poniedziałek, 20 maja 2019

Czy Tomasz Sekielski powinien zostać odznaczony Wielkim Orderem Dobrej Zmiany?


Nie wiem, czy w ten akurat sposób uda mi się zamknąć tu ostatnio zprzątający tak naszą uwagę temat, no ale spróbujmy. Otóż przed nami mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, z którego część tez już tu omówiliśmy, ale, owszem, całość może być warta naszej uwagi. A zatem zapraszam.


Zanim z najświeższego, tak długo i z takim zaangażowaniem sił i środków atakowi przeciwko Kościołowi, a przede wszystkim św. papieżowi Wojtyle pozostaną jedynie nic nie znaczące strzępy, chciałbym podzielić się z czytelnikami „Warszawskiej Gazety” swoją skromną refleksją. Otóż, podobnie jak to było w przypadku niedawnego wystąpienia Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim, które to wystąpienie, jeszcze zanim się na dobre rozpoczęło, zostało wręcz zjedzone przez konferansjerkę niejakiego Jażdżewskiego, i tym razem cały zamysł wziął w łeb najpierw w momencie gdy na scenę wyszedł już dziś świętej pamięci ksiądz Franciszek Cybula, a już po paru dniach wieko tej trumny zostało dociśnięte bucikiem aktorki Pauliny Młynarskiej.
Zacznijmy jednak od księdza Cybuli. Póki co, jak sądzę, większość obserwatorów naszej sceny publicznej albo nie ma pojęcia, albo skutecznie zdążyło już zapomnieć, kim był ów dziwny ksiądz. Ci jednak co nie zapomnieli, wiedzą, że powiedzieć o księdzu Cybuli, że był czy to kapelanem prezydenta Wałęsy, czy nawet jego osobistym spowiednikiem, to naprawdę niewiele. Dla mnie na przykład, ksiądz Franciszek Cybula, gdy chodzi o owe pięć lat prezydentury Lecha Wałęsy, to koszmar, którego nie potrafię porównać nawet z prawdziwym złym duchem tamtych dni, a więc Mieczysławem Wachowskim, podsekretarzem stanu i szefem gabinetu prezydenta. Ci co pamiętają tamte czasy, pamiętają też owe wstrząsające wręcz ujęcia, gdzie nie było chwili, by Lech Wałęsa był pozbawiony towarzystwa jednego i drugiego, a twarz było nie było osoby duchownej  robiła tam wrażenie autentycznie upiorne. Oto pięć długich lat, kiedy to, przynajmniej z mojego punktu widzenia, na Krakowskim Przedmieściu zamieszkał Diabeł. I z tym obrazem w tle otrzymujemy informację, że ksiądz Cybula to agresywny homoseksualista, pedofil i jeszcze na dokładkę tajny współpracownik komunistycznej bezpieki, dzięki gwarancjom otrzymanym od Wałęsy, pozostający do śmierci poza wszelkim podejrzeniem. I to, proszę państwa, dla mnie jest jedyna warta uwagi informacja płynąca z filmu braci Sekielskich.
 To zatem jest film, ale przed nami coś co dopiero nadejdzie, bo, moim zdaniem, nadejść musi. Oto po raz drugi, jak się okazuje w ciągu minionych kilku lat aktorka Paulina Młynarska próbuje zainteresować opinię publiczną swoją historią związaną z pracą przy filmie Andrzeja Wajdy „Kronika wypadków miłosnych”. Jak się dowiadujemy, tym razem już chyba skutecznie, kiedy Młynarska była zaledwie 14 letnią dziewczynką, Wajda i jego ekipa, aby zmusić ją do obnażenia się na planie, otumanili ją jakimiś tabletkami oraz alkoholem, przez co ona do dziś, jak twierdzi, przeżywa koszmar. A my, którzy znamy jej niezwykłą historię, musimy jej wierzyć. Tego typu upadki bowiem raczej się nie zdarzają.
 I szczególnie to wyznanie Młynarskiej daje mi szczególną nadzieję, że jeśli tym razem połączone siły ogólnopolskich mediów nie uznają go za nie warte uwagi, to będzie zaledwie początek. I daję słowo, że bohaterami lawiny, która spadnie nie będą księża.



Gdyby ktoś miał życzenie kupić sobie którąś z moich książek, to niestety część z nich jest już niedostępna, ale kilka, owszem, znajduje się w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Wystarczy kliknąć w którąś z okładek obok i próbować iść dalej. Zapraszam.



niedziela, 19 maja 2019

Dlaczego Tomasz Lis się nie łajdaczy?


Ponieważ do wyboru mam albo ciągnąć temat pedofilii – a przyznać muszę, że, jeśli problem potraktować szerzej, to mamy przed sobą kwestię nieczystości w ogóle, ta dyskusja końca zwyczajnie nie ma, albo naszą wspólną uwagę poświęcić wyborom europejskim, to przepraszam bardzo, ale niech się wyborami zajmie premier Szydło z ministrem Gowinem i tym nożownikiem z Buska Zdroju, a ja jednak zostanę przy wspomnianej nieczystości.
Otóż przeczytałem dziś na portalu tvn24, że niejaki Sosnowski ze znanego nam ostatnio aż nazbyt dobrze kwartalnika „Więź”, postanowił ratować Kościół przed wieczną zgubą i w związku z tym zaapelował o – uwaga, uwaga – zniesienie celibatu. I to jest moim zdaniem coś tak niebywale głupiego, że ja albo muszę uznać, że Sosnowski jest niespełna rozumu, albo że on jest częścią owego większego projektu, który ma na celu doprowadzenie do ostatecznego i nieodwołanego upadku Kościoła i gada, co mu każą.
Jak bowiem można w ogóle pomyśleć, że zezwolenie księżom na małżeństwa, związki partnerskie, koleżeńskie, pijackie, czy Diabeł jeden wie, jak je nazwać, sprawi, że oni nie będą uwodzić swoich gospodyń, zaciągać do łóżka zakochane parafianki, zdradzać swoich kochanków z innymi, równie atrakcyjnymi mężczyznami, czy wreszcie wkładać łapy w majtki małych dzieci? Co temu Sosnowskiemu się roi w jego pustym łbie? On nam chce powiedzieć, że ci wszyscy pedofile, to ludzie, którzy przez lata żyli w celibacie i nagle nie wytrzymali? A może jemu chodzi o to, że ci wszyscy księża, którzy dziś muszę się tłumaczyć ze swoich zboczeń padli ofiarą celibatu? On może sugeruje, że ksiądz Cybula w pewnym momencie postanowił się wziąć za swoich ministrantów, bo chciał koniecznie sprawdzić jaki to ten słynny seks jest przyjemny, a ponieważ Kościół zakazał mu się żenić, to udał się w najbliższe dogodne miejsce?
Mogę się oczywiście mylić, ale nie wierzę, żeby nawet dziennikarze kwartalnika „Więź” byli aż tak tępi, żeby z zupełną powagą głosić związek między celibatem, a wyuzdaniem, a  nie widzieć go między wyuzdaniem, a... wyuzdaniem.
Przepraszam bardzo, że to sie staje już może zbyt prostackie, ale czy Sosnowski żyje w przekonaniu, że ci wszyscy ważni celebryci, o których Seweryn Latkowski nakręcił tę swoją nędzę, sprowadzali sobie do domów te dzieci z Dworca Centralnego dlatego, że nie wolno im było zwyczajnie podupczyć? On może uważa, że niegdysiejszy Krzysztof Piesiewicz spotykał się z tymi kurwami głównie po to, by one mu pokazały, czym jest seks?
Jak mówię, nie chętnie wchodzę na ten poziom, bo to wszystko jest tak oczywiste, że aż wstyd o tym mówić, w tej zatem sytuacji, po raz kolejny ostatnio, przypomnę stary tekst, a wraz z nim sprawę owego Piesiewicza, szczególnie dziś bardzo niesłusznie zapomnianą.

