wtorek, 19 maja 2009

Jak jest 'burak' po angielsku

Plany miałem na dzisiaj zupełnie inne. Wprawdzie miało być nieprzyjemnie, ale za to poważnie. Tymczasem nieprzyjemnie oczywiście będzie – może nawet bardziej niż to bywa zwykle – tyle że z pewnością mniej poważnie. Znacznie mniej poważnie. Będziemy się bowiem zajmować człowiekiem o nazwisku Ernest Skalski. A zatem – ambitnych czytelników zapraszam na jutro. Dziś odbędzie się czysta nawalanka.
Skąd taka zmiana? Otóż zupełnie przypadkiem, kiedy sobie zwyczajowo sprawdzałem, co słychać w Salonie, wpadł mi w oko tytuł wpisu na SG Z czym do Europy? http://kajetanskalski.salon24.pl/105937,z-czym-do-europy. Tytuł ów zaskoczył mnie swoim buractwem tak bardzo, że aż zajrzałem, co słychać niżej. A niżej było tak: „- Shake hand - szepnęła Angela Merkel do Lecha Kaczyńskiego, gdy ten nie zauważył wyciągniętej do niego ręki. Prezydent nie...”. Już w tym momencie wiedziałem, że będzie ostro, ale kiedy jeszcze niżej zobaczyłem podpis Ernesta Skalskiego, sami Państwo rozumieją, że nie miałem wyjścia. Przeczytałem więc całość i – jak to mówią nasi lokalni hooligans, Janusz Palikot i pani minister Fedak – wk…łem się. Stąd więc, wspomniana już, zmiana planów. Sytuacja nie jest łatwa. Jeśli się komentuje sprawy uczciwie i na poważnie, i ma się przy tej okazji jeszcze jakieś ambicje, należy sobie zwykle dać trochę czasu. Jest rzeczą niezwykle groźną siadać do pisania w stanie silnego wzburzenia. Nawet nie dlatego, że człowiek powie o jedno słowo za dużo, albo zrobi o jedno chamstwo za dużo. Tu akurat można sobie poradzić. Chodzi o to, że zazwyczaj zbyt świeże emocje psują jakość, po prostu. Wiem o tym, ale niestety nie mogę czekać. Nie mam wyjścia. Do jutra Ernest Skalski zajmie w mojej hierarchii rzeczy ważnych i nieważnych właściwe sobie miejsce i pewne rzeczy nie zostaną powiedziane. A uważam, że powinny.
Wspomniałem już o buractwie cieknącym z tytułu tekstu Skalskiego. Teraz parę słów o buractwie lejącym się bezwstydnie z samego już tekstu. Skalski zajmuje się językiem angielskim, a dokładnie swoimi kompleksami wynikającymi, czy to ze znajomości, czy tez braku znajomości tego języka – wszystko jedno.
Zanim jednak przejdę już do samego Skalskiego, jeszcze parę słów wprowadzenia. W związku z moją sytuacja zawodową, ja na temat relacji społeczeństwo – język angielski wiem bardzo, bardzo dużo. Przede wszystkim – co akurat tu może być najbardziej interesujące – wiem dwie niezwykle ciekawe rzeczy. Pierwsza z nich jest taka, że ludzie w Polsce generalnie nie znają języka angielskiego. I to niezależnie od wykształcenia, wieku, czy społecznej, czy zawodowej pozycji, jaką zajmują. To jest fakt. Polacy języka angielskiego albo nie znają w ogóle, albo znają w stopniu minimalnym. Dopiero ostatnio, na tym polu można zauważyć pewne zmiany. Młodzież i osoby dorosłe urodzone po roku 1980 są coraz częściej zupełnie sprawni, a niekiedy wręcz bardzo dobrzy. Często, obecni licealiści są naprawdę znakomici. Nie zmienia to jednak smutnej prawdy – czym starzej, tym gorzej. A więc źle.
I to jest jedna rzecz. Druga rzecz jest jeszcze ciekawsza. Czym kto jest większym durniem, tym tą tzw. znajomością języków obcych bardziej się przejmuje. Wspomniałem o buractwie. Klasyczny burak chodzi po świecie i, choć sam, poza językiem polskim na poziomie publicystyki pisanej Moniki Olejnik i szczątkową znajomością języka rosyjskiego, „języków nie posiada”, ponieważ ma paru znajomych w Irlandii, czy siostrę w Chicago, na wszystkich podobnych sobie patrzy z najwyższą pogardą. Burak wybitny również posługuje się wyłącznie językiem polskim, ale z jakiegoś powodu albo postanowił naokoło kłamać, że „z angielskim u niego jest zupełnie dobrze”, albo autentycznie uwierzył w te swoje nieistniejące talenty i, podobnie jak burak klasyczny, na wszystkich pozostałych patrzy z obrzydzeniem. Jest jeszcze Ernest Skalski, który prawdopodobnie języka angielskiego nauczył się sobie tylko znanymi sposobami jeszcze w najgłębszej komunie, podobnie jak Longin Pastusiak, Andrzej Olechowski, albo Władimir Putin, i osobiście ma ten fakt kompletnie w nosie, o ile nie dostanie zlecenia. Jakiegokolwiek.
Dziś zlecenie akurat otrzymał Skalski. Ponieważ od kilku dni jego ukochany projekt pod nazwą Platforma Obywatelska skutecznie gnije, a na dodatek premier Donald Tusk wczoraj wieczorem właśnie otworzył kolejny rozdział swojego szczególnego powrotu do przeszłości, ktoś poprosił Ernesta Skalskiego, żeby zadziałał i ten postanowił przybiec na ratunek i zwrócić się do wszystkich tracących nadzieję, żeby nie załamywali rąk, bo co by nie powiedzieć o pracowitości, inteligencji i skutecznym działaniu obecnie rządzących, oni przynajmniej – w odróżnieniu od tych wieśniaków z PiS-u – potrafią posługiwać się językiem angielskim. Tusk, Graś, Pitera, Palikot, Nowak, Nitras, Niesiołowski, Schetyna, no a już na pewno pani Róża Thun, znają język angielski znakomicie i, idąc do tej Europy, świetnie wiedzą dokąd idą i mają równie znakomite poczucie, że w tej Europie żadna przykrość ich nie spotka. W odróżnieniu na przykład od takiego Lecha Kaczyńskiego. Głupiego Polaczka.
I dla wzmocnienia efektu, Skalski pisze tak: „- Jakie Pan/Pani zna języki poza angielskim ?Takie paskudne czasy, że o to pytają teraz kandydata do pracy. Poszukujący pracy nie piszą już, że mają prawo jazdy i posługują się komputerem. A kiedyś było kryterium w postaci umiejętności czytania i pisania. I wielu pracujących - wozacy, fornale, służące - nie musiała tej umiejętności posiadać. Sam jeszcze z dzieciństwa takie osoby pamiętam.”
W tej sytuacji, ja chciałem powiedziec jedno. Nawet nie Skalskiemu. On prawdopodobnie wie jaka jest prawda. Jest też bardzo możliwe, że on to wie ze swojego własnego doświadczenia. Pragnę natomiast powiedziec coś tym wszystkim, którzy uważają, że z tym nieszczęsnym językiem angielskim dzieją się w Polsce jakieś szczególne cuda. Otóż nie dzieje się nic szczególnego. Jest jak jest. Dzięki między innymi Skalskiemu. Właśnie dzięki niemu, przez ponad czterdzieści lat, jedynym językiem, jakiego miały okazję się uczyć całe pokolenia Polaków, był język rosyjski. To właśnie między innymi dzięki Skalskiemu, język angielski – przez całe lata – był dostępny w sposób praktyczny wyłącznie dla niego i dla jego politycznych kumpli. To właśnie również dzięki dawnej aktywności i zaangażowaniu Skalskiego i jego kolegów, jesteśmy w tym momencie w takiej sytuacji, że język angielski na poziomie w miarę porządnym znają – jak już wspominałem – wyłącznie najmłodsi. I ja wcale nie przesadzam. Ja uczę kilkunastu dyrektorów w wielkiej i słynnej na całym świecie firmie. Jest to firma na tyle ważna i poważna, że Ernest Skalski, ze swoimi talentami, nie zostałby tam nawet sekretarzem rzecznika prasowego. I otóż ci moi dyrektorzy, języka angielskiego właściwie nie znają. Dopiero się uczą. Oczywiście, domyślam się, że w którymś momencie swojej kariery, każdy z nich w swoim cv podał informację, że język angielski „posiada” na poziomie zaawansowanym. I ja to rozumiem. Nie zmienia to faktu, że dla każdego licealisty ten język jest znacznie bliższy, niż dla nich. Czy to źle świadczy o tych dyrektorach? Nie. W najmniejszym stopniu. Natomiast to bardzo źle świadczy o Skalskim i jego dawnych zasługach.
Jest jeszcze jedna rzecz, która źle świadczy o Skalskim. Jego cały aktualny i przeszły dorobek. I jego dzisiejsze ekscesy. Jego imię i nazwisko i wszystko to razem do kupy. A jak ktoś mnie spyta, dlaczego ja się nagle poczułem taki ważny, żeby Skalskiego besztać, to odpowiem najszczerzej jak potrafię. Otóż czuję, że mogę sobie na to pozwolić z trzech względów. Po pierwsze, znam angielski znacznie lepiej od niego. Mało tego – potrafię pisać znacznie lepiej od niego. A jak ktoś myśli, że czegoś tu jeszcze brakuje, to mogę dodać jeszcze powód trzeci. Kiedy swego czasu proponowano mi, żebym został kapusiem, to ja odmówiłem.

