poniedziałek, 12 kwietnia 2021

x. Rafał Krakowiak: Co nam mówi Bóg

 

W tle mamy cały czas owo jedenaste już wspomnienie Smoleńskiej Katastrofy, nie wiadomo który już raport Antoniego Macierewicza, no i wręcz zalew dramatycznie nieznośnych komentarzy z wszystkich możliwych stron. No i oczywiście nie ma mowy o tym, byśmy w tym całym szumie usłyszeli choć jedną świeżą, oryginalną i choćby troszeczkę pogłębioną refleksję na temat tego co się stało w kwietniu 2010 roku i co owo zdarzenie nam wszystkim przyniosło. W tej sytuacji pomyślałem sobie, że przypomnę prawdziwie unikalny tekst naszego księdza Rafała Krakowiaka, napisany przez niego jeszcze tamtej wiosny i w ten sposób może uda mi się przynajmniej tu przywrócić odpowiednią miarę rzeczom tak naprawdę podstawowym. Bardzo proszę.

 

 

      Najpierw dorzucę swój kamyczek do metafizycznych interpretacji Katastrofy. Jest odwiecznym zwyczajem, że od 5 niedzieli Wielkiego Postu, w naszych świątyniach zakrywa się krzyże, albo wręcz wynosi się je z kościoła. Istnieje wiele interpretacji tego zwyczaju (zasłona jako znak tajemnicy, którą jest Boża miłość do człowieka; „post dla oczu”; znak uniżenia się Syna Bożego), ale mnie osobiście zawsze odpowiadała ta, której sensem było pytanie: „Wyobraź sobie, co by się stało ze światem, z ludźmi, z Tobą, gdyby nie było tego wszystkiego, co krzyż sobą wyraża?”

      Ta myśl o braku obecności krzyża i wynikających z tego konsekwencjach, przyszła mi do głowy w sobotę, 10 kwietnia, gdy w telewizyjnych relacjach opisujących mordercze cechy smoleńskiej mgły, pokazywano katyński krzyż, jego cień i te puste krzesła, na których nikt już nie usiadł… Przyszła mi ta myśl do głowy, bo ktoś powiedział, że w prezydenckim samolocie była cała Polska. Była tam cała Polska (taka, jaką Ona w swej różnorodności jest, w wymarzonych przez śp. Prezydenta ideowych proporcjach, oraz z tym, co z owych proporcji może wynikać), ponieważ Lechowi Kaczyńskiemu – i pewnie Bożej Opatrzności – zależało, by cała Polska (właśnie taka!) pokłoniła się Ofiarom Katynia i by cały świat to zobaczył. No i zobaczył…

      I ta Polska została zasłonięta, zabrana. Pozostała pusta przestrzeń (albo jak chce Lech Wałęsa: Polska z obciętą głową i wyrwanym sercem, tzn. trup), w którą żałobnie się wpatrujemy, mając okazję by zastanowić się, co się stanie ze światem, z Polakami, jeśli Polski (z wiadomymi ideowymi proporcjami i różnorodnością) nie będzie i nie będzie tego wszystkiego, co taka Polska sobą stanowi.

      I Pan Bóg w dobroci swojej pokazuje nam co się stanie. Pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest wreszcie państwem, które tak dobry człowiek jak premier Putin, traktuje z należytą atencją. Może to już czynić, ponieważ – jak to wczoraj ocenił moskiewski dziennik „Kommiersant” – po tragedii w Smoleńsku powstała sytuacja, w której możliwy jest prawdziwy przełom w stosunkach między Rosją i Polską, a – cytuję: „ci politycy w Polsce, którzy opowiadają się za pojednaniem z Rosją, otrzymali taką swobodę manewru, o jakiej tydzień temu mogli tylko marzyć”.

      Prawda, że to jest piękne?

      Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup) może być zarządzana bez głowy i serca, co unaocznia nam wszystkim biedny i jakoś taki zdziwiony premier Tusk (dlaczego zdziwiony? Przecież jako dobry chrześcijanin, głęboko przeżywający w niedawnym Wielkim Tygodniu tajemnice Męki Pańskiej, powinien był wiedzieć, że gdy dzieje się jakieś zło, to działa wtedy ręka szatana, posługująca się niekiedy ręką całkowicie materialną, oraz Ręka Bożej Opatrzności, która – z szacunku dla ludzkiej wolności – zło dopuszczając, z tego zła dobro wyprowadza. Czyżby Pan Premier poczuł się zaskoczony obecnością ręki, pisanej z małej litery?). Oczywiście, premier Tusk osobiście bardzo się stara i na pewno bardzo dba o zachowanie Majestatu Rzeczypospolitej. Stąd też tylko i wyłącznie głupocie jego niefrasobliwych, pozbawionych wyobraźni doradców można przypisać fakt, że wszystkie asy dzierży w swych dobrych dłoniach premier Putin.

      Skoro jednak ambasador Polski w Moskwie, razem ze wszystkimi swoimi ludźmi nie rozpoczął „okupacji” smoleńskiego lotniska, skoro nie podjęto próby (być może naiwnej), by jak najszybciej polskimi siłami to lotnisko zabezpieczyć, skoro nikt z rządu Pana Tuska nie zwrócił się z prośbą o powołanie międzynarodowej komisji (choćby NATO-wskiej) d.s. zbadania okoliczności śmierci Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP i najwyższych polskich dowódców wojskowych, no to co tak prostolinijny i szczery człowiek jak premier Putin miał zrobić? Pozwolić, by we wraku zderzonego ze smoleńską mgłą prezydenckiego samolotu, grasowały jakieś cmentarne hieny? Oczywiście, że nie mógł na coś takiego pozwolić. A to, że przy okazji wpadła mu w ręce możliwość by sprawić (np. sugestią, iż w smoleńskiej katastrofie, miały swój „ręczny” udział polskie służby specjalne), aby premier polskiego rządu przytulał się do niego skwapliwie, ufnie i na zawołanie, świadczy tylko o tym, że Premier Rosji wie doskonale, iż polityka to m.in. sztuka wykorzystywania możliwości.

     Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest już gotowa na to, by usłyszeć rosyjskie „przepraszamy za Katyń”. Co prawda, do niedawna oficjalne stanowisko Kremla (równoległe do klękania premiera Putina w Katyniu) wyrażone przed sądem w Strasburgu było następujące: „Nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono, ani też tego, czy Polaków w ogóle rozstrzelano” – ale cóż, sytuacja rozwija się w sposób dynamiczny.

      Gdy w minioną sobotę, o godz. 8:56 pojawiła się owa wspominana już, a wymarzona swoboda manewru, nic nie stoi na przeszkodzie (nawet zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji, ze strony bezczelnych i chciwych potomków katyńskich ofiar, chcących swymi roszczeniami oskubać biedne rosyjskie państwo na sumę przynajmniej 22 miliardów dolarów), by prezydent Miedwiediew mógł powiedzieć, że katyński mord został dokonany z polecenia najwyższych władz radzieckich, w tym Józefa Stalina. Możemy tylko domniemywać, dlaczego sobotnia katastrofa w sposób tak nagły zwiększyła bezpieczeństwo naszych rosyjskich przyjaciół, ale tak czy inaczej czują się bezpieczniejsi i już.