      O powrocie Krzysztofa Piesiewicza dowiedziałem się z „Rzeczpospolitej”, którą czytam w weekendy. Wszystko inne, co wiem na temat jego najświeższych starań, by na kolejne cztery lata zachować bezkarność, to już tylko relacje znajomych, oparte z kolei na relacjach mediów. W wypowiedzi Piesiewicza dla „Rzeczpospolitej”, uderzyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy. Uderzyły do tego stopnia, że gdyby cały ten wywiad ograniczony był wyłącznie do tych dwóch kwestii – byłbym dokładnie tak samo usatysfakcjonowany, jak jestem obecnie. Chodzi mi mianowicie najpierw o fragment, w którym wyjaśnia Piesiewicz, że on z zasady nie trzyma u siebie w domu damskich strojów, lecz tylko czasami, ktoś mu je przyniesie, i, korzystając z jego nieuwagi, go w nie przebierze, a dalej o informację, że, kiedy on przekazywał złym ludziom niemal cały swój majątek, to nie w odpowiedzi na szantaż, lecz w ramach „odkupywania od nich swojej godności”. Jakoś tak.
      Jeśli w minioną niedzielę, wręcz rzutem na linię, kupiłem sobie tygodnik „Wprost”, to za tym gestem stały sprawy dla mnie daleko bardziej interesujące, niż nędzne życie senatora Piesiewicza. Poszło mianowicie o to, że pewien kolega poinformował mnie, że w tym właśnie wydaniu „Wprostu” opisana jest historia rodziny niejakich Likusów, a ja Likusami się nieco interesuję. Czemu się nimi interesuję? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na pewien hotel, który znajduje się w moim mieście i jest Likusów własnością, oraz ze względu na okolice tego hotelu, które – jak głosi plotka, owi Likusowie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, mieli zamiar elegancko zagospodarować. Czemu się zainteresowałem Likusami dziś? Z tego mianowicie powodu, że – wedle relacji mojego kolegi – autor artykułu we „Wproście” sugeruje, że Likusowie, to zwykła mafia. A ja chciałem się przekonać o tym bardziej osobiście.
      Stało się jednak tak, że ponieważ zacząłem przeglądać to wydanie „Wprostu” od początku, najpierw przeczytałem wstępniak Lisa, następnie rozmowę tego samego Lisa z Piesiewiczem i, zanim jeszcze dotarłem do Likusów, zatrzymałem się w tym miejscu i pomyślałem, że, zanim mi przejdzie, muszę szybko coś napisać. I to napisać tak, żeby jednocześnie i zamknąć sprawę Krzysztofa Piesiewicza, a przy okazji powiedzieć coś na tematy bardziej ogólne i znacznie od niego samego ważniejsze.
      Rozmowa Tomasza Lisa jest znacznie dłuższa od tego, co miałem okazję czytać jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej”, jednak zarówno główne punkty obrony, jak i cały jej zamysł pozostaje ten sam. Widać tu już naprawdę bardzo wyraźnie, że czas, który upłynął od tamtego wydarzenia sprzed lat, kiedy to – może przypomnę – Krzysztof Piesiewicz wpuścił do swojego mieszkania dwie ekskluzywne kurwy, a następnie, po to, by to, co się tam w tym mieszkaniu między nimi odbywało, nie ujrzało światła dziennego, zawarł bliższe związki z paroma kolegami owych kurew, Piesiewicz wykorzystał bardzo owocnie. Powiedzmy tak owocnie, jak w jego sytuacji, już bardziej się nie dało. Dziś chciałem najpierw napisać trochę o tych owocach, a następnie o sprawach, jak mówię, znacznie bardziej poważnych.
      Mówi więc Piesiewicz Lisowi, podobnie jak wcześniej „Rzeczpospolitej”, że on tych ciuchów u siebie nie trzymał. Że to nie jego sukienki, lecz sukienki przyniesione mu do domu przez złych ludzi. Mówi też – i tu widać ów kunszt prawniczy – że nie ma mowy o żadnym szantażu. Przynajmniej nie na etapie wstępnym. Kiedy Piesiewicz dawał tym bandziorom pieniądze, to nie jako osoba szantażowana, lecz jako ktoś, kto chce, nie kupić, ale „odkupić” – Piesiewicz bardzo się stara, żeby to słowo zostało zapamiętane – swoją godność. On nie mógł płacić szantażystom, bo przede wszystkim, ktoś taki jak on z szantażystami się nie zadaje, a poza tym, za cóż on niby miał im płacić? Owszem, później szantaż faktycznie się pojawił, no ale wtedy Piesiewicz natychmiast, jak przystało na uczciwego obywatela, powiadomił organa ścigania.
      A więc to jest już stały element przyjętej przez senatora Piesiewicza obrony przed atakami ludzi podłych i niewrażliwych, którzy chcą, jak pisze Tomasz Lis w artykule wstępnym do tego wywiadu, go „dobić”. Jest jednak element nowy. Otóż okazuje się, że, jeśli Piesiewicz zadawał się z kurwami, to z całą pewnością, bezwiednie i całkowicie wbrew sobie. Było mianowicie tak, że jechał on sobie swoim samochodem, i w okolicach hotelu „Marriott” spotkał pewną panią. Piesiewicz wprawdzie nie wyjaśnia, jak do tego spotkania mogło dojść, skoro on jechał samochodem, a ona sobie stała przed hotelem, no ale jakoś się zgadali i porozmawiali ze sobą przez opuszczoną przez Piesiewicza szybkę swojego mercedesa. Natomiast to co jest tu najważniejsze, to fakt, że, jak opowiada Piesiewicz, ona w ogóle nie sprawiała wrażenia, że „może wykonywać najstarszy zawód świata. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia, absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, ze ta osoba pracowała w różnych instytucjach. Była np. asystentką prezesa jakiejś spółki”. A zatem to wszystko było nie tak, jak sugerowały media. Piesiewicz ani się nie zadawał z szantażystami, ani z kurwami. On zwyczajnie, jak to się każdemu może zdarzyć, jechał samochodem i zobaczył porządną dziewczynę, która wyglądała na asystentkę jakiegoś prezesa, zatrzymał się, ona się uśmiechnęła, a że robiła wrażenie osoby sympatycznej, pogadał z nią przez opuszczoną szybę, no i normalnie – umówił się na wieczór, że ona do niego wpadnie. Po co? Ot tak, pogadać. Przecież nie po to, by między nimi miało dojść do jakichś brzydkich rzeczy.
      Później zresztą on też się spotykał i z nią i z jej koleżanką i z jej kolegami wyłącznie przez tę, podpowiedzianą mu przez Lisa, nieznośną lekkość bytu. No i współczucie dla ludzkich przypadków i nieszczęść. Oto na przykład Piesiewicz dowiaduje się, że jakaś Zosia na Wszystkich Świętych poszła z rodziną na cmentarz w Marysinie Wawerskim i jej jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę z płytą z jego, Piesiewicza, numerem telefonu . Zosia dodaje, że „ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami”. Lis, poruszony tą opowieścią, pyta Piesiewicza grzecznie, jak to się stało, że on w tę bujdę uwierzył, na co Piesiewicz bez mrugnięcia okiem wali dalej: „Żeby to nie wiem, jak brzmiało, to proszę pamiętać, że ja miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w czasie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani, wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała”…
      Mało? Proszę bardzo. Można tak bez końca. Źli ludzie, którzy zasadzili się na senatora Piesiewicza, doskonale wiedzieli, jak go podejść. Oni – w odróżnieniu od nas, potworów bez serca i rozumu – wiedzieli na przykład, że Piesiewicz to człowiek wrażliwy i pełen chrześcijańskiego współczucia. I że z nim trzeba po chrześcijańsku, a nie z nienawiścią. I oto jeden z nich wysyła do Piesiewicza esemesa: „Nie chcę mieć tych filmików. Wierzę w Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie”. Dziś Piesiewicz tak to komentuje: „Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo ‘Bóg’”.
      Dla zwykłych ludzi, najlepiej zwykłych, takich jak my, wieśniakow, to wszystko, co opisałem powyżej, to – jeśli tylko ktoś nas zapewni, że to nie jest jakieś wymyślone głupstwo – jedynie kupa śmiechu, lub opowieści jakiegoś wariata. Dla części z nas, pewnie tej bardziej niestety wykształconej, to ani kupa śmiechu, ani bredzenia szaleńca, lecz zwykła gadka jeszcze jednego adwokata, tyle że w jednaj z tych jego przegranych spraw. I najlepiej by było oczywiście, dla wspólnej rozrywki, powiedzieć to wszystko, co było do powiedzenia i sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie, że to co jest z pozoru oczywiste, nagle może się okazać bardzo skomplikowaną materią. Tak skomplikowaną, że nie dość, że nie ma wręcz możliwości sformułowania jednoznacznej oceny tego co wydaje się, że stoi jak byk przed naszym nosem, ale nagle wychodzi na to, że to co smutne, jest wesołe, to co straszne jest zupełnie przyjazne, a to co tchórzliwe jest jak najbardziej bohaterskie. Z artykułu wstępnego Tomasza Lisa, wynika jednoznacznie, że on akurat, w tym całym obłędzie, trzyma stronę Krzysztofa Piesiewicza. Ktoś mi właśnie podpowiada, że Janina Paradowska już zakomunikowała, ze ona akurat w wyborach do Senatu będzie głosowała na Piesiewicza. Nawet Kazimierz Kutz – który zachował przynajmniej tyle ostrożności, by o Piesiewiczu mówić z zachowaniem pewnego dystansu – mówi o nim jednak, mimo wszystko, jak o kimś, o kim można mówić, jak przynajmniej o człowieku. A przynajmniej o człowieku zdecydowanie bardziej ludzkim, niż taki na przykład Jarosław Kaczyński. No i wszyscy oni, jednym głosem wołają, by dać Krzysztofowi Piesiewiczowi szansę. Że niech go ocenią wyborcy.
      A ja się zastanawiam nad tym, co się stanie, jak wyborcy też postanowią dać mu szansę, i Piesiewicz ponownie zostanie wybrany senatorem? Jeśli te brednie, które on sobie tak starannie opracował i które z taką konsekwencją powtarza w kolejnych wywiadach, zostaną przez wyborców uznane za warte ich głosu, i to wszystko co on dotychczas zrobił i to, co on ciągle wyprawia, uzyska tak potężną autoryzację? Otóż ja się obawiam, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zostanie przekroczona pewna, wydawałoby się jednak nieprzekraczalna granica. Oczywiście, bywało już tak, że ludzie na swoich przedstawicieli wybierali wariatów, głupców, a nawet gangsterów. Jednak zawsze można było powiedzieć, że albo frekwencja była tak niska, że sukces odniosłaby nawet kupa gówna, gdyby tylko znalazł się ktoś z pieniędzmi, który by ją odpowiednio przez tę kampanię przeprowadził, albo że to gangsterstwo, czy idiotyzm nie były wcale takie jednoznaczne. W przypadku Piesiewicza, nie uwolni nas od odpowiedzialności ani niska frekwencja, albo jakakolwiek niejednoznaczność. I jeśli on jednak tym senatorem zostanie, ja nie wiem, jak my będziemy potrafili dalej żyć.
       Ale jeszcze będziemy musieli poradzić sobie z czymś więcej. Nawet dziś, problem ten stoi przed nami jak ściana. Otóż Krzysztof Piesiewicz już uzyskał to swoje poparcie wśród całej kupy najróżniejszych celebrytów i osób publicznego jak najbardziej zaufania. A ja się zastanawiam, skąd się to poparcie wzięło? Oczywiście, część z nich to koledzy Piesiewicza, więc tu sprawa jest, powiedzmy, że dosyć czytelna. Z całą pewnością, wielu z nich to zwykli durnie, którzy nie rozumieją nigdy i nic, poza tą jedną informacją, że życie jest ciężkie i pełne niespodzianek, a człowiek nie ma i tak wiele do gadania. Są też wśród nich i tacy, którzy mają na sumieniu rzeczy co najmniej tak wstydliwe, jak te, które sobie sprawił Piesiewicz i jakoś nie mają tu siły protestować. Natomiast nie ma wątpliwości, że są też tacy – jak choćby tylko ten Lis i Paradowska – którzy świetnie wiedzą, że on zrobił z siebie pośmiewisko, i nie ma słów, które są go tu w stanie usprawiedliwić, natomiast uważają przy tym, że jeśli nasz świat ma się odpowiednio rozwijać, to trzeba robić wszystko, by styl życia, jaki sobie wybrał Krzysztof Piesiewicz, kiedyś się stał stylem co najmniej równoprawnym. By kurwienie się, narkotyzowanie, nałogowe kłamstwa, zdrada, niewierność, bezprzytomny hedonizm, udręczenie innych (Piesiewicz sam przyznaje, przez to jego niezwykłe zaangażowanie że zmarł jego brat) stały się naszym chlebem powszednim, i żeby w przyszłości już nigdy nikomu nie przyszło do głowy takie sprawy jak sprawa Krzysztofa Piesiewicza opisywać przy pomocy kategorii moralnych, lecz co najwyżej intelektualnych.
      I wtedy wreszcie nastanie nowy porządek. Ktoś kogoś zatłucze na śmierć, a opinia publiczna na to powie: „No wiesz, to chyba jednak nie było zbyt mądre”. Na co sprawca skromnie spuści oczy i powie: „No, tak, przyznaję. Trochę sobie to wszystko źle wymyśliłem”. I będzie git.
      Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Otóż Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Lisem mówi tak: „Czasami czuję się gorzej w wolnym kraju, niż w PRL”. I to jest jednak problem. No bo albo uznamy, że jednak Piesiewicz po raz kolejny coś źle wykombinował, albo trzeba nam będzie się zastanowić, jak inaczej rozwiązać sprawę ojca Rydzyka i jego stosunku do III RP i totalitaryzmu.



Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl gdzie można kupować moje książki. Jeśli komuś za daleko, to może sobie też kliknąć tu obok w jedną z okładek, albo ewentualnie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.





sobota, 18 maja 2019

Miłość w czasach zarazy - reaktywacja


W momencie gdy trwająca już praktycznie od lat kampania skierowana przeciwko Kościołowi Katolickiemu pod pretekstem walki z pedofilią została, tu u nas przynajmniej, ukoronowana filmem braci Sekielskich, pomyślałem sobie, że jedyny sposób, jaki pozostaje w dyspozycji dobrych ludzi, by ów atak odeprzeć, to pokazanie zjawiska pedofilii jako problemu cywilizacyjnego, z którym Kościół Katolicki akurat ma niewiele wspólnego. Choć z satysfakcją stwierdzam, że jest dobrze, chciałbym tu dołożyć swoje trzy grosze i przypomnieć swój stary bardzo tekst z czasów, gdy problem publicznie nie był autoryzowany choćby jednym słowem. Serdecznie zapraszam do refleksji.


      Rozdano Oscary i nagrodę za najlepszy film otrzymał wspaniała brytyjska produkcja o jąkającym się królu. Dziś już więc prawdopodobnie duża część osób czytających te słowa wie, kim był Jerzy VII, Edward VIII, i mniej więcej, jak to w tuż przedwojennej Anglii się działo. Pisałem troszkę parę tygodni temu o tym filmie, ale może przede wszystkim o samej tej niezwykłej historii, na swoim blogu, jednak bez większego efektu. No bo co jednak prawdziwy pop, to prawdziwy pop. I wcale tu nie ironizuję.
      Dziś ów film jest już świetnie znany, choć pierwsze ślady tej sławy pojawiły się już jakiś czas temu, w momencie gdy trafił on do polskich kin i zrobił na wszystkich odpowiednie wrażenie. Ja na przykład przypominam sobie, jak parę tygodni temu wracałem samochodem z pewnego miasteczka w północno-zachodniej Polsce i trafiłem na odpowiednie informacje w Radiu Zet, które tamtej niedzieli grało nam cały czas i, tak jak tylko ono potrafi, przyprawiało mnie o mdłości.
      Otóż, jak wspomniałem, była to niedziela, a nadchodzący poniedziałek niósł imieniny Walentego, a więc tak zwane ‘Walentynki’. W związku z tą datą, prowadzący program dziennikarze Radia Zet dostali odpowiedniego obłędu, i postanowili wiodącym tematem dnia uczynić tak zwaną „miłosną historię króla Edwarda”. Gdyby wciąż ktoś nie wiedział, o czym mówię, krotko przedstawię sprawę. Otóż Król Edward VIII był bohaterem opisywanych w filmie wydarzeń wyłącznie jako poboczny bohater negatywny – laluś, lowelas i kompletnie durny brat Jerzego. Przy całej swojej beznadziejności został jednak na ułamek chwili królem, a to z tej prostej przyczyny, że był najstarszym synem zmarłego króla Jerzego V i tym samym naturalnym kandydatem do tronu. Problem z Edwardem był dwojakiego rodzaju. Pierwszy był taki, że został on uwiedziony przez jakąś bardzo podejrzaną Amerykankę, dwukrotnie zamężną, wciąż z jakimś swoim amerykańskim mężem, i w konsekwencji całkowicie stracił dla niej głowę. Drugi – już najbardziej istotny – to ten, że zbliżała się niemiecka agresja na Europę, a zarówno on jak i ta lala byli całkowicie pod urokiem Hitlera i jego planów dla świata. Jest cała masa spekulacji na temat tego związku, wiele z nich pozostających do dziś tylko spekulacjami, ale wśród nich pojawiają się i takie, że oboje funkcjonowali jako hitlerowscy szpiedzy, a to, że ona Edwarda w ogóle uwiodła, to też był wynik bardzo starannych wcześniejszych przygotowań z wielu stron.
      Tak czy inaczej, gdy idzie o filmową historię, to co łączy tych dwoje to żadna miłość, tylko zwykła szajba – a niewykluczone, że jakaś dużo grubsza afera – która już nie tylko dla Anglii, ale i dla całej Europy, stanowi śmiertelne zagrożenie. A w momencie gdy on wreszcie zostaje skutecznie pozbawiony korony, i razem z nią zostaje przepędzony z interesu, wiemy że jest dobrze i możemy się skupić już tylko na walce o to, by Jerzy przestał się wreszcie jąkać. Tymczasem dziennikarze Radia Zet w najlepsze rozpływają się nad romantyczną przygodą pary, dla której miłość była ważniejsza od kariery, no i nad tym nieszczęśnikiem, który rzekomo tak kochał, że dla niego nawet korona strąciła wartość. I naturalnie zastanawiają się przy okazji, dlaczego to w dzisiejszych czasach polityka stała się tak brudna i bezideowa, że nawet nie można sobie wyobrazić czegoś tak pięknego i prawdziwego.
       Słuchałem tego radia i tych idiotycznych, pełnych wzruszenia lamentów nad upadkiem cywilizacji miłości, i przyszło mi nagle do głowy, że kto wie, czy dziennikarze Radia Zet nie są aż tak ciemni, żeby nie złapać tego akurat fragmentu filmowej opowieści, i wiedzą doskonale, że za tym wszystkim stała zwykła zdrada stanu, i możliwe, że bardzo brudny spisek. W końcu w ostatnich latach mieliśmy już niejednokrotnie okazję przekonać się, że dla pewnego typu ludzi, którzy często na nasze nieszczęście, kierują naszymi myślami na bardzo popularnym poziomie, nie ma nic ważniejszego, jak parę lewych dreszczy o najbardziej tandetnym francuskim wymiarze. Co tam zbrodnia? Co tam interes kraju? Co tam naród? Czym wreszcie jest prawda, a czym kłamstwo, jeśli przed nami rozciąga się tak cudna miłosna baśń? Oczywiście nie wolno nam rezygnować z proporcji, niemniej ten obłęd w pewnym sensie może nam przypomnieć choćby tę, w pewnym momencie wspominaną to tu to tam, miłosną przygodę pewnego harcerza i pewnej harcerki z tak różnych stron świata. I co nam tu ktoś będzie gadać o jakimś Dziadzi, gdy liczy się miłość? W końcu żyjemy w świecie, który już trochę trwa. I który wcale się nie zaczął w dniach, gdy Służby uprowadziły córkę marszałka Kerna, a całą Polskę zalały łzy wzruszenia. A zatem znów stajemy przed tą straszną wieścią, że to z czym mamy do czynienia, to wcale nie chwilowe zawirowania, lecz najbardziej podstawowe kwestie cywilizacyjne.
      Przed kilkoma dniami, też na swoim blogu, opisałem bardzo zabawną sytuację, jaką miałem okazję zaobserwować w porannym programie telewizji TVN, gdzie jakaś w większości kompletnie mi nieznana, zgromadzona w studio ekipa, pod kierunkiem dziennikarza Żakowskiego i telewizyjnej celebrytki Jolanty Pieńkowskiej, zachwycali się nad szerokimi możliwościami, jakie daje spragnionym prawdziwej miłości Polkom i Polakom szansa wyjazdu do Afryki, czy w jakieś równie egzotyczne miejsce, i zakosztowania seksu z, jak to wdzięcznie określiła Pieńkowska, „tubylcami”. Oczywiście, nawet gdyby Pieńkowska na myśl o przygodzie erotycznej z jakimś Arabem, nie straciła głowy i nie użyła tego zabawnego określenia, news byłby i tak. No bo jest niewątpliwym newsem informacja, że oto, zupełnie oficjalnie, w jak najbardziej publicznej przestrzeni medialnej, lansuje się zwykłe kurewstwo, usprawiedliwione wyłącznie tym, że to jest kurewstwo egzotyczne, i że jeśli ktoś się przy okazji zarumienia, to wyłącznie z tak zwanej chcicy.