sobota, 16 maja 2009

Moje polactwo



Wśród reakcji na moje dwa ostatnie wpisy, dotyczące sposobu w jaki reżim potraktował protestujących właśnie przeciwko reżimowi ludzi, oprócz zwyczajowych wyrazów solidarności i – równie zwyczajowych – głosów pogardy i dla mnie i dla protestujących, pojawiły się wypowiedzi nie kwestionujących mojej opinii na temat zepsucia, jakiemu uległa partia rządząca i środowiska z nią związane, natomiast wyrażające niechęć do czegoś, co już od pewnego czasu w powszechnej świadomości funkcjonuje jako „polactwo”. Najbardziej ogólnie rzecz ujmując, chodzi o to, że w opinii moich kolegów, postawy społeczne przejawiające się w paleniu opon i kukieł, okupowaniu lokali, rzucaniu przedmiotami w policję, czy – generalnie – robieniu tzw. zadymy są, nie dość że manifestacją kompletnego braku szacunku dla prawa i publicznego ładu, to na dodatek są najbardziej rażącym symbolem tego, co jest naszą polską hańbą i wstydem. W wielu wypowiedziach, które znalazłem w komentarzach pod moimi wpisami, niezależnie czy pochodziły one od osób politycznie mi bliskich, czy bardzo obcych, nieodmiennie znajdowałem sugestię, że prawa należy przestrzegać, policja powinna awanturników karać, a społeczeństwo – jeśli tylko chce być społeczeństwem nowoczesnym i sumiennym – winno umieć na tego typu zdarzenia umieć patrzeć spokojnie i obiektywnie.
Ale to są tylko opinie dotyczące generalnie zachowań społecznych i ładu publicznego. Tu jednak – jak już wspomniałem – pojawiła się kwestia owego ‘polactwa’, czyli czegoś co jest rzekomą kwintesencją naszych narodowych wad i naszej historycznie uzasadnionej marności. Skąd wiem, że to o to tu musi chodzić? Stąd mianowicie, że sama nazwa ‘polactwo’, tak jak ją powszechnie dziś rozpoznajemy, pochodzi z ksiązki Rafała Ziemkiewicza, którą wielu czytało, wielu komentowało, a którą ja również – z trudem bo z trudem – ale swego czasu zmęczyłem. Wiem zatem, o czym myślą ludzie, którzy z refleksjami Ziemkiewicza się utożsamiają, kiedy w stosunku do Polski i Polaków używają tego szczególnego określenia. Kiedy im się coś w ich otoczeniu, lub w bardziej szerszej skali, bardzo nie podoba, niezwykle chętnie objaśniają to coś, całą winę zwalając na nasze polskie łajdactwo, głupotę, pieniactwo, ciemnotę, zabobon, zawiść, fanatyzm, niechlujstwo, zakłamanie, nasz brak talentów, nasz śmieszny patriotyzm – cokolwiek, do wyboru do koloru. Byle to było taaaaaakie polskie.
Kiedy dowiedziałem się, że Ziemkiewicz wydał książkę na temat naszych wad narodowych, wiedziałem na sto procent, że to jego Polactwo odniesie wielki sukces. Raz, że książki Ziemkiewicza w ogóle cieszą się dużą sympatią czytelników, a dwa – i to dla nas jest akurat dziś najważniejsze – że wśród wielu polskich wad narodowych, jest jednak i ta, którą w pełni gotów jestem potwierdzić i z bólem serca zaakceptować. Pewna znaczna część obywateli – do których w sposób oczywisty należy sam Ziemkiewicz – z niezwykłą przyjemnością lubi opowiadać i słuchać, jacy to my Polacy jesteśmy beznadziejni. Z tym naturalnie zastrzeżeniem, że mamy tu zawsze na myśli Polaków z drobnymi wyjątkami. Wiedziałem więc, że książka którą Ziemkiewicz – Polak wyjątkowy – pisze w takiej intencji i do tak ‘stargetowanej’ grupy wyjątkowych Polaków, musi mu przynieść chwałę. No i przyniosła.
Dlaczego w stosunku do książki Ziemkiewicza, zatytułowanej Polactwo, czuję wyłącznie wstręt? Oczywiście dlatego, że uważam ją za książkę bardzo niedobrą, fatalnie napisaną, intelektualnie niechlujną i nieuczciwą, krotko mówiąc – głupią. Ziemkiewicz wymyślił sobie, że Polacy mają wady narodowe, uznał, ze to właściwie jest bardzo ciekawe, a następnie doszedł do wniosku, że jeśli on zapisze swoje na ten temat refleksje na 400 stronach, to akurat będzie w sam raz. I napisał. I teraz załóżmy, że Polacy mają dziesięć wielkich narodowych wad. Ziemkiewicz wspomina, jeśli pominąć całą tę jego sofistykę, o zaledwie paru. Ale niech będzie dziesięć. Jak długo można pisać o dziesięciu wadach narodowych? Przez 50 stron? Sto? No… na pewno nie przez 400. Ziemkiewicz napisał książkę na 410 stron, udowadniając wyłącznie jedno: że Polacy zachowują się czasem bardzo do bani, a czasem mniej. I że wszystkie inne narody również zachowują się bardzo do bani, a czasem mniej. Tyle tylko, że kiedy on o tym pisał (na tych 410 stronach), to wszystkie te swoje przykłady objaśniał w jeden sposób. Że kiedy Polacy zachowują się do bani, to jest to ‘polactwo’, a kiedy Niemcy, albo Francuzi, albo Włosi zachowują się to bani, to też jest to ‘polactwo’. Tragedia!
Więc to jest jeden powód, dla którego o Ziemkiewiczu i o jego książce myślę źle. Drugi powód, jeszcze ważniejszy, to ten, że ja uważam stan umysłu, który zaprezentował Ziemkiewicz, za okropnie sztubacki. Pamiętam jak kiedyś, kiedy jeszcze dzieci pisały do siebie listy w systemie Pen Pali trzeba się było jakoś zaprezentować, to nieodmiennie pojawiał się następujący opis: „Cenię przyjaźń, nienawidzę faszyzmu i głupoty”. Z czasem, jak stopniowo zniknęły listy papierowe, troszkę zniknął też ten faszyzm, natomiast pozostała przyjaźń i głupota. Tyle że one są już obecne w wypowiedziach ludzi dorosłych. Najczęściej artystów – aktorów i piosenkarzy. Jeśli zapytać Piotra Rubika, albo dziennikarza telewizyjnego Kubę Wojewódzkiego, czy jakąś Małgorzatę Foremniak, co oni lubią, albo czego nie lubią, to najczęściej – o ile któryś z nich nie postanowi zażartować – pojawia się ten stary tekst: „Bardzo cenię przyjaźń, nienawidzę głupoty”. Ziemkiewicz wspiął się nieco wyżej. On dodaje: „Głupoty i polactwa”.
I teraz jest tak, że za Ziemkiewiczem idzie cała kolejka jego fanów, którzy strasznie są z siebie dumni jeśli mogą powiedzieć odważnie i dobitnie: „Nienawidzę tego naszego polactwa!” A mnie okropnie boli fakt, ze wśród nich jest mnóstwo ludzi bardzo wrażliwych, bardzo patriotycznych, bardzo w gruncie rzeczy dumnych z tego, że urodzili się własnie tutaj, a może nawet i właśnie teraz, tyle że z jakiegoś dla mnie niepojętego powodu nie są w stanie dojrzeć, jakie to jest okropne dojść do tego miejsca, kiedy się będzie z poczuciem pełnego intelektualnego sukcesu, dumnie wypowiadało to właśnie słowo: ‘polactwo’. I już nawet nie chodzi o to, że ci wszyscy, którzy nienawidzą głupoty, sami są często głupi jak para starych butów, ani o to, że ci wszyscy, którzy wyciągają swoje polskie paluchy na Polskę i krzyczą „polactwo!” sami w sposób najbardziej dobitny to ‘polactwo’ uosabiają. Dla mnie myślą absolutnie nie do zniesienia jest to, że wielu z moich kolegów używa tego określenia ‘polactwo’, nie czując jak fatalnie się tym samym znaleźli.
A jest jeszcze jedna, bardzo niezwykła, kwestia. To ‘polactwo’ pojawiło się przy okazji robotniczych protestów. Ja oczywiście wiem, że związek zawodowy Sierpień 80, to jest bardzo podejrzana ekipa. Ja bardzo poważnie biorę pod uwagę, że oni sa najzwyczajniej w świecie podstawieni. Że te ich okupacje to zwykły humbug, który ma na celu wyłącznie zneutralizowanie prawdziwego gniewu i prawdziwej ludzkiej rozpaczy. No ale to jest jedynie teoria. Oficjalnie sprawa wygląda tak, że jest kryzys, rząd jest absolutnie, ewidentnie i skandalicznie niekompetentny, Polska upada, ludzie tracą pracę, banki wysyłają na rodziny egzekutorów należności, wielu Polaków nie wie jak będą żyć następnego dnia. I generalnie jest spokój. ‘Polactwo’ chodzi pokornie do pracy, kiedy zadzwoni pan ankieter z OBOP-u, grzecznie powie mu, że popiera Platformę Obywatelską, na ulicy nie widać nie dość że rozruchów, to ludzie na ogół są dla siebie uprzejmi i w miarę grzeczni. Tyle że związkowcy z Sierpnia 80 okupują biura poselskie przedstawicieli rządu, a reżimowa policja ich stamtąd usuwa. A to na tle okrzyku ludzi mądrych: „POLACTWO!!!!!”
Wczoraj Jarosław Kaczyński miał konferencję prasową w Łapach, gdzie Polska ludziom dała tak w łeb, że aż dziw, że nie było słychać w całym kraju. Czy coś się dzieje? Czy ‘polactwo’ odstawiło jakiś kompromitujący cyrk? Jakoś nie słyszałem. Natomiast wciąż słyszę wrzask: „POLACTWO!!!!!!” No i chichot, że Kaczyński się przejęzyczył i zamiast „Prawo i Sprawiedliwość” powiedział „Platforma Obywatelska”.
Ludzie tracą pracę. Ja tak dokładnie nie wiem, co to znaczy stracić pracę. Przyznaję. Miałem dwa momenty w swoim życiu, że przez chwilę poczułem zapach tej chwili. Domyślam się więc, jak to jest kiedy to nie jest chwila, ale coś dłuższego. Jak się zachowuje człowiek, który się dowiaduje, że właśnie przyszło na niego. Niedawno dwa razy słyszałem o ludziach, którzy zastrzelili siebie i swoje rodziny w Ameryce. Czasem słyszę o najróżniejszych demonstracjach w Paryżu, może nie bezpośrednio spowodowanych utratą pracy, ale jakoś tam kłopotami z egzekwowaniem od państwa należności. Płoną wówczas samochody, niszczone są sklepy, a przez całe miasta przelatuje jeden wrzask: „ANARCHIA!!!”. Przepraszam bardzo, czy to jest ‘polactwo?” A jeżeli to nie jest ‘polactwo’, to mam rozumieć, ze ‘polactwem’ jest to, że ‘polactwo’ nie bierze spluwy i nie morduje swojej żony i dzieci z rozpaczy, albo nie wychodzi na ulicę i nie rozpieprza wszystkiego w drobny mak?
Dziś w Rzeczpospolitej znajduję znakomity tekst prof. Krasnodębskiego zatytułowany Cudownie odzyskana reputacja http://www.rp.pl/artykul/301262.html , gdzie Krasnodębski pisze tak: „Jedynie stoczniowcy nie dostroili się do świątecznych nastrojów. Nie są w stanie zrozumieć, że jeśli nikt nie chce kupować budowanych przez nich statków, to nikt nie będzie do nich dopłacać z podatków, kosztem nas wszystkich. Wtedy nie stać by nas było ani na SUV, ani na grilla, nie mówiąc już o wieszakach z drewna wiśniowego, sprowadzanych prosto z Londynu. Zupełnie inaczej jest z przedsiębiorstwami europejskimi, które mają znaczenie systemowe. Te mogą i powinny być wspierane przez rządy, zwłaszcza ważnych krajów. W Niemczech przez pewien czas zastanawiano się intensywnie, czy Opel jest takim przedsiębiorstwem, ale ponieważ należy do GM, wynik namysłu był negatywny. Co innego bank Hypo-RealEstate, który być może zostanie znacjonalizowany. Volkswagena na szczęście już od 1937 roku nacjonalizować nie trzeba. W Polsce nie ma żadnych firm ‘systemowych’. I to nie dlatego, że należą do zagranicznych właścicieli. Po prostu, gdy w Polsce upadnie jakaś firma, to ma to takie znaczenie dla systemu światowego kapitalizmu, jak upadek cukrowni czy zakładów naprawczych taboru kolejowego w Łapach. Cukru od tego nie zabraknie, pociągów też. Miejmy nadzieję, że LOT, PKP i inne przedsiębiorstwa po swoim koniecznym upadku przejdą w bardziej sprawne ręce. Pocieszające jest to, że odżyły dziedziny, w których Polacy nadal się sprawdzają. Wrócili na przykład na szparagowe plantacje w Niemczech. W pracy u bauera Polacy są bezkonkurencyjni i tak tradycyjnie w nią wdrożeni, że nawet firma senatora Tomasza Misiaka nie musi robić im szkoleń.”
Polacy. Spokojne, na ogół bardzo przyjaźnie usposobione, społeczeństwo w środku Europy. Mądre jak większość, głupie jak większość. Pracowite jak większość, leniwe jak większość. Trochę naiwne. Dopiero wchodzące w świat talentów i sukcesów. Przez całe dziesiątki lat pod ruskim, albo niemieckim butem. Bez swojego państwa przez ponad sto lat. Z tej niewoli odrodzone ze swoim językiem, swoją wiarą i z tą swoją łagodnością. Niektórzy mówią, że jeszcze ze szczególną gościnnością. I teraz za to wszystko, muszą Polacy znosić ten oskarżycielsko wyciągnięty w ich stronę paluch Rafała A. Ziemkiewicza i to czarne słowo: „POLACTWO”. A obok tego palucha, ten niespokojny szmerek… I dalej mi się już nie chce pisać. Bo się poczułem naprawdę fatalnie