      Bóg pokazuje także i to, że Polska bez głowy i serca, jest znakomitym, pragmatycznym i elastycznym partnerem gospodarczym. Wymarzona swoboda manewru, która jakże niespodzianie (żeby nie powiedzieć: szczęśliwie) pojawiła się w minioną sobotę, daje możliwość chociażby sfinalizowania polsko-rosyjskiej umowy o dostawy gazu ziemnego do Polski. Dzięki temu obecny i następne polskie rządy, nie będą sobie musiały zaprzątać głowy dywersyfikacją dostaw (te wszystkie kosztowne, nie mające ekonomicznego uzasadnienia gazoporty, azerbejdżańskie rury, czy mityczne łupkowe gazy), bo i faktycznie, sama myśl o innych źródłach paliw niż rosyjskie, jest nadużyciem zaufania i wielką krzywdą wobec tych, którzy okazują nam tak wielkie zrozumienie i solidarność.

      Na tę nową, ekonomiczną jakość Polski, rynki finansowe zareagowały pozytywnie, czego znakiem było to, iż w miniony poniedziałek, na warszawskiej giełdzie „WIG20 po spokojnej sesji wzrósł o prawie 1 proc., czym ustanowił nowy rekord zwyżki i pokazał swoją siłę”. I trzeba się z tego cieszyć, bo jak mówi jeden z finansowych analityków (Piotr Kuczyński), po sobotnich  wydarzeniach „rządząca koalicja (przez rynki odbierana jako dla nich korzystna) umocniła się. Pamiętać też trzeba, że wybór nowego szefa NBP zapewni jednolitość opinii na linii RPP – NBP – rząd. Znikną swary. Dlatego też, brutalnie mówiąc, inwestorzy zagraniczni mogą niedługo jeszcze lepiej oceniać sytuację w Polsce”.

      Coś pięknego!

      No i na koniec, Bóg pokazuje nam, że Polska bez głowy i serca, będzie Polską ruskich buców (powodowany ostrożnością procesową wyjaśniam, że określenie „ruski buc”, jest na blogu toyaha terminem technicznym, opisującym coś co jest bardzo osobiste, intymne, wręcz ontologiczne - a skutkujące mentalnością charakteryzującą się wewnętrzną pustką, kulturowym wykorzenieniem, pobłażliwym stosunkiem do fałszu i lekceważeniem dla prawdy, swego rodzaju bezwzględnością i innymi tym podobnymi przymiotami).

      Oczywiście, biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej, należy zauważyć, że te nasze swojskie, ruskie buce, to jednak druga liga, w porównaniu ze wschodnimi mistrzami. Tym niemniej pomysł, propagowany przez tak wiele znakomitych autorytetów, by nienawiść i szaleństwo w imię jedności społeczeństwa podnieść do rangi normy powszechnej, ze wszech miar zasługuje na uznanie.

       Czy to już wszystko, co dobry Bóg nam pokazuje? Oczywiście, że nie. Bóg pokazuje także i to, że nadszedł czas, by się na coś zdecydować: albo na żywą (w wiadomych ideowych proporcjach i różnorodności) Polskę Kaczyńskiego, (i tu trzeba się liczyć chociażby: z zimnym wiatrem i mgłą z Rosji, niezadowoleniem inwestorów zagranicznych, rechotem i fuckami ruskich buców), albo na święty spokój Polski martwej, nie mającej wpływu na bieg spraw politycznych, gospodarczych czy społecznych.

       Nie wiem dlaczego właśnie teraz nadszedł czas wyboru. Ale wiem, że Bóg pokazując nam to wszystko pragnie, byśmy wybrali dobrze. Już wkrótce zasłona będzie zdjęta. Czas namysłu minie. Polska nie jest jeszcze trupem. Na razie śmierć dotknęła Jej symbole. To jest bolesne, ale Polska jest, żyje. Patrząc na tłumy chcące pokłonić się Prezydenckiej Parze, jestem optymistą. Tych ludzi żadne wulkaniczne pyły nie przykryją.

       No i jest Pan Jarosław, który owych ludzi – daj Boże! – poprowadzi.



 

sobota, 10 kwietnia 2021

Bo nasze memy są czerwone

 

        Wśród wielu niespodzianek, jakie nam przyniosły lata 90 i początek tak zwanej „wolności”, było pojawienie się nowego fetysza dla ludu, tak celnie określonego przez kogoś słowami „duże kolorowe zdjęcie i celny podpis”. A ja dziś, kiedy zastanawiam się nad latami, które nam niepostrzeżenie minęły, myślę sobie, że owo wspomniane zdjęcie plus celny podpis stanowiły podstawę tak dobrze znanego nam dziś politycznego mema, który, jak już wszyscy się chyba zgadzamy, niszczy nas w sposób bezprzykładny. Gdy mówię o niszczeniu, mam przede wszystkim na myśli Internet, a tam na pierwszym oczywiście miejscu niesławny Sok z Buraka. Przez brak osobistych doświadczeń, moje kompetencje są tu mocno ograniczone, jednak  wydaje mi się, że dzięki samej obserwacji okolic, mogę śmiało stwierdzić, że absolutną podstawą działalności owego Soku z Buraka jest produkcja memów; nie hejtu, jak twierdzi część komentatorów, ale właśnie memów, czasem, owszem, przepełnionych nienawiścią, ale przede wszystkim kłamstwem. I to kłamstwem o tyle szczególnym, że często nie bezpośrednim, ale takim, które się dopiero ma narodzić. I to uważam za największe zło, jakie stworzyła sama koncepcja memu i sposób, w jaki on został wykorzystany w wojnie politycznej, ideologicznej i kulturowej.

        O co chodzi? O to mianowicie, że jeśli opublikuje się zdjęcie dajmy na to Magdy Ogórek oraz podpis „Pilne!!! Magdalena Ogórek współczuje księżom. Trauma księży w czasie seksu z dzieckiem jest większa niż ofiary. Bardzo często nie mają wytrysku i jest to ból psychiczny”, to w sposób oczywisty mamy do czynienia z nomen omen burackim żartem, ale w efekcie zwykłym kłamstwem, skierowanym do ludzi na tyle prymitywnych, by w ten absurd skutecznie uwierzyli. Ktoś powie, że nie, że ludzi tak głupich nie ma. Nieprawda. Niedawno na Facebooku opublikowano zdjęcie grupy biskupów w uroczystych strojach, do których bardzo profesjonalnie doklejono znaki firmowe Coca-Coli, TVP, Orlenu, czy PGE. I czy ktoś może myśli, że ów żart został potraktowany jako żart? Mowy nie ma. Ogromna większość komentatorów uznała, że Kościół w swojej pazerności rzeczywiście sprzedaje się wielkim koncernom.  

