środa, 14 lipca 2010

Przyszli ludzie z drzewem



Syn mój, jak może niektórzy się orientują, spędza cały swój wolny czas w sieci. Tak ma i nic na to nie mogę poradzić. Muszę jednak od razu przyznać uczciwie, że to co ona tam wyprawia, przynajmniej na tyle na ile mi wiadomo, nie niesie w sobie nic szczególnie niepokojącego. Myślę nawet, że można by było się pokusić o tezę taką, że ona tam zdobywa wiedzę. Co to za wiedza i jaki z niej pożytek, to już inna sprawa, ale ponieważ skutkiem tego co do niego stamtąd dociera, jeszcze nie zaczął się upijać i chuliganić, a nawet nie wydaje moich pieniędzy na papierosy, myślę sobie, że jakoś ten czas przeżyjemy.
Napisałem, że nie mam szczególnego zaufania do wiedzy, którą młodszy Toyah czerpie z Internetu, jednak nie mogę przy tym nie przyznać, że czasem – owszem – nawet i ja coś z niej mam. A skoro i ja, to mam nadzieję, że i skorzystają na niej i czytelnicy tego bloga. Otóż wczoraj właśnie dowiedziałem się od mojego syna, że na głównej stronie portalu, który jest na tyle znany, że i ja nawet o nim słyszałem, mianowicie czegoś co się nazywa Joe Monster, ukazał się zapis prowokacji, której wobec Radia Maryja dokonał pewien wrażliwy słuchacz. Prowokacja jak prowokacja. Zwykły numer, na który decydują się ci, którzy Radia Maryja nienawidzą do tego stopnia, że nie potrafią spokojnie zająć się czymkolwiek innym, jak tylko nastawianiem ucha, co tam się mówi, a jednocześnie cały czas coś ich kusi, żeby tam zadzwonić i spłatać figla prowadzącemu księdzu. Jaka prowokacja taki figiel. Ponieważ wiadomo, że tam zadzwonić może każdy i że przed wejściem na antenę nikt nie będzie sprawdzał niczyich poglądów i intencji, szczególnie nakręceni żartownisie dzwonią tam i po usłyszeniu początkowego i uspokajającego „szczęść Boże” szybko mówią coś w ich pojęciu drastycznego, i jeszcze szybciej odkładają słuchawkę. Tak jak mówiłem – prowokacja taka jak figiel, którego urodziła.
Z zapisu prezentowanego na głównej stronie Joe Monstera wiemy, że tym razem jakiś Europejczyk zadzwonił do księdza i po chytrym „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Zawsze Dziewica”, powiedział ni mniej ni więcej tylko coś takiego: „Ja a propos tego spotu Jarosława Kaczyńskiego, gdzie on z młodzieżą sadzi jakieś tam drzewa. Mam nadzieję, że on skończy tak jak jego brat, czyli tam gdzie jego miejsce – na drzewie”. Koniec. Tyle. Tu figiel się kończy http://www.joemonster.org/filmy/26738/Telefon_do_Radia_Maryja
Tu się kończy figiel, a zaczyna polityka. Portal Joe Monster postanowił tę rozmowę, prawdopodobnie umieszczoną tam przez samego pomysłodawcę, nagrodzić miejscem na podium, a więc na swojej głównej stronie. Domyślam się, że cel był dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim chodziło o to, by sobie się pośmiać z Radia Maryja, że tacy niby mądrzy, a tak fatalnie się dali nabrać, ale również – i co może, jak należy wnioskować z tonu dziesiątek komentarzy umieszczonych pod owym żartem, jeszcze istotniejsze – strzelić w łeb Jarosławowi Kaczyńskiemu. I to zdzielić go tak, żeby to poczuł. A więc z dwóch stron – bezpośrednio na odlew, ale też i przez jego zmarłego na tamtym smoleńskim drzewie brata. Redakcja portalu najwyraźniej uznała, że dowcip jest na tyle przedni, że warto by go puścić w świat i tak go wyeksponować, żeby, oklejony z każdej strony odpowiednimi komentarzami, stworzył w ten sposób prawdziwe dzieło sztuki.
I oto wisi sobie ten króciutki, zaledwie półminutowy tekst dumnie na głównej stronie popularnego portalu, co ciekawe, ilustrowany zdjęciem rozradowanych wyborczym zwycięstwem Komorowskiego, Tuska i Sikorskiego, i budzi ze wszystkich stron salwy śmiechu. Śmiechu który znamy od wielu już lat, i który, mimo że w pewnym momencie robił wrażenie ostatecznie wygaszonego, odżył ostatnio ze zdwojoną energią i perlistością. Słyszymy ten śmiech, tak zdecydowanie autoryzowany jak najbardziej oficjalnym gestem oficjalnie funkcjonującego rozrywkowego portalu, i wiemy jedno. Że nawet nie mamy co próbować się obrażać. Nawet nie mamy co się nastawiać na jakiekolwiek formy protestu. Nie mamy co liczyć na zrozumienie ze strony tych, którzy mogliby tu coś w tej mierze zrobić. Dlaczego? Ano dlatego mianowicie, że tym wszystkim, do których moglibyśmy się udać z pretensjami, tak naprawdę ten żart, zarówno na poziomie formalnym jak i jeśli idzie o samą treść, niezwykle się podoba. Ci ludzie w gruncie rzeczy uważają, że pomysł, by kopiąc w Rydzyka przy okazji przyłożyć Kaczorowi jest i głęboki i słuszny. Więcej. Oni są głęboko przekonani, że postulat, by Jarosław Kaczyński dokończył swojego nędznego żywota, tak jak jego brat, na drzewie, jest i celny co do faktów, i równie też celnie jest sformułowany. Celnie, dowcipnie i bardzo inteligentnie.
W takich bowiem żyjemy czasach, że jedyne na co możemy liczyć, to to, że one jakimś cudem się skończą, tak samo jak zawsze kiedyś kończy się każde zło. A więc nie ma co się nastawiać na puste gesty. Ich jedynym efektem będzie w najlepszym wypadku to, że dowiemy się, że nie mamy poczucia humoru, a już szczególnie od czasu gdy Jarosław Kaczyński bezpardonowo i jakże niesprawiedliwie zaatakował skromnych, Bogu ducha winnych, internautów.