poniedziałek, 11 maja 2009

Kochajmy zwierzęta. Nie bójmy się ludzi.

Parę osób oskarżyło mnie ostatnio o to, że nie lubię Rafała Ziemkiewicza. Prostowałem ten zarzut wielokrotnie, a dzisiejszy wpis zacznę od ponownego oświadczenia w tej sprawie. Lubię teksty Ziemkiewicza, szanuję wiele jego talentów i generalnie uważam go za bardzo cenny element współczesnej polskiej publicystyki. Cenię pisarstwo Ziemkiewicza i nawet jeśli zbyt często uważam jego teksty za płytkie i niemądre, nie zmienia to faktu, że Ziemkiewicz jest dla mnie nie byle kim. Gdybym Ziemkiewicza nie lubił, to nie polemizowałbym z nim, a już na pewno nie czytałbym, co on ma do powiedzenia. Nie lubię natomiast Żakowskiego, jego kolegi Najsztuba, nie znoszę wręcz fizycznie Kuczyńskiego, więc nawet jeśli od czasu do czasu coś na ich temat wspomnę, to wyłącznie z czystej chęci dania świadectwa, a nie by tracić czas na bezsensowne polemiki.
Wspomniałem Waldemara Kuczyńskiego. Po raz drugi już chyba na tym blogu. Trudno. Jak trzeba, to trzeba. Dzisiejsza Rzeczpospolita opublikowała podpisany przez niego tekst http://www.rp.pl/artykul/303426.html, z którego potrafię się – oczywiście – odnieść wyłącznie do samego początku. Za to w formie pogłębionej refleksji Zanim jednak przejdę do rzeczy, parę słów o Kuczyńskim. Ja nie uważam, że Kuczyński jest idiotą. Nie twierdzę, że to co on myśli, mówi i pisze, to opinie niemądre i pozbawione wartości. Ja nawet nie będę się upierał, że Kuczyński to człowiek zarozumiały, leniwy i zły. To wszystko, jeśli idzie o Kuczyńskiego, z mojego punktu widzenia, jest absolutnie nieistotne. Durniem może być wspomniany Ziemkiewicz. Ziemkiewicz może być patentowanym leniem, który popełnia błąd za błędem. Kuczyński stoi zupełnie w innym miejscu. On jest już tylko zdrajcą.
I jako zdrajca, Kuczyński zasługuje też na pewnego rodzaju zainteresowanie. Jak już wspomniałem, on był już bohaterem moich refleksji. Poszło o jego wielokrotnie formułowaną wypowiedź, że jeśli efektem tego ma być unicestwienie Jarosława Kaczyńskiego i jego politycznego projektu, to Kuczyński jest gotów zgodzić się na to by Polska spłonęła. Oczywiście, ja sobie zdaję sprawę z tego, że przykłady tego typu zdziczenia można znaleźć w wielu miejscach. I to nie tylko na ulicy. W końcu emocje, jakie rozpalili koledzy między innymi Kuczyńskiego, nie poszły na marne. A więc wszystko co widzimy, wszystko czego słuchamy, to wszystko też zapamiętujemy. W przypadku Kuczyńskiego, chodzi o to, że on jest po pierwsze osobą publiczną, a po drugie, on ten jad umie z siebie wylać w sposób wyjątkowo, że tak powiem, czysty. I przez to stanowi klasykę.
Dziś Waldemar Kuczyński pisze tekst w Rzeczpospolitej z jedną – jak się zdaje – tezą. W Polsce jest jak jest, ponieważ jedna czwarta społeczeństwa to urodzeni mordercy. I on nie ma na myśli jakiejś jednej czwartej. On tu jest bardzo precyzyjny. Nie wiem, jak Kuczyński rozwija swoją myśl i wiedzieć nie muszę. To co mnie interesuje, to początek jego tekstu, w którym z dumą przypomina tytuł swojego starego tekstu zatytułowanego Boję się narodu, oraz wybity fragment dzisiejszego artykułu: „Jedna czwarta Polaków chciałaby niezbyt brutalnego, za to opiekuńczego zamordyzmu, ubranego w orły, sztandary, defilady wojskowe i w politykę historyczną, jak w wierszyku ‘Kto ty jesteś? Polak mały.’”
Kuczyński prezentuje swoje insynuacje akurat na tle odradzania się prawdziwego, komunistycznego zamordyzmu w postaci gazu pieprzowego, policyjnych pał, powracających dowcipnie życzeń dla obu Kaczyńskich – nie tylko na onetowym portalu – żeby zdechli szybko i skutecznie. Przy wtórze dopingu ze strony najbardziej zaangażowanej części społeczeństwa w temacie „zrobienia porządku z anarchią i bandytyzmem”, a wszystko w ramach najbardziej oczywistych działań piarowskich na rzecz przedłużenia rządów Platformy Obywatelskiej.I ja go rozumiem, a raczej może w tym wszystkim rozpoznaję. To jest klasyka. Natomiast to co mnie tu szczególnie uderzyło, to owo wspomnienie wierszyka Władysława Bełzy, którego uczyli mnie, najpierw moja babcia i dziadek, a później Rodzice. Oto ten wierszyk w całej okazałości: Katechizm polskiego dziecka
-Kto ty jesteś?
- Polak mały.
- Jaki znak twój?
- Orzeł biały.
- Gdzie ty mieszkasz?
- Między swemi.
- W jakim kraju?
- W polskiej ziemi.
- Czem ta ziemia?
- Mą ojczyzną.
- Czem zdobyta?
- Krwią i blizną.
- Czy ją kochasz?
- Kocham szczerze.
- A w co wierzysz?
- W Polskę wierzę.
- Coś ty dla niej?
- Wdzięczne dziecię.
- Coś jej winien?
- Oddać życie.
To jest właśnie to, co Kuczyńskiemu skojarzyło się z brutalnym zamordyzmem. Wiersz Bełzy i te sztandary, te orły…
W tej sytuacji, ja też mam pewne skojarzenia. Otóż kiedyś jedna pani kupiła sobie pytona. Prawdziwego węża - pytona. I z nim mieszkała, bawiła się z nim, a nawet spała. Kiedyś z niepokojem zauważyła, że jej pyton, śpiąc nie zwija się ta jak dotychczas, ale śpi wyciągnięty. Ponieważ wystraszyła się, ze pyton może być niezdrów, sprowadziła lekarza – specjalistę od gadów. I oto, czego się dowiedziała. Pyton jest jak najbardziej zdrowy, tyle, że zaczyna się przymierzać do ostatecznego zjedzenia swojej pani. I ćwiczy, czy jest w stanie ją skutecznie skonsumować. Dlatego tak się rozciąga. I sprawdza swoje możliwości. Powoli, cierpliwie. A ona biedna myślała, że jest chory. Ale miała jednak szczęście, prawda, panie Kuczyński?
Na ile potrafię ocenić sytuację, Pan się już nie wyślizgnie.

