Myślę, że dzisiejszy dzień jest
równie dobry jak każdy z minionych kilkudziesięciu, i jakrównie każdy z kilkudziesięciu następnych,
bym mógł zamieścić tu swoje najnowsze refleksje z „Warszawskiej Gazety” w
sprawie – jak by inaczej – koronawirusa, jako artykułu handlowego. Zapraszam do
rozmowy, a jednocześnie już teraz zapowiadam, że jutro, po aż nazbyt długiej
przerwie, będziemy mieli okazję – niektórzy z nas po raz pierwszy – podziwiać
samozwańczego duszpasterza tego miejsca, księdza Rafała Krakowiaka, starszym
czytelnikom znanego pod imieniem Don Paddington. No ale to dopiero jutro. Dziś
maski na nosy i noga do schronu.
Dotychczas było tak, że teksty te, które przygotowuję
w poniedziałek, gdy trafiają w piątek do Czytelnika, stanowią już tak zwaną
melodię przeszłości. Dziś jednak nie mam wątpliwości, że gdybym nawet
dzisiejszy felieton pisał z myślą o wydaniu kwietniowym, czy majowym, to on byłby
nadal bardzo aktualny. Czemu tak? A no temu, że jego przedmiotem jest tak zwany
koronawirus, który został nam sprezentowany przez światowy przemysł zarządzający
kulturą popularną, w dodatku tą jej częścią, która została wprzęgnięta w
globalną politykę, a to z kolei powoduje, że nim nie będziemy się zajmować
jeszcze dzień, dwa, czy nawet tygodnie, ale najpewniej długie miesiące.
Spójrzmy, z czym mamy do czynienia. Oto
wirus, który wedle najbardziej wiarygodnych informacji, w 80 procentach
przypadków przebiega nadzwyczaj łagodnie i przypomina bardziej zwykłe
przeziębienie niż klasyczną grypę, wirus, który dotychczas na całym świecie
zamieszkałym przez blisko 8 miliardów ludzi, zaatakował zaledwie 90 tysięcy
osób, z czego zmarło niespełna trzy tysiące, a cały ów świat nie dość, że nie
zna dziś ważniejszego tematu, to pogrąża się w panice, której nie zaznał chyba
od II Wojny Światowej.
Oglądałem w telewizji wypowiedź pewnego
starszego pana, mieszkańca Włoch, który w stanie autentycznej cholery mówił do
mikrofonu dziennikarki, że nawet wtedy, 80 lat temu, było znacznie spokojniej.
A ja dziś wiem doskonale, co on miał na myśli. Pamiętam dzień, w którym pojawiły się pierwsze informacje o
owym wirusie. Oto idąc ulicą zaledwie odchrząknąłem i idąca obok mnie kobieta
zaczęła autentycznie uciekać. Dziś w tramwaju, którym zwykle rano jadę do
pracy, zawsze odpowiednio przepełnionym, jechało ze mną może 10 osób. Wczoraj
na mszy w kościele, zawsze pełnym, połowa miejsc świeciła pustkami, tak że ci,
do których w pierwszej kolejności były skierowane odczytywane przez księdza
proboszcza słowa ministra Szumowskiego, że należy unikać kontaktu z osobami,
które kaszlą i kichają, nawet nie mieli okazji ich wysłuchać.
Piłkarskie mecze w całej Europie
organizowane są bez obecności publiczności, wielkie od dawna zapowiadane
imprezy są odwoływane Sejm z powodu rzekomej pandemii, wszystkie światowe media
informują, że w Stanach Zjednoczonych zmarła pierwsza osoba, a nasz Sejm, pod
auspicjami Prezydenta, urządza wielki polityczny happening, gdzie obie strony
politycznego sporu przerzucają się argumentami mającymi albo podważyć
kompetencje politycznego przeciwnika, albo pochwalić się własnymi sukcesami.
A ja sobie myślę, że to jest jedyna dobra
rzecz w tym całym szaleństwie. Otóż nie mam wątpliwości, że gdyby faktycznie
istniał choćby ślad zagrożenia, oni wszyscy by się pochowali gdzieś po
piwnicach i strychach, i ani by im w głowie było urządzać polityczne przepychanki.
No i oczywiście korespondentka TVP Info Magdalena Wolińska Redi, opowiadając o
kataklizmie, jaki spadł na Włochy, swoją relację prowadziłaby z hotelowego
pokoju przez zamknięte okno, a nie z pełnego oczywiście zarażonych Włochów
placu w środku któregoś z miast.
W swojej wspominanej tu już niedawno
książce pod tytułem „The Way Things Ought To Be”, Rush Limbaugh w pewnym
momencie pisze tak:
„Świat nigdy nie widział czegoś takiego jak
Stany Zjednoczone Ameryki. Gdy chodzi o wyższą edukację, gospodarkę, styl
życia, zamożność, formy rządów, oraz osobistą wolność, zostaliśmy obdarowani
przez Boga bardziej, niż jakikolwiek inny kraj”.
A ja sobie myślę, że przede wszystkim
Rush Limbaugh, jako amerykański patriota, ma prawo w to wierzyć, a co więcej
nie ma najmniejszego powodu, by się swojej opinii – nawet jeśli nieco
ryzykownej – wstydzić. Nawet ja, będąc szczerze przekonanym, że świat w całej swojej
historii nie widział czegoś tak pięknego jak Polska, do owej listy
przedstawionej przez Limbaugh z czystym sumieniem mogę dodać jeszcze muzykę,
literaturę, film, sztuki plastyczne, a kto wie, czy nie jeszcze bardziej,
kanapkę Chick-Fil-A, której wprawdzie nigdy nie jadłem, ale jestem pewien, że
jest równie dobra jak Johnny Cash z Dylanem.
Zacząłem się jednak nad ową opinią Rusha
zastanawiać całkiem niedawno, gdy pojawiła się po raz kolejny kwestia
demokratycznej nominacji w walce o to kto spróbuje wyrzucić z Białego Domu
Donalda Trumpa i okazało się, że na placu boju pozostali już tylko Joe Biden i
Bernie Sanders.