wtorek, 13 lipca 2010

O nienawiści niepokonanej



Pamiętam poranek 10 kwietnia bardzo dobrze. Wstałem wcześnie, żeby nie spóźnić się na uroczystości w Smoleńsku. Nie wiedziałem, o której to wszystko ma się zacząć, bo jak wiemy, dzień był planowany jako święto w dużym stopniu prywatne, a więc też media niechętnie informowały o planach na ten dzień. Wstałem więc wcześnie, ciekawy bardzo, jak to będzie wyglądało, co powie Prezydent, czy będą jakieś akcenty warte opisania… i wtedy zadzwonił do mnie mój brat i powiedział, że samolot z Prezydentem na pokładzie miał wypadek. Tylko tyle.
Mój brat ze swoimi poglądami i całą postawą, że tak powiem, społeczno-polityczną ,jest kimś, kto, gdyby tu zaczął komentować, zostałby w jednej chwili poproszony, żeby „wypierdalał”, a gdyby chciał powiedzieć choć jedno słowo jeszcze w starych czasach ‘salonowych’, zostałby bez dyskusji zbanowany. Taki jest. Kocham go do śmierci, ale taki jest. I na to nie ma rady. Zadzwonił więc do mnie i powiedział o tym wypadku. W jego głosie nie było ani satysfakcji, ani charakterystycznego napięcia, lecz wyłącznie uprzejma i łagodna troska. Dlaczego? Bo mój brat to dobry człowiek. Kiedy okazało się, że ten wypadek pociągnął za sobą śmierć 96 osób, a wśród tej rzezi znalazło też się ciało Przemysława Gosiewskiego, porozrywane na strzępy tak krwawe, że nie wiadomo nawet było, co zrobić z tym żałobnym strojem, który ci, których on osierocił wysłali do Rosji, mój brat był autentycznie wstrząśnięty. Wstrząśnięty i współczujący, bo wiedział, że to co się stało to dla nas nie byle co. Poprosił nas, żebyśmy przyszli na wizytę, a następnego dnia zaprosił nas na obiad do knajpy. Takie to były dni.
Mam też teścia, który, gdyby tylko wiedział, co to Internet, miał w domu komputer i pisywał tu komentarze, jako ‘starszy pan’ lub ‘głos rozsądku’, zostałby w jednej chwili potraktowany najgrubszym słowem i wyrzucony na zbity pysk. Jak go znam i wiem, co się kotłuje w jego głowie, wydaje mi się, że on by tu w tej szczególnej konkurencji, która nosi nazwę ‘wykopywanie taboretu’ zajął miejsce pierwsze, i w dodatku ze złotą wstęgą. Po katastrofie 10 kwietnia mój teść przeżywał bardzo ciężkie chwile. Ponieważ jest w gruncie rzeczy człowiekiem bardzo dobrym, a już przede wszystkim porządnym, przez kilka kolejnych dni zadręczał się w sposób niewyobrażalny. On wprawdzie nie należy do ludzi, którzy lubią sięgać głębiej niż dwa milimetry pod powierzchnię czegokolwiek, jednak mam wrażenie, że nawet on poczuł, że przesadził. Że nienawiść, którą stworzył na swój własny użytek, ostatecznie go oszukała i porzuciła jak zbędny bagaż.
Dziś, zarówno mój brat i mój teść są w dawnej, świetnej formie. A ja się zastanawiam, co ich tak uspokoiło? Co sprawiło, że oni żyją jak by nic się nie stało? No i przede wszystkim, czy ta rekonwalescencja trwała całe dwa miesiące i postępowała łagodnie, czy może w pewnym momencie stało się coś, co im kazało uznać, że jednak są w porządku i że nie należy nic ruszać? Uważam, że to postępowało skokowo. Pierwszy znak, że jednak jest dobrze i że można wrócić na stare upatrzone już pozycje, pojawił się, kiedy zapadła decyzja, że Prezydent zostanie pochowany na Wawelu. Każdy kto chce pamiętać, pamięta też każdy najbardziej dyskretny gest i każde najbardziej ściszone słowo, których w tamtych dniach doświadczaliśmy. Z Moskwy przylatywały trumny z fragmentami ciał pomordowanych w Smoleńsku, żołnierze prężyli się pięknie wśród biało-czerwonych sztandarów, ludzie palili świeczki i oblewali łzami te fotografie, chmury nad Polską niosły pieśni i modlitwy, a oni odzyskiwali dawną, czarną sprawność. To własnie wtedy nastąpiło pierwsze oczyszczenie. To właśnie wtedy, zarówno mój ukochany brat, jak i mój teść dostali bardzo jasny obraz. Że nienawiść jest dobra. Że nie trzeba się przejmować drobiazgami. Że nienawiść jest wręcz bardzo dobra.
A później wszystko poszło już zgrabnie i bardzo gładko. Wystarczyła seria kolejnych odpowiednio czytelnych przekazów, żeby nawet nie po miesiącu, nie pozostała nawet odrobina strachu. Z dzisiejszej perspektywy, widzimy bardzo wyraźnie, jak głupie i niepotrzebne było zaangażowanie Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego w Radiu Eska z tą tak pięknie ociekającą krwią rozbitego na drobne strzępy samolotu. Jak bardzo to było zbędne. Bo już wtedy i mój brat i mój teść i całe szeregi innych podniesionych na duchu uczestników tej kampanii, czy może tej operacji, nie potrzebowali nawet starych tekstów o Irasiadzie i Borubarze, by trwać na posterunku. A co dopiero jakiejś marnej piosenki. A zatem tu akurat System zdecydowanie przepłacił.
Myślę dziś, że te wszystkie dni, kiedy Janusz Palikot – dyskretnie, jak się wtedy wydawało, milczał – były przez niego akurat zaplanowane bardzo dobrze. Świat nie potrzebował jego słów. Słów, które, jak wiemy, są słowami specjalnymi, zarezerwowanymi na specjalne okazje. Nienawiść, dziś zregenerowana w pełni i kwitnąca jak nigdy być może wcześniej, radziła sobie świetnie bez jego udziału. Wystarczyło zaledwie parę drobnych, nawet nie szczególnie przemyślanych słów i obrazów, by ta cała czarna emocja, która przez tyle lat tak świetnie się czuła w sercach i duszach tak wielu, odrodziła się w dwójnasób. To wszystko odbyło się na jeden czy dwa gwizdki. A dziś już to tylko trwa, i czy to blog Palikota, czy wizyty Stefana Niesiołowskiego w telewizyjnym studio, mogą tu stanowić wyłącznie odpowiednią dla tej wiecznie tryumfującej nienawiści ozdobę.
Bo tak to zostało właśnie zorganizowane. Stworzono społeczeństwo takie jak wszystkie inne społeczeństwa. Pracujące od rana do nocy po to, by kiedy przyjdzie wieczór, pooglądać sobie telewizję, kiedy nadejdzie upragniona sobota, dłużej pospać i trochę nabrać sił, natomiast w niedzielę udać się na zakupy. Społeczeństwo właściwie wyłącznie z samymi obowiązkami i z paroma drobnymi przyjemnościami od święta. Ale też społeczeństwo w pewnym sensie inne. Mianowicie takie, które jeśli zabraknie poczucia sensu tego istnienia, zawsze się będzie mogło odwołać do czegoś niezniszczalnego, czegoś wiecznego, czegoś co zawsze, na każde zawołanie, może gwarantować chwilę prawdziwej emocji – a mianowicie nienawiść. Zimną i bezwzględną nienawiść, która da poczucie sensu samym aktorom. A przy okazji – ależ oczywiście, że tylko przy okazji – da władzę tym, którzy dla tej władzy i są stworzeni i wyznaczeni i na tę władzę w sposób naturalny zasługują.
Dziś to widzimy lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wydawałoby się, że tyle się zmieniło. Jeden prezydent został zabity. Drugi prezydent został wybrany. Świat wywinął koziołka, którego wielu nie zapomni już nigdy. Część stoi oniemiała, druga część zaciska zęby w zimnej satysfakcji, a nad tym wszystkim unosi się obłok szczerej i zwycięskiej nienawiści. I tak ma być. Ciekawe, że kiedykolwiek zdołał się narodzić człowiek, który był w stanie coś tak przemyślnego w swojej głowie wykształcić. Jeśli się nad tym zastanowić, to jest to wprost nie do uwierzenia. Doprowadzić do sytuacji gdzie coś tak podłego i niskiego jak nienawiść, uzyska tak nieprawdopodobnie twórczą moc. To naprawdę ciekawe. Czy to możliwe, że to tylko tak wygląda?
P.S. Ja nie chcę nikogo straszyć, ale fakty sa takie, że jeśli ten blog nie otrzyma odpowiedniego wsparcia, w sposób jak najbardziej naturalny będzie musiał przestać istnieć. Proszę jak najpokorniej o finansową pomoc. Ja już to wyjaśniałem. Ona mi nie da pisać. Ot tak! I ja tu nie mam nic do gadania..