niedziela, 10 maja 2009

Gaz na oczy, pała na plecy, grill do noska

Jarosława Kaczyńskiego lubię i szanuję za wiele najróżniejszych rzeczy. Natomiast gdybym miał wymienić tylko jedną, która by choćby w symboliczny sposób miała wyrazić to, co – w moim pojęciu – sprawia, że nie jestem tu jakimś szczególnym wyjątkiem, to powiedziałbym, że Jarosław Kaczyński dużo wie. On wie naprawdę dużo, i to na tylu rozmaitych poziomach, że mógłbym uznać, że on wie wszystko, co powinien wiedzieć wybitny polityk. Kiedy słucham Jarosława Kaczyńskiego, kiedy go czytam, a nawet kiedy go tylko oglądam, to mam spokojną pewność, że stoję przed kimś kto w ciągu swojego całego życia zrobił wszystko co trzeba było zrobić, żeby nikt uczciwy i nieuprzedzony, nie mógł powiedziec, że jemu akurat brakuje zawodowej kompetencji. Krótko mówiąc Jarosław Kaczyński jest pełnym fachowcem.
I nie jest to fachowość pozorowana. Każdy uczciwy, nieuprzedzony człowiek, na tyle doświadczony, żeby rozpoznawać różnego typu oszustów, nie musi być nawet szczególnie przenikliwy, żeby wiedzieć, że Jarosław Kaczyński jest fachowcem autentycznym. W filmie Prawdziwy romans, Christopher Walken – sycylijski gangster – w pewnym momencie opowiada, jak to Sycylijczycy są najlepszymi na świecie łgarzami. Ojciec Walkena, z kolei, był w tej kategorii mistrzem świata. Przy okazji jednak – jak twierdzi Walken – Sycylijczycy są też najlepszymi na świecie ‘wykrywaczami’ kłamstw. Walken, jako Sycylijczyk i syn swojego ojca, poznał wszystkie 20 min, jakie zdradzają człowieka, który kłamie. Jestem przekonany, że jeśli Jarosław Kaczyński kłamie, a jego fachowość i kompetencje są tylko udawane, to on zna jeszcze tę 21 minę, a w tej sytuacji i tak by trzeba było mu przyznać, że jest lepszy od innych. Ja oczywiście mam pełną świadomość, że bardzo wiele osób czytających te słowa, już wybuchło szczerym śmiechem i uznało, że ze mną nawet nie ma co na ten temat dyskutować. Trudno. Piszę to co czuję i jestem pewien, że to ja mam rację, a ci, którzy moją rację kwestionują, są w najlepszym wypadku do Kaczynskiego ciężko uprzedzeni.
Kaczyński zatem ma wszelką potrzebną do skutecznego uprawiania polityki wiedzę i to – jak śpiewał pewien ktoś – widać, słychać i czuć. On ma też wiedzę, bez której być może nawet mógłby się obejść, ale ją ma, bo prawdopodobnie chce ją mieć, a gromadzenie wiedzy przychodzi mu z dużą łatwością. A to sprawia, że tym bardziej – dla wszystkich uczciwych i nieuprzedzonych obserwatorów – jest politykiem i człowiekiem po prostu wiarygodnym.
Co mam na mysli, mówiąc, że Jarosław Kaczyński wie i że jest zorientowany? Drobny przykład. Jeszcze chyba jesienią zeszłego roku, miałem okazję być na spotkaniu z prezesem Kaczyńskim. Było to zwykłe spotkanie z mieszkańcami. Spotkanie, do którego on nie musiał się jakoś szczególnie przygotowywać. W pewnym momencie, mówiąc o tym, że społeczeństwo jest wciąż w dużym stopniu ubogie, wspomniał o tym, że w pełni kwalifikowany nauczyciel dostaje 1800 zł pensji. To mnie zdziwiło. Ja nie słyszałem dotychczas jakiegokolwiek głosu pochodzącego z tak zwanej publicznej domeny, który by zwrócił uwagę na fakt, że w pełni wykwalifikowany nauczyciel w Polsce nie zarabia nawet 2000 zł. miesięcznie. Minister Hall twierdzi z najbardziej bezczelnym uporem od już ponad roku, że dyplomowany nauczyciel dostaje 3500 zł. Ostatnio ta pensja wzrosła nawet do 4200 zł. I nie ma takiej siły, która by potrafiła to kłamstwo obnażyć. Hallowa podaje liczby, media powtarzają te dane za nią, a za mediami, duża część społeczeństwa gładko przyjmuje to łgarstwo i cały swój gniew kieruje przeciwko nauczycielom, którzy rzekomo pracują zaledwie 8 miesięcy w roku, 18 godzin w tygodniu, dostają za to ponad 4000 zł. i jeszcze mają czelność pyskować.
Skąd Kaczyński wie, że nauczyciel dyplomowany w Polsce jest zaharowanym nędzarzem? Może on ma w rodzinie jakiegoś nauczyciela? Nic mi o tym nie wiadomo. Może on przed spotkaniem z mieszkańcami się tego jakoś przypadkiem dowiedział? Może. Choć nie sądzę. On gadał przez godzinę i to co wiedział o pensjach nauczycielskich było zaledwie jedną z wielu bardzo w gruncie rzeczy lokalnych kwestii, o których on wspominał. I które zdecydowanie znał. Uważam, że Jarosław Kaczyński jest jednym z nielicznych polskich polityków, którym w jakiś sposób udało się – mimo wszystko – zachować kontakt z życiem narodu. On jest jednym z naprawdę niewielu polityków, którzy doskonale czują ten społeczny puls. I nawet jeśli ta jego wiedza jest bezpośrednio związana z tym, że on nie jeździ samochodem, nie umie obsługiwać komputera, nie ma rodziny, mieszka z mamą i że jest tak skandalicznie poza tym wszystkich co się powszechnie uważa za establishment, to niech tak będzie. Widocznie stamtąd widać i słychać lepiej.
Niedawno, przy okazji długiego majowego weekendu pojawił się temat tzw. grillowania. Szczerze powiem, że nie jestem w stanie odtworzyć sekwencji, wewnątrz której to grillowanie stało się nie dość że tematem w ogóle, co symbolem czegoś na kształt cywilizacyjnego skoku. Nie wiem, kto pierwszy zaczął o grillowaniu gadać. Mogę się mylić, ale nie zdziwiłbym się gdyby to maj ubiegłego roku przyniósł ten temat, a głównym sprawcą tego bardzo szczególnego dziwactwa były media, bezpośrednio nakręcone przez platformerski piar. Mam bardzo silne przekonanie, że tuż po wejściu w nasze życie Platformy Obywatelskiej jako siły rządzącej, a z nią całej tej filozofii zabawy, miłości, beztroski, korzystania z życia, przy pierwszej nadarzającej się okazji, pojawił się ten grill. Grill jako zabawa, jak styl życia, jako gest, a nie jako sposób na zabicie głodu. Odnoszę bardzo przykre wrażenie, że to właśnie ów grill był jednym z elementów tej oferty z którą Platforma Obywatelska wygrała wybory. Platforma Obywatelska jako partia miłości i grillowania. A zatem – „Tylko ktoś kto potrafi kochać i ma w domu grillownicę ma też moralne prawo, żeby rządzić!”
Przyszedł więc kolejny długi majowy weekend i znów dowiedzieliśmy się, że będziemy gillować. Że znów – jak co roku – miliony Polaków i Europejczyków, wykształconych, uśmiechniętych, życzliwych – a my wraz z nimi – za uczciwie zarobione pieniądze kupimy sobie worek węgla drzewnego, kawałek karczku, półtora kilo kiełbasy, kilka filetów z kurczaka, parę zgrzewek piwa, wsiądziemy w nasze samochody i udamy się na piknik. A niektórzy z nas rozbiją się w swoich przydomowych ogródkach i tam zostaną aż do późnego niedzielnego wieczora. I będzie pięknie, słonecznie i życzliwie.
Tak samo jak nie pamiętam momentu, kiedy kwestia grillowania stała się sprawą publiczną, tak tez bardzo dobrze pamiętam, jak to się stało, że Jarosław Kaczyński postanowił podzielić się swoją refleksją na temat rocznicy naszego nowego, polskiego grillowania. W wywiadzie, jaki Rzeczpospolita przeprowadziła z byłym premierem, Igor Janke spytał Kaczyńskiego, czy, jego zdaniem nie jest tak, że Polacy bardziej wolą wesoło pogrillować z premierem Tuskiem niż robić rewolucję z premierem Kaczyńskim. Było to tak:
„Janke: Ale może jest też tak, że Donald Tusk znalazł po prostu język porozumienia z dużą częścią społeczeństwa. Może Polacy wolą dziś przyjemny grill z premierem Tuskiem niż rewolucję z premierem Kaczyńskim?
Kaczyński: Grillowanie to nasze dzieło. To za naszych rządów konsumpcja wzrosła o 31% i to dobrze, że część współczesnego pokolenia Polaków po tylu przejściach może pogrillować, ale proszę pamiętać, tylko część. Ci co zarabiają brutto 1300-1500 zł albo 8 zł za godzinę na czarno, nie grilllują. Staje jednak pytanie o cele rządzenia. Polska może grillować, a mimo to się zmieniać. My ciągle stoimy przed wyborem – Bawaria czy Trzeci Świat. Społeczeństwo zastygłe w jałowym korporacjonizmie czy ambitny Naród, który nie chce ciągle czerwienić się, gdy przychodzi oglądać naszą pozycję w rankingach pokazujących udział w światowym obiegu myśli, dzieł sztuki, ilości Nobli czy równoważnych nagród (np. w matematyce). A ostatnie miejsce w płacach za godzinę polskich pracowników w Londynie, miejsce za pracownikami z krajów afrykańskich, też jest warte pamiętania. No i przede wszystkim nigdy nie wolno zapomnieć o tych co nie grilllują.”
Takie było pytanie i taka była odpowiedź. Kiedy dziś wpiszemy w wyszukiwarce internetowej hasło ‘grill’, otrzymamy dziesiątki odpowiedzi, wszystkie, w typowy dla Internetu sposób, wyszydzające Jarosława Kaczyńskiego. Nagle okazuje się, że grill jako symbol cywilizacyjnego postępu, pomysł wizerunkowych doradców Platformy Obywatelskiej i ewidentny element piaru – element o zupełnie wyjątkowym ładunku buractwa i przykład najbardziej ordynarnego ‘obciachu’ – jakimś niezmierzonym cudem, Platformie przyniósł tylko chwałę, a PiS-owi jedynie wstyd. Kiedy ten grill się pojawił po raz pierwszy, nie mogłem się nadziwić, że on nie został natychmiast powszechnie wyśmiany. Nie mogłem zrozumieć, jak to się stało, że dla tylu przecież inteligentnych skądinąd i wrażliwych ludzi, ten obraz grillującej Polski pod rządami Donalda Tuska nie skojarzył się tak jak na to zasłużył. Więc wyszło mi na to, że ta tandeta, której tu i ówdzie doświadczamy, jest o wiele powszechniejsza, niż się mogło wydawać. A tu tymczasem okazuje się, że nie – nawet oni wiedzą, że ten cały grill, to zwykła przynęta na idiotów, tyle że nagle okazuje się, że winnym wszystkiego jest – jak zwykle zresztą – Jarosław Kaczyński.
Proszę zwrócić uwagę na to, o co Janke spytał Kaczyńskiego, i co ten mu odpowiedział. Otóż sugestia była taka, że podczas gdy Platforma dba o cywilizacyjny rozwój społeczeństwa i jego dobrobyt, PiS proponuje wyłącznie rozróbę. I na to, Kaczyński odpowiedział krótko, sensownie i bardzo rzeczowo. Po pierwsze grillowanie, to przede wszystkim zabawa, i to raczej dla osób zamożnych, a nie dla niezamożnych. Po drugie, zarzut, jakoby podczas gdy Platformazajęta była poprawianiem kondycji społeczeństwa, PiStracił czas na awantury, jest nieuprawniony, bo było akurat raczej odwrotnie. I wreszcie, najważniejsze, ten cały cyrk z grillowaniem jest zabawą w pozory, bo większa część społeczeństwa je dla zaspokojenia głodu, a nie dla satysfakcji ze złudzenia doganiania świata. A zatem, Kaczyński dowiódł, że nie tylko jest zorientowany w sytuacji w jakiej żyje większość jego rodaków i w tak zwanych priorytetach, to jeszcze to, że świetnie potrafi rozróżnić to co realne od tego co jest wyłącznie tanią magią. Jak ktoś nie wie, o czym mówię, to niech sobie jeszcze raz przeczyta pytanie, jakie Kaczyńskiemu zadał Igor Jankę i na to pytanie odpowiedź. Czy to jest powód do szyderstwa?
Otóż okazuje się, że nawet jeśli nie jest, to może być. Tylko przyjrzyjmy się kto szydzi? Z jednej strony drwiny idą od tych, którzy grillują tak mniej więcej własnie od dwóch lat i uważają, że to świadczy o ich talentach i społecznej pozycji. Z drugiej stoją ci co grillują, i choć wiedzą, że w tym nie ma nic niezwykłego, to dostają nagle cholery, że ktoś im zwraca uwagę na to, że oni są w gruncie rzeczy w potężnej mniejszości. A z boku stoją i dorzucają swoje trzy grosze ci, którzy wprawdzie nie grillują, bo ani nie mają gdzie, ani za co, ale za to mają tę swoją mentalność zadowolonego niewolnika i bardzo nie lubią, jak się ich stawia w jednym szeregu z ludźmi w równym stopniu pozbawionymi własności, ale za to wolnymi.
I to jest właśnie całość tego czegoś, z czym nam się przyjdzie zmierzyć najpierw w najbliższych wyborach, a później w kolejnych pojedynkach o wolną Polskę. Uważam, ze to jest marny przeciwnik. Nawet jeśli liczny, to bardzo marny. Głupi, pusty, leniwy. Nie będzie czymś bardzo trudnym go pokonać. Trzeba tylko uwierzyć, że jeśli się chce zmiany, trzeba pójść do wyborów. Tylko tyle.