W czym rzecz? Otóż, kiedy, jak wiemy, w
roku 2016 Amerykanie ni stąd ni zowąd wybrali prezydentem Donalda Trumpa, cała
tak zwana cywilizowana Ameryka, a wraz z nią może jeszcze bardziej cywilizowany
świat, najpierw pogrążyły się w szoku, a kiedy doszły do siebie, zapłonęły
świętym oburzeniem, że skoro ludzie są w stanie wybrać kogoś takiego jak Trump,
niechybnie nastąpił ostateczny krach demokracji i jeśli natychmiast nie uda się
czegoś wymyślić, nie tylko umrze demokracja, ale w ogóle na Ziemię spadnie
deszcz meteorytów i nastąpi jej koniec. Przyszły kolejne lata, kiedy to z
jednej strony trwało globalne niszczenie wizerunku prezydenta Trumpa, a z
drugiej gwałtowne poszukiwanie sposobu na jego usunięcie z urzędu, czy to drogą
impeachmentu, czy przez znalezienie kogoś, kto go pokona w kolejnych wyborach.
I oto wybory zbliżają się wielkimi krokami, a tu się okazuje, że jedyne co tak
wysławiana przez Rusha Limbaugh Ameryka potrafiła przez te cztery lata z siebie
wyprodukować, to dwóch półprzytomnych niemal 80-letnich starców, w tym jednego
ciężkiego pedofila, oraz jednego komunistę. Efekt jest taki, że Trump zupełnie
spokojnie realizuje swój plan na drugą kadencję, podczas gdy jego służby
propagandowe publikują kolejne zdjęcia, na których Biden małym dziewczynkom
albo wkłada język do ucha, albo łapie je za ledwie co wyrośnięty biust, albo
cytują kolejne marksistowskie mądrości Berniego Sandersa, ewentualnie publikują
wypowiedzi obu staruszków, w których oni już tylko demonstrują mocno zaawansowaną
demencję. A zatem, czy my tu naprawdę musimy uznać, że – było nie było w
sytuacji ciężkiego zagrożenia – Ameryki, a zwłaszcza tej jej części, która
trzyma w garści nie tylko kulturę popularną oraz media, ale również całą elitę
intelektualną, nie było stać na to by znaleźć kogoś lepszego?
Otóż wygląda na to, że tak jest w istocie
rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że oni są na dziś pogrążeni w tak strasznym
zidioceniu, że nie stać ich nawet na zmobilizowanie prostych odruchów w ramach
prostej samoobrony. I to nie tylko oni. Popatrzmy bowiem, co się dzieje u nas w
Polsce. Wiosną roku 2015 najpierw Andrzej Duda wysadził z urzędu Bronisława Komorowskiego,
potem jesienią Prawo i Sprawiedliwość zdobyło bezwzględną większość w obu
izbach parlamentu i od pięciu już lat jedynym sukcesem opozycji okazuje się być
wyłącznie skuteczne zjednoczenie się ponad wszelkimi podziałami we wspólnej
nienawiści do Dudy oraz PiS-u, natomiast gdy chodzi o stworzenie konkretnej
oferty, czy to programowej, czy personalnej, oni nie mają nic ponad ów antypis
plus Budkę, Szczerbę, Biedronia, Neumanna, Kosiniaka-Kamysza, Kierwińskiego,
Nitrasa, Bosaka, no i oczywiście Kidawę-Błońską. No i jeszcze ostatnio
koronawirus. Oto wynik jaki oni – ale przecież nie tylko oni, ale cały ów obóz
tak zwanej Polski Mądrej i Nowoczesnej – byli w stanie na koniec uzyskać.
W tym momencie jednak chciałbym zwrócić
uwagę na to, co jest niewątpliwym sukcesem owych sił reakcji zarówno tam jak i
u nas, a mam na myśli sądy. Nie wiem dokładnie, jak się sprawy mają w Stanach
Zjednoczonych, jednak z pojedynczych informacji jakie do mnie dochodzą mogę
podejrzewać, że gdyby prezydenta wybierali tam wyłącznie sędziowie, zarówno
Bernie jak i Biden pokonaliby Trumpa z opuszczonymi rękami. Kiedy natomiast
obserwuję kolejne wypadki u nas w kraju, myślę sobie, że dziś praktycznie całą
robotę za opozycję wykonują sędziowie właśnie. Ale też oni akurat się w
najmniejszym stopniu nie oszczędzają.Tam się jeńców nie bierze i wygląda na to, że oni prędzej się dadzą
wyprowadzić zza tych swoich stołów na butach, niż zmienią swoje podłe
zachowanie. A pomyślałem sobie o tym teraz niedawno, kiedy to na mocy wyroku
gdańskiego sądu pani Natalia Nitek-Płażyńska będzie zmuszona przeprosić pewnego
Niemca za to, że ten ją nazwał „idiotką,
którą on powinien postawić pod ścianą i rozstrzelać”.
Politycy opozycji powinni się uczyć od
sędzi Małgorzaty Zwierzyńskiej. To się nazywa determinacja w obronie ideałów,
które przecież im wszystkim są bliskie.
Jak już tu zdarzyło mi się parę razy
powtórzyć, od czasu gdy Telewizja Publiczna wpadła w łapy Jacka Kurskiego i
przestała być liderem medialnego obciachu, z TVN24 mam kontakt już tylko przez
ich internetowy portal i to stąd wiem, że podczas gdy realna polityka w
wymiarze medialnym toczy się niemal wyłącznie w telewizji TVP Info, ITI już
oddało się wyłącznie uporczywemu reaktywowaniu jakichś postpeerelowskich
złogów, takich jak – przepraszam, ale chyba nie będę się mógł powstrzymać – Ryszard
Kalisz, Andrzej Olechowski, Barbara Labuda, Jan Krzysztof Bielecki, Ryszard
Bugaj, Adam Daniel Rotfeld, Włodzimierz Cimoszewicz, Grzegorz Kołodko, Piotr
Niemczyk, Danuta Huebner, Leszek Balcerowicz, Marek Borowski, Zbigniew Bujak, Ryszard
Schnepf, Ludwik Dorn, Aleksander Smolar, Aleksander Hall, Bronisław Komorowski,
Jan Śpiewak, Jerzy Buzek, Ewa Łętowska, czy wreszcie sam Aleksander
Kwaśniewski. A więc wszystko to, co po śmierci Władysława Bartoszewskiego,
Andrzeja Wajdy i Kazimierza Kutza, pozostało w tak zwanej „stajni autorytetów”.