        Pora może na wyjaśnienie, po co ja w ogóle o tym piszę. Otóż z prawdziwym smutkiem obserwuję, że pomysł prowadzenia kampanii propagandowej przy pomocy memów, z dużym entuzjazmem został przyjęty również po prawej stronie Internetu. I powiem zupełnie szczerze, że zastosowane metody często niczym się nie różnią od tych, opisanych wcześniej. I choć tu też – w opinii twórców oraz sympatyków owej zabawy – nie mamy do czynienia ani z nienawiścią, ani z kłamstwem, ani z pogardą, ale wyłącznie z dobrym żartem, efektem jest wyłącznie kłamstwo, kłamstwo bezczelne i co najgorsze, nadzwyczaj skuteczne, bo żerujące na najniższych ludzkich instynktach oraz zwykłej ludzkiej głupocie. Wszędzie, i tu i tam, takiej samej. Dlatego mam apel do animatorów i sympatyków owej zabawy: bywa że wasz psikus ma kolor krwi.



piątek, 9 kwietnia 2021

Zielony Zawisza kontratakuje

 

         Dziś jest już mi bardzo trudno powiedzieć, kiedy to było, a nie mam ochoty przeprowadzać tu jakiejkolwiek kwerendy, faktem jest jednak że jakieś dziesięć może lat temu napisał do mnie pewien człowiek z Lublina – którego nazwiska również dziś już nie pamiętam – i opowiedział mi swoją historię o tym, jak to w jakimś momencie swojego życia postanowił uruchomić biznes, którego natury również dziś już nie pamiętam, i został niemal w jednej chwili wykończony przez nieznane sobie interesy, i to wykończony do tego stopnia, że stracił dokładnie wszystko co miał, poza sprawą sądową. Czemu ów człowiek zwrócił się ze swoim problemem akurat do mnie? Otóż, jak sądzę, pierwszym powodem owej decyzji było to, że głównym kontaktem z tamtej strony, z jakim on miał do czynienia, był znany nam skądinąd były poseł niesławny Artur Zawisza, no a skoro przed nami staje człowiek pobożny o poglądach prawicowych, to gdzie lepiej uderzyć niż na mój blog?

        Ponieważ historia opowiedziana mi przez człowieka z Lublina zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie, postanowiłem całą sprawę opisać, i to nie tylko tu na moim blogu, ale również w osobnym tekście opublikowanym w „Warszawskiej Gazecie”. Jako że sprawa robiła faktycznie wrażenie czegoś bardzo poważnego, „Warszawska Gazeta” nie dość że opublikowała samą relację z owego przekrętu, ale również zwróciła się z prośbą o komentarz do samego Artura Zawiszy, który odpowiedzi co ciekawe jak najbardziej udzielił, oczywiście wszystkiemu zaprzeczając, a przy okazji powiedział coś, co gdy chodzi o niego akurat zapamiętam do końca życia, a mianowicie: „Papista każe zarabiać (‘Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna’) i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę”.

        Jak się cała sprawa rozwinęła dalej, tego już niestety nie wiem, tyle że w pewnym momencie, o ile pamiętam, człowiek z Lublina przysłał mi maila, w którym poinformował mnie, że w sądzie sprawy idą w dobrym kierunku, no i na tym koniec. I oto, proszę sobie wyobrazić, po tych wszystkich latach, ledwie co wczoraj, otrzymałem maila od niejakiej Eweliny Tadrzak reprezentującej kancelarię Leśnodorski, Ślusarek i Wspólnicy, która „działając w imieniu Green Energy Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie oraz Pana Artura Zawiszy [wzywa mnie] do natychmiastowego zaprzestania rozpowszechniania jakichkolwiek informacji lub spekulacji na temat moich Mocodawców naruszających ich dobra osobiste, w postaci dobrego imienia, renomy, niezwłocznego, nie później niż w terminie 24 godzin od chwili doręczenia niniejszego wezwania, usunięcia Artykułu oraz wszelkich linków, mirrorów, podstron oraz podobnych publikacji zawierających nieścisłe i nieprawdziwe informacje dotyczące moich Mocodawców”, a dalej już samo najciekawsze, gdzie wzywa się mnie do „natychmiastowego, nie później niż w terminie 3 dni od momentu doręczenia niniejszego wezwania, opublikowania oraz utrzymania przez nieprzerwany okres 30 dni od dnia opublikowania, na stronie głównej Portalu w ramce o rozmiarze nie mniejszym niż 500x500 pixeli (px), na białym tle, czarną czcionką Times New Roman 12, z co najmniej pojedynczą interlinią, w górnej części wymienionej strony, w sposób umożliwiający zapoznanie się z tekstem wyjaśnienia niezwłocznie po otwarciu strony internetowej, z wyłączoną możliwością komentowania niniejszego tekstu oświadczenia, bez zastosowania jakichkolwiek zabiegów umniejszających znaczenie, rangę i powagę tekstu, oświadczenia następującej treści:”. No i tu następuje tekst oświadczenia: „Ja, niżej podpisany Krzysztof ‘Toyah’ Osiejuk przepraszam...”, no i dalej już tak jak można się domyślać.

       A ja w tym momencie przypominam sobie jak to może z pięć lat temu banda satanistów zaplanowała sobie urządzić artystyczne wydarzenie z wykorzystaniem paru krakowskich kościołów, a ja odpowiednio wcześnie tu na blogu zareagowałem, o wszystkim poinformowałem krakowską kurię i cały projekt został zduszony w zarodku. Pamiętam do dziś owo poruszenie, tak wielkie, że o tym blogu pisano nawet w „Los Angeles Times”, „New York Timesie” oraz „Guardianie”, nie wspominając o lokalnych mediach, takich jak „Gazeta Wyborcza”, a ja po pewnym czasie drogą e-mailową otrzymałem od organizatorów festiwalu informację, że jeśli natychmiast na konto fundacji imienia księdza Józefa Tischnera nie wpłacę 12 tys, zł., to spotkają mnie znacznie poważniejsze kłopoty, już ściśle prawne. W odpowiedzi na ów e-mail wysłałem tym dziwnym ludziom jedynie następujący tekst:

„Sancte Michael Archangele,
defende nos in proelio;
contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.
Imperet illi Deus, supplices deprecamur:
tuque, Princeps militiae Caelestis,
satanam aliosque spiritus malignos,
qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo divina virtute in infernum detrude.
Amen”.

        I w tym momencie kontakt się urwał.

        Przyznaję, że nie wiem, kim tak naprawdę jest ta cała Ewelina Tadrzak, ale zakładam, że to jest miła i skromna osoba, która pracuje jak my wszyscy, by wykarmić dzieci i siebie. Podobnie, nie mam bladego pojęcia, co to takiego owa Zielona Energia i kto tym kręci. Natomiast doskonale się orientuję w kwestii Artura Zawiszy i to jemu dziś dedykuję słowa owego egzorcyzmu, z informacją dodatkową, że poza tym nie mam już nic więcej do powiedzenia.



czwartek, 8 kwietnia 2021

A co jeśli plandemia?

     Minister Niedzielski ogłosił przedłużenie tego naszego niby lockdownu i na wypadek gdyby ktoś pytał, czy tym razem to już rzeczywiście jeszcze tylko ten tydzień z małym hakiem, czy może znów przez kolejne tygodnie będziemy musieli się chować po kątach, zapowiedział, że wszystko zależy od naszego postępowania wobec ogłoszonych restrykcji. Jeśli więc nie będziemy nosić maseczek, w dodatku pchając się w miejsca gdzie jest nas dużo za dużo, to dostaniemy po raz kolejny po uszach, jeżeli natomiast zrozumiemy, że to my tak naprawdę gotujemy sobie swój los, to powoli zaczniemy oddychać. Słucham tych słów, patrzę na poważną i szczerą twarz pana ministra, a w głowie mi stoi jego wypowiedź sprzed kilku zaledwie dni, o której tu ledwie co wspominałem, a którą chętnie słowo w słowo powtórzę:

Nigdy! Nigdy już nie wrócimy do świata sprzed pandemii. Część z nas już zawsze będzie używała maseczek i będzie trzymała dystans w obawie przed zakażeniem. Jeśli chcą mnie państwo zapytać, czy pokolenie dzisiejszych 50- i 40-latków będzie do końca swoich dni żyło w stanie zagrożenia epidemicznego, to odpowiedź brzmi: absolutnie tak. Zagrożeń biologicznych będzie już tylko więcej. Mało tego: będą coraz bardziej niebezpieczne i świat będzie na nie reagował inaczej niż reagował do tej pory. Inspekcje sanitarne będą jednymi z lepiej wyposażonych instytucji we wszystkich krajach. Pora zacząć oswajać się z myślą, że to nie jest ostatnia pandemia w naszym życiu”.