poniedziałek, 12 lipca 2010

O pożytkach z posiadania rodziny



Jeśli przez dziesiątki lat żyjemy w rodzinie, musimy niekiedy dojść do wniosku, jakby to było pięknie choćby od czasu do czasu być tak zwanym singlem. W sobotę rano człowiek wstaje kiedy chce, nikt od niego nic nie chce, może chodzić po mieszkaniu w gaciach, je co chce, nie narażając się na to, że żona lub dzieci powiedzą mu, że na śniadanie tak jest niezdrowo. Może bezkarnie napić się piwa o 10 rano. W dodatku, ponieważ pieniądze można dzielić przez jeden, a nie przez pięć, może sobie pójść do knajpy na obiad, a wracając do domu kupić sobie flaszkę i ją wypić na spokojnie, słuchając głośno Dazed And Confused, albo coś równie inspirującego, wiedząc, że nikt nie powie za chwilę: „Wyłącz te ryki”. Jeśli chce się pójść na wizytę do kolegi, to się zakłada buty i idzie, nie pytając czy można i nie wyznaczając sobie godziny powrotu. Każdy kto ma to szczęście, by mieć rodzinę, zna tę gadkę na pamięć, a nawet potrafi do niej dodać dziesiątki innych jeszcze ciekawych obrazków.
Tak się jednak też składa, że każdy kto choć na chwilę zanurzy się w tym edenie, już po chwili wie, że tak się długo ciągnąć nie da i że z rodziną jest jak z demokracją. Uwiera jak kamyk w bucie, a z drugiej strony bez niej można już sobie tylko strzelić w łeb. No właśnie – demokracja. Część z nas nie miała jej przez znaczną część naszego życia i myślała o niej jak o zbawieniu. Kiedy przyszła, wystarczyło zaledwie parę lat, by zobaczyć, jak ona potrafi dać człowiekowi po kościach. Wystarczyło parę lat, by zacząć myśleć, że jeśli demokracja, wolność, swobody obywatelskie, dobrobyt, rynek i całe to gówno ma tak wyglądać, jak wygląda, to w tej sytuacji może byśmy poprosili o jakiś skromny wehikuł czasu. Może być nawet produkcji białoruskiej.
Dziś znów, kiedy się okazuje, że nawet ta niby-demokracja i ta niby-wolność była tylko chwilowa, że jej efektem stało się coś tak niewyobrażalnego jak skrytobójcze mordowanie prezydentów i najwyższych państwowych urzędników, a następnie tworzenie propagandowego kłamstwa na poziomie dotychczas nieznanym, i dalej fałszowanie rzekomo w pełni demokratycznych wyborów, znów stajemy pokorni i grzecznie prosimy, żeby jednak nam dać to co, jak się zdaje bezpowrotnie się przepoczwarzyło w ten obłęd. A więc, jakkolwiek by to brzmiało głupio i kliszowato, trzeba to powiedzieć, że jak zawsze wychodzi na to, że i tak źle i tak niedobrze.
Wróćmy do rodziny. Wczoraj pani Toyahowa w czasie niedzielnego obiadu spojrzała na mnie i wpadła w popłoch. Okazało się, że ona w moich oczach zobaczyła szaleństwo. Jak to później sama określiła, zobaczyła we mnie to co się za chwilę stanie, jeśli ja natychmiast się nie pozbieram i nie zacznę żyć. Ona spojrzała na mnie i oczyma wyobraźni zobaczyła mnie, jak ja wsiadam w pociąg, i tak jak kiedyś Kazimierz Świtoń ze swoim synem udawali się do Oświęcimia, jadę do Warszawy i przykuwam się łańcuchem do krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Tłumaczyłem jej, że mowy nie ma, że ja jestem spokojnym starszym panem, który tylko prowadzi politycznego bloga. Na nic. Ona wciąż mi powtarzała, że Świtoń też był spokojnym starszym panem, naprawiającym ludziom telewizory i ani się obejrzał jak go Ojczyzna złapała za gardło i już nie puściła. A poza tym, ona widzi w moich oczach, że ja zaczynam świrować.
Myślę że dalej było już tak, że ona wzięła starszą Toyahównę na stronę i uradziły, że należy włączyć telewizor i to od razu na TVN. Myślę, że coś takiego musiało nastąpić, bo pod wieczór moja starsza córka podeszła do mnie i z niewinnym uśmiechem zaproponowała, żeby obejrzeć Fakty. Wytłumaczyłem jej grzecznie, że mecz będzie dopiero za ponad godzinę i że, jak jej się nudzi, mogę jej puścić na DVD koncert Pixies, ale wtedy włączyła się Pani Żona i powiedziała, żebym nie robił chamstwa, bo skoro dziecko chce obejrzeć wiadomości, to chyba ma do tego prawo. Mówiłem że to głupie, bezcelowe, że tylko niepotrzebnie się zestresujemy; użyłem nawet argumentu, że to grzech. Na nic. Jak by tego było mało, plan był taki, że to ja sam miałem wziąć do ręki tego pilota i włączyć telewizję państwa Walterów.
No i, proszę sobie wyobrazić, że… stał się prawdziwy cud. Na pierwszy rzut poszedł nasz nowy prezydent. Pokazali go jak wyłazi z Pałacu w towarzystwie swoich kumpli i macha rękoma w sposób tak komicznie nieskoordynowany, że pomyślałem sobie, że tamta niedziela nie zmieniła go ani o milimetr. On musiał się naoglądać w telewizji, jak to amerykańscy prezydenci zawsze kiedy pokazują się publicznie pozdrawiają zebranych ludzi, i uznał, że on, skoro jest w końcu tym prezydentem, to też tak będzie robił. Będzie machał rękami. Patrzę więc na tego dziwnego człowieka, jak idzie i niczym ruski wiatrak wymachuje bez sensu rękoma, bo uznał, że dopóki nie będzie tego robił, to nikt mu nie uwierzy, że jest aż prezydentem, i nagle myślę, że on jest przecież kompletnie niegroźny. Oczywiście, będąc tym prezydentem, i zostając nim w takich a nie innych okolicznościach, przy pomocy takich a nie innych ludzi i organizacji, on może wiele. Może nawet sprawdzić gdzie ja mieszkam i nakłaść mi po mojej biednej głowie, może zlikwidować wszystko co mu przeszkadza i zbudować wszystko, na co będzie miał ochotę, ale jednego nie zrobi. Nie uda mu się mianowicie zetrzeć ze swojej postaci tej śmieszności, która musi się pojawiać zawsze między tymi dwoma słowami: „prezydent” i „Komorowski”. Zobaczyłem go w telewizorze, jak wychodzi z tego budynku, otoczony kupą jakiś dziwnych, nieznanych mi ludzi, wymachuje ramionami, i zrozumiałem, że, choćby nawet zgolił tego wąsa, i ukończył najlepszy kurs mówienia, ruszania się i wyglądania, i tak nigdy nie będzie miał w sobie choćby cienia owego dostojeństwa i powagi, która przysługuje przywódcom. Że maksimum tego co on może osiągnąć, to coś w rodzaju Łukaszenki w papciach.
Po Komorowskim Fakty pokazały krzyż na Krakowskim Przedmieściu i poinformowały, że Pan Prezydent ma z tym krzyżem kłopot. Że on chce coś z tym krzyżem zrobić, żeby go tam nie było, bo co wyjrzy przez okno to widzi jak tam się jacyś kręcą, palą świeczki, modlą się i w ogóle wykonują jakieś dziwne ruchy, a to przecież jego teren i chyba on ma coś w tej sprawie do powiedzenia? Później pokazali Grasia – tego od przepraszania po rosyjsku – który się pieklił, że to Kościół powinien coś w kwestii postanowić, bo im samym jakoś tak nie wypada. I że Kościół mówi, że niech oni sobie sami z tym krzyżem radzą. A oni sobie sami radzić nie chcą. BO SIĘ BOJĄ. Boją się jak cholera. Bo wiedzą, że nawet jeśli sprowadzą tych ludzi w drelichach, żeby krzyż wykopali, wrzucili na jakąś ciężarówkę i go wywieźli gdzieś z dala od ludzkich oczu, to to miejsce przed Pałacem i tak już nigdy nie będzie puste. Bo nawet jeśli tam przez następne lata będzie przychodziła choć jedna osoba i zapalała świeczkę, którą natychmiast jakiś miejski strażnik będzie usuwał, ono puste nie będzie już nigdy. A ten krzyż będzie im ciążył nawet jeśli go spalą.
A więc tak wygląda sytuacja na dziś. Z jednej strony mamy tak zwanego nowego prezydenta, którego jak twierdzi Robert Mazurek, mamy szanować, a z drugiej ten krzyż. Co to za walka! To ma być walka?? Dziś dowiedziałem się, że w Rzeczpospolitej jest fajny wywiad z Jarosławem Kaczyńskim. Za chwilę wyjdę do kiosku i sobie kupię Rzepę. Wrócę do domu, przeczytam sobie wywiad, a później puszczę TVN24. Zobaczymy, co oni tam gadają.
Dobrze mieć rodzinę. Prawda.
PS – Wczoraj zamieściłem tu na blogu wpis, stanowiący tradycyjne podziękowanie dla wszystkich tych, którzy zechcieli wspierać ten blog finansowo. Tak się złożyło, że chwilę po nim, zamieściłem kolejny tekst, który zepchnął te podziękowania z pierwszego miejsca. Bardzo niezasłużenie. Pozwalam sobie więc jeszcze raz tu umieścić odpowiedni fragment:
A więc dziękuję za pomoc w podtrzymywaniu tego światła:
Magdzie i Markowi z Gdańska również za to, że tak ładnie się komponujecie
Wojtkowi trochę z Gdańska trochę ze Szwecji
Zbyszkowi z Aplikacji Baz za podwójną wpłatę. Jeśli to był błąd, przepraszam, ale skasowałem i jedno i drugie.
Państwu Mitko z Niemiec za stałą solidarność
Joli z Warszawy za to co na sama wie najlepiej
Irkowi z Warszawy również za tego pisarza
I Panu, panie Edwardzie
Piotrowi z Warszawy za stałą solidarność
Mojej Drogiej Latinitas
Dorocie z Rzeszowa za tę pomoc, o której wie ona i ja
Lechowi z Redy za hojność ponad miarę
Marioli z Krakowa za hojność której nie pojmuję
Paweł z Warszawy za pamięć, by kupować tę smutną gazetę
Tomaszowi z Krakowa za tę szczodrość, o której tylko my dwaj wiemy
Krystynie z Gdańska za to samo
Dorocie ze Szczecina za to że czyta to co dla niej
Elżbiecie z Warszawy za to co wiemy tylko my
Januszowi z Gdyni za gest zbyt szczodry
Karolinie z Poznania za solidarność w bólu z Katowicami
Krzysztofowi ze Szczecina z zapewnieniem, że nie ustąpię ani o cal
Radkowi ze Szczecina za wierną solidarność
Annie z Olsztyna za stałą i zbyt hojną obecność
Mojemu druhowi LEMMINGOWI
Joli z Sieprawa za solidarność od początku
Jerzemu z Warszawy z to co wie on sam
Janowi z Ameryki za to że dał mi zarobić Ewie z Warszawy za stałą obecność
Witkowi z Warszawy też za płody
Strażnikowi ze Szwecji za tę uwagę
Marii z Warszawy za słuchanie tej muzyki
Pawłowi z Lublina – Strawberry Fields Forever
Państwu Wieczorkom, o których myślę każdego dnia
Sławomirowi z Warszawy również za każdy komentarz
Tomaszowi z Wrocławia – niech żyje Wrocław!
i Tobie Koziku
i Tobie Gembo
i Tobie Tayfalu i Twoim kolegom
Leszkowi z Krakowa również za ten wykrzyknik. On był ważny. Nawet nie wiesz jak ważny.
I na koniec, naturalnie, wszystkim tym kórzy dokonują wpłat przez Paypal, a przede wszystkim Arturowi z GB i panu Maciejowi z Warszawy za to, że dali mi pracę.