Przepraszam bardzo, ale naprawdę nie
mogłem się powstrzymać, mam jedynie nadzieję, że czytelnicy tego blogu
zrozumieją moje emocje. Poświęciłem jednak tyle miejsca owej menażerii, by
stworzyć odpowiednie tło dla kogoś, kto pod pewnymi względami ich wszystkich
przebija wielokrotnie, a mianowicie pewnego krakowskiego profesora nazwiskiem
Marcin Król, który, gdyby nie telewizja TVN24, podobnie jak owa cała pozostała
nędza, nie istniałby dziś nawet jako kompletnie nieokreślone wspomnienie, a
tymczasem, jak się okazuje, w pewnych kręgach jak najbardziej zadaje szyku i to
tak, że niejeden mógłby mu pozazdrościć.
Oto zechciał ów dziwny intelektualista
zabrać głos na tematy bieżące i jak słyszę, stwierdził przede wszystkim, że
podczas majowych wyborów aczkolwiek „bez
wielkiego entuzjazmu”, zagłosuje w maju na Małgorzatę Kidawę-Błońską,
bo choć sobotnia konwencja wyborcza Kidawy go „pozytywnie zaskoczyła”, no i „dobry
był też” Władysław Kosiniak-Kamysz, to w sumie „nikt nie budzi entuzjazmu i jest pewnym znakiem czasów”, kiedy to
nie tylko w Polsce, ale na całym świecie „nie
ma wybitnych polityków”. Ponieważ nie wysłuchałem oczywiście całej
wypowiedzi Króla, lecz zaledwie jej omówienie na portalu tvn24.pl, nie umiem
powiedzieć, czy on tu uczynił jakiś skromny wyjątek dla Donalda Tuska, czy jego
również wrzucił do przegródki z napisem „cienie cieni Tadeusza Mazowieckiego”,
inna sprawa, że z owego omówienia wynika, że na tym zakończył Marcin Król swoje
wystąpienie na temat tego, kto „dobry był
też” i przeszedł do sedna, czyli do wykładu pod tytułem „PiS, czyli złodzieje ducha”.
Tu pozwolę sobie na chwilę się zamknąć i oddać
głos samemu Królowi. Otóż zarówno Kidawa, jak i Kosiniak-Kamysz są według niego
„strasznie pacyfistyczni” i jeśli
chcą pokonać Dudę, powinni być „znacznie
bardziej brutalni”. Tymczasem mówią oni „o ‘całym narodzie’, ale to nie cały naród na nich głosuje.
Mają wywalczyć trochę – zabrać milion głosów Andrzejowi Dudzie. Jak
zabiorą ten milion, to wygrają. Do tego trzeba być bardzo wyrazistym.
Rządowi można zarzucić wiele rzeczy: sądy, puste darowizny, nieumiejętność
gospodarcza i tak dalej, ale to, za co ja mam pretensję nie do darowania,
to to, że to są złodzieje ducha, którzy bardzo wielu ludziom
mogą ukraść ducha. Złodzieje ducha to są ci, którzy starają się ludzi
na zjadaczy chleba przerobić, jak pisał poeta. Oni to chcą zrobić. Oni
chcieliby mieć masę. Złodziejstwo ducha jest przestępstwem, które będzie
skutkowało na pokolenia. Pozbawia się ludzi rzeczywistego związku z tradycją, z
patriotyzmem, z kulturą narodową. Złodziejstwo ducha jest zabójcze dla
kultury, ale ja się nie martwię o polską kulturę. Ona to przetrzyma, bo
jest dość ludzi ważnych. Natomiast to dotyczy olbrzymiej ilości ludzi, którym
ducha się kradnie.
Skuteczność rządzących – Jarosława
Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobry –wynika z pewnego rodzaju bezwzględności. W
przypadku Kaczyńskiego to trochę bardziej zawiłe, ale w przypadku Morawieckiego
i Ziobry to jest absolutna bezwzględność, całkowita bezduszność. Oni nie
czują żadnego strachu. W związku z tym nie operują w pewnej sferze,
którą nazywamy sferą ducha, w ogóle tam nie przebywają, są z niej
wykluczeni przez swoje nastawienie. Dużo bardziej bałbym się PiS-u Ziobry,
niż PiS-u Kaczyńskiego. Kaczyński jest człowiekiem złym, ale to zło jest
czymś mniej niż ta straszliwa bezduszność.
PiS przyciąga wyborców zaspokajając
potrzeby o charakterze utylitarnym. Właściwie wyłącznie rozdawnictwo. Wszystkie
inne argumenty są moim zdaniem pozbawione sensu. Rozdawnictwo jest jedynym
środkiem, który jest skuteczny i który udało im się skutecznie zastosować”.
Jak mówię, Król wystąpił w programie
„Fakty po Faktach”, które trochę jednak trwają, więc on tam musiał się jeszcze
trochę nagadać, choć ja niestety nie mam bladego pojęcia co do szczegółów,
natomiast to co zacytowałem za wspomnianym portalem, jak sądzę powinno nam
wystarczyć.