      No i naturalnie zastanawiam się, jak to jest z tym dziwnym człowiekiem. Czy on, kiedy mówi, to wie co mówi i czy mówiąc to czy tamto, w to co mówi wierzy? No bo jeśli nie wie, a w dodatku nie wierzy, to pies z nim tańcował. Gorzej jednak jeśli wie i wierzy, bo to musi oznaczać, że on zwyczajnie oszalał. No bo jak, jeśli można zapytać, można niemal na jednym oddechu apelować do nas o odpowiedzialność w walce z pandemią, machając nam przed nosem raz to kijem a raz marchewką, a w tym samym niemal czasie mówić nam, że cokolwiek zrobimy, to i tak nie ma żadnego znaczenia, bo już tylko może być gorzej, a dla znacznej części Polaków druga połowa ich życia będzie stanowić autentyczną zmorę?

       Myślę o Niedzielskim i stanie w jakim on się znalazł i myślę, że on się musiał poczuć trochę tak jak owi spece od służb lat 90, tacy jak Milczanowski, Niemczyk, czy niedawno zmarły Jerzy Konieczny. Zawsze miałem wrażenie, że każdy z nich, mimo że wcześniej ani trochę inny od wielu z nas, po pewnym czasie, doświadczając ogromu tego gówna, w które wdepnął, uznał że poza owym gównem nie ma nic więcej, że świat jest pogrążony w kłamstwie i występku i powoli zwariował. Niektórzy pamiętają ministra Koniecznego, jak ten niemal z dnia na dzień zmienił się nie do poznania, najpierw goląc się na łyso, potem zakładając ów czarny płaszcz i wielki czarny kapelusz, a kiedy się odzywał, to nikt nie miał wątpliwości co do tego, że ma do czynienia z człowiekiem psychicznie chorym. O Milczanowskim nie ma co mówić, a gdy chodzi o Niemczyka, można go oglądać nawet dziś w TVN-ie. Póki co jeszcze nie w klatce.

      I uważam, że coś bardzo podobnego spotkało ministra Niedzielskiego. On wszedł po szyję w temat koronawirusa, zobaczył to co zobaczył, zwyczajnie nie wytrzymał i uznał że poza nim nie ma już nic i już nigdy nic nie będzie. No ale zostawmy Niedzielskiego z jego obłąkaniem. To co mnie dziś naprawdę interesuje to fakt, że wspomniane przeze mnie wystąpienie nie wywołało praktycznie żadnej reakcji. Minister zdrowia informuje publicznie, że cokolwiek dziś zrobimy, to znaczna część z nas do końca swoich dni nie wróci do normalnego życia, oczekując każdego kolejnego dnia z drżeniem serca przed zakażeniem, obecny wirus to zaledwie jeden z wielu następnych, być może jeszcze najmniej groźny, w świecie który nadchodzi jedną z najważniejszych instytucji będzie inspekcja sanitarna, a tak zwana opinia publiczna nadal jak gdyby nigdy nic toczy dyskusję na temat tego, czy może lepiej by było otworzyć zakłady fryzjerskie, a zamknąć kościoły, i czy ta cała pandemia w ogóle istnieje, czy może to wszystko jakiś żart, no i czy Szymon Hołownia szczepiąc się na lewo skompromitował się bardzo, trochę, czy może wcale. I nie mam tu na myśli jedynie polityków i mediów. Jedni i drudzy już od dawna realizują wyłącznie zlecone zadania. Myślę o tak zwanych wolnych mediach, czyli Facebooku, Twitterze, czy szeregu niezależnych internetowych portali. Tam też, gdy chodzi o wypowiedź ministra zdrowia Adama Niedzielskiego, kompletna cisza. Jakby wszyscy uznali, że... no właśnie co? Że jemu się coś pomyliło, a któż z nas nie jest omylny?

      A może jest gorzej niż nam się zdaje? Może on wcale nie zwariował tylko wie coś, czego myśmy tak naprawdę nigdy wiedzieć nie chcieli? Jak wiemy, jest wśród nas pewna liczba osób, którzy są głęboko przekonani co do tego, że o żadnej pandemii mowy być nie może. To co mamy, to kolejna odmiana grypy, a w najgorszym wypadku jakiś nowy wirus, który tak jak się pojawił, tak też po jakimś czasie zniknie, a ludzie niestety zachorują, jakaś część z nich umrze – w sumie, zdarza się. Są też i tacy, którzy używając zabawnego określenia „plandemia” twierdzą, że sytuacja w jakiej się znaleźliśmy została sprokurowana czy to przez rząd światowy, czy osobiście z pieniędzy Billa Gatesa z kolegami, a ów plan polega na tym, by liczbę ludzi na świecie radykalnie zredukować. Nie jest to teoria o jakimś szczególnie dużym społecznym zasięgu, ale nie mogłem nie zauważyć, że jest ona głoszona bardzo lekko, z pewnym nawet wesołym błyskiem w oku. Na temat owej „plandemii” powstają żarty, internetowe memy, generalnie można mieć wrażenie, że wokół niej wciąż słychać swego rodzaju wesoły rechot. A ja się zastanawiam, czy autorzy tej teorii zdają sobie sprawę z tego, co się z nami stanie, jeśli to jest prawda. Jakie mamy szanse, jeśli się okaże, że ktoś włożył naprawdę wielkie pieniądze, by nas skutecznie zdziesiątkować. Co w tej perspektywie jest takiego zabawnego.

        I myślę, że może było zupełnie inaczej. Może minister Adam Niedzielski wcale nie oszalał, lecz czy to przez jakąś chwilową słabość, czy też może zirytowany koniecznością przebywania w jednym miejscu z red. Arletą Zalewską, niechcąco, przedstawiając ów przerażający obraz, zdradził nam ową tajemnicę, której istnienie część z nas od dawna podejrzewała, ale w gruncie rzeczy traktowała to jako swego rodzaju intelektualną zabawę? A my w tym akurat wypadku, gdy nagle nasze obawy zaczęły się urzeczywistniać, zareagowaliśmy klasycznym wyparciem, udając że tak na prawdę owa wiadomość w ogóle do nas nie dotarła?

        A może jednak po prostu znów zadziałał parokrotnie tu ostatnio wspominany brak gwizdka? Mam nadzieję, że to jednak tylko o ten gwizdek poszło. Tylko znów, dlaczego nikt nie zadał choćby z głupiej ludzkiej ciekawości choć jednego pytania?



