piątek, 2 kwietnia 2021

Kto chce nam opchnąć lewy gwizdek?

 

Ponieważ mamy piątek i to w dodatku ten Wielki, myślę że nie zaszkodzi, jeśli przedstawię tu felieton, jak dziś wraz z najnowszym wydaniem „Warszawskiej Gazety” trafił do kiosków. Powinno być dobrze.    

 

 

      Myślę że w potoku codziennie zalewających nas informacji, większość czytelników „Warszawskiej Gazety” zwróciła uwagę na sprawę artykułu jaki ukazał się w prestiżowym amerykańskim tygodniku „The New Yorker”, w którym niejaka Masha Gessen w obszernej analizie oskarża Polskę i Polaków osobiście o śmierć 3 milionów Żydów podczas II Wojny Światowej. I z tego co słyszymy, tym razem nie chodzi o odpowiedzialność moralną, czy zbiorową jako narodu, jak to już w ostatnich latach nieraz bywało, ale jak najbardziej osobistą. Jak się dowiadujemy – zgodnie zresztą z oczekiwaniami – owa Masha Gessen nie jest jakąś pierwszą lepszą autorką realizującą doraźne zamówienia pochodzące ze zbyt dobrze znanych nam kręgów, ale bardzo ważnym współpracownikiem nie tylko „New Yorkera”, ale również korespondentem może jeszcze bardziej prestiżowego „US News & World Report”, oraz wielokrotnie nagradzanym autorem książek na temat historii Związku Sowieckiego. Ależ też przy okazji czytamy, że owa Masha Gessen to urodzona w Moskwie Żydówka, która w ramach amerykańskiego programu przesiedleńczego wyemigrowała wraz z rodziną do Stanów Zjednoczonych, tam uzyskała amerykańskie obywatelstwo, a dziś mieszka z żoną, znaną rosyjską działaczką ruchu LGBTQ, i dziećmi w Nowym Jorku.

       I to ta właśnie osoba napisała ów tekst, opublikowany przez magazyn „The New Yorker”, który, z tego co słyszymy, jest do tego stopnia szokujący, że poza oczywistymi głosami zachwytu, zwłaszcza za strony naszych rodzimych polakożerców, wywołał całe mnóstwo reakcji negatywnych, co ciekawe, formułowanych również przez środowiska żydowskie.

      I pewnie na tym można by było zakończyć tę prezentację, czekając cierpliwie już tylko na efekty już teraz kierowanych przez polskie władze pod różnymi adresami oficjalnych not, gdyby nie pewien szczegół, który w zupełnie nowym świetle stawia może nie tyle sam wybryk owej zboczonej ruskiej Żydówki, ale właśnie wspomnianą reakcję jak najbardziej już w tej chwili światowej opinii publicznej. Rzecz mianowicie w tym, że bardziej wnikliwi czytelnicy mediów bardzo dobrze pamiętają. Oto 25 maja 2009 roku nie jakiś „New Yorker”, czy inne żydowskie ścierwo, ale jak najbardziej nasza „Rzeczpospolita” opublikowała rozmowę, którą znany nam skądinąd Piotr Zychowicz przeprowadził pod tytułem „Polacy jako naród nie zdali egzaminu” rozmowę z niejaką  Aliną Całą, historykiem z Żydowskiego Instytutu Historycznego, gdzie pojawia się następująca ocena:

8 tysięcy Sprawiedliwych na trzydziestomilionowy naród to strasznie mało. Stąd właśnie inicjatywa IPN, który chce z kapelusza wytrzasnąć 300 tysięcy Polaków pomagających Żydom. Żeby znaleźć tyle ludzi, będzie chyba musiał włączyć do tego nawet tych, których zasługą było to, że nie zadenuncjowali jakiegoś Żyda. W pewnym sensie za śmierć wszystkich, 3 milionów Żydów odpowiedzialni są Polacy. Bo ludzie ci zostali skoncentrowani w gettach, wywiezieni do obozów i wymordowani przy bierności polskich sąsiadów”.

       A ja już mam tylko jedno pytanie: Czy zanim zajmiemy się Mashą Gessen, naprawdę nie potrafimy znaleźć nikogo bliżej? Czy może potrafimy reagować wyłącznie na gwizdek?




środa, 31 marca 2021

Ósme: Nie wierz fałszywemu świadectwu

 

 Gdybym miał przedstawić listę tak zwanych „tagów”, którymi przez minione 13 już lat oznaczam te teksty, myślę, że na pierwszym miejscu bezdyskusyjnie znalazłoby się słowo „kłamstwo”. I jakoś mnie to nie dziwi. Wprawdzie można by sądzić, że tego dziś wylewa się z każdej dziury tyle, że wszystko co było wcześniej to żart, ale wydaje się, że jedyna różnica polega na tym, że ono stało się zaledwie bardziej bezczelne, na zasadzie: „No dobrze, kłamiemy, i co z tego?”, ale gdy chodzi o ilość, wszystko pozostaje na tym samym poziomie. Jeszcze w roku 2008 napisałem tekst o tym jak to źle jest wierzyć w kłamstwo i myślę, że właśnie dziś – tym bardziej wobec wspomnianej bezczelności – przyda nam się go przypomnieć. Bardzo proszę.