Jeśli jednak komuś wciąż mało, to
bardzo chętnie przypomnę z człowiekiem o jakim stanie umysłu tu tak naprawdę
mamy do czynienia. Oto wypowiedź Marcina Króla z początków rządów Prawa i
Sprawiedliwości:
„Zapanowała w naszym
kraju tyrania. To jest tyrania większości. Tego obawiali się ojcowie
demokracji. Polska jako kraj demokratyczny po raz pierwszy wprowadziła ustrój
tyranii większości. Taki stan przeczy prawom jednostki i człowieka. Tyrania
większości to jest także tyrania kłamców i głupców. Ja nie chcę nikogo obrażać
i nie będę mówił, kto tutaj jest głupcem, ale myślę, że prawie wszyscy, jak ich
widzimy. Moim zdaniem to, co uprawia PiS w tej chwili, to jest granie na
poczuciu bezpieczeństwa i jednocześnie na tym, że w każdym z nas jest skłonność
do dobra i zła, czyli granie na skłonności do zła. To jest zło. PiS dla mnie
uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u uosabiają zło, diabła”.
Przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że cała
ta akcja z koronawirusem zdecydowanie ma na celu przykrycie czegoś znacznie
groźniejszego. Żeby tylko się nie okazało, że oni mają zamiar to ciągnąć
jeszcze przez najbliższe kilka lat, bo, jak u Orwella, zupełnie zatracimy
świadomość, kto jest świnią, a kto człowiekiem.
Planowałem
dziś wreszcie napisać dłuższą refleksję o koronawirusie, jednak ostatecznie
pomyślałem sobie, że tu nie ma się co napinać, wystarczą te 444 słowa, jakie co
tydzień publikuję w „Warszawskiej Gazecie”, a tu na blogu po raz kolejny dam od
siebie odetchnąć. Jest jednak tak, że uczę kogoś, kogo od pewnego czasu
traktuję jako swego rodzaju tego blogu czytelnika-symbol i przez to staram
się bardzo, by przynajmniej w każdy wtorek i piątek czekał tu na niego przede
wszystkim kolejny felieton. Zdecydowałem zatem, że tak zostawić tego nie mogę.
Dodatkowo jeszcze, rozmawialiśmy sobie niedawno o Bobie Dylanie, więc
uznałem też, że nie zaszkodzi jeśli dziś właśnie zamieszczę tu tekst jeszcze z
roku 2009, którego jednym z bohaterów był właśnie Dylan, a którego mój
specjalny uczeń zapewne nie czytał. Mało tego; ów tekst był w pierwszej
kolejności poświęcony nie tyle Dylanowi, co temu, do czego zostało doprowadzone
polskie sądownictwo, a więc tematowi, który w sposób całkowicie bezczelny i
zdecydowanie skuteczny został tu w Polsce przykryty właśnie przez wspomniany koronawirus.
No więc proszę bardzo, za jednym razem mamy wszystko: i Dylana i sędziów, a
nawet wirus, wprawdzie nie korona, ale kto wie, czy nawet nie poważniejszy. Na
tego mniejszego zresztą i tak czas przyjdzie w najbliższy weekend.
2 stycznia
2009, w Richmond w stanie Virginia, zmarł w wieku 69 lat William Devereux
"Billy" Zantzinger. Myślę, że część czytelników tego bloga wie, o
kogo chodzi. Tym natomiast, którzy są zbyt młodzi żeby wiedzieć, albo po prostu
jakoś tę historię przegapili, pragnę przypomnieć, że William Zantzinger, 9
lutego 1963 lutego o 1.30 w nocy, w hotelowej restauracji w Baltimore, „zabił biedną Hattie Carroll laską, którą
zakręcił wokół swojego palca z pierścieniem z brylantem...".
Skąd ja to wiem? Od Boba Dylana
oczywiście. To znaczy, jeśli mam być zupełnie ścisły, to od Dylana wiem, co
William Zantzinger zrobił. O tym natomiast, że zmarł, dowiedziałem się od
młodszego Toyaha, który zamiast uczyć się do matury grzebie, grzebie, grzebie…
no i wygrzebał. A więc William Zantzinger nie żyje. Jednak tamtej zimowej nocy
już niemal pół wieku temu, w tamtym hotelu, 24-letni William Zantzinger,
plantator tytoniu, człowiek bardzo bogaty i o rozległych politycznych
koneksjach, bawił się w hotelowej restauracji, bardzo mocno pijąc i ogólnie
zadając szyku. Historia nieomal jak z tandetnego filmu. Siedział więc ten
Zantzinger w tym eleganckim hotelu, bawiąc się i pijąc ze swoimi znajomymi, w
ręku cały czas trzymał laskę-zabawkę, którą sobie sprawił za głupie 25 centów i którą się bawił jak dziecko,
aż wreszcie zażyczył sobie od obsługującej ich czarnej kelnerki, żeby mu
przyniosła kolejnego drinka. Ponieważ ta się, jego zdaniem, ociągała, walnął ją
tą laską najpierw po plecach, a następnie w głowę tak mocno, że laska rozpadła
się na części, a ona umarła. Nazywała się Hattie Carroll. Przypominam: to nie
były lata 30-te. Był to rok 1963. Stany Zjednoczone.
Bob Dylan napisał swoją piosenkę
zatytułowaną „Lonesome Death Of Hattie Carroll” – jak się mogę domyślać – z dwóch
powodów. Przede wszystkim, jak sądzę, zainteresowało go to, że facet się
wścieka na kelnerkę, że ta go zbyt powoli obsługuje, więc ją zabija. Drugi
powód, dla którego Dylan zainteresował się tematem był, jak sądzę taki, że
ponieważ Zantzinger był biały i bogaty, a Carroll czarną, biedną, na dodatek
starą i tylko kelnerką, sędzia uznał postępek Zantzingera za nieumyślne
spowodowanie śmierci i skazał go na sześć miesięcy więzienia. Myślę, że to
wystarczyło. Nawet gdyby sam Dylan wiedział już, pisząc swoje wielkie dzieło,
że Zantzingerowi sąd odroczył wykonywanie kary ze względu na żniwa, że z
różnych humanitarnych względów Zantzinger odsiedział wyrok w wyjątkowo łagodnym
więzieniu i że za dobre sprawowanie wyszedł po trzech miesiącach, niewiele by
to zmieniło. Pierwsze wrażenie i tak było wystarczająco mocne.