niedziela, 11 lipca 2010

O legendzie która nie powstała



Jak sobie może niektórzy z nas przypominają, po smoleńskiej katastrofie raz jeden odezwał się Jan Maria Rokita. Został zaproszony przez Bogdana Rymanowskiego do programu i przedstawił wypowiedź, która z jednej strony stanowiła świadectwo o wymiarze nieporównywalnym z żadnym innym świadectwem tamtych dni, a z drugiej – jak wszystko na to wskazywało już wtedy, a dziś może wskazuje jeszcze dobitniej – pogrążyła go jako osobę publiczną ostatecznie. Występowi Rokity i jego słowom poświęciłem swój wpis, który uzupełniłem zapisem tej niezwykłej wypowiedzi i zamieściłem i w Salonie i tutaj. Kto pamięta tamte dni, pewnie też pamięta, jak bardzo trudno było wtedy natrafić na tę rozmowę. TVN – w drodze bezwstydnego wyjątku – akurat to wydanie rozmów Rymanowskiego ocenzurował, a i wszelkie inne miejsca, które zajmują się umieszczaniem tego typu zdarzeń w sieci, Rokitę i jego słowa zlekceważyły. Dzięki pomocy przyjaciół, udało nam się tę rozmowę odnaleźć i umieścić na youtubie. Dla tych co dziś i tych co będą tu jutro. Dziwne, ale ona tam wciąż jest. Naprawdę dziwne. Proszę sprawdzić. http://www.youtube.com/watch?v=uXZSMEkE6Aw
Od tamtych dni minęło już dużo czasu. A jeśli rozejrzymy się wokół siebie zobaczymy, że tego czasu upłynęło jeszcze więcej, niż by się wydawało. Nie ma ani Prezydenta, ani nawet za bardzo pamięci po nim. Jest lato, ludzie wyjeżdżają na wakacje i z nich wracają, straszny upał. Rosjanie odesłali żałobny strój dla Przemysława Gosiewskiego, a już nie oni, lecz nasi mówią, że i krzyż, który swego czasu postawiliśmy na Krakowskim Przedmieściu zostanie usunięty. No i nie ma Rokity. Szkoda. Chętnie dowiedziałbym się, co on ma nam do powiedzenia właśnie dziś. W tamtej rozmowie, która zrobiła tak wielkie wrażenie, zapowiedział nam Jan Maria, że wraz ze śmiercią Prezydenta narodziła się nowa, wielka romantyczna legenda o dobrym, kochającym swoją ojczyznę królu, którego ludzie tak nienawidzili, że ta nienawiść go zabiła. Ciekawy jestem, co by nam dziś powiedział Rokita. Chyba jednak nic z tego nie będzie.
Wszyscy znamy Rokitę. Wiemy, jaki on potrafił być mądry i bezmyślny i przebiegły i inteligentny i wygadany i cyniczny i nieuczciwy. Dziś kiedy wszystko wskazuje na to, że nad każdą z tych cech bardziej wyrosła właśnie jego uczciwość i autentyczne zaangażowanie, tym bardziej brakuje Rokity, który potrafiłby nam może coś właśnie dziś powiedzieć. Coś, z czego, jak w przypadku większości z jego gestów i wypowiedzi i tak by nic nie było, ale czego z pewnością warto by było posłuchać. Jak wszystkiego co mówił. Tak czy inaczej. Wygląda jednak na to, że już nie tym razem. Wygląda na to, że własnie wtedy, te kilka dni po katastrofie, Rokita ostatecznie wypadł.
Mówią nam, że nie należy się załamywać. Że to długa walka i że są chwile, kiedy najgorszą rzeczą jest uwierzyć, że będzie albo szybko i łatwo, albo w ogóle nic nie będzie. I ja to wiem. Wierzę i płonę. Ale myślę też dziś o Janie Marii Rokicie i jego wypowiedzi jeszcze z tamtych dni, kiedy czarny garnitur Przemysława Gosiewskiego i czarne buty i biała koszulka czekały spokojnie w Moskwie na jego pożegnanie i o tej legendzie, która wtedy wydawała się być tak bardzo oczywista i sensowna, a dziś jakby choć jeden ślad po niej nie został. I tylko słychać jak się w tym upale nawołują i naradzają nad najlepszym momentem, kiedy będzie można usunąć ten krzyż.
Ciekawy jestem, kiedy to zrobią. No i przede wszystkim, czy w dzień, czy w nocy. I czy, jak go będą stamtąd zabierać, to będzie przy tym choć jeden ksiądz, czy wyłącznie ludzie w niebieskich drelichach z jednej strony i grupa płaczących kobiet z drugiej. I zastanawiam się czy jest taki poziom zła, którego nawet nasz grzech i nasze grzeszne zaniedbania nie pokonają.