sobota, 9 maja 2009

O inteligencji typu pop i o - jakże by inaczej - grillowaniu

O Lechu Wałęsie pisałem tu wielokrotnie. Głównie pogardliwie i – jeśli ktoś tak woli – z zimną nienawiścią. Czemu ja w ogóle widzę sens, żeby się nim zajmować? Sprawa jest dosyć prosta. Poza Lechem Wałęsą, nie ma na polskiej scenie politycznej postaci tak prostackiej, a jednocześnie tworzącej takie zamieszanie na tej właśnie scenie, tak beznadziejnie płaskiej i nieciekawej, a w tym samym czasie tak skutecznie destablizizującej wszystko co się tylko zdestabilizować da. Mam oczywiście swoje własne przemyślenia, na temat tego, jak to się dzieje, że właśnie Lech Wałęsa odnosi tak niebywały sukces i tak nieprawdopodobnie nieadekwatny do swoich intelektualnych i czysto ludzkich możliwości, ale wiem też, że sprawa jest na tyle skomplikowana, że jeśli już piszę o Wałęsie, to bardzo ogólnie i właściwie tylko w związku jakimiś doraźnym zdarzeniami. Wiem, że Wałęsa to temat, który zasługuje na grube opracowanie, zarówno psychologiczne, socjologiczne, czy politologiczne, czy nawet filozoficzne, ale nie mam wątpliwości, że wszystko co by miało wykraczać poza codzienność zdarzeń, wymagałoby pracy tak bardzo starannej i tak wielu badań, że oczywiście, tym kto ostatecznie zbada Wałęsę, nie mógłbym być na pewno ja. Jak się dziś okazuje, oto, ni stąd ni z owąd, cały fenomen Lecha Wałęsy jako osoby wpływowej, postanowił omówić Piotr Semka w artykule w Rzepie http://www.rp.pl/artykul/9133,302088_Semka__Walesa__zbiorowej_troski_.html Ale o tym za chwilę.
W cytowanym tu już kiedyś przeze mnie wywiadzie Boba Greene’a z Richardem Nixonem, Nixon mówi tak o telewizji:
„Powiedziałbym, że z wszystkich cywilizacyjnych zagrożeń współczesnej Ameryki, najbardziej mnie przeraża potęga telewizji. Kiedy przeglądam sondaże, które dowodzą, że przeciętny Amerykanin spędza cztery godziny przed telewizorem, jestem autentycznie załamany.
Obawiam się, że młode pokolenie będzie gorzej wykształcone, jeśli będzie tak mało czytało. Bycie odpowiedzialnym w dzisiejszym świecie nie może być oparte na nieustannym gapieniu się w ekran telewizora i wchłanianiem tych wszystkich obrazków i autorytatywnych komentarzy i tego wszystkiego.
Pamiętam jeszcze z czasów prezydenckich konferencji prasowych, jak to wszyscy oczekują od ciebie, że odpowiesz na dwadzieścia pięć pytań w pół godziny. A więc zadają ci pytanie: Co zamierza pan zrobić w sprawie Iranu? I na to masz półtorej minuty.
Mowy nie ma. A mimo to, tak to właśnie wygląda. A więc ludzie otrzymują powierzchowną odpowiedź. A później ma pan tych komentatorów, którzy, jeśli dostana pół minuty w wieczornych wiadomościach, to już mogą się cieszyć. Jak można omówić problem inflacji, nowy program walki z narkotykami? Jak można omówić inteligentnie cokolwiek w półtorej minuty? A mimo to, ci biedni politycy muszą robić to codziennie, byle się znaleźć w wieczornych wiadomościach.”
Bob Greene spotykał się z Nixonem w początku lat 80-tych. To już trzydzieści lat temu. Wiele się zmieniło, nawet Polska przez ten czas dobiła do cywilizowanego świata i nawet już u nas, istnieją specjalne szkolenia dla dziennikarzy telewizyjnych, o których Nixon – w nieco innym miejsc – mówi, że przez nie „wszystko staje się nudne jak Orzeszkowa”. Mówi tak: „Na tych wszystkich uniwersytetach, na tych kursach mówienia, każą ci wciąż słuchać swojego głosu. I koniec jest taki, że w telewizji, wszyscy – i kobiety i mężczyźni – mają dokładnie tę samą melodię, tę sama kadencję […] To wszystko byłoby o wiele bardziej interesujące, gdyby mówili normalnie.”
A więc i my dobijamy do świata. Ale, niestety, już nie tylko jeśli idzie o telewizję. Gdyby Nixon żył dzisiaj, byłby z pewnością bardzo zdziwiony, widząc, jak już nie tylko obraz, ale i papierowe słowo, zaczyna mieć tę sama, „nudną jak Orzeszkowa” kadencję. I to już nie tylko w gazetach, ale i w książkach.
Niedawno pisałem o tym, jak to coś może wyglądać w literaturze, na przykładzie Polactwa Rafała Ziemkiewicza.Już po napisaniu tego tekstu, spotkały mnie ciężkie zarzuty ze strony osób ceniących Ziemkiewicza bardzo, że jestem wobec niego niesprawiedliwy. Oczywiście, jak się można było spodziewać od początku, sam padłem ofiarą tego, o czym piszę dzisiaj. Mój tekst nie dość, że nie był recenzją książki Ziemkiewicza, to nawet nie był tej książce poświęcony. Ale mimo to, że ani nie był recenzją, ani nie był na temat, to jednak coś tam o tym nieszczęsnym Polactwie napisałem i siłą rzeczy, jedyne co z tego zostało, to goły zarzut, że Ziemkiewicz jest dokładnie tak samo pusty, jak cały pop. Stało się zupełnie to samo, co sugerował Nixon: „Jak można omówić inteligentnie cokolwiek w półtorej minuty?” Ja można opisać polskość w ramach jednej popularnej ksiązki i jak można skrytykować tę książkę w jednym tekscie na blogu? Dziś nadal jednak nie mam zamiaru recenzować książki Ziemkiewicza, ale bardzo chciałbym coś dodać, co – mam nadzieję – uściśli całą kwestię. Mój problem z Ziemkiewiczem polega na tym, że on, jako publicysta, działa na jednej płaszczyźnie. Wymyśla jedną tezę, zazwyczaj bardzo nośną, i żeby dowieść jej prawdziwości, pisze na ten temat, albo cały wielki artykuł, albo – jeszcze gorzej – całą książkę. Ponieważ wszystko zostaje już zwykle załatwione na pierwszych stronach, albo w pierwszych zdaniach, a cała reszta jest już wyłącznie pisaniem, co ślina na język przyniesie, byleby tylko nie za bardzo odchodzić od tematu i nie obniżyć za bardzo poziomu kontrowersji.
Ja – jak mówię – nie planuję recenzować książek, nawet tak ważnych – by nie rzec, kultowych – jak Polactwo. Chce wyłącznie zwrócić uwagę na metodę, jaką się posługuje Ziemkiewicz, na jednym tylko przykładzie. Chcąc dowieść, ze ‘polactwo’ to również bezmyślna biurokracja, pisze Ziemkiewicz tak:
„Nie znam na przykład kraju, który by miał w przeliczeniu na głowę mieszkańca liczniejsze władze. W polskim parlamencie zasiada 560 posłów i senatorów. Dokładnie tyle samo, co w USA. Tylko że USA liczą sobie około ćwierć miliarda mieszkańców”.I dalej, w charakterystycznie błyskotliwy dla siebie sposób, ze słynną ziemkiewiczowską swadą, udowadnia, że to jest właśnie jeden z elementów tak zwanego polactwa. I wymienia nazwiska, przytacza anegdoty, wręcz śpiewa piosenki na temat tego, jacy to ci Polacy są beznadziejni. Zadałem sobie trud, żeby sprawdzić, jak – jeśli idzie o kwestię polactwa– wygląda sytuacja w kilku europejskich krajach. Otóż Polska ma jednego parlamentarzystę na 68 tys. mieszkańców; Francja – jednego na 65 tys. mieszkańców; Hiszpania – jednego na 62 tys. mieszkańców; Portugalia – jednego na 43 tys. mieszkańców; Włochy – jednego na 63 tys. mieszkańców; Holandia – jednego na 44 tys. mieszkańców; Czechy – jednego na 35 tys mieszkańców….
Więc jeszcze raz. Ziemkiewicz pisze o polskim polactwie, kpiąc, szydząc, załamując ręce, wróżąc ostateczny upadek tego narodu i wieczną niewolę, podając jako jeden z argumentów, rozbuchaną biurokrację, a to na przykładzie nadmiernego składu osobowego parlamentu. I pisze tak, że pozwolę sobie powtórzyć: „Nie znam na przykład kraju, który by miał w przeliczeniu na głowę mieszkańca liczniejsze władze”. Ktoś mnie pewnie poprosi, żebym analizował dalej. Dalej grzebał po ziemkiewiczowskich stroniczkach, i wykazywał mu niechlujstwo i lenistwo. Nie. Ja już mógłbym dalej nie czytać w ogóle Ziemkiewicza, bo ja już swoje wiem. To jest właśnie ktoś taki. On wymyśla tezę, a później już tylko pisze, pisze, pisze… Jak będzie, tak będzie. Byle by wykonać plan. A plan – przyznaję – jest imponujący. A jak się czyta! Ileż tam żartów i anegdot i celnych spostrzeżeń! Przepraszam, ale ja już nie muszę.