Pisałem tu stosunkowo niedawno o
zabójstwie pewnej 16-latki z Kętrzyna. Zabił ją jej chłopak, który najpierw
zrobił jej dziecko, później zażyczył sobie aborcji, a ponieważ ona nie chciała,
to się zezłościł i ją zamordował. Zastanawiałem się więc, kto tego Kubusia (bo
tak mu rodzice dali na chrzcie) tak starannie wyedukował, że – będąc
niewątpliwie przeciętnym kretynem – to akurat wiedział: że na trudne chwile
aborcja jest dobrym rozwiązaniem. I przypominałem sobie inną piosenkę Boba
Dylana, również sprzed lat, o pewnym bokserze, który zginął na ringu, w której
to piosence Dylan zastanawia się, kto tak naprawdę tego boksera zabił: czy ten drugi bokser, który go uderzył, a może sędzia, który nie przerwał walki, bo się bał, że sala go wybuczy, publiczność, która darła mordy "Zabij go!", a może dziennikarz sportowy, który tę walkę nakręcał, a może facet, który sprzedawał na nią bilety? Taka
poezja. Ciekawe – na marginesie – że ów Davey Moore zginął zaledwie półtora
miesiąca po śmierci Hattie Carroll. Szczególny rok, prawda?
Napisałem więc tekst na moim blogu, z
jednej strony dumając nad różnymi ważnymi sprawami, a z drugiej wyrażając żal,
że jakoś cierpimy na szczególny brak Dylanów i pewnego rodzaju wrażliwości.
Sprawa jest, jak się okazuje, dość aktualna nawet jeśli już dziś wiemy, że nam
się akurat tak poszczęściło, że zamiast jednego Dylana mamy paru Pilchów. Gdybyśmy
natomiast zamiast nawet pięćdziesięciu Pilchów, mieli ćwierć Dylana, moglibyśmy
może się zastanowić nad kilkoma bardzo ważnymi sprawami. Chodzi bowiem o to, że
w owej piosence o śmierci Hattie Carroll, Bob Dylan z niespotykanym talentem
literackim kreśli cztery obrazy. Pierwszy z nich pokazuje scenę zabójstwa, w
drugim pokazuje Zantzingera i całe jego 24-letnie tło, w trzeciej widzimy
Hattie Carroll, z jej kolei nędzną historią i czystą niewinnością, a to
wszystko po to, żeby wreszcie na koniec obejrzeć sobie sędziego z jego powagą,
dostojeństwem i – oczywiście – niezawisłością. Pozwoliłem sobie przetłumaczyć dla
nas tę ostatnią zwrotkę, bez rymów, ale za to w odpowiednim rytmie, żebyśmy
mieli pojęcie, do czego tak naprawdę tu zmierzam:
„W pięknej sali sądowej, sędzia stuknął swym
młotkiem,
By pokazać, że wszyscy są dziś równo
słuchani
I że prawo się nie da ni naciągać ni skręcać
I że nawet elita karę swoją odbierze
Gdy policja dopadnie i pod sąd ich
sprowadzi
I że drabina prawa nie ma dołu ni góry
I popatrzył na tego co zabił tak
sobie
Bo mu przyszło do głowy, bo tak mu się chciało,
I przemawiał w swej todze tak głęboko
i szczerze
I wezwał surowo do pukuty i kary
I dostał Zanzinger pół roku bez mała”.
___________________
Ostatnio, przy najróżniejszych okazjach,
co jakiś czas zmuszeni jesteśmy wszyscy wysłuchiwać najbardziej zakłamanych i przy tym zdecydowanie idiotycznych dyskusji na temat tak zwanych niezawisłych
sądów. Z jakiegoś, kompletnie dla mnie niezrozumiałego powodu, jednym z
najbardziej absurdalnych, a jednocześnie, stanowczych osiągnięć Trzeciej RP
stało się powszechne przekonanie, że idiotą może być pan dziennikarz, lekarz,
nauczyciel, piosenkarz, aktor, adwokat, prokurator, inżynier, a nawet pan
poseł, pan minister, pan premier i pan prezydent – dosłownie każdy, z wyjątkiem
praktycznie dwóch tylko osób – mianowicie pana sędziego i pani sędzi. I nie ma
znaczenia, czy sędzia jest stary czy młody, doświadczony, czy niedoświadczony,
bardzo elokwentny, czy bełkoczący bez ładu i składu. Jedno jest poza wszelką
dyskusją – że sędzia nie może się pomylić, nie może oszukać, nie może
zwyczajnie zgłupieć, albo równie zwyczajnie się zapętlić. O nie! Każdy, tylko
nie sędzia. Sędzia z samej swojej definicji jest mądry, sprawiedliwy,
bezstronny i niezawisły i każdy kto to kwestionuje jest niemalże przestępcą, a
w najgorszym wypadku głupcem.
Doszło do tego, ze wczoraj chyba Jarosław
Kaczyński wyraził się o sędzi, która – w sposób dla każdego zwykłego
obserwatora – czytając wyrok w sprawie spotu PiS-u, wystawiła się na czyste
pośmiewisko, słowami „młoda dama”, czy jakoś tak, i posypały się na niego
natychmiastowe gromy. Że co? Że w taki sposób on śmie charakteryzować
sędzię???? Toż to skandal i hańba! Jakim prawem? Zbudowaliśmy wspólnymi siłami
tę demokrację i tę europejską kulturę, a tu przychodzi jeden z drugim i ma
czelność kwestionować pozycję kogoś takiego jak sędzia! Cóż to za białoruskie
zwyczaje?
A ja pamiętam z mojej kariery
nauczycielskiej jeden epizod. Zdarzyło mi się przed laty uczyć grupę sześciu
sędziów. Tak wyszło, że same panie. A ja powiem zupełnie uczciwie, że w
życiu nie zdarzyło mi się spotkać grupy osób tak tandetnych i niepoważnych, jak one.