 

      Kiedy Bob Dylan - poeta, muzyk, kompozytor, pieśniarz - występował po raz pierwszy na słynnym festiwalu w Newport, miał zaledwie 22 lata. Był jedynym artystą tam występującym, który śpiewał wyłącznie swoje piosenki. Przyjechał tam, stanął wśród największych z wielkich, i najzwyczajniej w świecie ukradł im show. To tam, Johnny Cash zaprosił go do siebie i dał mu swoją gitarę. To tam, zaledwie dwa lata później, wiedząc, że ta jego wielkość rozwija się tak dramatycznie, że jeśli nie dokona jakiegoś spektakularnego zwrotu, za parę lat zostanie tylko wspomnieniem, legendą, jak Joan Baez, czy Pete Seeger, czy - jak się po latach okazało - wielu, wielu innych, machnął ręką na cały ten lokalny styl i zaczął grać Like A Rolling Stone na gitarze elektrycznej. Właśnie w roku 1965, podczas koncertu Dylana i jego zespołu w Manchesterze, w pewnym momencie, siedzący na sali niejaki John Cordwell wrzasnął do Dylana: „Judasz!!! Nigdy więcej nie będę cię słuchał!" Na nagraniach, które dokumentują ten koncert, słychać, jak Dylan odpowiada mu: „Nie wierzę ci. Jesteś kłamcą!" A po chwili do zespołu: „Grajcie, kurwa, głośno!"

      Zdarzenie to, sprzed ponad już 40 lat, wciąż zadziwia, wciąż jest wspominane, stało się już swego rodzaju legendą. A ja się wciąż zastanawiam, kto wtedy kłamał? Ten Cordwell, kiedy zarzucał Dylanowi, że zdradził, czy może Dylan, kiedy oskarżał Cordwella o kłamstwo. Oczywiście nie da się na to pytanie odpowiedzieć w sposób rozstrzygający, bo z punktu widzenia Cordwella, Dylan rzeczywiście zdradził. Zdradził nie tylko jego, ale wielu, wielu innych, dla których to, co Dylan zaproponował, to było zwykłe, czyste oszustwo. Z drugiej strony, kiedy Dylan krzyczał do Cordwella, że jest kłamcą, miał też bezwzględnie rację, choćby pod tym względem, że na sto procent, Cordwell nigdy nie przestał Dylana słuchać.

      Więc tu niestety, musimy pozostać w sytuacji nierozstrzygniętej. Możemy jednak pokusić się o pewną refleksję nieco obok tego zdarzenia. Otóż, nie ulega wątpliwości, że ten spór, jaki miał miejsce w roku 1965 w Manchester Free Trade Hall, jest już jednym z ostatnich czystych, prostych i zupełnie nie wyrafinowanych przypadków, kiedy kłamstwo operuje na poziomie relacji człowiek-człowiek. W roku 1965, już od wielu, wielu lat, był w najpełniejszym rozkwicie cały przemysł produkujący kłamstwo na skalę nieporównywalnie większą, niż to, do czego przyzwyczaiła nas tradycja. Minęły już dziesiątki lat od czasu, gdy sytuacja, w której sąsiad okłamuje sąsiada, a uczeń koleżankę, brat siostrę, a mąż żonę stała się tak trywialna, że wręcz nie warta uwagi. Bo cóż to są za kłamstwa o tak marnej skali? O tak niewielkim stopniu szkodliwości i tak nieistotnym poziomie zła?

      Minęły kolejne lata i otóż co mamy? Mamy stan, który niektórzy określają pojęciem ‘kłamstwa totalnego'. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli szukamy kłamstwa, to gdzie najprędzej je znajdziemy? Czy u nas w domu, czy w biurze, czy w szkole, czy na ulicy? Gdzie spotkamy prawdziwego kłamcę? Jeśli uczciwie się przyjrzeć, to wokół siebie, to może nam się uda znaleźć paru notorycznych kłamców, którzy kłamią ot tak, dla sportu. Ale nimi się i tak nikt nie przejmuje. Wszyscy traktują ich, jak wariatów i jeśli ktoś ich słucha, to głównie z braku lepszego zajęcia. Ktoś kogoś okłamie, bo chce ukryć jakiś drobny grzech, albo ponieważ jest mu z jakiegoś powodu wstyd, albo nie chce tego kogoś zranić, czy po prostu pragnie uniknąć kłótni. Owszem, zdarzy się, ze spotkamy na swojej drodze prawdziwego oszusta, który chce nam sprzedać coś bezwartościowego, albo pozbawić nas czegoś cennego. No ale to są peryferie. To jest zwykła patologia. Poza tym, żyjemy sobie obok siebie i jeśli czasem nam do głowy nie przyjdzie, że mamy kłopot z naszym bliźnim, to akurat nie z powodu tego, że jeden drugiego potrzebuje oszukać.

      A fakt pozostaje faktem - żyjemy w epoce kłamstwa totalnego, kłamstwa strasznego, kłamstwa które zabija. Od czasu kiedy wydano Dzieła Wybrane Lenina, Hitler napisał Mein Kampf, a Komitet Centralny Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w roku 1938 zredagował i zaaprobował swój słynny Krótki Kurs, świat poczynił wielkie postępy. Powstał prawdziwy rynek nie tylko ideologii. Wynaleziono najbardziej skuteczne sposoby zarabiania pieniędzy i ich efektywnego wydawania, wybudowano supermarkety, rozwinięto w sposób absolutnie mistrzowski system reklam, pokazano światu, co znaczy konsumpcja, i co znaczy prawdziwa oferta. Jeśli spróbujemy wyobrazić sobie współczesny świat w formie modelu, to z jednej strony zobaczymy tę właśnie ofertę, z drugiej już nie tyle człowieka, co konsumenta, a pomiędzy nimi pieniądz. A nad tym wszystkim, to, wspomniane już, totalne kłamstwo, które na wszystkich możliwych poziomach, absolutnie bezczelnie, z całkowicie odsłoniętą przyłbica, prowadzi swoją grę pod hasłem rozwoju i cywilizacji. Tam też - właśnie tam - stara się umieścić cała światowa polityka, ze swoimi obietnicami, swoimi planami, ze swoją ‘demokracją'.