Europa i solidarność



Coś się zmieniło. Cholera! Coś się zmieniło. A my wciąż tu. Dziś, póki co, tylko tu. Mam nadzieję, że tak jak ja musiałem się z tym pogodzić, przyjmą to ci wszyscy dla których ten blog jest przede wszystkim. Właśnie dla nich. I to im właśnie obiecuję pisać, jeśli tylko będę mógł, codziennie. Właśnie dla nich. A przecież i dla siebie. Bo w końcu nie możemy zgasić tego ognia. Możemy wiele, ale tego akurat nie. Bo jeśli sobie na to pozwolimy, to nie jesteśmy nic warci.
A więc dziękuję za pomoc w podtrzymywaniu tego światła:
Magdzie i Markowi z Gdańska również za to, że tak ładnie się komponujecie
Wojtkowi trochę z Gdańska trochę ze Szwecji
Zbyszkowi z Aplikacji Baz za podwójną wpłatę. Jeśli to był błąd, przepraszam, ale skasowałem i jedno i drugie.
Państwu Mitko z Niemiec za stałą solidarność
Joli z Warszawy za to co na sama wie najlepiej
Irkowi z Warszawy również za tego pisarza
I Panu, panie Edwardzie
Piotrowi z Warszawy za stałą solidarność
Mojej Drogiej Latinitas
Dorocie z Rzeszowa za tę pomoc, o której wie ona i ja
Lechowi z Redy za hojność ponad miarę
Marioli z Krakowa za hojność której nie pojmuję
Paweł z Warszawy za pamięć, by kupować tę smutną gazetę
Tomaszowi z Krakowa za tę szczodrość, o której tylko my dwaj wiemy
Krystynie z Gdańska za to samo
Dorocie ze Szczecina za to że czyta to co dla niej
Elżbiecie z Warszawy za to co wiemy tylko my
Januszowi z Gdyni za gest zbyt szczodry
Karolinie z Poznania za solidarność w bólu z Katowicami
Krzysztofowi ze Szczecina z zapewnieniem, że nie ustąpię ani o cal
Radkowi ze Szczecina za wierną solidarność
Annie z Olsztyna za stałą i zbyt hojną obecność
Mojemu druhowi LEMMINGOWI
Joli z Sieprawa za solidarność od początku
Jerzemu z Warszawy z to co wie on sam
Janowi z Ameryki za to że dał mi zarobić Ewie z Warszawy za stałą obecność
Witkowi z Warszawy też za płody
Strażnikowi ze Szwecji za tę uwagę
Marii z Warszawy za słuchanie tej muzyki
Pawłowi z Lublina – Strawberry Fields Forever
Państwu Wieczorkom, o których myślę każdego dnia
Sławomirowi z Warszawy również za każdy komentarz
Tomaszowi z Wrocławia – niech żyje Wrocław!
i Tobie Koziku
i Tobie Gembo
i Tobie Tayfalu i Twoim kolegom
Leszkowi z Krakowa również za ten wykrzyknik. On był ważny. Nawet nie wiesz jak ważny.
I na koniec, naturalnie, wszystkim tym kórzy dokonują wpłat przez Paypal, a przede wszystkim Arturowi z GB i panu Maciejowi z Warszawy za to, że dali mi pracę.
I tak to idzie. Zrobiła się taka tradycja, że tym, którzy wspierają ten blog finansowo staram się zadedykować któryś ze starych wpisów. Tak się akurat złożyło, że po moim wyjściu z Salonu, pojawiły się głosy, że się obraziłem. Otóż ja jestem obrażony od początku. Cały sens tego pisania związany jest z tym, że ja się zwyczajnie gniewam. Oto dowód, z którego jestem bardzo dumny. Własnie dla Was. Wpis jeszcze z czasów kiedy wszystko wydawało się takie proste. Styczeń zeszłego roku. Tekst miał tytuł ‘Europa’. Myślę że dziś gdy wszyscy jesteśmy trochę obrażeni na siebie samych, możemy zajrzeć tam i wypuścić z siebie trochę tego powietrza.
Dla każdego z nas, kto żyje wystarczająco długo i z w miarę otwartym sercem, jest jasne, że grzebanie w języku i w znaczeniach, może postawić wiele spraw na głowie, a jeśli komuś szczególnie zależy na tym, żeby wszystko stało na głowie, to warto i o to czasem powalczyć. Najwybitniejsi specjaliści z Ministerstwa Kłamstwa i Propagandy (znanego inaczej pod nazwą Ministerstwa Prawdy i Edukacji) doskonale wiedzieli, że kontrolując przeszłość, kontrolujemy przyszłość, ale – być może nawet i lepiej – że kontrolując język, kontrolujemy człowieka.
Jeśli mamy wystarczająco dużo lat, by pamiętać czasy, które nam było przeżyć pod komunistycznym butem, doskonale wiemy, jak słowo potrafiło stać się ciałem. I wcale tu nie szydzę. Jestem jak najbardziej poważny, ponieważ nigdy nie miałem wątpliwości, że to co nam tu wprowadzono, to była prawdziwa religia, z prawdziwymi rytuałami, prawdziwymi mszami, w czasie których modlono się do autentycznego Dzieciątka, tyle że o nazwisku Lenin. Ci co pamiętają to zdjęcie, to je pamiętają. Oni tak to sobie własnie zaplanowali. Dać nam coś w zamian. I jeśli dzisiaj głupi ludzie śmieją się z kościelnych rytuałów, tych pieśni, tych szat, to ani im do głowy nie przychodzi, że padli ofiarą najbardziej perfidnego kłamstwa. I że jeśli któregoś dnia będą kpić z Pierwszej Komunii, że to zupełnie jak Pasowanie na młodzika, to są jeszcze tacy, którzy będą z nich autentycznie dumni.
Bo jest własnie tak, że - czasem w większym, czasem w mniejszym stopniu - najbardziej słowa liczą się i znaczenia, jakie im nadamy. Proszę zwrócić uwagę, że najczęściej z manipulacją tego typu mamy do czynienia na poziomie ideologii, albo tego, co się ideologią stało. Od czasu jak ideologią stał się sex i generalnie robienie sobie dobrze, możemy zapomnieć o używaniu – we wszystkich językach świata – w tradycyjnym znaczeniu, słów takich jak gumka, impreza, trawa czy sex właśnie. A słowo miłość? Czy ono przypadkiem nie otrzymało nowego sensu? Jeśli któraś z moich czytelniczek myśli, że mi się pomieszało we łbie, niech spróbuje zwrócić się do swojego kolegi w pracy z pytaniem „czy masz gumkę?” Nie do wiary! Tak jakby ktoś bardzo sprytny doszedł do wniosku, że wystarczą zaklęcia, a wszystko nabierze odpowiedniego kształtu.
Swój poprzedni wpis postanowiłem poświęcić tak zwanej Europie i tak zwanemu buractwu. Czyli w gruncie rzeczy jednemu słowu i jednemu znaczeniu. Pamiętam jak jeszcze wiele, wiele lat temu, mój wciąż dobry kolega opowiadał mi, że wracał pociągiem z Niemiec i w przedziale siedziała jedna pani, która relacjonowała swojemu towarzyszowi wrażenia z pobytu w wielkim świecie i w pewnym momencie krzyknęła: „A tych taksówek to tam tyle, że aż strach wyjść na szosę!” Pamiętam, że bardzośmy się wszyscy śmiali z tej pani, ale – z perspektywy lat – jeśli się dobrze zastanowić, to zobaczymy, że, jakkolwiek jej zachwyt nie był komiczny, ona przynajmniej nazywała rzeczy po imieniu. Ona zwyczajnie opisała stan faktyczny. Stwierdziła fakt – że w Niemczech jest bardzo dużo samochodów, i że dla kogoś nieprzyzwyczajonego, nie jest łatwo się w tym zgiełku poruszać. Jakkolwiek jednak byśmy byli rozbawieni zachwytem tej pani, jedno jej przyznać trzeba. Nie wrzasnęła: „Ależ tam jest Europa!”
Z punktu widzenia dzisiejszych czasów i emocji, jakie nam przyszło odczuwać, ta pani zachowała się jednak jak burak na widok tzw. cywilizacji. Dla niej ulica była szosą, a samochody taksówkami i wszystko działo się bardzo szybko. Ale ja bym bardzo chciał podkreślić raz jeszcze. Ona przynajmniej nie uznała, że własnie miała kontakt z Europą. A nawet, jeśli gdzieś w głębi swojej świadomości czuła, że była w Europie, to z pewnością słowo Europa rozpoznała w jego dosłownym, zgodnym z prawdą, znaczeniu. A nie zrobiła tego, co niestety robi notorycznie, dzień w dzień, aż do tak zwanego ‘porzygania” wielu z nas.