Nawet biorąc pod uwagę to, że ja naprawdę byłem zaskoczony tym, co mnie
spotkało i tym niezwykłym kontrastem między moimi oczekiwaniami, a stanem
faktycznym, efekt i tak był sam w sobie piorunujący. Myśmy się spotykali przez
rok i one się przez cały ten czas, dwa razy w tygodniu, zachowywały jak nie
przymierzając nauczycielki w gimnazjalnym pokoju nauczycielskim. Ile razy tam przychodziłem, czekałem z
przerażeniem aż którejś z nich wypadnie z torebki magazyn dla dziewcząt „Bravo
Girl”. Nie przesadzam. Właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu uznałem, że tu nie
ma żartów. Że po wyższych uczelniach, wali się kolejny mur; że już autentycznie
nie zostaje nic. Wydawało mi się – jak się okazuje, naiwnie – że po tych
ciężkich studiach prawniczych, po tych wszystkich aplikacjach tych egzaminach,
tej mitycznej już wręcz walce, nie ma, że tak to ujmę, bata – trzeba coś mieć.
Okazało się, że nie; że tu też nie trzeba mieć dokładnie nic.
Więc ja oczywiście wiem, co tam się
dzieje i czego się po tych ludziach można spodziewać. I to najprawdopodobniej
bez względu na to, czy mamy do czynienia z sędziami sądu okręgowego, czy sądu
najwyższego. Różnica najprawdopodobniej jest tylko taka, że jedni bardziej od
innych zadzierają nosa. Ja wiem, że te stare skecze z Monty Pythona, gdzie
sędziowie najczęściej byli równie śmieszni i niepoważni, jak cała reszta tego
pythonowskiego pejzażu. Z piosenki Dylana, która mi się dziś przypomniała,
wynika dokładnie to samo. Że w prawdziwie nowoczesnym świecie, a nie w kraju,
który dopiero co zaczął do tego świata aspirować i to na dodatek w tak nędznym
i niskim stylu, kwestia szczególnej pozycji sądu i sędziego nigdy nie była
dyskutowana. Zwyczajne społeczeństwa, i to nie społeczeństwa sprzed 100 lat,
ale całkiem świeże, już od lat budujące lepszą i mądrzejszą demokrację, nigdy
nie potrzebowały ani żadnych lewych autorytetów, ani żadnych pseudo-kulturowych
zakazów, ani też jakiegokolwiek cywilizacyjnego alibi dla usprawiedliwiania
czyichś ciemnych sprawek. Oczywiście, niewiele – jak się okazuje – im to dało.
Ale przynajmniej wszystko co spieprzyli, poszło na ich konto, a nie na konto
jakichś, podsuniętych im przez ludzi złych i głupich, przesądów.
Bardzo bym był ciekawy zobaczyć, co by
się działo, gdyby dziś pojawił się u nas ktoś równie utalentowany i podobnie
wrażliwy, jak Bob Dylan i zaśpiewał piosenkę o parszywym prawie i parszywie
służących temu prawu parszywych sędziach. Piosenkę o podobnym jak u Dylana
ładunku goryczy, złośliwości i gniewu. Już słyszę te inteligenckie fuknięcia.
Już widzę te marsy na tych czołach, które od notorycznego braku kontaktu ze
zgiętym palcem już zupełnie utraciły swoją tradycyjną funkcję.
Jest jednak coś w tym wszystkim
pocieszającego. Na końcu i tak jest zawsze to samo. Wraz z nadejściem nowego
roku, jak się właśnie okazało, przekonał się też o tym William Devereux
"Billy" Zantzinger. A najprawdopodobniej wiele lat przed nim jeden
amerykański sędzia.
Wprawdzie już tu w tym tygodniu
przemknęła przez nasz blog kwestia oczu Donalda Tuska, jednak osobną refleksję
poświęciłem im w swoim cotygodniowym felietonie dla „Warszawskiej Gazety”,
który dziś z prawdziwą przyjemnością tu powtarzam, wraz z bardzo pięknym
filmikiem, który właśnie odkryłem na Youtubie. Bardzo proszę.
Nie wiem, czy miałem wcześniej okazję wracać
do tamtego wspomnienia, dziś jednak, niezależnie od wszystkiego, wróciły do
mnie słowa mojej świętej pamięci cioci, kobiety prostej, acz szeroko otwartej
na otaczający ją świat, wypowiedziane w chwili gdy ujrzała ona w swoim
telewizorze w pełnej okazałości, wówczas jeszcze nieszczęśliwie nam panującego,
premiera Donalda Tuska, i jego obecność w swoim wiejskim domu skomentowała
następującymi słowami: „Popatrz na niego.
On stawia oczy jak złodziej”.
Ja do dziś pamiętam te słowa i ile razy
widzę tego człowieka, w dowolnej zresztą sytuacji, myślę sobie, że cokolwiek by
o nim nie mówić, jedna rzecz pozostaje całkowicie jednoznaczna: on stawia oczy
jak złodziej.
Gdy pojawiła się kontrowersja dotycząca
dalszych losów Donalda Tuska po upływie kadencji przewodniczącego owej Rady Europy,
czy może Rady Europejskiej – w końcu jeden diabeł – część z nas zaczęła
obstawiać jego powrót do Kraju i podjęcie walki o wyprowadzenie nas z pułapki
faszyzmu, inni zaś – w tym i ja – optowaliśmy za tym, by Donald Tusk już do
śmierci nie pokazywał się tutaj, a to z tego powodu, że byłoby nam wszystkim
bardzo ciężko znosić sposób, w jaki on stawia swoje oczy.