I to jest własnie dokładnie to, o czym mówił przed laty Nixon, tyle że 30 lat później. Rynek spostrzegł, że jest jeszcze grupa osób, która nadal lubi sobie poczytać. A więc stworzył dla nich ofertę specjalną. Oni mogą czytać, ale to co dostaną, dostaną w tzw. pigułce. Nie dlatego że brakuje czasu, ale dlatego że brakuje miejsca. A pigułka będzie albo taka, albo inna – zależnie od wymagań czytelnika. Dla zwykłego, niewymagającego czytelnika tabloidów, powstanie tekst na 120 słów, złożony z 10 prostych zdań i ten tekst przekaże odpowiednio ułożoną pod względem ‘ciekawości’ informację. Dla czytelników bardziej inteligentnych, będzie gruba książka i ta książka również dostarczy odpowiednich wrażeń. Efekt jednak będzie taki, że i ten artykuł i ta książka będzie niosła dokładnie tę samą informację, czy naukę, czy rozrywkę, tyle że odbiorcą będzie ktoś kto lubi czytać, albo ktoś kto lubi czytać mniej. Dla reszty będzie telewizja.
Wczoraj w Rzepie, Piotr Semka dostarczył pigułkę tym wszystkim, którzy potrzebują się dowiedzieć, jak to jest z tym Lechem Wałęsą. I robi dokładnie to samo, co pan z telewizji, i to samo, co Rafał Ziemkiewicz, tyle że w formie gazetowego artykułu na – ja wiem? – 2 tys. słów. Jest oczywiście teza: Wałęsa to przebiegły lis i twardy gracz, na którego nie ma mądrych. Pisze Semka w leadzie swojego artykułu: „Historyczny lider „Solidarności" lubi występować w roli pomnika. Jednak co rusz ucieka z cokołu, aby związanemu z nim akurat środowisku wykręcić jakiś numer”. I teraz jest tak. Czy Semka wyjaśnia, jak to jest z tym „lubieniem”? Na ile Wałęsa lubi, a na ile musi? Co to znaczy „co rusz’? Ile razy uciekł, a ile razy go zmuszono? Ile razy uciekł, bo tak sobie wymyślił, a ile razy go zrzucono, albo się przestraszył? Ile razy on ten numer „wyciął”, a ile razy to jemu ten numer „wycięto”? Czy Semka odpowiada na pytanie podstawowe: Na ile Wałęsa jest samodzielny i wolny? Ani to, ani tamto, ani żadne inne pytanie nie jest przez Semkę potraktowane poważnie. On przedstawia nam maksymalnie skróconą i strywializowaną historię Lecha Wałęsy, dbając oczywiście cały czas, żeby ta narracja była odpowiednio zajmująca. A wszystko po to, żeby przekazać nam jedną, jedyną wiadomość – Wałęsa to sprytna bestia. I sprytna i bestia w sensie podstawowym.
Niezwykle charakterystyczny dla procederu, o którym tu dziś piszę, jest cały ustęp tekstu Semki, zatytułowany Psucie lidera "Solidarności" . Proszę sobie przeczytać. Semka w tekście o długości i przenikliwości przeciętnego wypracowania maturalnego, postanawia jednocześnie przedstawić całą historię współczesnej Polski i na tym tle – osobę Lecha Wałęsy. I w tej sytuacji, pozostaje nam tylko już czytać takie puste i płaskie diagnozy jak te:
„Trudno zliczyć środowiska polityczne, które psuły Wałęsę, tolerując jego złe cechy i broniąc go, aby tylko dopiec adwersarzom” „Wyrywanie sobie Wałęsy z rąk zaczęło się z chwilą powstania NSZZ "Solidarność" w 1980 r.” "Lechu" szybko zerwał ze swoimi patronami sprzed Sierpnia i zagrał o samodzielne przywództwo” „Na dodatek na lidera "Solidarności" starał się wpływać prymas Józef Glemp, by ograniczyć wpływy środowiska lewicy laickiej w związku” „Dlatego w stanie wojennym, gdy najważniejsze stały się kontakty na Zachodzie – ważniejsze od robotniczych mas – postawił na środowisko Adama Michnika” „W okresie od rozpoczęcia rozmów Okrągłego Stołu do powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego akceptował strategiczną rolę Bronisława Geremka i Adama Michnika jako faktycznych architektów polityki strony opozycyjnej” „W tym czasie kultu Wałęsy pilnowali jego najważniejsi doradcy” „Nasz bohater zrobił wtedy kolejny zwrot i zaczął planować, kto przygotuje mu kampanię prezydencką. Rozejrzał się, kto jest wrogiem jego wrogów i zainteresował się braćmi Kaczyńskimi”
Przecież dla każdego, kto jest zainteresowany polityką choćby trochę wyżej od przeciętnej, tekst Semki wyłącznie irytuje swoją trywialnością. Tam każdy możliwy problem jest zaczepiony wyłącznie z samego wierzchu i każda odpowiedź, jakiej Semka udziela, powoduje pięć kolejnych pytań, na postawienie których już oczywiście nie ma ani czasu ani miejsca. Ale inaczej być nie może. To z czym mamy do czynienia, to nowa szkoła publicystyki, która jest taka a nie inna, bo takie a nie inne są czasy, i takie a nie inne są wymagania. To jest dokładnie ta sama sytuacja, o której trzydzieści lat temu wspominał Richard Nixon, zatroskany o to, że telewizja opanowała zbiorową świadomość na szkodę słowa pisanego.
Pamiętam, jak jeszcze za starej komuny, od czasu do czasu miałem okazję czytać Time Magazine, albo Newsweek. Zawsze bardzo liczyłem na to, że może uda się znaleźć coś na temat Polski i polskiej walki. Oczywiście, wszystko co czytałem było – w porównaniu z tym, czym nas karmiono w kraju - takie odważne i takie bezkompromisowe. Tyle że po pewnym czasie, ta właśnie powierzchowność, wymuszona brakiem miejsca i czasu i przede wszystkim potrzebą dostosowania się do możliwości przeciętnego czytelnika, już tylko irytowała. I to właśnie wtedy, zawsze wolałem sięgnąć choćby do ocenzurowanych tekstów Kisiela, które, choć znacznie krótsze, bardziej politycznie i obyczajowo ‘poprzycinane’, były jednocześnie bez porównania bardziej intelektualnie intensywne, a przez to zwyczajnie pouczające.
Ktoś mi powie, że nie mam prawa się mądrzyć, bo sam mogę bardzo łatwo zostać oskarżony o mierność i brak przenikliwości. Proszę bardzo. Przyjmuję wszelkie zarzuty. Pragnę jednak jeszcze raz zwrócić uwagę, ze ja najczęściej zajmuję się sprawami bardzo codziennymi, a jeśli wchodzę w politykę, to również – najczęściej – staram się nie snuć refleksji na tematy, które wymagają większej pracy i intelektualnej i szperania po źródłach, niż jest to potrzebne, żeby zapełnić parę stron papieru. A poza tym, nawet jeśli na tym bardzo zamkniętym poletku, ktoś znajdzie u mnie ślady niestaranności, lub jakichś większych błędów i niedomówień, to proszę mi je pokazać. Choćby w takim zakresie, jak ja to wykazałem Ziemkiewiczowi w kwestii rzekomego ‘polactwa’ polskiego parlamentu. I powiem nieskromnie, że się tu czuję bardzo bezpiecznie.
Ja, na przykład, być może (kto wie?) swój następny tekst poświęcę temu, że grillowanie – wbrew temu co mówią ludzie grillujący co tydzień – to nie jest bardzo powszechna sprawa. Że nawet jeśli urządzenie do grillowania, kosztuje jedyne 20 złotych, a może i nawet mniej, to całe miliony ludzi w Polsce już nie stać na to, żeby sobie kupić ten kawałek karczku i go zjeść nie z głodu, ale tak dla zabawy. No i sprawa podstawowa. Ja, na przykład, mimo że mnie stać i na grilownicę i na kawałek mięsa ekstra, nie rozstawię grilownicy w kuchni, ani nawet w łazience, tylko po to, żeby dołączyć do czegoś, co Donald Tusk – który z pewnością, jak sobie chce pogrilowac, to może wyjść do ogrodu – uznaje za przeciętne. I jak już będę pisał ten tekst, to zwrócę uwagę na to, jak elity w Polsce fatalnie się znalazły poza głównym nurtem zycia. I jeśli będę chciał to wszystko podać w tym swoim typowym tempie, który ktoś z moich czytelników kiedyś nazwał ‘czasem’, to zejdzie mi jakieś 3 do 4 stron. I tam będzie wszystko co trzeba. Ale ja się zajmuję drobnymi sprawami. Takimi maleńkimi sprawami, którym jakże daleko nie tylko do ‘polactwa’, ale nawet do Lecha Wałęsy.