      Byłoby mi jednak bardzo trudno zajmować się tu tym kłamstwem najwyższym, kłamstwem ledwo widocznym, kłamstwem-plazmą. Raz, że to jest faktycznie plazma, a dwa, że bardzo bym nie chciał uderzać w aż tak naciągniętą strunę. I tak obawiam się, że staję się tu zbyt patetyczny. Zajrzyjmy więc na ten poziom najniższy, bardzo przejrzysty, dostępny na wyciągniecie ręki. Spójrzmy na to kłamstwo, podane nam na tacy w swej pełnej okazałości, a jednocześnie tak nieprawdopodobnie niedookreślone i nieopisane. W telewizji oglądam reklamę, w której komputerowo rozmazane dziecko chce iść na mecz, ale mama mu mówi, ze „wygląda niewyraźnie", więc powinno zażyć rutinoscorbin. Dziecko zjada tabletkę, jego wizerunek komputerowo zostaje oczyszczony i chłopczyk może iść bezpiecznie na mecz. Oczywiście, każdy, choćby minimalnie rozsądny człowiek, doskonale wie, że jedyną reakcją na tę reklamę, powinno być jedynie ściszenie telewizora. A mimo to, kupujemy ten rutinoscorbin, trzymamy go w domowych apteczkach, aż minie obiecany termin ważności, i ani nam do głowy nie przyjdzie, że jesteśmy już tylko tak zwanym targetem.

      Filozof Kołakowski, w swoim mini-wykładzie o kłamstwie, o którym pisałem wczoraj , dzieli kłamstwo na dwa rodzaje: kłamstwo wprost i kłamstwo przez zatajenie. Ciekawy jestem, do jakiej kategorii zakwalifikowałby Kołakowski tę reklamę z rutinoscorbinem. Czy przemysł farmaceutyczny, kiedy wydaje ciężkie pieniądze na przekazanie nam informacji, że jeśli czujemy się ‘niewyraźnie', powinniśmy zażyć tabletkę rutinoscorbinu, i wtedy natychmiast poczujemy się ‘wyraźnie', robi to po to, żeby nas oszukać wprost, czy robiąc to, coś przed nami zataja?

      Czy jeśli onet.pl, pisząc o bramkarzu nazwiskiem Boruc, używa - ot tak, z rozpędu - stworzonego, między innymi, przez siebie, nazwiska-hasła Borubar, to z jakiego rodzaju kłamstwem mamy tu do czynienia? Czy to jest kłamstwo w dobrej sprawie, czy w sprawie złej? Czy to jest kłamstwo nałogowe, czy okazjonalne? Czy to jest kłamstwo wprost, czy kłamstwo przez zatajenie? I dalej - idąc tym samym tropem - jeśli założymy, że prezydent Kaczyński rzeczywiście się pomylił i faktycznie był przekonany, że Artur Boruc nazywa się Artur Borubar, to czy on kłamał? Czy tylko nie wiedział? Czy on chciał nas oszukać, czy tylko okazał się gapą, albo nawet i głupkiem?

      I odwrotnie, jeśli założymy, że Prezydent nie powiedział „Borubar", ale „Boruc bardzo", to czy onet.pl i ci wszyscy, wszyscy którzy od wielu długich miesięcy już ekscytują się tym Borubarem, kłamią wprost, czy coś ukrywają? I dlaczego to robią? Bo są ludźmi dobrymi, czy ludźmi złymi?

      W tym samym wczorajszym tekście wspomniałem o ministrze Sikorskim i jego zachowaniu na wspólnej konferencji prasowej z Donaldem Tuskiem i Prezydentem. Zasugerowałem, że mój zdrowy rozsądek i dotychczasowe doświadczenie, wskazują jednoznacznie na to, że Sikorski, gadając podczas wypowiedzi Prezydenta, nie tylko robił to celowo, ale miał w tym momencie bardzo złe intencje. Pewien internauta napisał mi, że Sikorski, w sposób absolutnie naturalny, nie mógł znieść ględzenia Prezydenta i gadał z nudów. I że to jego zachowanie jest całkowicie zrozumiałe, bo każdy wie, że Kaczyński jest nieznośny.

       I teraz ja bym bardzo chciał poznać odpowiedź na parę kwestii. Mianowicie, czy opisana przeze mnie sytuacja to tryumf kłamstwa, czy prawdy? Jeśli to co się działo przy tym konferencyjnym stole, to była prawda w całej swojej krasie, to co będziemy musieli uznać za kłamstwo? To może, że kilka lat temu Lech Kaczyński powiedział do jakiegoś natrętnego pijaczka: „Spieprzał dziadu"? Czy musimy uznać, że Kaczyński wówczas skłamał, a dziś Sikorski świadczył prawdę? Czy ów internauta kłamie, czy to jego okłamali? I czy jego okłamali wprost, czy przez zatajenie?

     I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że - szczególnie ostatnio - moje problemy zaczynają się tam gdzie problemy wielu kończą. Ale co mam zrobić? Nagle wziąć jakieś tabletki na zgłupienie? Tego nawet współczesny przemysł farmaceutyczny nie zdążył na razie wymyślić. Ja mam już tak ustawioną wrażliwość, że absolutnie nie czuję niebezpieczeństwa związanego z kłamstwem powszednim. Mnie w ogóle nie martwi to, że okłamie mnie któryś z moich uczniów, czy któryś z moich kolegów, czy nawet któreś z moich dzieci. Ja wiem, że nawet jeśli oni mnie okłamią, to kłamstwo będzie tak niewinne i tak bez konsekwencji, że jedyny z nim kłopot będzie taki, że ktoś się będzie z niego musiał po prostu wyspowiadać. Ja nawet nie martwię się, ze przyjdzie do mnie jakiś oszust i mnie nabierze na parę złotych. No bo przede wszystkim pewnie nie przyjdzie, a nawet jeśli jakimś przypadkiem padnie na mnie, to co stracę? Dwadzieścia złotych na coś, czego nie zobaczę na oczy?