środa, 7 kwietnia 2021

Czy telefonem komórkowym można na szkolnej tablicy narysować błyskawicę Strajku Kobiet?

 

Od pewnego już czasu, podobnie jak wielu z nas, zastanawiamy się tu, czy w tym roku szkolnym władza uzna za możliwe przywrócić bezpośrednią naukę w szkołach, i wraz z upływającym bezlitośnie czasem dochodzimy coraz bardziej do wniosku, że to się już raczej nie opłaca. Co ciekawe, mogący być tą kwestią zainteresowani uczniowie, których obecnie mam aż pięciu, wszyscy jak jeden mąż deklarują, że im osobiście obecna sytuacja jak najbardziej pasuje. Czy to znaczy, że z ich punktu widzenia, nauka z domu jest bardziej skuteczna? Czy ich zdaniem, nauczyciele, gdy nie mają za sobą tablicy i kredy, są bardziej skuteczni i inspirujący? Czy wreszcie domowa atmosfera, podobnie jak zdaniem niektórych ma to miejsce w przypadku tak zwanego „nauczania domowego”, bardziej sprzyja skutecznej nauce? Otóż nic z tego. Oni wszyscy mówią mi, że lepiej tego nie ruszać, bo się to już przede wszystkim nie opłaca, a poza tym, oni i tak zawsze musieli liczyć przede wszystkim na siebie, a więc czy ktoś im będzie w ich postępach przeszkadzał spod tablicy, czy z laptopa, nie ma większego znaczenia.

      I to jest oczywiście z  punktu widzenia stanu polskiej edukacji wiadomość okropna. No bo spójrzmy choćby na dzieci, które w tym roku zdają maturę. Kiedy one przyszły do liceum znaczną część roku szkolnego, przez ów kompletnie idiotyczny i niepotrzebny strajk nauczycieli spędziły w domu, w ogóle bez nauki, w drugiej klasie zatrzymała ich w domu pandemia, podobnie w trzeciej, a teraz szykują się do końcowego egzaminu i, przepraszam bardzo, ale pomijając ewentualne straty na poziomie towarzyskim, czego im brakuje? Można wręcz powiedzieć, że przez ten czas niechcąco udało im się zdobyć wiedzę, której w normalnych warunkach by nie mieli, tę mianowicie, że ich nauczyciele, gdy im się obierze ową szkolną powagę, są dokładnie tak samo głupi i leniwi, jak ci, których mają rzekomo czegoś nauczyć. Trafiłem właśnie na pewien swój tekst sprzed lat, opublikowany jeszcze w salonie24, gdzie przedstawiłem swoją ocenę czegoś, co media określają terminem „najlepsza szkoła”, czy „najlepszy nauczyciel”. Tytuł zmieniłem na bardziej aktualny, ale reszta pozostaje niemal bez zmian. Bardzo proszę. Mam nadzieję, że się przyda.


 

 

      Nie mam pewności, a sprawdzać mi się nie chce, ale mam wrażenie, że opisałem tę moją przygodę w książce o markach, dolarach i biustonoszu, gdyby jednak ktoś jej nie znał, przypomnę. Otóż kiedy jeszcze za głębokiego gierkowskiego PRL-u przyszło mi pracować w charakterze sprzedawcy w katowickim domu handlowym „Zenit”, jak wszyscy inni sprzedawcy, wziąłem udział w zorganizowanym przez Radio Katowice konkursie na tak zwanego „najuprzejmniejszego sprzedawcę” i ów konkurs wygrałem. Oczywiście nie wykluczam, że faktycznie byłem bardziej uprzejmy od moich koleżanek-sprzedawczyń, faktem jest jednak, że kiedy ów konkurs trwał, moi liczni wówczas znajomi zupełnie oszaleli na punkcie tego konkursu i gremialnie wrzucali na mnie swoje głosy po dziesięć, pięćdziesiąt, czy sto razy, a więc, że tak powiem, szału nie było. Ciekawe natomiast było to, że – o czym osobiście poinformowała mnie przeprowadzająca wywiad pani redaktorka z radia – główną nagrodę dla najuprzejmiejszego sprzedawcy zgarnęła pewna Krysia, a ja się musiałem zadowolić miejscem drugim, a to z tego względu, że organizatorom konkursu bardzo zależało na tym, żeby wszystko było na swoim miejscu i nie okazało się, że wśród tych dziesiątek sprzedawczyń najuprzejmiejszy okazał jakiś mężczyzna.

     Z tego co mi wiadomo, i akurat w żaden sposób mnie to nie dziwi, najuprzejmiejszych sprzedawców w Nowym Wspaniałym Świecie się już nie wybiera, natomiast, owszem, konkursy jak najbardziej istnieją, tyle że na najlepszego przedsiębiorcę, najlepszego pisarza, najlepszy film, czy najlepszą szkołę i że metody według których się je organizuje, nie zmieniły się bardzo, a i podobnie też ich cel został ten sam: chodzi o to, by udowodnić wcześniej przyjętą tezę. A ja dziś chciałem powiedzieć parę słów o tych właśnie najlepszych szkołach. Od dłuższego bowiem czasu próbuję zrozumieć sens owego nałogowego wręcz tworzenia rankingów „najlepszych szkół” i ponoszę porażkę za porażką. W związku z wykonywanym od dziesiątek lat zawodem, znam, czy to z kontaktu bezpośredniego, czy z informacji od osób, które ów kontakt zaliczyły, wszystkie mniej więcej szkoły w mieście na wylot. Podstawówki, gimnazja, licea – można wybierać. I daję słowo, że jedyne kryterium, jakie znam, a które mogłoby pomóc w określeniu poziomu szkoły, to poziom prezentowany przez uczące się tam dzieci. I proszę zwrócić uwagę, ja mówię poziomie dzieci, nie nauczycieli. Dlaczego? Dlatego, że poziom nauczania w każdej z nich jest mniej więcej taki sam. Nie ma żadnego sposobu, by powiedzieć, że ten nauczyciel jest lepszy od tamtego, z tej prostej przyczyny, że każdy nauczyciel, który ma przed sobą zdolną, grzeczną i pracowitą młodzież jest nauczycielem dobrym, a każdy, który się musi męczyć z bandą rozwydrzonych i zgnuśniałych durniów, jest automatycznie nauczycielem złym. Oczywiście, ja nie twierdzę, że nie ma nauczycieli obiektywnie dobrych i obiektywnie złych, bo są jak najbardziej, natomiast z tego co mi wiadomo, nikt dotychczas nie wymyślił sposobu, by ów poziom zawodowych umiejętności zmierzyć.

      Można zatem powiedzieć, że o poziomie szkół świadczą uczniowie, tak jak zostali ukształtowani przez indywidualne, być może wrodzone, zdolności, dom rodzinny, Kościół, kolegów, może jakieś twórcze zainteresowania, natomiast nie ma takiej możliwości, by jego wybitność została ukształtowana przez nauczyciela, choćby nie wiadomo jak dobrego. Takie cuda zdarzają się tylko w amerykańskich filmach. Poza tym, jedyne co nauczyciel może zrobić, to ucznia nie zepsuć, a ponieważ ten najczęściej, i to już w najgorszym wypadku, jest równie głupi, jak nauczyciel, to się w praktyce nie zdarza. To już prędzej uczeń zepsuje nauczyciela, niż ten ucznia.

