem komentarz któregoś z naszych komentatorów, że Babbitt, włażąc tam gdzie nie wolno, robiła to na własne ryzyko, a więc dostała to co chciała. W innym miejscu, na tym samym Twitterze, widzę zdjęcie przedstawiające członków antify w pełnym rynsztunku z dużym transparentem głoszącym coś więcej: otóż Babbit nie dostała tego co chciała, ale to na co zasłużyła.

       A ja sobie myślę, że wystarczył jeden czarny przestępca, zabity przez policję podczas próby obezwładnienia, by do dziś przed każdym meczem angielskiej piłki nożnej zawodnicy plus cały sztab trenerski oraz sędziowie byli zmuszani do klęczenia w geście symbolicznego zadośćuczynienia dla tych, których „życie się liczy”. Ashli Babbitt została zastrzelona jak wściekły pies, a ci którzy to zrobili nie dość że nie uważają za stosowne przyklęknąć, nie dość że nadzwyczaj niechętnie w ogóle wymieniają jej nazwisko, to twierdzą, że ona sobie na tę śmierć zasłużyła, a opinia publiczna im przyklaskuje.

      Czy to możliwe, że od dziś nielegalne wkroczenie do rządowych budynków będzie zagrożone karą śmierci? Czy to możliwe, że już niedługo tego typu egzekucja będzie jedyną, którą Nowy Wspaniały Świat zgodzi się tolerować?



poniedziałek, 11 stycznia 2021

... do you, Mr. Trump?

 

      Pamiętam że długo zanim w ogóle zorientowałem się, czym jest tak zwany Tweeter, nie mówiąc już o tym jak to sam zdecydowałem się założyć tam konto – nie mając bladego pojęcia po co to robię i w jaki sposób będę miał się na owym Tweeterze poruszać – wiedziałem oczywiście że coś takiego istnieje i że w ów projekt zaangażowane są osoby, których można podejrzewać o wiele, ale na pewno nie o to, że będą czuły potrzebę by tam dzień w dzień się kręcić i wrzucać owe mini-komentarze. Przyszedł jednak moment kiedy ktoś mnie zachęcił by tam stworzył sobie konto, moja młodsza córka, na moje pytanie, co ja mam tam robić, poinformowała mnie, że mam tam wrzucać krótkie komentarze, ewentualnie zdjęcia, dotyczące tego co akurat wpadło mi do głowy, licząc na to, że owe refleksje kogoś zainteresują. Po co? Po nic. Dla zwykłej zabawy.

      Zrobiłem to co mi dziecko kazało i tak już tam pozostałem na długie lata, nie zmniejszyło to jednak mojej ciekawości co do tego, co tam robią i z jaką myślą ludzie dla których ta ich aktywność w żaden sposób nie może być wynikiem albo potrzeby zabicia codziennej nudy, ewentualnie pragnienia rozrywki. I oto, proszę sobie wyobrazić, mam wrażenie że zrozumiałem cały sens istnienia tego rodzaju medium, gdy właściciele Twittera zdezaktywowali konto samemu Donaldowi Trumpowi, wciąż jeszcze aktualnemu i legalnie funkcjonującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, dzięki czemu ja nagle znalazłem się w miejscu, gdzie nie mam bladego pojęcia o tym, co Donald Trump aktualnie porabia, co sobie myśli, a nawet czy w ogóle jeszcze żyje.