      Ja się boję kłamstwa totalnego, kłamstwa zorganizowanego, kłamstwa, które produkowane jest w zaciszu gabinetów. Ja się boję kłamstwa, o które prawdopodobnie nie do końca chodziło Panu Bogu, kiedy Mojżeszowi zsyłał tablice z przykazaniami. Którego, mam nieustanne wrażenie, Pan Bóg po prostu nie przewidział. Myślę tu na przykład o kłamstwie, z którym mamy do czynienia od paru tygodni. Kolejny już rok, rok po roku, kiedy w kościołach w całej Polsce trwa okres Adwentu, a świat organizuje tzw. okres przedświąteczny. Od końca listopada, ulice, place, supermarkety w całej Polsce zawalane są dekoracjami przedświątecznymi, tymi wszystkimi lampkami, Mikołajami, choinkami, tymi świątecznymi piosenkami, bałwankami, saniami, reniferami. A wszystko najwyraźniej po to, żeby - w ostatecznym efekcie - kiedy już przyjdzie ten dzień Bożego Narodzenia, nikt go nie zauważył. I żeby wreszcie przyszedł taki rok, kiedy Wigilia, Pasterka, kolędy, ten opłatek na stole, żeby to wszystko zostało skutecznie i ostatecznie przykryte przez to właśnie, opisywane przeze mnie, kłamstwo. Żeby jak najwięcej ludzi, najpierw kupiło sobie to co tam chcą, a później, jak już dostaną te kilka dni wolnego w pracy, pojechali za resztę pieniędzy gdzieś gdzie jest ciepło.

      Mam silne przekonanie, ze gdyby Pan Bóg dziś zszedł na Ziemię, w chmurze Swej Wielkości, żeby nam dać te dwie tablice, wszystko by zostało tak jak było wtedy, te wieki temu. Z jednym wyjątkiem. Ósmego przykazania w znanym nam brzmieniu by po prostu nie było, bo Dobry Bóg nawet by nie wiedział do kogo je adresować. Do smoka? Do plazmy? Do świata? Zamiast tych uwag o kłamaniu, pewnie znalazłby się nakaz skierowany prosto do nas: „Nie daj się oszukać fałszywemu świadectwu". A z dochowaniem tego przykazania - jestem pewien - mielibyśmy o wiele więcej kłopotu, niż z ósmym przykazaniem w aktualnym, tradycyjnym brzemieniu.

 



wtorek, 30 marca 2021

Ile ludzi potrafi zabić metr kwadratowy koronawirusa

      Przyznać muszę, że miałem parę razy w tych dniach napisać coś o pandemii, jednak albo wpadał mi do głowy jakiś inny nie cierpiący zwłoki temat, albo zwyczajnie, jak to czasem bywa, nie bardzo wiedziałem jak się za sprawę zabrać i ostatecznie czas minął. A główny powód owej mojej chętki był nie byle kto, bo sam poseł Dobromir Sośnierz, który występując w telewizji stwierdził ni mniej ni więcej jak to, żeby jeśli on i inni podobnie myślący nie chcą chodzić w maseczkach, pozwolić im na to, bo nawet jeśli oni się od tego zarażą i umrą, to pozostanie to wyłącznie ich i tylko ich problemem. Wypowiedź Sośnierza zrobiła na mnie wrażenie jednak nie tyle ani na zawarty w niej oczywisty idiotyzm, ani nawet ze względu na ową demonstrację tak charakterystycznego dla reprezentowanego przez niego intelektualnego środowiska egoizmu, co przez fakt, że wśród innych obecnych w studio nie znalazł się nikt, kto by Sośnierzowi na jedno czy drugie zwrócił uwagę. Proszę sobie wyobrazić, że tam odbyła się poważna awantura, jednak nikt nie zadał mu choćby pytania, czy kiedy on już będzie się dusił na śmierć, to będzie komuś bardziej potrzebującemu zajmował respirator, czy może będzie spokojnie pożerał kolejne dawki amantadyny. Pytań oczywiście mogło być więcej, no ale ja myślałem przede wszystkim o tym jednym. Niestety ono nie padło, a mnie po pewnym czasie i tak ochota by o tym pisać opuściła.

      I oto, proszę sobie wyobrazić, temat wrócił zupełnie niespodziewanie, kiedy Dobromir Sośnierz pojawił się ponownie, w tym samym zresztą programie i w towarzystwie tego samego tematu – swoją drogą, wygląda na to, że ktoś w telewizji uznał, że skoro sprawa jest aż tak poważna, bez paru błaznów się nie obejdzie – i tym razem całe swoje wystąpienie poświęcił wspomnianej  amantadynie, która jakże niesłusznie jest wypierana przez o wiele droższe i o wiele bardziej podejrzane szczepionki. A ja, rozumiejąc że mam już odpowiedź na swoje pytanie sprzed kilku dni, mogłem się skupić na występie innego uczestnika dyskusji, nieznanej mi pani z warkoczem reprezentującej Platformę Obywatelską. I oto, proszę sobie wyobrazić, że owa osoba z macicą, poinformowała że pandemiczna sytuacja w Polsce jest nadzwyczaj poważna, bo dotychczas zmarło już „100 tysięcy osób”, a po paru minutach ową liczbę powtórzyła i – tak, tak – ani za pierwszym razem, ani za drugim, ani już do końca programu, ani prowadzący rozmowę dziennikarz, ani biorący w niej udział politycy, ani nawet wydawałoby się najbardziej kompetentny w zaniżaniu wszelkich liczb poseł Sośnierz, nie zwrócił owej posłance uwagi na to, że dotychczas w Polsce w wyniku koronawirusa zmarło niewiele ponad 50 tysięcy osób. 100 tysięcy? 50 tysięcy? A co to za różnica? A jakie to w ogóle ma znaczenie? A niechby tam było nawet pół miliona zmarłych... albo 10 tysięcy – kogo to obchodzi?