      A zatem jest tak, że mamy, dajmy na to, najlepsze liceum w regionie i tam 90 procent dzieci to laureaci olimpiad, oraz innego rodzaju mistrzowie z różnych dziedzin, i w związku z tym wieść niesie, że tam poziom nauczania musi być bardzo wysoki. Tymczasem jest tak, że wspomniane liceum już na samym starcie nie żadnej możliwości ruchu, bo to do niego właśnie zgłaszają się najwybitniejsi gimnazjaliści z całej okolicy, po trzech, czterech za każdej szkoły, dzieci najwybitniejsze, najmądrzejsze, najgrzeczniejsze i najbardziej pracowite. Przepraszam bardzo, ale co w tej sytuacji ma do roboty nauczyciel? Nawet nie może na nich nawrzeszczeć i udać srogiego. Daję najświętsze słowo honoru, że ja znam bardzo dobrze tak zwane „najlepsze” licea, czy gimnazja w mieście, podobnie zresztą jak i te „najgorsze”, i nauczyciele w każdym z nich mogą być dokładnie tak samo głupi, mądrzy, leniwi, pomysłowi, czy niekompetentni, jak w tym poprzednim i następnym. W ostatecznym rozrachunku tylko uczniowie wyznaczają ów mityczny i kompletnie fikcyjny „poziom nauczania”.

      Piszę ten tekst, bo w zeszłym tygodniu dotarła do mnie wiadomość, że słynne wydawnictwo Pearson ogłosiło konkurs na najlepszego nauczyciela w Europie i wschodniej Azji i zwycięzcą została nauczycielka angielskiego z Gliwic o nazwisku Bilska. Przeczytałem cały długi tekst na ten temat w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej” w poszukiwaniu informacji, w jaki sposób międzynarodowe jury odkryło owe nadprzeciętne zdolności, i proszę sobie wyobrazić, że poza tym, że Bilska jest bardzo oddana swojej pracy i na lekcjach stosuje najbardziej nowoczesne metody uczenia, polegające na tym, że wszystkie dzieci mają telefony komórkowe i na tych telefonach rozwiązują jakieś językowe zagadki, tam nie ma nic więcej. Można zresztą obejrzeć sobie na youtubie filmik z jednej z tych lekcji i tam faktycznie jest tak, że wszystko wygląda tak jak w każdej szkole, tyle że dzieci siedzą z włączonymi telefonami i coś tam dłubią. Ze wspomnianego tekstu w „Wyborczej” możemy się zresztą dowiedzieć więcej na temat tego dłubania:

       „Julia Mundzik, drugoklasistka z Gimnazjum z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 14 w Gliwicach, najbardziej lubi, kiedy pani Agnieszka organizuje teleturnieje. – Włączamy w telefonach aplikację, która automatycznie przydziela nas do konkretnych grup. Pytania wyświetlają się na tablicy interaktywnej, a odpowiedzi zaznaczamy na smartfonach. Wygrywa grupa, której członkowie odpowiadają lepiej i szybciej – relacjonuje Julia.

      Podoba jej się również gra ‘Galaxy’, w której wyświetlające się na meteorytach słowa trzeba przetłumaczyć, zanim meteoryty spadną. – Ta gra pokazuje mi, co umiem, a czego nie. Mogłabym poprosić koleżankę, żeby mnie odpytała, ale nie byłoby przy tym frajdy – mówi Julia”.

      Ktoś powie, że to jest takie dziecięce gadanie i że tam z pewnością musi być coś jeszcze poza tymi meteorytami. I owszem jest, ale to już nam opowiedzą dorośli:

      „Agnieszka prowadzi lekcje dla licealistów i gimnazjalistów w ZSO nr 10, a popołudniami wykłada w szkole językowej. Miłość do języka angielskiego łączy z drugą, chyba jeszcze większą miłością – do nowych technologii.

      Bilska niemal nigdy nie przechodzi w tryb off-line. Wciąż sprawdza maile, portale społecznościowe, czyta o nowinkach technologicznych. Sześć lat temu, wraz z uczniami, przekonała Adama Sarkowicza, dyrektora ZSO nr 10, do podłączenia szkoły do szerokopasmowego internetu. Dzięki szkolnemu wi-fi uczniowie mogą przez cały dzień przebywać jedną nogą w wirtualnym świecie. Ale nie oddają się w nim tylko rozrywce, na to czas jest na przerwie. Podczas lekcji szukają informacji w interaktywnych encyklopediach, buszują po portalach społecznościowych i grają w gry – wszystko w celach dydaktycznych. – Kiedy pani mówi: ‘Wyciągamy telefony’, cała klasa się cieszy, bo wiemy, że będziemy robić coś fajnego – mówi Martyna Mielnik, drugoklasistka z Gimnazjum z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 14 w Gliwicach, które wchodzi w skład ZSO nr 10.

      Bilska podkreśla, że w internecie jest mnóstwo darmowych pomocy naukowych w języku angielskim. – Ale właściwie nie potrzeba wcale specjalistycznych materiałów i platform edukacyjnych. Kapitalnym narzędziem do pracy na lekcji jest choćby Facebook – mówi.

      Na Facebooku zakłada zamknięte grupy dla poszczególnych klas, inicjuje w nich dyskusje na różne tematy oraz udostępnia uczniom materiały dydaktyczne. Kiedy planuje kartkówkę, tworzy wydarzenie i zaprasza uczniów, by do niego dołączyli. – Na stronie wydarzenia mogę określić zakres materiału, który uczniowie powinni opanować, udostępnić im potrzebne pomoce. Poza tym Facebook automatycznie przypomina o nadchodzących wydarzeniach, więc uczniowie nie mają wymówki, że zapomnieli o kartkówce – opowiada anglistka.

      Czasem niektórzy uczniowie, na przekór, klikają przycisk ‘Nie wezmę udziału’. – Ale i tak wiadomo, że to żart. Nieprzyłączenie się do wydarzenia na Facebooku nie zwalnia z pisania kartkówki ‘w realu’ – śmieje się nauczycielka”.

      I tak mógłbym cytować tych czy owych jeszcze długo, ale nie warto. Rzecz jest bowiem w tym, że tu tak naprawdę nie chodzi o te konkursy, te internety i tę całą Bilską z jej nauczycielską pasją, lecz jak zawsze o system edukacji w Polsce i nadzieje, jakie są  to tu to tam wciąż formułowane. Otóż wszystko wskazuje na to, że leżymy, kwiczymy i nie mamy żadnych szans, by się z tego podnieść, bo najwyraźniej ów kierunek został już wytyczony i to wytyczony na dobre. I to nie tylko w edukacji, ale w każdym innym fragmencie publicznej przestrzeni. Edukacja jest tego przekrętu zaledwie jednym z elementów, tyle tylko że często nam najbliższym i przez to szczególnie boleśnie odczuwanym.

 


wtorek, 6 kwietnia 2021

Czy minister Niedzielski nosi maseczkę na czole?