czwartek, 7 maja 2009

Edward Babiuch 2009 Revisited

Przed chwilą obejrzałem w telewizji wystąpienie prezydenta Gdańska Adamowicza, w sprawie przeniesienia przez rząd uroczystości rocznicowych 4 czerwca z Gdańska właśnie, do Krakowa. Adamowicz jest mi osobą całkowicie obcą i obojętną. Szczerze powiedziawszy, ja nawet teraz nie jestem w stanie sobie przypomnieć jak on ma na imię. Jeśli myślę o Adamowiczu, to wyłącznie w kontekście mojej wizyty w Gdańsku dwa lata temu przy okazji koncertu Roda Stewarta, kiedy to ów Adamowicz najpierw przerwał bez sensu koncert jakimiś idiotycznymi grepsami, a później, nocą, już po koncercie, pokazał mi zarządzane przez siebie miasto, pogrążone w ciemnościach, puste, ponure, śmierdzące wyłącznie bankami, frytkami i piwem. Więc nawet jeśli mam dziś jakieś miłe skojarzenia odnośnie Gdańska, to z przykrością muszę stwierdzić, że one raczej związane są z czasem dawnym, kiedy wszyscy byliśmy o wiele lat młodsi, a sam Gdańsk był cudownym miastem, próbującym wybić się na europejskość pod komunistycznym butem i w tej swojej walce wyglądał przepięknie. Dziś Adamowicz podkreślił z dumą, że on tam wtedy też był, ale ja mogę tylko z satysfakcją stwierdzić, że nie rzucał się w oczy, przynajmniej nie na tyle, żeby zakłócić nam dobre wrażenie.
Adamowicz i dzisiejszy Gdańsk zatem obchodzą mnie w minimalnym stopniu. Nawet jak jedziemy do Kuźnicy na Helu, to, mijając ten cały gdański syf, ciągnący się wzdłuż torów, próbujemy bardzo nie patrzeć, co się dzieje za oknem pociągu. Przymykamy oczy, a później już wysiadamy w tej Gdyni i staramy się cały czas stać plecami do tego, co za nami. Ja wiem, że wielu Gdańszczan z pewnością czyta te słowa z bólem, ale w rewanżu zapraszam do Katowic i niech mi oni wszyscy, jak tylko zechcą, oddadzą pięknym za nadobne. Nie ma problemu. Poza tym, proszę pamiętać – to nie ja zacząłem. Ja dziś rano, o Gdańsku nawet nie myślałem. Mnie nawet do głowy nie przyszło, żeby się czepiać Gdańska. To Adamowicz zaczął, bo się wepchał w mój dzień tą swoją kuriozalna konferencją prasową i mnie sprowokował. Więc dziś oberwie. On, a przy okazji – niestety – to jego miasto, nad którym według moich obserwacji, umie zapanować dokładnie w tym samym stopniu jak nad swoim językiem, swoimi emocjami, swoim intelektem i swoją wrażliwością. Czyli w zerowym.
Ktoś może mnie spytać, dlaczego, mieszkając w Katowicach, i z Gdańskiem mając wyłącznie kontakt pobieżny, w ogóle postanowiłem się zajmować kimś takim jak Adamowicz? W końcu moja koleżanka 1maud, czy kolega giz 3miasto, czy inni moi znajomi z Salonu, którzy w Gdańsku mieszkają, lub mieszkali,nie zabierają czasu ludziom kopaniem po kostkach niejakiego Uszoka, który od lat jest prezydentem Katowic. A przecież na pewno okazja i powód by się znalazły. Otóż, przy całej mojej niechęci do Uszoka, jedno trzeba mu przyznać – on, w odróżnieniu od Adamowicza, nie jest ruskim bucem. Można mu zarzucić wiele. Nawet to bucostwo. Jednak, jak by nie patrzeć nie jest to bucostwo ruskie.
Ja już od pewnego czasu nie mogę nie zauważyć, że Platforma Obywatelska wynajęła chyba nowych piarowców. Nie mogę w ostatnich gestach polityków Platformy, nie dostrzec czegoś absolutnie nowego i, choćby dla młodszych obywateli, zupełnie egzotycznego. Mam na myśli coś, co w Polsce nie było spotykane przez minione 20 lat, a poza Polską stanowiło standard wyłącznie w okolicach Kremla. Każdy dzień, w ciągu ostatnich tygodni, pokazuje nam polityków Platformy w całkowicie nowej wersji. Oni ewidentnie zostali przez swoich wizerunkowych doradców zachęceni, by zachowywać się z jednej strony jak Putin, a z drugiej Łukaszenka. Żeby z jednej strony prężyć muskuły, a z drugiej się maksymalnie ‘wychamiać’. Zupełnie tak, jak by ci wszyscy politolodzy, socjologowie, psychologowie, którzy Platformie doradzają na co dzień, wymyślili, że ta część społeczeństwa, do której Platforma apelowała jeszcze dwa lata temu, hasłami konserwatywnego liberalizmu, rozwoju, cywilizacyjnego postępu, czy wreszcie przyjaźni i miłości, jest ostatecznie ‘spalona’. Że tu już naprawdę nie ma na co liczyć i że idealnym pomysłem będzie odtworzyć coś, co za komuny stanowiło szarą, ogłupiałą, zastraszoną większość, a co zawsze było bardzo chętne żeby władzy – każdej władzy – służyć, jeśli ta władza tylko odpowiednio mocno tupnie, albo pokaże, że ma w ręku bat.
Mam bardzo silne wrażenie, że to iż ostatnio politycy Platformy Obywatelskiej przejmują język i gesty dawnych komunistycznych aparatczyków, jest zaplanowane i bardzo konsekwentnie realizowane. Pierwszy raz, ten nowy styl miałem okazję zaobserwować jeszcze kilka miesięcy temu, gdy nie umiejąc sobie poradzić z okupacją swojego biura przez oddziały Sierpnia 80, Donald Tusk kazał biuro zlikwidować. Dziś ta arogancja znacznie się rozbudowała i w swoisty sposób udoskonaliła. Donald Tusk, nadal zamiast rozwiązywać problemy, udaje że ich nie ma, ale przy okazji wzywa policję z pałami i każe im rozbić atmosferę. Ale żeby efekt był jeszcze bardziej skuteczny, cały urzędniczy i partyjny aparat podległy Tuskowi, obudowuje tę nową politykę propagandą właśnie na poziomie najbardziej prymitywnej i chamskiej sowieckiej stylistyki. A więc, raz po raz słyszymy słowa na temat „chuliganów”, „wybryków”, „zadym”, „nieodpowiedzialności”, „braku szacunku”, „politykierów”, „marnowania dorobku”, a przy tym mocne deklaracje odnośnie tego, jak to władza „się nie ugnie”, jak „prawo będzie przestrzegane”, a „rozróby nie przejdą”. No i nie ma praktycznie dnia, żebyśmy realności tych deklaracji nie mogli oglądać na własne oczy w postaci uzbrojonych policjantów w maskach i z długimi pałami.
Ja już to pisałem przed paroma dniami. Dziś więc tylko krótko powtórzę. W moim najgłębszym przekonaniu, platformowy piar uznał, że skoro PRL, przez całe dziesiątki lat, utrzymywał władzę wyłącznie przy pomocy strachu i stałego dokarmiania ogłupiałej większości kartoflami i kawałkiem kiełbasy, ten eksperyment musi się powieść i dziś, tym skuteczniej, jeśli ten strach zostanie uzupełniony szeroką ofertą telewizyjną i supermarketem w okolicy. Ale dla uzyskania pełnego efektu, trzeba w ten projekt włożyć jeszcze odpowiedni język. Język komunistycznej propagandy. I stąd własnie te dawno nie słyszane słowa i ta dawno nie słyszana retoryka.
Dziś wysłuchałem głosu Adamowicza. I poczułem się, jak za najbardziej żywej komuny. Jakbym słuchał wystapienia jakiegoś Jaroszewicza, czy Babiucha o tym, że władza się stara, żeby wszystko było jak trzeba, ale niestety złe społeczeństwo, podpuszczone przez złych ludzi, zdrajców ojczyzny, niszczyło wszystko, co ta władza z takim trudem uzyskała. Gadał ten Adamowicz, a ja nie mogłem się nadziwić, jak można było wykreować coś tak nieprawdopodobnie karykaturalnego. Stoi przed nami facet, który – jak by nie patrzeć – miał chyba czas, żeby przesiąknąć tym nowym blichtrem i szpanem. Facet, który – wprawdzie z gracją deski klozetowej – ale jednak miał okazję pokręcić się na scenie obok Roda Stewarta. I zamiast minimum czegoś świeżego, otrzymujemy stary komunistyczny, drętwy jak cholera bełkot o dobrej władzy i niedobrym społeczeństwie.
Wygląda na to, że pewne rzeczy są nienaruszalne. Pewien typ mentalności – nawet jeśli przez chwilę gdzieś schowany – jest wieczny. Kiedy wiele, wiele lat temu mieliśmy okazję oglądać niejakiego Kołodkę, jak stał na jakimś balkonie i wypatrywał przyjazdu Michaela Jacksona, któremu chciał koniecznie dać swoją książkę, ja i wielu innych równie naiwnych obserwatorów, miało nadzieję, że to już jest faza schyłkowa tego buractwa o czerwonych policzkach i ciężkich powiekach. Okazuje się że nie. Idzie nowa fala. A na jej czele, jej najbardziej utalentowany przedstawiciel. Prezydent Gdańska Adamowicz.