Pierwszy raz wyjechałem za granicę bardzo późno, kiedy już miałem 25 lat. I tak nie najgorzej. Kiedy pracowałem w szkole, miałem kolegę polonistę, który – nawet dziś, w czasach, które nie dają człowiekowi za dużo szans – wyjechał ze służbowo do Francji i w ten sposób zainicjował swój kontakt ze światem. Jeśli przypadkiem to czyta – a nie jest to wykluczone – to go bardzo pozdrawiam. On wie. Więc wyjechałem do tego Frankfurtu (prawdziwego) i najpierw poczułem zapach, którego nigdy wcześniej nie czułem i nigdy nie zapomnę. Dziś wiem, że to był zapach towarów w sklepach. Ci którzy są zbyt młodzi, żeby wiedzieć, mogą nie uświadamiać sobie tego faktu - sklepy pachną. Więc poczułem najpierw zapach, a następnie zauważyłem, że ludzie są mili. Że sprzedawczynie w sklepach odzywają się do klientów śpiewnym tonem, Że na ulicach nie widać pijaków i tzw. hołoty. No i oczywiście te „taksówki”. Spodobała mi się Europa. Do tego stopnia mi się spodobała, ze w pewnym momencie postanowiłem się tam przenieść, ale dzięki Bogu (!!!) wybuchł stan wojenny i jestem tu gdzie jestem.
Europa mi się spodobała, choć – muszę przyznać – nie potrafiłem ani na moment wyzbyć się pewnego napięcia. Na przykład bardzo byłem rozczarowany, że kiedy poszedłem do kina na film Easy Rider, który w Polsce z jakiegoś powodu był niedostępny, wszyscy palili papierosy i gadali, a film oczywiście był zdubbingowany. Uznałem wówczas, że w Polsce mi się podoba lepiej. Nie podobało mi się też, że ludzie – owszem – byli bardzo sympatyczni, ale nie mogłem ani na chwilę przestać myśleć, że oni są jak automaty. Tutaj też Polska podobała mi się bardziej. Pamiętam, kiedy pewien kolega pokazał mi pewnego studenta medycyny, kory z przepracowania najzwyczajniej w świecie stracił zmysły. Bo medycyna w takim świecie to nie byle co. Ale i tak mi się podobało. Bo to była Europa, a nie ruskie chamstwo.
Ponownie wyjechałem do Europy po 15 latach, do Anglii i do Walii. Było cudownie. Ale już – tym razem – do głowy mi nie przyszło, że chciałbym tam żyć. A przynajmniej nie tak do końca na poważnie. Później zdarzyło mi się być w Anglii parę razy, raz we Francji (pewnie tego nie czytasz, Mariuszu, ale – na wszelki wypadek – pozdrowienia) i zawsze byłem zachwycony. Nie zmienia to faktu, że z pięknego Avignonu pamiętam głownie te bandę młodych idiotów, drących mordy w samym środku tego cudownego miasta, wściekłych, pełnych nienawiści. I pamiętam, jak patrzyłem na nich i nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że los rzuca człowieka w takie miejsce, a ten odwraca się do tego losu plecami.
Dziś bardzo tęsknię za południem Francji, za Londynem, a nawet może i za tym Frankfurtem, a jednocześnie czytam na TVN-owskim pasku, że w Berlinie spalono kilkanaście eleganckich samochodów, a we Francji kilkadziesiąt. A oprócz tego oczywiście przyswajam wszelkie inne wiadomości. Wczoraj, mój kolega LEMMING, nie do końca chyba zrozumiawszy, mój ‘anty-europejski’ wpis, przypomniał mi, że wielka Hiszpania zeszła do piekła. Ja to wszystko, Mój Drogi, wiem. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co z tą naszą Europą zrobiła ta banda, ten obślizgły gang barbarzyńców. Ja świetnie zdaję sobie sprawę, co tam się wyprawia. Ale jednocześnie wiem, że w momencie, jak przekroczymy naszą zachodnią granicę, pierwsze co spotkamy to przemili, grzeczni ludzi.
Młody Toyah spędził ponad miesiąc w Hiszpanii tego lata. Chciał znaleźć jakąś pracę. Byliśmy pewni, że nie będzie z tym najmniejszego kłopotu. On, według wszelkich, powszechnie obowiązujących standardów, wygląda bardzo dobrze. Jest mądry, grzeczny, wykształcony, no i zna świetnie hiszpański. Niestety, Hiszpania przeżywa ciężki kryzys i tam gdzie on akurat był, bezrobocie sięga ponad 20%. Jak idzie o Hiszpanię, wiemy – jak już wspomniałem – coś znacznie więcej. To jest piekło. Mimo to, młody Toyah tęskni za Hiszpanią dzień w dzień. On tęskni za tymi ludźmi, za tą Europą. Za tym kościołem, z tym niezwykłym księdzem. Za ta prawdziwą Europą, która – mimo wszystko – wciąż jakoś sobie radzi.
I teraz trzeba nam wrócić do języka i do tego kłamstwa. Ja wiem, co to jest Europa. Ja wiem co to jest europejskość i co to jest dzicz. Jeśli dziś, po tych wszystkich latach moich doświadczeń, moich nadziei i moich zawodów, muszę słuchać z ust ludzi zakłamanych, fałszywych i złych jakieś niestworzone bzdury na temat Europy i buractwa, to ja bardzo dziękuję. Ja doskonale się orientuję, co jest wielkie w Europie i dlaczego należy do tej Europy niestrudzenie zmierzać. Ja doskonale wiem, jak nam bardzo ta Europa jest potrzebna. Ale ja też doskonale zdaję sobie sprawę z tego, do czego tę piękną Europę doprowadzili zwykli tandeciarze, najzwyklejsza sowiecka hołota. Jeśli ja dziś słyszę w mojej ulubionej telewizji o brytyjskich nożownikach, o tych rozbitych rodzinach, o tej wiecznie dostępnej aborcji, o tych bandach faszystów i zwykłych debili niszczących swoje piękne miasta, to ja doskonale wiem, co się w mojej Europie wyprawia. Jeśli ja dzień w dzień muszę słuchać, jak ta banda kretynów próbuje mnie naciągnąć na najbardziej tandetny numerek, to ja proszę, żeby mnie z tego wyłączyć. Bo ja wiem, czym jest Europa. I wiem, że to, co mi proponujecie, to nie jest żadna Europa. To zwykła ruska gra w trzy karty.
Na koniec, chciałbym – jeszcze raz – zwrócić uwagę na to towarzystwo, z którym mamy do czynienia. Oto ludzie, którzy nie mogą nam dać spokoju nawet na chwilę z tą swoją niby-Europą. Od rana do nocy, zawracają nam głowę, swoimi głupkowatymi uwagami na temat tego co europejskie, a co zaściankowe. No ale niech będzie. Może faktycznie im chodzi o Europę autentyczną, o Europę piękną, Europę szlachetną? Tyle że to akurat nie jest prawda. Wystarczy im się przyjrzeć. Wystarczy popatrzeć, jak się zachowują, posłuchać co mówią. Pozwolę sobie znów pokazać na nich palcem: Donald Tusk z tą swoja gumą do żucia i w piłkarskich gatkach, Kazimierz Kutz z tymi swoimi przekleństwami, ten Piotr Najsztub, czy Waldemar Kuczyński, którzy nie wiadomo, czy się nie umyli, czy zapomnieli zmienić ubranie. A przecież mogę tak wymieniać jeszcze przez pół strony. Oni, kiedy nas ciągną do tej swojej ‘Europy’, mają na mysli cos bardzo szczególnego. Oni, uznawszy, że Wielki Sowiet zdechł, obstawili coś, co im akurat wydało się interesujące. Ta banda ruskich chamów nie ma na uwadze Europy naszych marzeń. Im chodzi o cos dokładnie przeciwnego.
Oni są jak ci bohaterowie sondy najnowszego Wprost, kompletnie obojętne, bezmyślne, ogłupione dzieci, spędzające swoje życie między siłownią a lekcjami angielskiego, a na wakacje wyjeżdżający wyłącznie do "Europy Zachodniej", o których Wprost spekuluje, ze to oni sa nasza przyszłością.
Otóż nie. Przyszłość nie będzie taka. Bo ten 'europejski' wypadek, to był w rzeczywistości tylko wypadek. I teraz wreszcie przychodzi czas na to, żeby dać świadectwo. Żeby pokazać, żeśmy się nie dali nabrać na ten nowy język. Żeby pokazać, a przede wszystkim powiedzieć, że w tej sytuacji, przy tych akurat propozycjach, przy tym poziomie kłamstwa, my pozostaniemy wierni sobie. My postanawiamy zostać burakami.