 

      W swoim ostatnim tekście podzieliłem się pewną dość szczególną refleksją, gdzie wyraziłem obawę – nie nadzieję, lecz obawę – że cała ta gadka na temat pandemii i sposobów by z nią walczyć, ze szczególnym uwzględnieniem konieczności noszenia maseczek, to wynik z jednej strony jakiegoś nieznanego nam porozumienia, a z drugiej, samego charakteru pandemii, która tak naprawdę pozostaje dla nas niezgłębioną zagadką. Tak jak podejrzewałem, tekst mój spotkał się z bardzo emocjonalną reakcją, gdzie pewna część czytelników – w większości oczywiście składająca się z osób deklarujących przywiązanie do prawicowych wartości – uważająca wspomnianą pandemię za fikcję, uznała mnie za swojego sojusznika. I to jest oczywiście wydarzenie dość ponure, bo w istocie rzeczy czymś ponurym jest sytuacja, gdy próbujemy przedstawić pewien nadzwyczaj istotny dylemat, a na to otrzymujemy kartę wstępu do jakiegoś obłąkanego klubu, to jednak co w tych dniach mnie doprowadziło do rozpaczy autentycznej to słowa jakie w tych dniach wypowiedział – w pewnym, kompletnie oczywiście nie zamierzonym sensie, w odpowiedzi na mój tekst – nasz minister zdrowia Adam Niedzielski w wypowiedzi dla – a to nadaje całej sprawie dodatkowego kolorytu – stacji TVN24. Dla przypomnienia. Problem jaki przedstawiłem we wspomnianym tekście dotyczył tego, że gdy Polska z jednej strony stoi w obliczu kompletnego załamania systemu opieki zdrowotnej i niekontrolowanego wzrostu zgonów w wyniku epidemii wirusa, a z drugiej polskie państwo nie jest w stanie – a kto wie, czy nie w poczuciu potrzeby – egzekwować choćby obowiązku przestrzegania obowiązku noszenia maseczek, istnieje obawa, że tak naprawdę ów nieszczęsny COVID atakuje na chybił trafił, nikt z nas nie jest w stanie – czy to z maseczką czy bez – się przed nim ochronić, a wszelkie działania podejmowane przez rządy na całym świecie to strzelanie kompletnie na ślepo. A co najgorsze, znaczna część społeczeństwa, mająca w końcu swój rozum, umiejąca patrzeć słuchać i myśleć, stopniowo i coraz powszechniej dochodzi do przekonania, że cała ta historia z pandemią to zwykły humbug o nieznanym nikomu celu i pochodzeniu i jedyne sensowne rozwiązanie to machnąć na nią ręką i próbować żyć po swojemu.

       I oto w momencie gdy jedyne co wydaje się mieć sens to zapewnienie każdego z nas, a zwłaszcza tych wątpiących, że dziś nie ma nic ważniejszego niż przestrzeganie zasad chroniących nas przed zakażeniem i w ostateczności prowadzących nas do autentycznego wyzwolenia, minister zdrowia w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Adam Niedzielski, idzie do telewizji TVN24 i mówi co następuje:

Nigdy! Nigdy już nie wrócimy do świata sprzed pandemii. Część z nas już zawsze będzie używała maseczek i będzie trzymała dystans w obawie przed zakażeniem. Jeśli chcą mnie państwo zapytać, czy pokolenie dzisiejszych 50- i 40-latków będzie do końca swoich dni żyło w stanie zagrożenia epidemicznego, to odpowiedź brzmi: absolutnie tak. Zagrożeń biologicznych będzie już tylko więcej. Mało tego: będą coraz bardziej niebezpieczne i świat będzie na nie reagował inaczej niż reagował do tej pory. Inspekcje sanitarne będą jednymi z lepiej wyposażonych instytucji we wszystkich krajach. Pora zacząć oswajać się z myślą, że to nie jest ostatnia pandemia w naszym życiu”.

      Powiem szczerze, że nie mam bladego pojęcia, czy to co mówi Niedzielski to prawda, czy wykwit jego przemęczonego od ministerialnej pracy umysłu. A jeśli to prawda, nie wiem też, skąd on ma takie akurat informacje i skąd ma co do ich prawdziwości aż taką pewność, że uważa za stosowne się z tą wiedzą dzielić publicznie. To jednak ma znaczenie drugorzędne. Zakładając bowiem nawet, że wszystko co on nam przekazuje stanowi absolutną prawdę i to prawdę potwierdzoną obiektywnie, ciekawy jestem jaki sens jest się nią dzielić akurat dziś gdy – jak już to wspominałem parokrotnie – ludzie umierają, a szpitale nie nadążają z przyjmowaniem kolejnych pacjentów, a jednocześnie – co w pewnym sensie najistotniejsze – coraz więcej osób uważa, że nie ma żadnego wirusa.

      Jaki jest więc sens, by przychodzić do tych właśnie ludzi i im mówić, że cokolwiek oni dziś wymyślą i zrobią, to i tak lepiej już nie będzie? Że nawet jeśli dadzą się przekonać i zaczną wreszcie nosić te maseczki, a następnie zapiszą się na szczepienie i gdy przyjdzie lato, pojadą na wymarzone wakacje, to chwilę później nadejdzie coś znacznie gorszego i przed tym nic już ich nie uchroni. I znów wrócą maseczki, zamknięte restauracje, zdalna praca i nauka, i tak już będzie aż do ich śmierci. Na co on liczy? Że oni wszyscy położą uszy po sobie i założą te maseczki?

       Jak mówię, nie mam pojęcia, co Niedzielski wie, a co takiego mu się jedynie w głowie wyrodziło i nad czym on nie ma żadnej kontroli. Zakładam jednak że on wie i faktycznie nigdy już nie wrócimy do świata sprzed pandemii, a część z nas już zawsze będzie używała maseczek i będzie trzymała dystans w obawie przed zakażeniem. Dziś jednak problem polega na tym, że liczba zakażonych utrzymuje się na poziomie wcześniej nie spotykanym, ludzie umierają, a coraz więcej osób zaczyna podejrzewać, że to wszystko to jakiś paskudny przekręt, a nie realna pandemia. Przepraszam bardzo, ale nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że słuchając słów ministra Niedzielskiego, że będzie już tylko gorzej, do owych wątpiących dołączą dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy,  i od tego momentu za punkt honoru policzą sobie pokazanie władzy – nie Niedzielskiemu, lecz władzy – że zarówno ją jak i jej apele mają w głębokiej dziurze.

       I uważam to za idealny wręcz argument za tym, by prezes Kaczyński kazał Niedzielskiego wywalić z rządu na zbity pysk. Natychmiast, zanim się odezwie po raz kolejny. Precz!



      

sobota, 3 kwietnia 2021

Czy ktoś odważy się być tym pierwszym, który przestanie bić brawo?