wtorek, 5 maja 2009

O niewoli jak powietrze

Okres PRL-u wspominam na dwa sposoby. Pierwszy, to pewnie podzielany przez wielu moich rodaków, którzy w tamtych czasach byli młodzi i znaczna część życia wciąż była przed nimi. A więc mam tu na myśli taki spokojny optymizm, który, w połączeniu z ogólną nędzą i jednoczesnym poczuciem bezpieczeństwa, wyrażającym się w powiedzeniu ukutym przez jednego z nieżyjących już niestety moich znajomych, że jemu do szczęścia potrzebny jest „rower i stówa do jutra”, sprawiał, że dobrze było żyć.
Czasem jednak pamiętam też komunę w sposób zupełnie inny od tego, co powyżej. Chodzi mi mianowicie o uczucie dojmującej rozpaczy, nieustannie związanej z najgłębszym poczuciem samotności. Rozpacz jest tu oczywista i nie sądzę, żebym musiał się dłużej nad tym elementem zatrzymywać. Bardziej wymagająca wyjaśnienia jest tu kwestia samotności. Otóż ja pamiętam ten okres, jako totalitarną, bezwzględną i bezlitosną władzę i kompletnie osaczone, odmóżdżone i zobojętniałe społeczeństwo. Oczywiście, towarzystwo w jakim się na ogół obracałem, podobnie jak moi bliscy znajomi i rodzina, wszyscy byliśmy okropnie świadomi tego co się wokół dzieje, i choć na ogół nie byliśmy bardzo bezpośrednio zaangażowani po stronie walczącej opozycji, to byliśmy z tymi wszystkimi bohaterami polskiej walki solidarni, i ci co walczyli, mogli być pewni, że gdy przyjdzie czas to w nas będą mieli odpowiednie wsparcie.
Zanim jednak ten czas ostatecznie nadszedł, byliśmy wszyscy zaledwie częścią tego społeczeństwa. Społeczeństwa zniszczonego, zmarnowanego, wystawionego na wieczną stratę. I właśnie to miejsce, któreśmy sobie wybrali, przy tej naszej tak bardzo wyostrzonej świadomości, zapewniało nam to nieustanne, tak bardzo przejmujące uczucie samotności. Kiedy dziś, niekiedy próbujemy bilansować faktyczne społeczne zaangażowanie w ostateczny upadek tamtego systemu, szczególnie gdy dawni działacze Solidarności, na czele z Lechem Wałęsą, próbują wciąż nam tłumaczyć, że to właściwie tylko oni – ta ich garstka, odważnych i bezkompromisowych wojowników – doprowadzili do tego polskiego zwycięstwa, widzimy właśnie tamto społeczeństwo – najczęściej zupełnie bierne, ale często też tkwiące – tak jak ja i wielu, wielu innych – w stałej gotowości. No i wtedy też, widzimy ten czerwiec 1989 roku, kiedy wielu z nas poszło do wyborów i ostatecznie zamknęło tamten okres. Bez szczególnego bohaterstwa, ale i bez strachu i bez tego wrzasku, który tak często charakteryzuje wielkie społeczne zmiany.
To byliśmy my. Ale co z tymi, którzy albo do wyborów nie poszli, albo poszli i głosowali na starą bolszewię, albo nawet i poszli i oddali głos na Solidarność, ale w tak charakterystycznym dla wielu przekonaniu, że to i tak nic nie znaczy, ale skoro inni głosują, to i ja też pewnie powinienem? Co z tymi, o których tak naprawdę myślę, kiedy wspominam tamtą samotność? Co się z nimi stało? Gdzie oni są dzisiaj? Co sobie myślą? Czy jeśli już odeszli, pozostawili po sobie takich samych jak oni, bezmyślnych, pozbawionych wszelkich innych emocji, poza zwykłą codzienną zawiścią i pełnym chytrości oblizywaniem się na widok talerza z zupą, synów i wnuków?
Ja ich pamiętam z tamtych lat. Tych kręcących się na każdym zakręcie obywateli, których jedyna refleksja związana ze światem, który zastali, albo który ich nagle zaskoczył, sprowadzała się do bluzgania, że „oni, panie, by tylko strajkowali i strajkowali”, albo że „człowiek, panie, haruje od rana do nocy, a tu jakieś, panie michniki, tylko by rozrabiały”, albo że „od tych rozrób, panie, chleba nie przybędzie”, albo że „ciekawe, kto te wszystkie demonstracje finansuje”…. Pamiętam moich rodaków z tamtych lat, którzy nie dość, że robili wszystko dokładnie tak, jak im władza kazała, to w dodatku wierzyli, że tak jak jest, jest bardzo dobrze i że gdyby tylko wszyscy pozostali byli tak jak oni posłuszni i zdyscyplinowani, z pewnością na wsi byłby zawsze do kupienia sznurek do snopowiązałek, a w miastach papier toaletowy. A przy szczególnie wytężonej pracy i przy odpowiedniej dyscyplinie, gdyby tylko milicja „przywaliła paru rozrabiakom po tyłku”, to może by nawet od czasu do czasu mógłby człowiek pozwolić sobie i na pomarańcze.
Co się stało, ze akurat dziś ogarnęły mnie tego typu wspomnienia i refleksje? Wczoraj władze rozbiły wszystkie, odbywające się akurat w całej Polsce demonstracje związków zawodowych skierowane przeciwko rządom Platformy Obywatelskiej. Bardzo poruszony sytuacją, którą uznałem za w pewnym sensie przełomową, napisałem tu w Saloniekróciutki tekst, który miał wyrazić wszystkie moje emocje związane z tym wydarzeniem. Tekst, ku memu zdziwieniu, wywołał lawinę komentarzy, zarówno ze strony osób oceniających sytuację podobnie do mnie, jak i również tych którzy wyrażali satysfakcję z powodu skutecznej akcji władz przeciwko związkowcom. Co nawet mnie, człowieka naprawdę doświadczonego w kontaktach z ludzką agresją, zaskoczyło, to fakt, że wśród osób cieszących się z powodu działań władz przeciwko związkowcom, nie było ani jednego takiego, który by się po prostu tylko cieszył. Oni wszyscy zareagowali tak, jak tłum bandytów reaguje gdy widzą jak ich koledzy kopią kogoś, kto już się nie rusza. Oni się zwyczajnie podłączyli. Oto fragmenty, które mogą choć trochę zobrazować to, o czym mówię:
„…strajk, okupacja pomieszczeń i utrudnianie pracy współpracownikom powinno skutkować natychmiastowym zwolnieniem dyscyplinarnym.”
„…niestety policja nie pobiła tylko wyprowadza.”
„…związkowcy nie przyszli porozmawiać, tylko zrobić zadymę.”
„A to, że tacy stoczniowcy, którzy[…] doprowadzili stocznie do bankructwa śmią wyjść na ulicę i krzyczeć złodzieje to jest jawna kpina z prawdy.”
„Dla mnie blokowanie jezdni przez pielęgniarki, blokowanie publicznych dróg przez chłopów, zielonych czy mieszkańców powinno zawsze kończyć się interwencją policji.”
„Dla mnie wszyscy politycy to złodzieje, koryto jest jedno zmieniają się tylko świnie.”
„…sam bym im pałą przypier...”
„I jedni i drudzy to dla mnie darmozjady. Jak się komuś praca nie podoba to niech ją zmieni. Nie ma obowiązku pracy. Jak ktoś uważa że prowadzenie firmy w Polsce to taki zajebisty biznes to niech sam założy firmę.Strajkowanie powinno być zdelegalizowane.”
„Nie życzę sobie po prostu, żebym jadąc na umówione spotkanie natykał się na blokadę szosy bo komuś nie podobają się ceny skupu np. mleka.”
„…byle śmendak pod flagą związkową jest bezkarny.”
„Jest wiele problemów, które oczywiście przez politykierów nie są zauważane, ale to co wyprawiają związki to już lekka przesada. Wrażliwości mam dużo, ale mam pogardę do lenistwa, nieróbstwa, głupoty, chamstwa. mam za to szacunek do pracy.”
Poczytałem sobie te komentarze i nagle przypomniała mi się ta część PRL-u, o której tu już wspomniałem, a o której jakoś wszyscy tak często zdajemy się zapominać. Przypomnieli mi się ci wszyscy ludzie, których osobiście nie znalem, ale których w tamtych dniach nieustannie spotykałem na ulicy, w zatłoczonych autobusach, w kolejkach do sklepu, czy których opinie bardzo często ówczesna propaganda cytowała w swoich gazetach, w radio i w telewizji. Czytałem komentarze Mireksa, obiektywnego, tego jakiegoś jacka 3 i przed oczyma stanęła mi ta cała otumaniona, pozbawiona jakichkolwiek ludzkich odruchów post-sowiecka swołocz, która potrafiła wszystko wyłącznie robić na rozkaz i która przez tyle lat tak bardzo aktywnie współuczestniczyła w tym nieszczęsnym procederze, który nam tu towarzyszył z obcego nadania. Ktoś kto należy do mojego pokolenia, albo może jest tylko trochę młodszy wie, o czym mówię. Mówię o tych wszystkich obywatelach, którzy się snuli po tej Polsce, której część z pełną pokorą przyjęli od swoich nowych panów, i wypluwali z siebie ten właściwie już wówczas standardowy syk: „Ja bym ich, panie, wszystkich na Sybir!!!! Tam ich nauczą porządku!”
Więc kiedy dziś, zadaję to pytanie, gdzie oni się wszyscy podziali, co sobie dziś myślą, czym się zajmują, jakie nowe pokolenia wychowali, to już wiem. Ja ich czasem widzę tu w Salonie, niekiedy słucham ich głosów w Szkle Kontaktowym, a czasem – tak jak za dawnych lat – spotykam ich, idąc po prostu ulicą. Ludzi, którym tak naprawdę o nic innego nie chodzi, jak tylko o to, żeby im dać święty spokój. Ludzi bez śladu wrażliwości, bez cienia współczucia dla innych, bez jednej solidarnej myśli w głowie. Ludzi, którzy wszystko mają w nosie i nic ich dokładnie nie obchodzi, poza tym co im się każe, żeby uznali za swoje. Urodzonych niewolników.
Ale, obserwując reakcję części opinii publicznej na to, w jaki sposób rząd traktuje społeczeństwo, pomyślałem sobie jeszcze o czymś innym. Otóż właśnie w ostatnich tygodniach, czyli mniej więcej od czasu, kiedy zwróciłem uwagę na to, że tej władzy zaczyna powoli być już naprawdę wszystko jedno, co się stanie, byleby tylko mogli utrzymać kontrolę, pomyślałem sobie, że doradcy od wizerunku i od politycznej strategii, musieli podpowiedzieć przywódcom Platformy Obywatelskiej, żeby się skupili na jednej, bardzo określonej części społeczeństwa. Że trzeba walczyć przede wszystkim o tego wyborcę i o ten rodzaj wrażliwości, który przez całe dziesiątki lat tak skutecznie wspierał tamten, miniony już dawno system. Oni musieli wyczuć, że to jest elektorat kompletnie niewykorzystany, gotowy do współpracy z każdą władzą, która im z jednej strony przedstawi jakąś piękną, wzruszającą opowieść o miłości, gdzie są sami przystojni mężczyźni i piękne kobiety i parę tanich emocji, a z drugiej przedstawi wroga, który ten film im chce wyłączyć… no i która to władza jednocześnie złapie ich za twarz i przydusi do ziemi. Oni musieli wiedzieć, że to jest ta część narodu, która pozwoli im rządzić zawsze. To jednak jest dopiero początek. Myślę, że dalszy plan wygląda następująco. Tak ‘stargetowany’ wyborca ma wiedzieć, że jego pan jest silny, brutalny i zawsze zwycięski. Że to jest pan kochający, a jak trzeba – bezwzględnie karzący. Że to jest pan surowy, ale dobry. Więc teraz już tylko trzeba podtrzymywać to co jest i demonstrować tę siłę. Czy to się uda? Nie sądzę. Tusk to nie Putin. Nawet Palikot to nie Putin. No i sprawa podstawowa. Trzeba by było wprowadzić obowiązek głosowania. Formalny, lub w jakimś choćby symbolicznym wymiarze. Żeby oni czuli ten strach przed swoim panem i z tego strachu chodzili do wyborów. Nie wiem, jak mogą to zrobić. Ale do tego czasu, na pełny sukces liczyć nie mogą. Bez tego, pełnego zwycięstwa nie osiągną. Więc ostatecznie, zwycięstwa nie osiągną w ogóle. A co z nimi? Z tymi biednymi głupcami w rodzaju obiektywnego. Będą sobie żyli na peryferiach polskiej historii, harując od rana do nocy na te drobne, codzienne przyjemności. I pilnując, by tego co zdobyli żaden „śmierdzący robol” im nie odebrał. I nawet nie będą mogli o sobie powiedziec, że mają jakieś wspomnienia.
Wspominałem tu już kiedyś o Picassie w kontekście tego, jak blisko niekiedy jest od ludzkiej wielkości do ludzkiego upadku. Właśnie dziś czytam artykuł Paula Johnsona a w nim właśnie tym wielkim artyście. Opowiada Johnson o tym, jak to Pablo Picasso potrafił zniewalać ludzi. Jak to potrafił ludzi najpierw do samego końca wykorzystać, a następnie w sposób bezwzględny zniszczyć. Jak to umiał Picasso doprowadzić ślepo oddanych mu ludzi – zarówno kobiety, jak i mężczyzn – do takiego upadku, że pozostawała im już tylko nienawiść i rozpacz, którą on już mógł tylko z szatańską satysfakcją malować. A których później, kiedy już sam umarł, pociągnął za sobą. Więc oni przynajmniej przez ten krótki czas względnej wolności mieli swoje wspomnienia. Wspomnienia bycia z kimś wybitnym.
Naszym dzisiejszym niewolnikom nawet to nie będzie dane. I to już jest wiadomość naprawdę dobra.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...