       Przypomniało mi to nieco ów pamiętny występ głównego specjalisty telewizji TVP Info, nagrodzonego niedawno prestiżową nagrodą dziennikarską za zasługi dla walki z wirusem, Adama Gizy, kiedy to ów wybitny umysł – tu również dwukrotnie – poinformował, że wedle nowych zaleceń w kościołach będzie się mogło gromadzić „zaledwie 15 osób na metr kwadratowy”, to jednak co mnie ani nie rozbawiło, ani nawet nie zezłościło, lecz zwyczajnie pozbawiło wszelkich złudzeń co do sensu obserwowania tego wszystkiego, to właśnie fakt, że jak się właśnie okazuje, dla nich – a mówiąc „dla nich”, mam na myśli ich wszystkich – nie tylko nie ma znaczenia, czy w kościołach może się modlić jedna osoba na 15 metrów kwadratowych, czy 15 osób na jednym metrze kwadratowym, ale nawet to, czy w wyniku epidemii zmarło w Polsce 100 tysięcy osób, czy może dwa razy więcej, czy ewentualnie dwa razy mniej.

      Na metr kwadratowy. Lub sześcienny.

 


 

 


sobota, 27 marca 2021

O żyrowaniu obłędu

 

     Jak pewnie część z nas zauważyła, niedawno Watykan opublikował oficjalny komunikat, w którym ostatecznie potwierdził fakt, że Kościół, nie to nawet że nie chce, ale wręcz nie jest w mocy błogosławić tak zwanym „związkom homoseksualnym”, w odpowiedzi na co, jak poinformowały media ze wszystkich stron każdej możliwej sceny, część niemieckich hierarchów, nie wspominając już o różnego rodzaju organizacjach świeckich, postawiła się okoniem i oświadczyła, że niech sobie Watykan nie myśli, że jest ważniejszy od Ludu Bożego. O owej kontrowersji, stając oczywiście w obronie autorytetu Stolicy Apostolskiej, poinformował szereg zarówno katolickich jak i patriotycznych mediów, jako naczelnego argumentu używając odwiecznej zasady „Roma locuta, causa finita”, a jeden z czołowych katolickich portali wręcz wyraził szczery żal, że oto jak widzimy nadeszły czasy, gdy słowa papieża dla wielu z nas nie mają znaczenia.

       Gdy chodzi o mnie, to ja oczywiście podzielam ten smutek, i to już od bardzo długiego czasu. Dawałem temu zresztą wyraz niejednokrotnie na tym blogu, niestety bez skutku. Pamiętam bardzo dobrze na przykład jak kilka miesięcy temu grupa nadzwyczaj pobożnych ludzi związanych ze środowiskiem Polonii Christiana czy to bezpośrednio, czy przez swoje wyraźnie demonstrowane sympatie, wzywała publicznie papieża Franciszka do opamiętania, zapewniając ze swojej strony o stałej „modlitwie, różańcu, pokucie, oraz jałmużnie” za to, by stał się cud i Papież zszedł z drogi prowadzącej prosto do schizmy. I tu akurat nie pamiętam, by przy tej okazji którykolwiek z nich przypomniał ową zasadę, że słowo Rzymu kończy dyskusję. Czemu? Jak rozumiem, wtedy nie kończyło, bo swoje do powiedzenia miał jeszcze pobożny lud.

       Dziś oczywiście sytuacja jest inna, bo przede wszystkim Papież ma rację, no a po drugie przeciwko niemu występują zepsuci Niemcy, a nie rozmodleni polscy patrioci. No ale niech przy tej okazji nikomu nie przyjdzie do głowy myśleć, że oto nastał czas beztroski, zwłaszcza gdy, jak się nagle okazuje, owych zatroskanych jest znacznie więcej niż mogło się nam wydawać. Oto portal wpolityce.pl jako wiadomość dnia zdecydował się podać informację, że „grupa narodowych i konserwatywnych organizacji wystosowała list do przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, abpa Stanisława Gądeckiego”, a w liście tym wezwała polskich biskupów, by „stali się wiernymi spadkobiercami przywódców duchowych naszego narodu, stróżami swobód objawionej przez Pana Boga religii,  dumnymi krzewicielami chrześcijańskiej cywilizacji obrońcami krzywdzonych” i na dobry początek przestali jako Kościół „żyrować” antypandemiczne działanie polskiej władzy.

       Kiedy obserwuję zachowanie wielu z nas wobec zarówno samej pandemii, jak i tego wszystkiego co w obecnej sytuacji robi władza, powiem szczerze że nie dziwi mnie już nic. Biorę też więc pod uwagę, że przy obecnym poziomie napięcia niekiedy jest bardzo trudno zapanować nad emocjami, co niektórych prowadzi do autentycznego pomieszania zmysłów. Stąd też zapewne powstają inicjatywy polegające na pisaniu odezw takich jak powyższa, i to w tak rażąco szokującej formie. Nie zdziwi mnie też szczególnie sytuacja, gdy ktoś tam się odpowiednio zorganizuje i podobny apel skieruje do Rzymu. To natomiast, co w tym wypadku zrobiło na mnie wrażenie, to lista owych „narodowych i konserwatywnych organizacji”, których środowiskowa pozycja, jak rozumiem, jest na tyle znacząca, że – skoro już o „żyrowaniu” mowa – na żyrowanie ich obłędu zdecydował się portal, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jego działalność nie jest żyrowana przez polskie państwo i jego czołowych przedstawicieli. Ja wiem, że w to ciężko uwierzyć, ale bardzo proszę, po kolei:

Straż Narodowa, Rota Marszu Niepodległości, Męski Różaniec Warszawa, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, Bractwo Przedmurza, Różańcowy Marsz Życia, Fundacja Życia i Rodziny, TG Sokół-Radość, Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych Warszawy i Mazowsza, Fundacja Nowy Nazaret.