      Opisałem tę telewizyjną historię i natychmiast przysłano mi link do informacji, podobno gdzieniegdzie już dość skutecznie obdyskutowanej, że Marcin Kydryński – celebryta, podróżnik i miłośnik jazziku ze szklaneczka piwa przed ryjem – opublikował swego czasu jakąś książkę o swoich afrykańskich przygodach, której szczęśliwie dla niego przez całe lata nikt nie czytał, aż wreszcie wpadła w jakieś bardziej uważne ręce i… się wszystko rozlało. O co poszło. Otóż, jak wiele na to wskazuje, Kydryński, zapewne z paroma kumplami, pojechał do tej Afryki i spędzał czas gapieniu się na małe dziewczynki. Jeśli ktoś myśli, że przesadzam, lub zwyczajnie fantazjuję – proszę uprzejmie. Oto relacja na gorąco, o Afrykankach:
      „Czarne dziewczęta w Afryce są prawie zawsze dzikie. Jest to wynik wychowania w społeczeństwie zbudowanym na męskim przywódcy stada. Tak jak lwy, goryle, tak żyją plemiona Czarnej Afryki. Ich dziewczęta mają wpisaną genetycznie nieufność. Są płochliwe jak małe antylopy, choć urodę dziedziczą po wielkich kotach. Nie nadają się do oswojenia. Mówią innym językiem nawet wtedy, gdy używają tych samych co my słów. Najczęściej jednak nie mówią w obecności mężczyzn. Łaszą się. Albo polują, jak lwice. Takim polowaniem jest afrykańska prostytucja. Seks dla większości Afrykanek to jedyna radość życia. Używają go w sposób równie naturalny i spontaniczny jak zwierzęta. Jeśli nie pracują i nie kochają się - nuda je zabija. Często więc łączą te zajęcia. Ich prostytucja nie jest konsekwentna. Biorą pieniądze wtedy, kiedy ich potrzebują. Czasem proszą jedynie o śniadanie. Częstokroć proszą tylko o to, by je wziąć. A są nie do wyobrażenia piękne. Nie sądzę, żeby znalazł się zdrowy mężczyzna, który umie oprzeć się ich urokowi. Nie jest to bowiem wdzięk ludzki, do którego przywykliśmy, ale zwierzęcy. Te dziewczyny proszą, żeby je pokryć. Zaczynają wtedy pachnieć inaczej, nagle, jak rozkrojone owoce. Wszystko w nich gada o zbliżeniu, oczy, usta, dłonie. Wreszcie mówią wprost tak jak formułowałyby to kocie samice, gdyby potrafiły mówić. Takie dziewczyny spotkałem później w klubie Florida 2000 w Nairobi i na ulicach Mombasy i wielokrotnie w Ugandzie. Uciekły ze swoich plemion do większych miast lub urodziły się już w miastach i chcą żyć w rytmie, w jakim pulsuje ich organizm”.
      O Arabkach:
      Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. ‘Czarodziejki’... - powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze ręką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki. To dobre słowo, czarodziejki. W Dajr al-Madinie odnalazłem wśród oblepiających mnie dzieci takie śliczne małe zwierzątka. Miałem w portfelu kilka banknotów. Może trzy funty. W hotelu dwudziestopięciofuntówki. Je uszczęśliwia funt, nawet dwadzieścia pięć piastrów. Przychodziły mi do głowy myśli występne, że za dwudziestkę mógłbym taką pachnącą miodem, śniadą dziewczynkę wziąć do swojego hotelu i pieścić przez wiele godzin. Świństwo, ale potworną miałem na to wówczas ochotę. Tymczasem były te trzy funty, a dzieci zostało siedmioro. Dać im czy nie dać? Nie mam nic innego, one popiskują o pieniądze, a dziś Wigilia...
       Powiem szczerze, że kiedy pisze ten tekst, nie mam pojęcia, co słychać u Marcina Kydryńskiego. Czy on został wyrzucony poza swoje dotychczasowe towarzystwo? Czy może nic mu się nie stało i dalej kasuje pieniądze za swoje afrykańskie wspomnienia i reklamę Pilznera? A może pojechał znów do Afryki poszukać sobie jakichś małych dzieci, by je schrupać jak „rozkrojony owoc” i nagle trafił na jakiegoś czarnego byka, który schrupał jego i z nim już mamy święty spokój? Nie wiem tego wszystkiego i szczerze powiem, mało mnie to interesuje. To co mnie tu autentycznie zastanawia, to fakt, ze z tego co czytam wynika bardzo jednoznacznie, że pretensje do Kydryńskiego nie są o to, że on dostaje wzwodu na widok biednego czarnego dziecka i na samą myśl, by je „pokryć” oblewa go mokry pot, ani nawet o to, że on się tym swoim zbydlęceniem autentycznie chwali, lecz o to zaledwie, że on o tych dzieciach myśli jak o zwierzętach. I też nawet nie w tym kontekście, że w ten sposób wychodzi z niego zwykła zoofilia – bo przecież wiadomo, że człowiek jest wolny i może robić co chce, szczególnie jeśli idzie o seks – ale, że to jest takie rasistowskie. Podejrzewam, że gdyby Kydryński pojechał do Afryki i sobie do tyłka wpuszczał węże, a później to pięknie opisywał, cywilizowany świat nawet by jednego słowa przeciwko niemu siebie nie wypuścił. Wąż to wąż, a hobby to hobby.
      To co mnie z jednej strony bawi, a z drugiej autentycznie przeraża, to świadomość mianowicie, że gdyby Kydryński już nawet i pozostał przy tych dzieciach, tyle że nie nazywałby ich zwierzętami, podejrzewam, że to też by zostało mu darowane. Wprawdzie pedofilia jest karana, ale przecież nie z pominięciem różnic kulturowych. Czyż nie? A różnice kulturowe, to czynnik niezwykle tutaj istotny. W końcu nie ma żadnego powodu, żeby kultura chrześcijańska wpychała się ze swoimi brudnymi zapisami w piękno wolnego i różnobarwnego świata. A zatem, gdyby nie ta wpadka ze zwierzętami, myślę, że Kydryńskiemu wszystko by uszło na sucho. I to jest ów straszny, wręcz szatański obraz naszego świata. Bo najważniejsze by zawsze zwyciężała miłość. A wtedy, gdyby Marcin Kydryński tylko potrafił udowodnić, że autentycznie potrafi kochać, niewykluczone, że w nadchodzących wyborach trafiłby jakieś dobre miejsce na przykład na listach Platformy Obywatelskiej.
      Ale przecież niekoniecznie Platformy. Nie oszukujmy się. Tu nie chodzi przecież tylko o Platformę. Mówimy przecież o świecie. I jesteśmy już w tej chwili i tak wystarczająco przerażeni, by bez kolejnych obaw zauważyć, że dla takich jak on miejsce znajdzie się wszędzie. Na niego – co całkiem przecież, ale to całkiem możliwe – czekają w różnych częściach naszego życia publicznego. Ludzie znani, wygadani, ładni; dobrze ubrani politycy, artyści, dziennikarze; celebryci, umęczeni swoją codzienną służbą, z pieniędzmi, które w końcu i tak na coś muszą wydać. A gdy ktoś jest człowiekiem i światowym, i słucha dobrego jazzu, no i – last but not least –wykazuje bardzo postępowy szacunek dla kulturowej odmienności, i lubi sobie przy tym dyskretnie podupczyć, a może i coś jeszcze, to tym lepiej. W nagrodę może od razu trafić na okładkę błyszczącego kolorowego pisma, może i z piękną żoną i równie pięknymi dziećmi w pięknych wnętrzach, a Jolanta Pieńkowska zrobi z nim ładny wywiad, gdzie będzie wszystko – i przygoda, i emocje i tajemnica… no a przede wszystkim prawdziwa miłość.

Zanim usiadłem do tej notki, pokazałem ów tekst mojej córce, a ta błyskawicznie dokonała przeszukań w Internecie i znalazła oświadczenie młodego Kydryńskiego, w którym ten stwierdził, że tamten Kydryński i dzisiejszy Kydryński to dwaj różni Kydryńscy i on prosi, by dzisiejszego Kydryńskiego z tamtym Kydryńskim nie mieszać. A ja sobie myślę, że to jest oświadczenie wręcz niezwykłe. Toż to prawie słowo w słowo to, co w rozmowie ze swoją ofiarą sprzed lat w filmie braci Sekielskich powiedział pewien ledwo żywy już dziś ksiądz.
Różnica jest tylko taka, że ksiądz przeprosił. No i że miał kogo przeprosić.