sobota, 10 lipca 2010

Hubert K. powraca, czyli moje typy



Dni które mijają dają naprawdę wiele do myślenia. Prawdę powiedziawszy tych mysli jest tak dużo, że nawet nie pozostaje zbyt wiele czasu na cokolwiek innego. Same właściwie myśli. A z myślami, jak wiemy, bywa niebezpiecznie. Mniej więcej tak samo jak ze snami. Szczególnie kiedy faktycznie pozostają tylko one. Dziś starsza Toyahówna zaproponowała, żeby może jednak włączyć telewizor. Może się okaże, że ryzyko nie będzie aż tak wielkie. Dla bezpieczeństwa zaczęliśmy z niższego pułapu, czyli od TVN Style. I przyszło mi do głowy, że przedstawię listę. Trochę taką listę, jaką kiedyś stworzył Kisiel, a więc listę typów. Moich typów. Oto one:
1. Maria Czubaszek
2. Marcin Meller
3. Hanna Bakuła
4. Tomasz Jacyków
5. Jarosław Gowin
6. Lech Wałęsa
7. Katarzyna Korwin-Piotrowska
8. Adam Darski
9. Jolanta Kwaśniewska
10. Piotr Najsztub
11. Tadeusz Sławek
12. Dominika Wielowiejska
13. Piotr Tymochowicz
14. Jarosław Kuźniar
15. Michał Piróg
16. Józef Życiński
17. Agnieszka Chylińska
18. Krzysztof Skiba
19. Ilona Łebkowska
20. Kuba Wojewódzki
21. Magda Mołek
22. Krzysztof Materna
23. Władysław Bartoszewski
24. Szymon Majewski
25. Justyna Pochanke
26. Mikołaj Lizut
27. Monika Jaruzelska
28. Agata Młynarska
29. Radosław Sikorski
30. Agata Bielik-Robson
31. Olivier Janiak
32. Dorota Zawadzka
33. Szymon Hołownia
34. Hubert Urbański
35. Kazimierz Kutz
36. Anita Werner
37. Joanna Mucha
38. Andrzej Mleczko
39. Zbigniew Hołdys
40. Jerzy „Jurek” Owsiak
41. Małgorzata Domagalik
42. Kora Ostrowska
43. Janusz Palikot
44. Piotr Marciniak
45. Bożena Walter
46. Józef Życiński
47. Dorota Wellman
48. Grzegorz Miecugow
49. Katarzyna Skrzynecka
One włączyły telewizor, a ja z młodym Toyahem poszliśmy do sklepu kupić coś do picia. I pod sklepem zobaczyliśmy Huberta K. Siedział na ławce z kolegą. Ogorzały, niemal identyczny jak kiedyś u Morozowskiego i Sekielskiego, tyle że trochę może szczuplejszy. No ale jakiś czas minął. Tyle się zmieniło. Tyle że celebryci zostali. I tak to się toczy. Wszyscy mają w dupie. Tylko raz na jakiś czas część z nich się uaktywnia. Aby kogoś ukrzyżować. Reszta ma dalej w dupie. A więc jeszcze Hubert K.
50. Hubert K.