Dziś, z odpowiedniej już perspektywy,
widzimy, że wprawdzie udało nam się go od siebie skutecznie odsunąć, co jednak
nie zmienia faktu, że on się nadal, jakimś niepojętym cudem, czuje się Polakiem
i uznaje za stosowne nam o sobie od czasu do czasu przypominać. Oto w obliczu
nadchodzących szybkim krokiem majowych wyborów prezydenckich, pojawił się ów
dziwny człowiek w Białymstoku i na tak zwanym Festiwalu Dyplomatycznym,
przemawiając do miejscowych studentów oraz grupy licealistów, ogłosił co
następuje:
„W Polsce dzieje się zło. Obawiam się, że
starania opozycji nie wystarczą. To ludzie muszą mieć poczucie, że miara zła w
jakimś sensie się wypełnia. Trudno nie zauważyć, jak daleko posunęła się
degrengolada ludzi władzy. Ludzie na całym świecie łapią się za głowy i
zastanawiają, co się tutaj u nas dzieje. To są ludzie, którzy nie myślą źle o
Polsce i Polakach, tylko dokładnie odwrotnie. Oni nie są w stanie zrozumieć – i
w jakiejkolwiek stolicy jestem, jest ta sama reakcja – jak to jest możliwe: Polacy,
kapitalni ludzie, którzy przez tyle lat pokazywali całemu światu, że można piąć
się w górę błyskawicznie, Polska, która była takim symbolem sukcesu
europejskiego – jak to jest możliwe, że nagle jakaś grupa ludzi dostała władzę
w swoje ręce i robi rzeczy, które są nie do zrozumienia nigdzie. Przed Polakami
jest wielkie sprzątanie, po tym, co oni tutaj”.
Otóż tu mamy ów Festiwal Dyplomatyczny, z
drugiej strony tego idiotę, który od lat nie potrafi inaczej, jak „stawiać te oczy jak złodziej”, a dalej
już tylko informację, że nic więcej nie ma znaczenia. Tyle wszystkiego, że
Budka by tak ładnie nie potrafił.
Kiedy opublikowałem tu przedwczoraj tekst o
popkulturze, a w dodatku jeszcze wczoraj przedstawiłem fragmenty literackiej
prozy Olgi Tokarczuk z kluczowym pytaniem, czy to co widzimy to kultura
popularna, czyli kłamstwo, czy kultura niepopularna, a więc szczera prawda, nie
miałem oczywiście nadziei na stuprocentowe zrozumienie, ale owszem, na coś tam
liczyłem. Tymczasem, oto wczoraj na swoim blogu w Szkole Nawigatorów Coryllus
zrobił mniej więcej to samo, a więc przedstawił swoje przemyślenia z podobnymi
do moich nadziejami na to, że jego słowa do kogoś jednak dotrą. Oczywiście,
każdy kto czyta dyskusję na jego blogu, wie że większość ich uczestników
deklaruje zarówno pełne zrozumienie tego, o czym Coryllus do nich mówi, a co
więcej z każdym jego słowem zgadza się w stu procentach, no ale my oczywiście
wiemy jak się sprawy realnie mają, co zresztą pokazałem bardzo starannie w
tekście o literackim kunszcie pisarki Tokarczuk, oraz czytelniczych talentach
jej fanów.
Napisał więc Coryllus swoją odpowiedź na
mój tekst o popie i to co mnie w niej najbardziej uderzyło, to zamieszczona już
na samym początku uwaga na temat deficytów zarówno ludzi, którzy tytułują swoje
teksty „Ogniem na wprost” lub ozdabiają swoje kurtki naszywkami z napisem
„Śmierć wrogom Ojczyzny”. A w tej sytuacji muszę mojemu kumplowi Gabrielowi
przypomnieć, że jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jakieś tam deficyty, mniejsze
lub większe, mają wszyscy, w tym także on i ja, to nie same deficyty mają
znaczenie, ale to, w jaki sposób one wpływają na sposób w jaki widzimy świat
oraz najważniejsze podejmowane przez nas w tym świecie decyzje. Ktoś jest
kibicem Legii Warszawa i prawdziwą radość znajduje w napieprzaniu się z
kibicami Lecha Poznań; kto inny jeździ zimą do Zakopanego by w tygodniu kiedy
trwają skoki, łazić od rana do wieczora po Krupówkach w wielkich
biało-czerwonych kapeluszach i trąbić w te idiotyczne trąbki; jeszcze kto inny
jeździ do tego samego Zakopanego na Sylwestra, by najpierw się nawalić, a potem
podskakiwać w rytmpiosenek Zenka
Martyniuka; inni siedzą w domu i z zapartym tchem oglądają Magdę Ogórek, jak
wspólnie Dorotą Łosiewicz szydzą z Szymona Hołowni, a kto wie, czy jeszcze nie
dzwonią tam, by powiedzieć, że kocham panią, pani Doroto; są też tacy, którzy
dobrze się czują w kościele tylko pod warunkiem, że tam mszę odprawia ksiądz z
gitarą, który potrafi o Panu Jezusie nie tylko opowiadać, ale również na Jego
temat rapować; są wreszcie i ci, którzy jeszcze kilka lat temu nosili koszulki
z napisem „Precz z kaczyzmem”, a dziś zakładają na siebie bluzy z orłem na
plecach i hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” i oni są również dotknięci pewnym
deficytem, który w interesującym nas zakresie sprowadza się do tego, że jedyną
rzeczą na jaką ich w tym całym nieszczęściu stać, to udanie się w maju tego
roku na wybory i zagłosowanie na Andrzeja Dudę. I to jest też jedyna rzecz, jaka
mnie obchodzi, gdy myślę o tym, w jaki sposób kultura pop traktuje ludzi. Mam
na myśli tylko dwie rzeczy: głosowanie na Prawo i Sprawiedliwość oraz pobożną
modlitwę. Jeśli którykolwiek z nich, czy to przez uczestnictwo w patriotycznym
trąbieniu na Krupówkach, czy przez wspólne nucenie piosenki „Wolność”, czy
wreszcie przez zaczytywanie się w miesięczniku „Polska Niepodległa” gdzie już
na samej okładce widzimy Putina przerobionego na penisa oraz wielki tytuł
„Fiutin”, dojdzie do wniosku, że Polska jest dla niego najwyższą wartością i że
bycie Polakiem to powód do dumy, a owo przekonanie doprowadzi go do
zagłosowania na Prawo i Sprawiedliwość, to ja jego deficyty mam głęboko w
nosie.
Czy chciałbym – bo pewnie o to chodzi
Coryllusowi, gdy tak się użala nad tym całym popem – żeby oni wszyscy
dochodzili do pozytywnych rozwiązań, na wyższym poziomie emocji? Pewnie że nie
miałbym nic przeciwko temu, natomiast wiem, że tego przeprowadzić się nie da.