 

       Muszę przyznać, że pierwsze miesiące, a może nawet pól roku pandemii utrzymywały mnie w przekonaniu, że ponieważ nie mam bladego pojęcia, co się tak naprawdę dzieje, najlepiej będzie jak się nie będę do całej sprawy wtrącał i liczył na to, że jeśli w swoim postanowieniu się utrzymam, to zdecydowanie dobrze na tym wyjdę. Kiedy jednak mijały kolejne miesiące i wszystko wskazywało na to, że jednak nie dzieje się nic poza właśnie pandemią, uznałem za stosowne się z sytuacją pogodzić i cierpliwie czekać na lepsze czasy, w nadziei że jakimś cudem mnie i moim najbliższym uda się przez to wszystlko przejść jak najłagodniej. No a potem znów przyszedł moment, gdy widząc jak świat, to zamykając szkoły, to je otwierając, to zamykając granice, to je znów otwierając, to wprowadzając powszechną kwarantannę, to ją zdejmując, to wypuszczając ludzi na zewnątrz, to im każąc nie wychodzić z domu, a tych którzy wyjdą przeganiać policyjnymi pałkami, jest dokładnie tak samo głupi jak głupi jestem ja sam, znów uznałem, że jednak nie wiem nic i postanowiłem, że przynajmniej jednego będę się trzymał – noszenia maseczki. Dlaczego? Otóż powód był bardzo prosty. Doszedłem mianowicie do wniosku, że maseczki to jest praktycznie jedyny element owej pandemii, co do którego panuje powszechna zgoda. Wszyscy bowiem, czy to w Stanach Zjednoczonych, czy Brazylii, Francji, czy Niemczech, czy też w Holandii, lub Wielkiej Brytanii, uznali za konieczne maseczek nie zdejmować. I to nie tylko na ulicy, w sklepach, czy w murach poważnych międzynarodowych instytucji, ale na boiskach piłkarskich, kortach tenisowych, a któregoś dnia nawet obejrzałem telewizyjny reportaż z wojny między Azerbajdżanem i Armenią gdzie, przed zburzonym kompletnie domem, ujrzałem siedzącą kobietę, jak najbardziej w maseczce. Poza resztkami domu, była tylko ona i ta jej maseczka. No i wtedy pomyślałem sobie, że nawet jeśli większość tego co się nam pokazuje, to ciężka manipulacja, to akurat gdy chodzi o maseczki, one są realne i jak najbardziej naturalne.

      A przyznaję, że nie było łatwo. I wcale nie chodzi mi najbardziej o to, że praktycznie owej maseczki nie zdejmując i zdecydowanie dbając o to, by nie uczestniczyć w jakichkolwiek antypandemicznych ekstrawagancjach, Covida złapałem i do dziś nie mam pojęcia, skąd i w jaki sposób on się do mnie przykleił. To jednak co na mnie zrobiło wrażenie, to sytuacja dość nowa, związana już z tak zwaną trzecią falą, kiedy w którąś sobotę zaszedłem na pobliski targ warzywny i tam trafiłem na taki tłum, że praktycznie nie było możliwości, by przejść z jednego miejsca do drugiego bez konieczności ściskania się z dziesiątkami ludzi, z których większość, nawet jeśli miała maseczki, to poniżej nosa, a i to w najlepszym wypadku. A o handlujących już nawet nie wspominam. Ale mało tego. Poczucie uczestniczenia w prawdziwej fikcji ogarnęło mnie dopiero gdy zobaczyłem, jak na trzech budach handlujących wędliną wiszą kartki z informacją, że w środku mogą przebywać maksymalnie dwie osoby, i tam ci sami ludzie, którzy jeszcze przed chwilą tuż obok, nie oglądając się na nic, włazili sobie na głowę, stoją grzecznie w kolejce, żeby broń Boże nie łamać przepisów.

        Mieszkam w Katowicach i z medialnych doniesień wynika, że tu mamy do czynienia z prawdziwym dramatem. Parę dni temu w województwie śląskim zachorowało sześć tysięcy osób, w samym mieście ponad pięćset, szpitale pracują na granicy wytrzymałości, ciężko chorzy pacjenci transportowani są do mniej przeciążonych szpitali w głębi kraju, a ja wychodzę z psem na spacer i wedle mojej oceny jakieś pięć procent mijanych osób w ogóle nie posiada maseczki, około pięćdziesięciu procent nosi ją pod nosem, na brodzie, albo na szyi... i nie ma absolutnie nikogo, kto by ów – jak słyszę, twardy jak jasna cholera –  obowiązek egzekwował. I nie mówię o policji wlepiającej im wszystkim mandaty; tych ludzi jest tak dużo, że to jest w tej chwili już fizycznie niewykonalne, a policjantom też się nie chce chodzić po mieście i z co drugą osobą się wykłócać o to, by sobie zasłoniła usta i nos. Chodzi mi o to, że owo lekceważenie pandemii nie pojawiło się ot tak, z dnia na dzień. To był proces i dziś jego efektem jest to, że dla wielu z nas COVID to coś na co nie mamy najmniejszego wpływu, z maseczką, czy bez, a skoro tak, to też postanowiliśmy uznać, że  lepiej o nim po prostu nie myśleć, a co będzie to się zobaczy.

      A gdy chodzi o mnie, ponieważ nie mogę przestać myśleć, że ktoś za to co się dzieje odpowiada, to zauważam pewną zmianę w swoim podejściu do maseczek właśnie. Otóż myślę sobie, że jeśli z jednej strony mamy te 500 zakażeń w mieście, 6 tys. zakażeń w województwie, 35 tys. w kraju, te 500 zgonów, te szpitale z nadzwyczaj ponurymi perspektywami, te dramatyczne apele ze strony różnych instytucji o odpowiedzialność, a jednocześnie wokół siebie widzę żywe dowody na to, że tak naprawdę tylko ja mam jeszcze problem z tymi maseczkami i z ludźmi, którzy postanowili raz na zawsze o nich zapomnieć.

      Od pewnego czasu awanturuję się ze swoim bardzo bliskim kolegą na temat tego, jak należy podchodzić do kwestii pandemii. Rozmawiam więc sobie z nim, i tu on, absolutnie zgadzając się z tym, że pandemia jest czymś realnym i bardzo groźnym, jest równocześnie pewien, że maseczki nie dają nam absolutnie nic. Jest mój kumpel bardzo głęboko i szczerze przekonany, a ja mu się staram wybić to z głowy, że maseczki w żaden sposób, czy to w jedną czy drugą stronę, nie chronią przed wirusem, a tego w jaki sposób on się przenosi nie wie nikt. Jego zdaniem, a ja się wciąż z nim kłócę, nikt z nas nie jest w stanie się w żaden sposób uchronić przed chorobą i jedyne na co możemy liczyć to na to, że kiedy ona nas dopadnie, przejdziemy ją jak najłagodniej  i w końcu, jako społeczeństwo, jakoś się tam przeciwko niej uodpornimy. No i że wreszcie ktoś powie „stop” i będziemy mogli wreszcie pojechać na wymarzone wakacje, a tam pójdziemy do miłej knajpy i spokojnie, w miłym towarzystwie zjemy sobie super kolację.

       Gdy piszę ten tekst, w telewizorze mam niemal zupełnie pusty plac Św. Piotra i odprawiającego Drogę Krzyżową papieża Franciszka. Na Placu grupa dzieci dzieci z krzyżem i pochodniami, wszystkie w maseczkach, podobnie zresztą jak asystujący Papieżowi ksiądz. A ja sobie przypominam niedawną dyskusję na temat tego, czy polscy piłkarze znajdą w sobie dość odwagi, by nie uklęknąć w ramach akcji Black Lives Matter, a wraz z nią taką oto swoją osobistą refleksję, czy znajdzie się wreszcie ktoś, kto jako pierwszy odważy się powiedzieć, że już wystarczy i owa anegdota o przemówieniu Stalina i nie kończących się brawach, pozostanie tylko ponurą anegdotą.

      No i jeszcze nadzieja, że to jednak ów obraz z Watykanu  przekazuje nam prawdę, a moja piłkarska aluzja pozostanie dla nas kompletnie niezrozumiała.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...