      Chciałbym w tym momencie zwrócić uwagę na tę ostatnią kwestię, wydawałoby się że najbardziej absurdalną. W końcu, ktoś powie, co jak co, ale o tym że Donald Trump umarł, popełnil samobójstwo, czy został zamordowany, z całą pewnością by nas najpierw poinformowały światowe, a za nimi lokalne media, więc nie przesadzajmy w tym szaleństwie. Otóż w obliczu ostatnich – ale też i przedostatnich – wydarzeń, nie uważam, by do tego rodzaju sytuacji, gdzie wobec braku bezpośredniej obecności Donalda Trumpa, my nie możemy mieć pewności co do jego losu, nie mogło dojść. Przepraszam bardzo, ale – znów w obliczu wydarzeń minionych miesięcy – jaką gwarancję tego że w sytuacji kryzysowej – a nie muszę nawet wspominać o tym, że z kryzysową sytuacją w sposób oczywisty mamy dziś do czynienia – światowe media, takie jak z jednej strony „New York Times”, „Washington Post” , BBC, czy CNN, a z drugiej Novosti, Xinhua, czy „Jerusalem Post” miałyby tu przejąć zadania tak zwanych „mediów społecznych”? Właściciele Tweetera, ale również Facebooka, oraz wielu mniejszych ośrodków – że już nie wspomnę o wszechpotężnym Google LLC przeprowadzili przy pomocy jednego krótkiego gestu proces usunięcia Prezydenta Stanów Zjednoczonych z dotychczas, wydawałoby się jedynej wolnej przestrzeni informacyjnej jaką jest Internet, i świat nawet nie westchnął; a jeśli westchnął, to my o tym nawet nie musimy nic wiedzieć. A ja mam wrażenie, że jeśli ów Twitter miał dla nas jakiekolwiek znaczenie to tylko – ale i aż – takie, byśmy mogli poinformować świat, że żyjemy i mamy się lepiej lub gorzej. I dziś okazuje się, że to straciliśmy. To albo przekonanie, że pewne rzeczy mamy zagwarantowane.

      Wystarczyło parę chwil, byśmy się też dowiedzieli, że dotychczas powszechnie uważany za najpotężniejszego człowieka na Ziemi, Prezydent Stanów Zjednoczonych nie dość że wcale nie jest najpotężniejszy, nie dość że w ogóle nie jest potężny, ale tak naprawdę jest kimś kogo można w jednej chwili poddać kompletnej publicznej anihilacji. A ja się już tylko zastanawiam nad tym, że skoro nikim, to nikim wobec kogo; lub czego. Pytanie które mnie od kilku dni prześladuje jest takie, że skoro Prezydent Stanów Zjednoczonych nie jest jednak najpotężniejszym człowiekiem na Ziemi, to kto mu to wreszcie tak naprawdę pokazał? Jak sądzę, najprostszą odpowiedzią byłoby odwołanie się do powszechnego w naszym kręgu przekonania, że nad wszystkim kontrolę sprawuje tak zwany „Rząd Światowy”, a więc z jednej strony najwyraźniej nieśmiertelnych staruszków takich jak Henry Kissinger, George Soros, czy Królowa Elżbieta II, a z drugiej grupa najbogatszych ludzi na Ziemi, co ciekawe, swoją drogą, wszyscy w ten czy inny sposób związani z Internetem, czyli, krótko mówiąc, Szatan. A ja, choć oczywiście teoria ta jest mi przynajmniej niekiedy bardzo bliska, coraz mocniej skłaniam się do podejrzeń, że ów „Światowy Rząd” to zwykła maska, za którą kryją się media. A w konsekwencji – i przynajmniej takiego stanu umysłu dziś doświadczam – w moim bardzo mocnym przekonaniu za sfałszowaniem prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych stoją tylko i wyłącznie media, nawet nie koniecznie kontrolowane przez kogoś z zewnątrz, ale funkcjonujące dziś jako autentyczne perpetuum mobile. Oczywiście biorę pod uwagę, że był taki moment kiedy ktoś – a nie wykluczony, że był to sam Szatan – wpadł na pomysł, że drogą do skutecznego zniewolenia społeczeństw będzie stworzenie mediów jako tak zwanej „czwartej władzy” i to czego doświadczamy dzisiaj jest już tylko wynikiem tamtego zagrania. To co jednak mnie absorbuje gdy pisze ten tekst, to nie szperanie w historii, lecz skupianie się na owej Sile, której, jak się okazuje, nikt nie jest w stanie się przeciwstawić.

      Ktoś powie, że to nie media sfałszowały wybory w kolejnych stanach, lecz ludzie i lokalne organizacje, którzy nienawidzili Trumpa do tego stopnia, że zaryzykowali aż tak bezczelne oszustwo; to nie media ostatecznie uznały wyniki głosowania w Georgii, Pensylwanii, Teksasie, czy w Virginii, lecz Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, w którym znaczącą bardzo przewagę miał obecny prezydent; to nie media wreszcie zdecydowały, by uznać głosy elektorskie wskazujące Joe Bidena jako kolejnego prezydenta, lecz sam najwierniejszy z wiernych Mike Pence. Facebook, Twitter, „New York Times”, CNN, a nawet cały Hollywood na czele z Jimmym Fallonem nie mieliby w tym wypadku nic do gadania, gdyby powołani przez Republikanów sędziowie, a w ostateczności wiceprezydent Mike Pence walnęli pięścią w stół i zawołali: „Dość!”. Otóż tak się niefortunnie składa – a dziś to widać aż nazbyt jasno – że jedynym szaleńcem, który się pojawił na tej scenie był sam Donald Trump, cała reszta natomiast doskonale wiedziała, że przy sile prezentowanej przez media właśnie, odwrócenie oficjalnego – swoją drogą, proszę zwrócić uwagę na to w jak prosty sposób nieoficjalne stało się nagle oficjalnym – wyniku wyborów musi się zakończyć katastrofą, której Ameryka, a przy okazji cały świat nie przeżyje.