                                         Zdjęcie: Marcin Kydryński


piątek, 17 maja 2019

Urzekła mnie twoja historia, czyli paint it black


      Basia urodziła się w Gdańsku w latach 50 i tam też dorastała. Jej mama była sekretarką, a tato pracował w stoczni. Dzieciństwo Basi nie było łatwe: tato był alkoholikiem i całymi tygodniami pozostawał poza domem, w tym czasie mama Basi w sposób najbardziej okrutny, zarówno fizycznie jak i psychicznie znęcała się swoją córką. Wspomina dziś Basia:
      Odkąd pamiętam, biła mnie za wszystko, co zrobiłam i czego nie zrobiłam. Naczynia nie były pomyte na czas, siostra i brat nie odrobili lekcji… Zawsze ja byłam winna. Jestem najstarsza z trójki z rodzeństwa. Mama nigdy mi nie wierzyła, nawet wtedy gdy jako ośmiolatka nie nastawiłam ziemniaków o właściwej godzinie, bo zaprowadziłam płaczącego brata do lekarza.
      Miała licznych adoratorów, była bardzo atrakcyjna. I zimna. Świetnie ubrana, zawsze w czółenkach, eleganckich kostiumach. Lubiła się pokazać.
Jednocześnie kazała mi kłaść się na tapczanie i biła pasem, dopóki się nie zsikałam. A jak się zsikałam, to dostawałam za to, że to zrobiłam”.
      W tej sytuacja Basia jako dziecko większość czasu spędzała na podwórku. I tu znów oddajmy głos Basi:
      Podwórko, choć znajdowało się niedaleko przepięknej gdańskiej starówki, nie było miejscem dziecięcej sielanki. W pobliżu naszego bloku stał kościół, a obok niego salka katechetyczna. Ja na religię nie chodziłam, po prostu rodzice mnie nie zapisali. Była druga połowa lat 60., miałam trochę ponad 10 lat, kiedy na naszym podwórku zaczął się często pojawiać trzydziestoparoletni ksiądz, który rozpoczął pracę w parafii nieopodal. Gdyby ktoś go obserwował z zewnątrz, to pewnie by się dziwił, bo gdy wchodził na podwórko, wszystkie dzieci – dziewczynki i chłopcy – rozbiegały się po kątach, uciekały.
      Interesowały go dzieci od ośmiu do kilkunastu lat. Jak miał kogoś upodobanego, to zaciągał go na strych albo do piwnicy, a nawet szukał go po piwnicach (a były rozległe, poniemieckie), gdy ten przed nim uciekł. Niekiedy we dwoje czy troje chowaliśmy się przed nim w kotłowni za stosami węgla. Nie rozmawialiśmy wtedy o tym, dlaczego tak się dzieje. Byliśmy dziećmi, jeszcze tylu rzeczy nie rozumieliśmy”.
      Ksiądz Henryk, bo tak mu było na imię, szczególnie upodobał sobie Basię i od pierwszego razu jak ją zgwałcił, ona już nigdy nie zaznała spokoju. Próbowała się przed nim ukrywać. Kiedy tylko pojawiał się na podwórku, ona albo uciekała do domu, albo próbowała się schować w jakichś zaułkach, ale on ją zawsze potrafił dopaść. Kręcił się po okolicy tak długo aż wreszcie ją znalazł i wtedy albo ją gwałcił, albo przynajmniej doprowadzał do wytrysku, brudząc jej sukienkę.
      Czemu ani Basia, ani jej koleżanki, z których niektóre zaszły z księdzem w ciążę, nie powiedziały rodzicom o tym, co się dzieje? Otóż Basia wyjaśnia tę kwestię jednoznacznie: PRL to były czasy, kiedy rodzice nie ufali swoim dzieciom, a każde słowo skierowane przeciwko księżom było traktowane z całą surowością.
      Mimo tak ciężkiego dzieciństwa, Basia ukończyła podstawówkę ze średnią 4,95, w związku z czym mogła wybrać sobie najlepsze liceum w mieście. Tam też należała do wyróżniających się uczniów, ponieważ jednak miała pewne problemy z chemią, rodzice zapisali ją na korepetycje i tam poznała Wojtka, w którym się z wzajemnością zakochała. Ponieważ mama Basi nie wyraziła zgody na ich związek, Basia postanowiła zajść z Wojtkiem w ciążę. I znów oddajmy głos Basi:
      Reakcja mamy mnie zaskoczyła. Stwierdziła, że zawsze była za tym, żebym wyszła za Wojtka. Zapytała, który to miesiąc i czy byłam już u lekarza. Gdy powiedziałam, że czwarty i że jeszcze nie byłam na badaniach, zaproponowała, że mnie umówi ze swoim lekarzem we Wrzeszczu. Warto, by mnie prowadził do końca ciąży. Zgodziłam się, zdumiona jej serdecznością. Pojechałam z nią na wizytę. Lekarz kazał mi się rozebrać i siąść na fotelu. Nagle jego żona, która była zarazem jego pomocnicą, zaczęła przypinać mi nogi i ręce klamrami do fotela, a moja mama powiedziała do lekarza: ‘No, to wiesz, co masz zrobić. Tylko bez znieczulenia, żeby pamiętała, że matki należy słuchać’. To był szok. Wtedy ten człowiek zaczął na żywo usuwać mi ciążę! Pokazywał fragmenty płodu i powtarzał: ‘Zobacz, matki należy słuchać’”.
      Ale przy tym też stało się coś jeszcze gorszego. Otóż mama Basi poinformowała Wojtka, że Basia usunęła ciążę, bo nie chciała mieć z nim dziecka, a Wojtek jej uwierzył. W pierwszej chwili chciał Basię porzucić, ale udało się jakoś sprawę załagodzić i Basia znów zaszła w ciążę. Jednak i tym razem mama Basi uknuła intrygę i poinformowała Wojtka, że to nie on jest ojcem dziecka. Tym razem Wojtek już nie był w stanie znieść presji i dzieci się rozstały, w wyniku czego Basia tragicznie poroniła.
      W pierwszym momencie  Basia chciała popełnić samobójstwo, na szczęście pewnego dnia w Sopocie poznała o siedem lat starszego Australijczyka, który się w niej zakochał od pierwszego wejrzenia, a ona, jak wspomina, „dla niego i dzięki niemu” pod koniec lat 70. Wyjechała do Melbourne, gdzie urodziła się ich córka Amanda.
      Szczęście niestety nie trwało długo. Okazało się, że ojciec Amandy Basię zdradza i para się rozstała. Minęło parę samotnych lat, kiedy Basia poznała w pracy pewnego Greka, mężczyznę dobrego i troskliwego, z którym Basia zaszła w ciążę i urodziła mu córkę Eleonorę. Niestety i on okazał się człowiekiem podłym. Któregoś dnia rzucił sie na Basię i zaczął ją dusić, ta wezwała policję, Grek został aresztowany, a Basia znów została sama. Jednak i tym razem koło fortuny okazało się dla Basi szczęśliwe, bo pojawił się przy niej mężczyzna wręcz doskonały, któremu Basia wreszcie mogła zaufać. No i niestety również tym razemszczęśćie trwało krótką chwilę. Okazało się że jej nowy partner to bezwzględny homoseksualista, działający na szeroką skalę w Internecie. Gdyby ktoś miał jakieś pytania, trzeba nam wiedzieć, że w Australii Internet był już powszechnie stosowany w latach 80.
      Pod koniec lat 80 Basia wraz ze swoimi córkami przyleciała do Polski i zaprowadziła je do parku, w którym kiedy była jeszcze młodą dziewczyną spotykała się z Wojtkiem. I proszę sobie wyobhrazić, że nagle ujrzała, że na ich ulubionej ławce siędzi nie kto inny jak Wojtek. Zaprosił więc Wojtek dawną miłość do swojego mieszkania w Oliwie, gdzie wciąż mieszkał ze swoją mamą. Para wyjaśniła sobie przeszłość i miłość wróciła.
Znów czas na Basię we własnej osobie:
     Przełom lat 80. i 90. był niezwykły. Upadała komuna. Scorpionsi śpiewali o ‘dzieciach jutra, które marzą o wietrze zmian…’. W ich ‘Wind of Change’, które powstało już po zwycięstwie Solidarności, pobrzmiewają nasze nadzieje z tamtego czasu. W Gdańsku czuło się ten wiatr zmian. Wydawało się, że wszystko jest możliwe. Zakochaliśmy się wtedy z Wojtkiem w sobie na nowo. Ponieważ miał problemy z alkoholem, postawiłam warunek: jeżeli nie pójdzie na leczenie, to za niego nie wyjdę. Nie zrobiłabym tego, żebym nie wiem jak go kochała. Miałam ojca alkoholika, dlatego nie wyjdę za alkoholika. Wojtek poszedł na odwyk i rzeczywiście przestał pić. Pobraliśmy się w 1993 roku. Zdecydowaliśmy, że polecimy z dziewczynkami do Australii, by mogły tam dokończyć szkołę”.
      I wtedy to Basia zaczęła się interesować sztuką i kulturą aborygeńską. Posłuchajmy, jak to się zaczęło:
Chciałam zrozumieć, co jest siłą tych niesamowitych malowideł, dlaczego są na nich kółka i kropki, białe szkielety na czarnym tle, dlaczego wszystko jest takie „patyczkowe”, jak ja to mówię. Gdy pytałam o to Aborygenów, twierdzili, że Australia tak wygląda z lotu ptaka. Odpowiadałam: ‘Ale przecież setki lat temu nikt nie latał samolotami. Nie mogliście wiedzieć, że ona tak wygląda z powietrza’. Oni na to, że potrafią wejść w stan oddzielenia od swojej duszy i widzieć wszystko z lotu ptaka. Poza tym inspirują ich zmarli. Porozumiewają się z nimi i przelewają na płótno (a we wcześniejszych wiekach na korę lub na kamienie w jaskiniach) to, co tamci widzą. Sami robią farby z kwiatów, gałęzi i innych darów natury. Zafascynowana ich wizjami zaczęłam malować. Potrafię zrozumieć aborygeńską sztukę, ale nie potrafię tego wypowiedzieć. Wszyscy w tym nurcie malują w podobny sposób: żółw zawsze oznacza miłość, żmija – początek życia, jaszczur – powodzenie w różnych przedsięwzięciach”.
      Po pewnym czasie zainteresowanie przekształciło w pasję i Basia postanowiła zostać artystką. Ponieważ jej obrazy wywołały w środowisku wielkie zainteresowanie, postanowiła wrócić z Wojtkiem i córeczkami do Polski i otworzyć galerię sztuki aborygeńskiej. Gdy wszystko rozwijało się pomyślnie,  nadszedł rok 2000, kiedy to okazało się, że Basia ma bardzo złośliwego czerniaka, który po pewnym czasie zaczął dawać przerzuty i wszystko w tym momencie się skończyło. Córka Basi nie dostała się na studia plastyczne, Wojtek znów zaczął pić, w dodatku po wydaniu ostatniej złotówki z zaoszczędzonych 60 tysięcy złotych, prowadzący leczenie Basi profesor poinformował, ją że skoro „życie nie jest dla niej warte dopłaty”, będą musieli się pożegnać i Basia zmuszona została do przerwania leczenia. Wracała z rozmowy z profesorem płacząc i w tym momencie ktoś ją klepnął w ramię, i usłyszała słowa „Hi, Barbara”. Odwróciła się i zobaczyła swojego serdecznego kolegę, wykładowcę na Uniwersytecie Gdańskim, któremu kiedyś wyświadczyła tę przysługę, że przygotowała jego studentów do egzaminów językowych. Poskarżyła się więc Basia swojemu koledze na swoją trudną sytuację, a jego ogarnęło takie współczucie, że nie dość że kupił Basi bilet na samolot to Australii, to jeszcze  załatwił jej tam pracę w szkole dla Aborygenów.
      Ponownie posłuchajmy opowieści Basi:
      W tym okresie, gdy uczyłam dzieci Aborygenów pod Hedland, przeszłam wtajemniczenie w ten fascynujący świat. Aborygeni przeważnie nie tolerują białych ludzi, bo oni na siłę chcą zmienić ich odwieczne przyzwyczajenia. Stawiają im domy, w których jest światło, gaz, łóżka, a ci wynoszą materace na zewnątrz i śpią pod gołym niebem. Nie chcą zmieniać swojego sposobu życia. Biały człowiek często tego nie rozumie, narzuca im swój styl myślenia. Dlatego Aborygeni są nieufni, ostrożni. Ja bardzo szanowałam ich odrębność. No i byłam sobą, nie udawałam. Szczerze się angażowałam. Może dlatego z czasem zaczęłam być przyjmowana jak członek rodziny. Kiedy malowali patykami, mogłam siedzieć godzinami i patrzeć, jak to robią. Kiedyś dziewięćdziesięcioletni Aborygen zaproponował, że pokaże mi malowidła sprzed 60 000 lat w pobliskiej jaskini. Odpowiedziałam, że nie. Na co on, że w pobliżu jest jedna jaskinia, o której istnieniu nie wiedzą biali ludzie. Bardzo się ucieszyłam. Najpierw musieli mnie jeszcze zaakceptować ich zmarli przodkowie, a kiedy okazało się, że moja aura jest wyrazem ich akceptacji, po odpowiedniej ceremonii mogłam tam pójść. Do jaskini odprowadzało nas wielu członków plemienia. W środku starzec wziął mnie za rękę i zaczął pokazywać malowidła naścienne. Nie potrafię opisać uczucia, które mi towarzyszyło. To było dotykanie sacrum. Po tej wizycie moja więź z mieszkańcami tego rezerwatu była jeszcze mocniejsza”.
      Basia nie powiedziała Aborygenom, że choruje, jednak, jak się okazało, mówić tego nie musiała. Oni sami to wiedzieli doskonale. I oto, kiedy już przyszedł czas pożegnania, na lotnisku zebrała się grupa Aborygenów z dzidami i zaczęli wydawać dziwne dźwięki, po czym najstarszy z nich pocałował Basię w policzek i powiedział: „Ten rak odejdzie, zobaczysz. Nasze modlitwy poskutkują”. Oczywiście Basia zapytała go, skąd on to wie, a on jej odpowiedział, że o jej chorobie powiedzieli mu zmarli przodkowie.
      Basia wyjechała do Perth i została przyjęta do szpitala. Pojawiały się kolejne przerzuty i kolejne operacje, a tymczasem za Basią do Australii przyjechał Wojtek. Niestety wciąż pił i wszelkie zarobione pieniądze przepijał, przez co, żeby sprowadzić do siebie pozostawione w Polsce córeczki, Basia zaczęła malować drewniane naczyńka i sprzedawać na rynku. By zająć dobre miejsce, musiała być na targu z naczyńskami o trzeciej rano, a w związku z tym każdego wieczoru musiała wychodzić ze szpitala o 21 i iść pieszo 28 kilometrów. Któregoś wieczoru, zanim wyszła na conocną wędrówkę, lekarka która przepisywała Basi tabletki na uspokojenie, zapytała, czemu ona jest taka smutna. Basia opowiedziała jej swoją historię kończąc informacją, że zostawiła w Polsce swoje córeczki, bardzo za nimi tęskni, chciałaby je sprowadzić do siebie, ale nie ma pieniędzy. Następnego dnia, kiedy wróciła do szpitala, lekarka wręczyła Basi kopertę z biletem na samolot dla jej młodszej córki, mówiąc, że „ona i jej mąż są lekarzami, zarabiają 10 tysięcy dolarów tygodniowo”, więc dla nich taki bilet to żaden wydatek.
       Tymczasem Wojtka, który praktycznie żywił się jedynie alkoholem w każdej możliwej postaci, zaatakował rak trzustki i para się rozstała ponownie, z tym zastrzeżeniem, że Basia do niego wróci, kiedy ten przestanie pić i pójdzie na studia. Jak sobie zażyczyła, tak też się stało. Wojtek rozpoczął studia kryminalistyczne, kończąc je z wyróżnieniem. Niestety krótko potem zmarł z powodu cukrzycy.
       Ostateczny zwrot w życiu Basi nastąpił, kiedy do Australii przybył nieżyjący dziś już ksiądz Jan Kaczkowski i już po chwili stał się wielkim przyjacielem i powiernikiem Basi, sprawiając że Basia w wieku 60 lat po raz pierwszy w życiu przystąpiła do Sakramentu Pokuty oraz przyjęła Komunię Świętą, ale dla którego również i Basia stała się źródłem Nowej Wiary i Drogą Zbawienia. Jak zaświadcza sama Basia, ich niezwykłe relacje uzyskały wymiar wręcz transcendentny, kiedy Basia zamówiła u pewnego aborygeńskiego artysty malarza obraz namalowany wedle jej projektu, który okazał się tak niezwykły, że ludzie, którzy go dotknęli, doznawali uzdrowień, duchowych, ale również i fizycznych. Ale też, wedle osobistego świadectwa Basi, w pewnym momencie wspomniany ksiądz Kaczkowski wypowiedział do niej następujące słowa: „Wierzę w to głęboko, że gdyby Chrystus był kobietą, to miałby twoją twarz”.
        Dziś Basia jest znów w Polsce, czekając aż urzędnicy Episkopatu zechcą się z nią umówić i wysłuchać jej świadectwa o tym, jak to, kiedy była jeszcze małą dziewczynką, była wielokrotnie zgwałcona przez księdza Henryka Jankowskiego. 
        Ktoś spyta mnie teraz, skąd ja to wszystko wiem. Otóż ja to wiem z dwóch źródeł: przede wszystkim z osobistej relacji Basi w piśmie „Więź”, TU, ale też oczywiście z wywiadu, jakiego w tych dniach Barbara Borowiecka udzieliła telewizji TVN24. Barbara Borowiecka – główny świadek oskarżenia w sprawie pedofilii w Kościele Katolickim.
       Polecam.