       Przepraszam bardzo, ale skoro już ustaliliśmy, że trzeba ratować Kościół w Polsce przed bezbożną władzą, to ja już mam do nich wszystkich tylko dwie uwagi. Pierwsza to ta, że moim zdaniem, jeśli Kościół najwyraźniej świetnie sobie radzi z biskupem Georgiem Bätzingiem, to, przy całym szacunku, na Towarzystwo Gimnastyczne Sokół-Radość nawet nie zwróci uwagi. Druga natomiast będzie w formie pytania:  Co Państwo osobiście sądzą na temat sensu noszenia maseczek?



 

piątek, 26 marca 2021

Czy Donald Tusk poprosi o azyl w Belgii?

      Przyznać muszę, że tak jak ostatnie lata nas nauczyły, bardzo trudno jest przyjmować kolejne informacje, choćby nie wiadomo jak sensacyjne, i traktować jak coś wartego uwagi. Jednym z powodów takiego nastawienia jest to że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy to czego się właśnie dowiedzieliśmy to prawda, częściowa prawda, czy może wierutne kłamstwo, a więc zawsze bezpieczniej jest na wszystko wzruszyć ramionami, a drugi to ten, że nawet jeśli ów news jest jak najbardziej prawdziwy i rzeczywiście sensacyjny, to możemy być pewni, że już po kilku dniach nie pozostanie po nim nawet wspomnienie i po raz kolejny się dowiemy, że nasze emocje nie mają żadnego znaczenia, podobnie jak my żadnego na nic wpływu.

      Jest jednak tak, że chyba po raz pierwszy od co najmniej dziesięciu lat mam ostatnio wrażenie, że coś się faktycznie dzieje, w tym sensie, że to czym się faktycznie ekscytujemy, jest zarówno czymś autentycznym, dzieje się na poważnie, no i chyba jednak jedynym tego celem nie jest pozawracanie nam na chwilę w głowach. A mam na myśli to, że ni stąd ni zowąd władza postanowiła wziąć się za Donalda Tuska i wyciągnąć mu taśmy sprzed lat, z których wynika najjaśniej jak to tylko możliwe, że on swoją gnuśność i moralne zepsucie przehandlował za Polskę. Oficjalna wiadomość jest oczywiście taka, że tu o władzy Prawa i Sprawiedliwości mowy być nie może, a owe taśmy są wynikiem pracy dziennikarzy śledczych, ale my wiemy doskonale, że w czasach gdy pojęcie „dziennikarstwa śledczego” jest czystą abstrakcją, tego typu rzeczy załatwia się na zupełnie innym poziomie. To więc jedna rzecz, druga natomiast jest taka, że wystarczyło śledzić internetową aktywność Donalda Tuska przez minione kilkanaście miesięcy, by zorientować się, że on jest w takim stanie psychicznego upadku, że albo został odcięty od wszelkich informacji, albo, wręcz odwrotnie, wie więcej niż ktokolwiek inny, i oczywiście znacznie więcej niż sam sobie tego życzył.

       Przyglądałem się więc ostatnio zachowaniom owego człowieka i nie mogłem przestać myśleć, że on się zwyczajnie boi. Nie że jest wściekły na to co się dzieje w Polsce, nie że  się nudzi na wygnaniu, nie że zwyczajnie chleje – choć oczywiście to też jest możliwe – ale że czuje, że ściany się na niego walą i nie ma się gdzie skryć. No i faktycznie, ukazują się te nagrania i proszę zwrócić uwagę, że nikt, ani politycy opozycji, ani media III RP, ani sam zainteresowany, nawet nie próbują niczego tłumaczyć. Wszyscy nabrali wody w usta i wciąż tylko o parówkach na stacjach Orlenu.

       No i jeszcze coś. Oto właśnie „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że prezydent Duda zasadził drzewo w nadleśnictwie, którego jeden z pracowników był oskarżony o kłusownictwo. Proszę więc mi nie mówić, że się nic nie dzieje.




czwartek, 25 marca 2021

Czy Marcin Patrzałek potrafi ruszać palcem 35 razy na sekundę?

 

     Myślę, że nie muszę tu nikogo przekonywać, że mimo oczywistego szacunku dla jego talentu, Elton John i jego artystyczna oferta nigdy mnie szczególnie nie porywały, natomiast, owszem, obejrzałem niedawno film „Rocketman” o początkach tej kariery i dzięki niemu usłyszałem o człowieku nazwiskiem John Reid. Otóż kiedy Elton John ledwie debiutował, został przez owego Reida uwiedziony, i najpierw jako jego kochanek, a następnie business partner, pozwolił mu się arystycznie prowadzić przez znaczną część swojej kariery, a ja na Reida zwróciłem szczególną uwagę z tego względu, że, przynajmniej wedle autorów filmu, była to postać do tego stopnia podła, że aż się prosiła by się nią głębiej zainteresować.  A zatem zainteresowałem się i dowiedziałem, że choć przede wszystkim to współpraca z Eltonem uczyniła go multimilionerem, był on jeszcze menadżerem pewnego irlandzkiego tancerza nazwiskiem Michael Flatley.

      Co to za jeden ów Flatley? Jak mówię, jest to tancerz, a jego pozycja jest wynikiem tego, że potrafi jako jedyny na świecie stuknąć obcasami 35 razy na sekundę, że jego stopy są ubezpieczone na niemal 60 mln. dolarów, dochód z jego występów przekroczył miliard, a on sam na nich zarobił niemal 400 mln. Ktoś zapyta, co Michael Flatley robi poza tańczeniem, że przyciąga aż takie pieniądze. Otóż nic. On tylko od czasu do czasu pojawia się na scenie, kręcąc przez chwilę te swoje irlandzkie kółka, a całą resztę za niego robią setki tancerzy, muzyków i piosenkarzy, którzy wśród wciąż zmieniających się dekoracji, świateł, ogni i dymu odstawiają widowisko tak strasznie w swojej pustce kiczowate, że kiedy się na to patrzy aż trudno uwierzyć że ktokolwiek jest w stanie to znieść choćby przez 10 minut, a co dopiero przez ponad dwie godziny, bo tyle trwają te spektakle.