         W dniu gdy Mike Pence jak Piłat umył ręce, na Kapitolu doszło do zdarzeń, które historycy prawdopodobnie będą wspominali jako jeden z największych zamachów na demokrację. My dziś oczywiście wiemy, że w tym akurat dniu Kapitol, jak nigdy wcześniej, był niemal kompletnie pozbawiony zwyczajowej ochrony, a demonstranci zostali tam w sposób oczywisty celowo sprowadzeni, ale wiemy też, że ów historyczny akt terroryzmu trwał zaledwie parę godzin i zakończył się po tym jak prezydent Trump w swoim ostatnim tweecie zaapelował do protestujących o powrót do domu, ale nie musimy mieć ani szczególnej historycznej wiedzy, ani też wyobraźni, by wyobrazić sobie, jak by to wszystko wyglądało, gdyby Mike Pence ogłosił, że decyzję Kolegium Elektorów poddaje pod rozwagę parlamentów stanowych, w efekcie czego Wujek Joe już do końca życia mógłby przeglądać pedofilskie strony w jak najbardziej wolnym Internecie. My to wiemy, prawda?

        Wciąż jednak pozostaje pytanie, co z tym wspólnego mają media? Otóż w moim przekonaniu, jeśli owe setki milionów lewaków, ogarniętych kompletnie nieprzytomną nienawiścią do świata jaki znamy, były gotowe spalić świat, to w żadnym wypadku nie na gwizdnięcie Sorosa, Kissingera, czy Gatesa, ale byli już oni odpowiednio w tym kierunku wytresowani od wielu, wielu lat przez media właśnie. To media, czy to przez zwykłą propagandę, czy też przez odpowiednio sformatowany popkulturowy przekaz, doprowadziły do tego, że pod naporem owej popkulturowej propagandy współczesna cywilizacja rozpadła się jak domek z kart.

        Nie wiem co się dziś dzieje z prezydentem Trumpem, co on sobie myśli na temat tego co się stało, jakie ma plany i co słychać u tych grubo ponad 70 milionów Amerykanów, dla których on wciąż jest prezydentem. Myślę zwłaszcza o tym legionie, ale też oczywiście powiększonym o tych wszystkich, których prezydentem został pół żywy sklerotyk pedofil, a oni, jak to oni, uświadomią to sobie z odpowiednim opóźnieniem i się przerażą. Ale myślę też o nas tu w Polsce i bardzo wierzę, że te wszystkie tak śmieszne przepowiednie dotyczące tego, jacy to jesteśmy specjalni i wybrani, okażą się nagle jakimś cudem prawdziwe.


 

niedziela, 10 stycznia 2021

Uncle Joe napada

 

      To co się właśnie stało, dzieje, a prawdopodobnie jeszcze przez jakiś czas dziać się nie przestanie w Stanach Zjednoczonych, uważam za jedno z najbardziej wstrząsających doświadczeń, z jakimi przyszło nam się zmierzyć. Otóż, jak się właśnie dowiedzieliśmy, a wiadomość ta została nam przekazana przy pomocy jednego, szybkiego ciosu prosto między oczy, powszechne przekonanie o tym że prezydent wspomnianych Stanów Zjednoczonych jest napotężniejszym człowiekiem na świecie to żart, a skoro tak, to znaczy że wszyscy znaleźliśmy się w położeniu jak najbardziej dramatycznym. Szykuję się to przedstawienia swojej refleksji na ten temat od paru dni i myślę że jutro wreszcie powiem jak widzę sytuację w jakiej wszyscyśmy się właśnie znaleźli, jednak to dopiero jutro, a dziś w ramach moim zdaniem niezbędnego wprowadzenia chciałem przedstawić tu na blogu notkę jaką na Facebooku zamieścił cytowany już parokrotnie prof. Grzegorz Górski.