   

czwartek, 16 maja 2019

Adam Michnik, człowiek o pewnej swobodzie


      Wczorajszy dzień minął nam na roztrząsaniu zdarzenia, podczas którego w Tel Avivie jakiś Żyd opluł ambasadora Magierowskiego, następnie został aresztowany, jednak już po krótkiej chwili miejscowy sąd go odesłał do domu. Stało się tak, ponieważ, wedle zeznań samego zainteresowanego, on przede wszystkim nie wiedział, że ma do czynienia z ambasadorem Rzeczpospolitej, no a poza tym się zdenerwował, bo ten, przejeżdżając swoim autem, na niego zatrąbił. W tej sytuacji Żyd podszedł do samochodu ambasadora, otworzył drzwi i, tak jak to zwykle robi w tego typu sytuacjach, go opluł.
       Liberalne media oczywiście sprawę bagatelizują – co mnie nie dziwi – natomiast – i to już mnie dziwi bardzo – tak zwani „nasi” okropnie się podniecają myślą, że oto Żyd opluł polskiego ambasadora i świat milczy, podczas gdy w odwrotnej sytuacji już dziś Donald Trump, uruchamiając naturalnie potężną lawinę, niewątpliwie odwołałby wizytę prezydenta Dudy w Waszyngtonie, a kto wie, czy premier Morawiecki nie musiałby sięgnąć po jakieś skrywane dotychczas rezerwy budżetowe.
       A ja sobie przypominam, jak jeszcze w późnym PRL-u, kiedy jeszcze normalny człowiek nie znał słowa „Holocaust”, w „Tygodniku Powszechnym” ukazał się tekst na temat tego czegoś, gdzie jego autor tłumaczył, że tu nie chodzi ani o zwykłą nazwę, ani o historyczny fakt, ani nawet o jedną z lokalnych idei, ale o coś, czego zwykły nie-Żyd nie jest w stanie pojąć. I kropka. Koniec. Szlus. Od tego więc czasu, mój stosunek do kwestii żydowskiej oscyluje pomiędzy szacunkiem, jaki się ma w stosunku do wszystkiego, co nieogarnione, a zwykłym splunięciem, a więc nieuchronnym efektem obcowania z owym nieogarnionym. Jednocześnie jednak, kiedy tylko pojawia się jakakolwiek kontrowersja – a tu mamy do czynienia z oczywistą kontrowersją – ostatnią rzeczą, jaka mi przychodzi do głowy, jest wpisywanie się w dyskusję, gdzie pierwszym argumentem jest pytanie „A co by było gdyby?” Otóż nie ma żadnego „gdyby”. Mieliśmy Holocaust i ktoś kto tego nie rozumie – a to, że tego nie rozumie, jest oczywiste – ma siedzieć cicho i czekać na instrukcje.
      W tej zatem sytuacji, pozwolę sobie, jak mówię, pierwszy temat dnia sobie zlekceważyć i przejść do kolejnego, moim zdaniem o wiele bardziej dla nas przystępnego. Otóż proszę sobie wyobrazić, że obok Donalda Tuska, tegoroczną nagrodę Człowieka Roku „Gazeta Wyborcza” przyznała Barbarze Engelking. Kim jest Barbara Engelking? Otóż ona publicznie funkcjonuje w dwóch odsłonach: pierwszej, jako była żona Michała Boniego, a druga, jako autorka książki, gdzie zostało powiedziane, że Polacy zamordowali więcej Żydów niż Niemcy. O co chodzi? Otóż odbierając ową nagrodę, Barbara Engelking się przejęzyczyła i – dwukrotnie – zamiast powiedzieć „Gazeta Wyborcza”, powiedziała „Gazeta Żydowska”. Z tego co możemy obejrzeć w telewizji wynika, że ani Adam Michnik ani Donald Tusk się tą omyłką szczególnie nie przejęli, wręcz przeciwnie, ona ich autentycznie rozbawiła, natomiast to co nas moim zdaniem powinno zdecydowanie bardziej zainteresować, to nie tyle reakcja prawicowych mediów – bezlitośnie szydercza – co to, co nastąpiło potem, a co owe media, jak to one, najwyraźniej potraktowały ze zwykłą dla siebie gnuśnością.
       A proszę sobie wyobrazić, że kiedy już zamilkł perlisty śmiech zgromadzonej w sali publiczności, a Engelking pozornie doszła do siebie, padły słowa kolejne:
      Nie wiem czy państwo wiedzą, że ‘Gazeta Żydowska’ to był taki periodyk, wydawany podczas wojny dla wszystkich Żydów w Generalnej Guberni.  Niezwykle ciekawe źródło historyczne, bezcenne, pełne ciekawych informacji, ciągle nie dość jeszcze używane przez badaczy Zagłady. To jest moje naturalne środowisko, ale bardziej moim naturalnym środowiskiem jest ‘Gazeta Wyborcza’, której jestem czytelniczką od pierwszego numeru”.
       Jako ktoś, kto lubi mieć pojęcie o rzeczach dotychczas przed nim skrywanych, sprawdziłem, co to takiego ów „bezcenny, pełen ciekawych informacji periodyk”, stanowiący dla Barbary Engelking „środowisko naturalne”. I oto co znalazłem. Gdyby ktoś mi zarzucał nierzetelność, informuję, że jesteśmy na stronie pod nazwą jewish.krakow.pl, a tam następująca informacja:
      ‘Gazeta Żydowska’ była jednym z dwóch ukazujących się legalnie czasopism wydawanych dla Żydów w czasie drugiej wojny światowej, od 23 lipca 1940 do 28 sierpnia 1942 (dwa-trzy razy w tygodniu). Redakcja mieściła się w Krakowie i Warszawie, ale dystrybucja odbywała się na terenie całego Generalnego Gubernatorstwa. Gazeta ta była narzędziem niemieckiej propagandy, jednak żydowscy autorzy mieli pewną swobodę w zakresie tekstów o kulturze i życiu społecznym”.
       A zatem już wiemy, jak wygląda owo „naturalne środowisko” Barbary Engelking, Człowieka Roku „Gazety Wyborczej”. To już wiemy. W tym momencie ktoś mi powie, żebym nie manipulował, bo tu jak byk stoi napisane, że „Gazeta Żydowska” miała „pewną swobodę”. A ja oczywiście bardzo chętnie przyznam, że ja ową wolność uznaję i szanuję, a nawet chętnie przyznaję, że „Gazeta Wyborcza”, całkiem podobnie, również posiada bardzo znaczącą autonomię. Niedawno myłem okna i wszystko sprawdziłem osobiście.



Zachęcam oczywiście do kupowania moich książek. Najprościej jest kliknąć w obrazek tuż obok i jesteśmy w domu. Oczywiście część z nich już jest nieaktywna, co oznacza, że tytuł się sprzedał, natomiast reszta wciąż jak najbardziej jest w ofercie księgarni basnjakniedzwiedz.pl. Oczywiście, zawsze można pisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.

środa, 15 maja 2019

O błękitnym turbodoładowywaniu i palącym smaku Hostii


W ostatnich dniach, zdominowanych jak wiemy przez dyskusję na temat filmu Tomasza Sekielskiego o kilku księżach pedofilach, zaciekawiło mnie parę rzeczy, z których jedna wywołała refleksje zupełnie osobne. Otóż po tym jak we wspomnianym filmie pojawiła się postać księdza Cybuli, wszystkie moje dzieci kolejno zwróciły się do mnie najpierw z pytaniem, czy ja wiedziałem wcześniej, kto to taki ten Cybula, a następnie, czy ja wiedziałem, jakie to z niego ziółko. I, powiem uczciwie, że byłem pod wrażeniem. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsze czasy mają to do siebie, że bohaterem mediów można być zaledwie przez jeden, czy góra kilka dni, jednak akurat po moich dzieciach tego rodzaju beztroski bym się nie spodziewał. One zdecydowanie trzymają rękę na pulsie, bardziej niż ktokolwiek inny z ich pokolenia wiedzą co, kto, gdzie i dlaczego, a tu nagle okazuje się, że nazwisko Cybula w tym całym chaosie pozostało dla nich zupełnie obce. W tej sytuacji postanowiłem, że po raz kolejny z rzędu pozwolę sobie przypomnieć swój jedyny tekst, dziś już niemal dokładnie sprzed 7 lat, o księdzu Cybuli właśnie. Bo, jakkolwiek by nie było wiadomością porażającą to co nam powiedział w swoim filmie Sekielski, problem księdza Cybuli jest znacznie znacznie głębszy i warto by było jednak o tym, szczególnie dziś, pamiętać. A zatem, bardzo proszę.