       Czemu postanowiłem dziś pisać o tym całym Flatleyu? Otóż obejrzałem na Youtubie pewnego Marcina Patrzałka, dwudziestoletniego gitarzystę z Kielc, który dziś mieszka i studiuje w Stanach Zjednoczonych i tam stara się z pewnym bardzo wyraźnym sukcesem rozpoczynać wielką muzyczną karierę. Zanim popatrzmy może na niego i posłuchajmy.



        Jak mówię, Patrzałek robi dziś w Stanach karierę, zachwyca się nim coraz więcej osób, zarówno zwykłych fanów, jak i ludzi związanych z branżą zawodowo, a ja – podobnie jak oni pełen zachwytu – zastanawiam się, jak się owa kariera potoczy. Czy jest możliwe – a dziś wszystko wskazuje na to, że inaczej być nie może – że już niedługo Marcin Patrzałek zostanie międzynarodową gwiazdą pierwszej wielkości, a my będziemy mogli wreszcie z czystym sumieniem zakrzyknąć, że oto Polska i Polak?

        Co zatem potrafi Marcin Patrzałek? Jak sami mieliśmy przed chwilą okazję usłyszeć, on gra znakomicie na gitarze i z tego grania potrafi wycisnąć prawdziwą sztukę. Czy to wystarczy żeby stworzyć ofertę, która się sprzeda? Jak najbardziej. Jestem pewien, że płyta, którą on ma w planie niedługo wypuścić może się sprzedać znakomicie. Czy jednak owa oferta może wystarczyć na lata, w to wątpię. Moim zdaniem, jeśli on nie zacznie komponować i tu jako kompozytor wykaże się podobnym talentem jakim się wykazał jako gitarzysta, to wszystko zakończy się na tej jednej płycie. Ale i to mało. On nie zrobi światowej kariery nawet jeśli będzie z tym samym co dziś, albo nawet coraz bardziej rozwijającym się talentem grał fantastyczne piosenki na gitarze. Dlaczego? Wcale nie dlatego, że nie jest Murzynem, transwestytą, Żydem, czy czyimś synem. Takich w branży były setki i nawet jeśli temu czy innemu udało się wzbudzić jakiś większy tumult, to tylko na chwilę. Nie jest też tak że on nie zrobi światowej kariery, bo nie jest ani wybitnym piosenkarzem, ani liderem jakiegoś szczególnie sensacyjnego projektu, choć przyznaję, że to by się zdecydowanie przydało. On nie zrobi kariery na którą zasługuje z tego prostego powodu, że dzisiejszy rynek nie potrzebuje wybitnych artystycznych osobowości. Krótko mówiąc, współczesny rynek nie potrzebuje ani nowego Boba Dylana, ani nowych Beatlesów, ani nawet nowego Kanye Westa.  Jeśli Marcin Patrzałek chce osiągnąć sukces na który zasługuje, będzie niestety musiał pójść śladem Michaela Flatleya, który potrafił stukać obcasami 35 razy na sekundę, ale w pewnym momencie zrozumiał, że to nie wystarczy i musiał wynająć specjalistę od budowania karier, który stworzył dla niego owo straszne widowisko.

        A więc wyobrażam sobie że Marcin Patrzałek zostanie wielką gwiazdą estrady jeżdżąc po całym świecie z widowiskiem pod tytułem „Fingers of Fire”, albo jakoś tak, z tancerzami, piosenkarzami disco polo, dymem i ogniem i setką gitarzystów i ze swoją gitarą w roli głównej, a wówczas któregoś dnia przyjedzie do Polski, wystąpi na Stadionie Narodowym, a Prezydent odznaczy go Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski za wybitne osiągnięcia estradowe.

       Ktoś się zapyta, po co ten ten tekst, a ja już chętnie odpowiadam. Otóż wpadłem na tego Patrzałka i zachwyciłem się nim tak jak nigdy chyba żadnym polskim artystą. I to pod każdym względem. Jego talentem, jego pomysłem estradowym, jego sukcesem w America's Got Talent, jego osobistym urokiem i inteligencją i pomyślałem, że on zasługuje na sukces. Jednak już w kolejnym chwili pomyślałem sobie, że jednak chyba lepiej będzie, żeby on sukcesu nie odniósł, bo jeśli jakimś cudem zostanie światową gwiazdą, to będzie tragedia. Lepiej niech on więc nagra tę jedną płytę, gdzie zagra w swoim fantastycznym stylu parę rockowych kawałków, a ja ją sobie kupię i będę z radością słuchał i myślał, że Polska ma talent. A co on będzie z tego miał? Już dziś, z tego co czytam, on parę milionów dolarów już zarobił. Niech się więc cieszy. I gra.

poniedziałek, 22 marca 2021

Czy Chiny rozpoczną produkcję gwizdków dla redaktorów wolnych mediów

 

       Wspominałem o tym zarówno ja sam tu na blogu i w paru innych miejscach, podobnie jak i paru innych komentatorów, że od dnia w którym portal OKO Press, a wraz z nim, niemal jak na gwizdek pozostałe redakcje III RP, poinformowały o aktualnych losach byłego księdza Tymoteusza Szydło, to co wiedzieliśmy o dziennikarstwie niemal zawsze, uderzyło z mocą Godzilli i dziś już nie ma praktycznie żadnego powodu, by o tej akurat grupie zawodowej mówić inaczej jak przy użyciu słów powszechnie używanych jako nieprzyzwoite. To natomiast co nam w tym zamieszaniu moim zdaniem umknęło, to to, że było wyłącznie dziełem przypadku, że na ową pierwszą linię frontu wysunęły się media takie jak „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek”, czy Onet, natomiast dziennikarze aktualnie związani z władzą mogli się przez pewien czas popisywać swoim moralnym wzmożeniem. A nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, że czy to mamy do czynienia z Bianką Mikołajewską, Bartoszem Węglarczykiem, Andrzejem Stankiewiczem, czy z wydawałoby się drugiej strony, Tomaszem Sakiewiczem lub Michałem Karnowskim, stoimy dokładnie wobec tego samego zepsucia, z jakim mamy do czynienia w przypadku wspominanej przy tej okazji kilkakrotnie prostytucji.