      Ktoś powie, że Górski to ktoś kto jeszcze niedawno nie dość że prognozował zwycięstwo w amerykańskich wyborach Donalda Trumpa, to jeszcze owe prognozy podpierał bardzo mądrymi analizami, a zatem mógłby się więcej nie odzywać, ja jednak pragnę zwrócić uwagę na fakt, że niemal wszystko o czym pisał Górski to najprawdziwsza prawda, do tego uzbrojona w jak najbardziej żelazną logikę i podparta argumentami ściśle konstytucyjnymi, tyle że , jak się okazuje, nawet on nie był w stanie przewidzieć tego co się dopiero wydarzy, a fakt ten tym bardziej świadczy o tym, że sytuacja w jakiej się znaleźliśmy jest naprawdę niewesoła.

      Ja o tym będę pisał jutro, dziś natomiast bardzo proszę zapoznać się z tym co nam mówi prof. Górski. Bez tego wprowadzenia nie zrobimy ani jednego kroku dalej.

 

Przez cztery minione lata, przywódcy Partii Demokratycznej łącząc siły z lewackimi mainstreamowymi mediami i wielkimi korporacjami w rodzaju Amazon, Google, Facebook, Apple czy Twitter, miały jeden cel - wszelkimi możliwymi metodami zniszczyć prezydenta Donalda Trumpa. Był on więc m.in.:

- ruskim agentem,

- organizatorem rosyjskiej sieci wpływów w USA,

- rozbijaczem NATO,

- niszczycielem klimatu,

- białym rasistą/nazistą,

- skorumpowanym biznesmenem,

- pospolitym przestępcą....

No może wystarczy.

Aby go obalić wprowadzono w USA cenzurę, wykonywaną przez FB i Twittera oraz główne stacje telewizyjne i portale internetowe.

Uruchomiono i wspierano lewackie bojówki, które na pół roku sterroryzowały pół kraju.

Cynicznie wykorzystywano pandemię, do ogrywania politycznych celów.

Kilka miesięcy temu, gdy lewackie bojówki okupowały budynki federalne i stanowe, atakowały policję i siły federalne, niszczono miasta, okradano sklepy etc., niejaki J. Biden siedział w swojej piwnicy i jednym słowem nie wypowiedział się o tych aktach terroru i niszczenia demokracji amerykańskiej.

Praktycznie ani jeden polityk Partii Demokratycznej słowem nie wypowiedział się o tym, jak niszczona jest demokracja amerykańska i wizerunek Ameryki w świecie. To wszystko służyło bowiem jednemu celowi - pozbyciu się Trumpa.

WCZORAJ ZEBRALI PIERWSZE OWOCE TEGO DZIAŁANIA.

Powtarzam - PIERWSZE, ale ile ich będzie, tego ich wyobraźnia jeszcze tego nie obejmuje.

Za dwa tygodnie przejmą pełnię władzy, którą firmować będą marionetki w postaci ocierającego się o Alzheimera prezydenta, mającą już demencję liderki Izby Reprezentantów, czy słynnej senatorki z Kalifornii, odpowiadającej za kontrolę amerykańskiego wywiadu, która nie tylko nie rozpoznaje już swoich współpracowników w biurze, ale do tego przez całe lata, funkcjonowała w oparciu powiązanych z chińskim wywiadem najbliższych współpracowników.

Opozycją zaś kierować będzie stetryczały, mający chińską żonę i zarabiający setki milionów dolarów rocznie na wwożeniu do USA chińskich produktów, senator Mc Connell.

Reasumując:

Jeśli ktoś chciał mieć lekcję poglądową, jak w historii rozpoczynał się upadek imperiów, to niech sobie odtwarza na You Tubie wczorajsze i dzisiejsze wydarzenia. Przeżywamy upadek pewnego porządku światowego już nie tylko wskutek pandemii, ale również wskutek upadku Stanów Zjednoczonych.

I jeśli ktoś sądzi, że „amerykańska demokracja z tym sobie poradzi”, to dobrze radzę: naprawdę zacznijcie myśleć co się może stać za chwilę, gdy okaże się, że wbrew zapewnieniom CNN i New York Times'a - nie poradzi sobie.

Bo raczej sobie nie poradzi.



 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...