      Gdyby ktoś mnie poprosił, bym jak najkrócej opisał swoje najbardziej istotne wspomnienie jak idzie o prezydenturę Lecha Wałęsy, prawdopodobnie powiedziałbym, że wciąż mi chodzi po głowie ów obraz, kiedy to widzę prezydencką kaplicę, za ołtarzem stoi ksiądz Franciszek Cybula, w pierwszym rzędzie siedzą Wałęsa i Wachowski, gdzieś trochę dalej Drzycimski, a obok Drzycimskiego któryś z wezwanych na poranne przesłuchanie ministrów.
Ktoś kto jest zbyt młody, by te czasy pamiętać – dziś pytałem o to Coryllusa, i on przyznał, że nie bardzo wie, o czym ja w ogóle mówię – prawdopodobnie czyta te słowa jak jakąś abstrakcję, natomiast dla mnie jest to wciąż bardzo żywe wspomnienie. Spróbuję bardzo krotko opowiedzieć, o co chodziło. Otóż prezydent Wałęsa miał tego swojego kapelana – księdza Franciszka Cybulę, swojego najważniejszego ministra – Mieczysława Wachowskiego i rzecznika prasowego – Andrzeja Drzycimskiego. O ile sytuacja nie wymagała tego, by Wałęsie towarzyszył tylko Wachowski, cała ta czwórka wszędzie poruszała się razem. Wałęsa, tych dwóch, no i ksiądz. Skąd ja wiem, jak wyglądało w tej kaplicy? Otóż zwyczaj był taki, że każdego dnia, z samego rana, Wałęsa wzywał do siebie któregoś z ministrów, czy szefów którejś z państwowych instytucji, opieprzał go za to, że źle pracuje, a wszystko to nagrywała specjalna ekipa, zatrudniona przez Wałęsę po to, by rejestrować każdy jego krok. Następnie materiał był puszczany w wieczornych wiadomościach.
Zanim jednak dochodziło do bezpośredniego spotkania z ministrem, wszyscy schodzili na dół do kaplicy, i uczestniczyli w porannej Mszy Świętej. To o tych właśnie nabożeństwach swego czasu wspominał Mieczyslaw Wachowski, opowiadając, jak to on je bardzo lubi, bo może wtedy sobie „pojeść komunię”. Wspomniane Msze również były filmowane, a następnie, choćby w drobnym fragmencie, pokazywane w telewizji. Żeby każdy wiedział, że Lech Wałęsa, to człowiek bardzo religijny.
Powiem szczerze, że dla mnie zawsze największą zagadką z tej grupy był ksiądz Cybula – oficjalny kapelan Lecha Wałęsy. Przede wszystkim dlatego, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak to się stało, że on był przy Wałęsie zawsze. Wałęsa spotykał się w jakiejś bardzo oficjalnej sytuacji z kimś równie oficjalnym, a obok Wałęsy już był ksiądz Cybula, i go nie opuszczał nawet na krok. Ale było coś jeszcze. Ksiądz Cybula nigdy chyba się nie odezwał. Z nim nigdy nie ukazał się żaden wywiad, żadna choćby króciutka rozmowa. Ja przez te wszystkie lata, chyba nawet nie zdążyłem się zorientować, jaki ten ksiądz ma w ogóle głos. To jedno. Druga rzecz była taka, że on robił wrażenie osoby wręcz karykaturalnie niesympatycznej. Nigdy się nie uśmiechał, nigdy nie spojrzał z jakimś weselszym błyskiem w oku. Był wiecznie ponury i zimny jak skała. A przez to, że siłą rzeczy kojarzył się bardziej z urzędem niż z kościołem, robił wrażenie przebranego za księdza urzędnika. I ja, powiem szczerze, zawsze się go bałem.
Oczywiście, była jeszcze cała ta polityczna część prezydentury Wałęsy, a więc prześladowanie opozycji, kwestie związków Wałęsy ze służbami, ten nieszczęsny Wachowski, o którym powstawały wręcz legendy. A na tym tle postać księdza Cybuli robiła wrażenie jeszcze bardziej złowieszcze.
Ponieważ właśnie jestem w trakcie pisanie tej nowej książki, potrzebowałem w pewnym momencie poszukać czegoś na temat dzisiejszych losów księdza Franciszka Cybuli, byłego kapelana prezydenta Wałęsy. Niestety tu akurat panuje dość jednoznaczna nędza. Co dziś robi ksiądz Cybula – nie wiadomo. Najbliżej jak udało mi się sięgnąć, to wywiad, jakiego on udzielił portalowi Opoka jeszcze w roku 2009, zatytułowany „Jestem zwykłym księdzem”, w którym opowiada on, że pracuje gdzieś na jakiejś parafii w Sopocie no i że dla niego wzorem księdza jest ksiądz Wojtyła. Ale są też i wspomnienia. I oto, ksiądz Cybula poproszony o wyjaśnienie, czemu on stał się w praktyce kolejnym prezydenckim urzędnikiem, odpowiada w ten oto sposób:„Prezydent chciał, abym był z nim wszędzie, nawet na konferencjach prasowych. Buntowałem się, nie chciałem w nich uczestniczyć. – Szefie, to jest źle odbierane – przekonywałem. A on: chcę mieć zawsze duchowe wsparcie.
Przed jednym z prestiżowych spotkań powiedział mi: nie mam dziś weny. Ja na to: włączam więc turbodoładowanie niebieskie. Zacząłem się modlić. Przerwałem modlitwę, gdy otrzymywał owacje na stojąco. Połączenie sił duchowych z jego intuicją, oryginalnym podejściem do wielu spaw, dawało efekty zaskakujące. Gdy rozmawiałem o tym z prof. Franciszkiem Gruczą, językoznawcą, germanistą, mówił o nim, on i jego koledzy po fachu: Das ist eine politische Tier – to jest polityczne zwierzę”.
Trochę przydługi ten cytat i wcale nie wiem, czy w całości potrzebny. Bo tak naprawdę chodzi mi tylko o jeden fragment. Mianowicie o tego „Szefa”. Dla mnie świadomość, że kapelan prezydenta Wałęsy zwracał się do niego per „Szefie” jest autentycznie porażająca. Proszę zrozumieć, o co mi chodzi. Ksiądz Cybula zwraca się do Wałęsy, by go ze sobą wszędzie nie ciągał, bo to jest publicznie źle odbierane, na co Wałęsa mu tłumaczy, że mowy nie ma, bez dyskusji, ksiądz ma być i kropka! Na co Cybula – jakoś tym razem, słowo „ksiądz” mi nie przeszło przez gardło – prosi, „Ale, Szefie!”, na co Wałęsa: „A co z niebieskim tubodoładowaniem?” No i sprawa załatwiona.
Franciszek Cybula w wywiadzie dla Opoki nie wspomina, jak się do niego zwracał Wałęsa. W ogóle, mało już mówi. Tym bardziej też nie opowiada, jak wyglądała na przykład taka spowiedź, i czy, kiedy on karmił Wachowskiego opłatkami, to Wachowski był wyspowiadany, czy mówił Księdzu, żeby dawał tę komunię i nie robił cyrku. No i, może nie mniej ważne – czy on do Wachowskiego też się zwracał per „Szefie”?
Myślę o tej całej przedziwnej sytuacji, i nie mogę przestać myśleć, że oto mamy za sobą 2000 lat Kościoła, a ksiądz Franciszek Cybula jest jednym z tego Kościoła kapłanów. Że być może, teraz, kiedy ja pisze ten tekst, on tam siedzi na tej swojej sopockiej parafii i wspomina, jak to miał kiedyś swego szefa. Nie jakiegoś proboszcza, biskupa, czy papieża, a może nawet i bezpośrednio Jezusa Zmartwychwstałego, ale samego Lecha Wałęsę.
I nagle przychodzi mi do głowy myśl taka oto, że, jak nam wiadomo, minister Wachowski to był z pewnością wesoły człowiek. I czy w tej sytuacji nie jest przypadkiem możliwe, że ta spowiedź, nad którą przez chwilę się tak zadumałem, nie wyglądała tak, że to Cybula przychodził do Wachowskiego, który – już najedzony tymi komuniami – siedział sobie w konfesjonale, a Cybula klękał i mówił „Ostatni raz spowiadałem się wczoraj rano”?
Na co Wałęsa odwracał się od telewizora i krzyczał do swojego duchowego przewodnika: „Ciszej tam, bo za cholerę nic nie słychać!”

Autorem tego pięknego ujęcia jest pan Andrzej Iwańczuk


Przypominam, że w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl są do kupienia moje książki. Nie wszystkie oczywiście, bo część poszła już w lud, ale i tak warto zajrzeć. Polecam serdecznie.


wtorek, 14 maja 2019

Zabić Gila, czyli powrót do przyszłości


Plan był taki, by dziś dać nieco od siebie odpocząć, jednak właśnie zobaczyłem, że tu na blogu pokazał się komentarz Czytelnika, w którym ten pochwalił moją wczorajszą notkę i przy tym wspomniał tekst sprzed sześciu już lat, w którym zwróciłem uwagę na lincz, jakiego dokonano na zapomnianym już oczywiście przez świat księdzu Wojciechu Gilu. Nie wiem, co się dziś dzieje z Księdzem, domyślam się, że wciąż odsiaduje wyrok i oczywiście nie zdziwię się, jeśli za ileś tam lat okaże się, że mieliśmy do czynienia z ciężką prowokacją, a Ksiądz jest całkowicie niewinny. Nie pierwszy, jak wiemy, i nie ostatni.
A zatem, odświeżmy sobie pamięć i, proszę, trzymajmy się foteli.

      No i kiedy wydawało się, że kłamstwo ostatecznie i nieodwołanie tryumfuje, wszystko się popruło, i z tak starannie szytej intrygi nie została nawet jedna nitka. Portal TVN24, a jak się domyślam, również telewizja, opublikował wiadomość, że oto w komputerze księdza Gila znaleziono materiały pornograficzne o tak niewyobrażalnej drastyczności, i w tak niewyobrażalnych ilościach, że prawdopodobnie mamy do czynienia z rekordem świata. Czytamy te rewelacje, a tymczasem ksiądz Gil siedzi w swojej wiosce u rodziców i powtarza, że jest całkowicie niewinny, a wszystkie medialne doniesienia to wynik ciężkiej i okrutnej prowokacji.
Dlaczego uważam, że dzisiejszy tekst w TVN24 to gwóźdź do trumny tego niebywałego przekazu? Otóż po raz nie wiadomo który, wszystko się zaczyna i kończy na starej, sprawdzonej zasadzie: Co za dużo, to niezdrowo. Ja rozumiem, że przychodzi jakieś biedne dominikańskie dziecko i mówi, że ksiądz Gil je obmacywał za cukierki, a potem w komputerze księdza śledczy znajdują dziesięć, sto, niech będzie i pięćset zdjęć rozebranych małych chłopców. Ja bym to przyjął. Zdarza się. Nawet wśród księży. Nawet wśród nauczycieli. Co ja mówię nauczycieli? Nawet wśród ministrów rządu i sędziów. Natomiast, kiedy ja czytam o tych 86 tysiącach zdjęć, o tym nielegalnym pistolecie, o tych jakiś prochach, które znaleziono u niego na plebanii, to… przepraszam bardzo, ale ja mam już prawie 60 lat i mnie nie można robić w durnia ot tak sobie.
Jest sobie ten ksiądz na dalekiej Dominikanie, od wielu lat gwałci te dzieci, grozi im bronią, terroryzuje całą okolicę, w pewnym momencie wyjeżdża na wakacje do Polski, i nagle po miesiącu okazuje się, że któreś z tych umęczonych przez niego dzieci idzie na policję i wszystko ujawnia. A cóż takiego się stało, że po tylu latach ta zmowa milczenia została przerwana? To tylu lat trzeba było, żeby specjaliści od pornografii dziecięcej wpadli na te 86 tysięcy zdjęć w komputerze jednego księdza? 86 tysięcy??? Jak w ogóle można być tak bezczelnym?
Oglądam fragment rozmowy z księdzem Gilem dla TVP. Dziennikarz po raz dziesiąty patrzy księdzu prosto w oczy i po raz dziesiąty zadaje to samo pytanie: „Czy ksiądz molestował te dzieci?” Na to ksiądz – również po raz dziesiąty – odpowiada: „Nie”. I następuje znacząca cisza, podczas której dziennikarz przebija księdza swoim dziennikarskim okiem, a my już wiemy wszystko. Molestował, pieprzony klecha.
86 tysięcy wstrząsających, najbardziej brutalnych zdjęć z dziecięcą pornografią. Jestem pod wrażeniem. Ta Dominikana to musi być fantastyczne miejsce. Mam nadzieję, że ksiądz Gil tam już w życiu nie postawi swojej stopy. Natomiast tych wszystkich tak zwanych dziennikarzy, którzy wzięli w tym udział gorąco zachęcam. Tam są z całą pewnością też małe dziewczynki. Zróbcie sobie wakacje. Mogą się wam spodobać. Zasłużyliście sobie.



I to tyle. Więcej mi się już gadać nie chce.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...