     W tych dniach znów wystąpił mocno przed szereg niemiecki „Fakt” publikując na pierwszej stronie historię rzekomej ofiary szczepień, która po przyjęciu szczepionki skamieniała i ledwo uszła z życiem. Artykuł został ozdobiony kolorowym zdjęciem opuchniętej twarzy i dużym mocnym tytułem, no i oczywiście wywołał natychmiastową reakcję przedstawicieli władzy, a za nimi zawsze gotowych do współpracy rządowych mediów. Nie będę tu przytaczał słów oburzenia kierowanych przez tak zwanych „dziennikarzy niepokornych” pod adresem „Faktu”, ani nawet nie mam zamiaru przypominać niedawnego występu Pawła Lisickiego, który na łamach swojego tygodnika opublikował tekst dowodzący tego, że masowe szczepienia doprowadzą do śmierci milionów, bo w głowie mam to do czego doszło w tygodniku "Sieci" jeszcze za czasów ministra Szumowskiego. Otóż pamiętam bardzo dobrze, jak w kioskach ukazał się kolejny numer owego tygodnika z tekstem niesławnego Macieja Pawlickiego, zapowiadanym na okładce w następujący sposób: „Czy to fałszywa pandemia? Czy koronawirus to rzeczywiście śmiertelne zagrożenie dla ludzkości, czy też wielka manipulacja za pomocą której potężne siły chcą osiągnąć ukryte cele?” Reklamując ów numer tygodnika na Youtubie, Michał Karnowski zasugerował, że coś musi być na rzeczy, skoro nawet sam Jarosław Kaczyński był widziany, jak czyta wydaną przez Grzegorza Brauna książkę o fałszywej pandemii, a w artykule od redakcji czytamy:

W artykule „Druga fala histerii” Maciej Pawlicki opisuje panikę związaną z drugą falą zakażeń. Pokazuje wykresy które obrazują liczbę zgonów na koronawirusa w minionych miesiącach (do 2 sierpnia) w największych europejskich krajach. I co widać? Że nadeszła druga fala pandemii? Mam wrażenie, że nie nadeszła, a nawet wręcz przeciwnie. Jedyne, co nadchodzi, to druga fala histerii, którą część mediów, niektórzy politycy i liczni lobbyści koncernów farmaceutycznych znowu usiłują rozpętać”.

      Ponieważ, jak by nie patrzeć, tygodnik „Sieci” jakiś wpływ na opinię publiczną ma, a przy swojej reputacji medium rządowego, można by sądzić, że i pewną odpowiedzialność, na ten wybryk zareagował sam Minister Zdrowia, choć dyplomatycznie nie krytykując ani Karnowskich, ani nawet Pawlickiego, ale wyłącznie samą książkę o „fałszywej pandemii”:

Mam trochę wrażenie, że ktoś pisze książkę z gatunku fantastyki, bo w tym ‘spisku’ uczestniczyłoby ok. 500 tys. medyków, do tego politycy. Jest to trochę obrażające, choćby pamięć tych 1800 osób, które zmarły. W sezonie grypowym grypa nie jest tak brutalna, nie zabiera tylu osób z tego świata. Powiem szczerze: jak ktoś widzi takie spiski to jest to sygnał, żeby może zastanowić się trochę nad swoim zdrowiem psychicznym”.

      Mniej dyplomatyczny był Michał Karnowski, występując z ognistą obroną wolnych mediów:

Zaskoczyła nas bardzo osobista i emocjonalna reakcja ministra zdrowia pana profesora Łukasza Szumowskiego. Minister wziął najwyraźniej artykuł do siebie - zupełnie niepotrzebnie, bo to nie o nim. [...] Nie potwierdziły się czarne scenariusze o wielkiej śmiertelności wywoływanej zakażeniem koronawirusem, nastąpiło też przesunięcie celu, jaki stawia się przed społeczeństwami. Już nie ‘spłaszczenie krzywej’, przygotowanie szpitali, zapewnienie chorym odpowiedniej terapii, odizolowanie najbardziej zagrożonych, ale wyeliminowanie wirusa z przestrzeni jest. Może się minister Szumowski obruszać, może i na nas fuknąć (taką ma robotę), ale rząd musi przemyśleć podejście do epidemii”.

      Pisałem już o tym niedawno. Za wzrost zakażeń, za gwałtowny wzrost liczby osób nie wierzących ani w epidemię, ani w szczepionki, za cały ten społeczny chaos związany z walką z koronawirusem w sensie podstawowym odpowiadają media. To zatrudnieni tam dziennikarze, sami często stanowiący część owego ruchu antycovidowego, nie są w stanie ani na chwilę zapomnieć o swoich obsesjach i robią wszystko, by je na co dzień popularyzować. Jedyne co można w tej sytuacji zrobić, to tupnąć nogą i jednego czy drugiego, niezależnie od tego, jaką agendę akurat reprezentuje, postraszyć odcięciem od comiesięcznej gotówki. I nie oszukujmy się. Każdy z nich będzie zawsze robił to co mu się każe, a jeśli tylko zobaczy okazję jakiegoś, choćby chwilowego usamodzielnienia się, to pójdzie tam, gdzie mu zaproponują coś więcej, czy to w „Newsweeku”, czy w „Gazecie Polskiej”, czy w portalu OKO Press. I ile razy poczuje, że należy nastawić ucha, będzie słuchał dźwięku gwizdka nawet w czasie snu.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...