piątek, 9 lipca 2010

Wznosimy je do Pana...



Ciocia, o której wspomniałem w poprzednim wpisie spotkała niedawno swoją koleżankę, której nie widziała od czasu jak ta z jakiegoś powodu wyjechała z Katowic. Spotkała ją i sobie szły rozmawiając. W pewnym momencie ta pani spytała moja ciocię, czy ona nie wie, gdzie jest grób Krystyny Bochenek, bo ona by tam chciała zajść i zapalić jej świeczkę. Ciocia jej powiedziała i wtedy jej koleżanka się zadumała i powiedziała coś w stylu: „Powiedz mi, dlaczego on ją zabił?”
Ciocia zgłupiała. „Kto?” spytała. A na to koleżanka odpowiedziała: „Jak to, kto? Kaczyński. Powiedz mi, czemu on ją wziął do tego samolotu? Czemu kazał jej ze sobą lecieć? Czemu ją zamordował?” Moja ciocia jest osobą niezwykle delikatną, więc jedyne co przyszło jej do głowy w tej sytuacji, to to, że jeszcze nie wiadomo jak to było, i że śledztwo trwa i takie tam. Koleżanka jednak już była na tyle poruszona, że nie chciała zmienić tematu, a więc od razu powiedziała, że ona ma nadzieję, ze moja ciocia nie słucha Radia Maryja… I znów – takie tam. Ciocia próbowała zmienić temat, ale już się nie dało. Więc to sobie rozmawiały, a jej koleżanka się stopniowo nakręcała, i tak to szło. Aż wreszcie padło to zdanie: „Powiedz mi, czemu ja ich tak nienawidzę?
Moje dzieci własnie wróciły z wizyty u swojego dziadka, a mojego teścia. Mówią mi, że on – tak jak to robi właściwie niemal za każdym razem – od samego początku chciał rozmawiać o Jarosławie Kaczyńskim. On wie, że my głosujemy na PiS i to mu nie daje spokojnie żyć. Wszyscy znajomi, z którymi wciąż chce mieć coś wspólnego, nienawidzą Kaczyńskiego. Z tymi, którzy Kaczyńskich zawsze lubili, zerwał już dawno wszelkie kontakty. Ile razy moje dzieci przyjdą do niego na wizytę, on chce rozmawiać tylko o tym, jak on nienawidzi Kaczyńskiego. Kiedy zginął Prezydent, mój teść przez kilka dni się bardzo męczył. To jest w gruncie rzeczy bardzo dobry człowiek, więc czuł i wstyd i żal, ze on tak źle myślał o Lechu Kaczyńskim, zwłaszcza, że – jak nam opowiadał – w piątek przed katastrofą w Smoleńsku, miał długą rozmowę z pewnym swoim kolegą i „naprawdę sobie porozmawialiśmy”. A więc miał kłopot. Później przez parę dni, mówił nam, że on teraz widzi, że ten Prezydent jednak kochał swoją zonę… i znów takie tam. Ale wraz z Wawelem wszystko wróciło do normy. Dziś mój teść spotyka się z moimi dziećmi i pyta trochę ich, a trochę sam siebie: „Powiedzcie mi, czemu ja go tak nienawidzę?”
Moja ciocia, jej koleżanka i mój teść są mniej więcej w podobnym wieku. Według ocen socjologów, to oni stanowią typowy elektorat Jarosława Kaczyńskiego i PiS-u. Nie wiem, czy koleżanka mojej cioci jest osobą wykształconą, ale jak idzie o teścia i o samą ciocię, to owszem – on jest inżynierem, a ona magistrem ekonomii. Właściwie, gdyby miało się okazać, że koleżanka jest wykształcona gorzej, mielibyśmy kłopot dodatkowy. Moja teściowa nie żyje od piętnastu lat. Była, podobnie jak my, bardzo zaangażowanym, członkiem Porozumienia Centrum, jedyną osobą w swojej rodzinie, która przeciwko w wyborach 1990 roku głosowała przeciwko Mazowieckiemu. Dziś, mój teść, który ja tak bardzo kochał i wciąż kocha tak, że nie może o niej przestać myśleć choć na jeden dzień, wciąż powtarza, że on jest pewien, ze ona by Kaczyńskiego nienawidziła tak jak on.
We wtorek – dał mi dzień spokoju – zadzwonił mój ukochany brat. Spytał mnie, co słychać. Powiedziałem mu, że czuję się marnie. Na co on – że jeśli idzie o niego, on jest w siódmym niebie. Pożartowaliśmy sobie trochę, a więc on mi powiedział, że skoro on na mnie z bólem serca zagłosował, kiedy startowałem w konkursie na blog roku, to ja dziś też mógłbym się ucieszyć z jego wygranej i z jego radości. Powiedziałem mu, że cieszę się, że jest szczęśliwy. I tym razem udało się uniknąć awantury. Mój brat mnie nigdy nie pyta, czemu on nienawidzi Kaczyńskiego. On powtarza, że gdyby miał okazję, to by go osobiście powiesił.
Najmłodsza Toyahówna jest wciąż poza systemem, tyle tylko, że bardzo jej się nie podoba Komorowski, natomiast lubi Poncyliusza, Migalskiego i pewnego gitarzystę, którego nazwiska nie znam. Co do mojego syna i starszej córki, ich zaangażowanie na rzecz Jarosława Kaczyńskiego jest takie, ze na wspomnienie niesprawiedliwości, jaka się dokonała w minioną niedzielę, oni się autentycznie wzruszają. Domyślam się, że w podobnym stopniu, jak ci młodzi wypowiadający się przed kamerą Ewy Stankiewicz w filmie Solidarni2010. Choćby jak ta dziewczynka, która opowiada, że rodzice ją przywieźli do Warszawy, żeby oddała szacunek Prezydentowi, bo ją kochają. Prosiła ich i oni ją przywieźli.
Dziś dowiaduję się, że Rosjanie odesłali właśnie rodzinie poległego w Smoleńsku Przemysława Gosiewskiego „garnitur, buty, koszulę i bieliznę, w które miał być ubrany [Gosiewski (dla tych bardziej wykształconych Edgar)] do trumny”.
Boże Kochany, jak ten czas leci!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...