Tego jeszcze nikt nigdy w całej historii ludzkości skutecznie nie zrealizował,
a co gorsza, wszelkie próby uszlachetniania ludzkiej świadomości i wygładzania
emocji, kończyły się raczej nieszczęściem niż czymś choćby przez chwilę dobrym.
Chciałbym jednak na moment wrócić do
kwestii, która na blogu Coryllusa pojawiła się parokrotnie, a mianowicie owego
tak zwanego „chrześcijańskiego rapu”. To, w moim pojęciu, w ogóle nie ma o czym
gadać z tego prostego powodu, że środowisko słuchające rapu to nie tyle osoby,
którym akurat odpowiada ten typ estetyki, ale uczestnicy swego rodzaju
subkultury, określanej powszechnie jako hip-hop, bardzo ostro wyczuleni na
jakikolwiek obcy, nadchodzący z zewnątrz ton. W związku z tym, ja na przykład
nawet w żartach bym nie zaryzykował, by któregoś z moich uczniów tkwiącego w
owej kulturze powitać choćby okrzykiem „Yo, man!” Dlatego też nie widzę takiej
możliwości, by jakiś ksiądz, czy grupa pobożnej młodzieży wyszła do niego z
propozycją chwalenia Pana przy pomocy owych rymów, a on by ich potraktował
poważnie. Nie w przypadku hip-hopu. Wspominany i wyszydzany tu parokrotnie
Matczak, syn Matczaka, w jednej z piosenek odpowiada, jak to jego kolega
zaszedł do lokalu, gdzie zaproponowano mu tak zwaną „kreskę”, ale on na to nie
poszedł, bo akurat głównie słuchał kogoś, kto mocno występował przeciwko
twardym narkotykom. Więc, jak mówię, nie tu.
Natomiast wiem skądinąd, że jest taki
amerykański zespół występujący pod nazwą „The Devil Wears Prada” i grający
najbardziej klasyczny thrash metal, tyle że z naciskiem na chrześcijańską
ewangelizację. Ja o nich wcześniej nie słyszałem i kiedy dowiedziałem się, że
oni, owszem, przynajmniej u siebie w Stanach zachowują pozycję, również ściśle
artystyczną, przy której nasz Nergal wygląda jak suport suportu, pomyślałem
sobie, że to jest faktycznie jakiś obłęd. Myślę sobie jednak, że tu, w ramach
jednej i tej samej estetyki, która tak naprawdę jest zaledwie jeszcze jedną
odmianą rock and rolla, te dzieci mają wybór zero-jedynkowy: albo się modlą do
Boga, albo do Szatana i jeśli oni wybierają że się będą modlić do Boga, to mnie
naprawdę mało interesują ich deficyty, jeśli te miliony – bo to są miliony –
prowadzone są w odpowiednią stronę.
Powtórzę więc: niech nas Pan broni przed
pokusą wiary w to, że możemy skutecznie manipulować tymi, którzy bardzo lubią,
by nimi manipulować, przeganiając ich jak najdalej od kultury popularnej, a
tych, którzy przegonić się nie dadzą, konsekwentnie wyszydzać, bo prędzej czy
później za nich się wezmą ci, którzy najpierw im pokażą jak wygląda kultura
wysoka, a potem jednym ruchem różdżki sprawią, że oni znienawidzą wszystko, co
choćby z daleka cuchnie popem. I nie łudźmy się że Olga Tokarczuk będzie ich
najsilniejszą bronią.
Moja młodsza córka, która od niedawna
udziela się w nowej pracy, postanowiła pożartować sobie ze swoich nowych znajomych
i urządziła im konkurs na tak zwaną „literacką wrażliwość”, który polegał na
odczytywaniu fragmentów twórczości popularnych autorów i prowokowania odpowiednich
reakcji. By mieć pewność, że w ten sposób uśpi czujność uczestników zabawy,
zaczęła od pytań na tyle prostych, by i odpowiedzi były oczywiste, a więc od „Zmierzchu”,
„50 twarzy Greya” i jeszcze czegoś tam, a kiedy już wszyscy byli w szampańskim
nastroju, zaczęła im odczytywać kawałki z książek Olgi Tokarczuk, w tym głównie
z jej najbardziej ambitnego i najdalej intelektualnie posuniętego dzieła, czyli
„Ksiąg Jakubowych”. Proszę sobie wyobrazić, że efekt owej prowokacji przerósł
jej najbardziej odważne oczekiwania. Otóż ona czytała kolejne kawałki – swoją
drogą, co interesujące, zaczerpnięte z internetowego profilu oznaczonego, jako
„Olga Tokarczuk cytaty”, oraz „Olga Tokarczuk cytaty najpiękniejsze” – a
publiczność raz za razem wybuchała szyderczym śmiechem i odpowiadała: „Blanka
Lipińska!”, „Coelho!”, „Paulina Młynarska!” „Na sto procent jakiś biskup”. Gdy
tak zwana „beka” sięgnęła zenitu, padło kluczowe nazwisko, nastąpiła niezręczna
cisza i wszyscy wrócili do bieżących zadań.
My tu dotychczas powtarzaliśmy sobie
zaledwie jeden fragment z twórczości owej wybitnej artystki, otwierające
„Księgi Jakubowe” zdanie o papierku, który namaka śliną, tymczasem, jak się
okazuje, tego kwiatu jest pół światu. Posłuchajmy:
„Przechodził go dreszcz, gdy patrzył na
ludzkie płody, i nie mógł oderwać od nich wzroku, tak fascynujący to był widok.
I dramatyczne, pełne marzeń aranżacje z ludzkich kości”;
„Każda podróż zaczyna się od stanu, który
można by określić jako zachłyśnięcie się przestrzenią”;
„Jest czytelnik gąbka, czytelnik lejek,
czytelnik cedzidło i czytelnik sito. Gąbka wchłania w siebie wszystko, jak
leci, jasne jest, że potem dużo z tego pamięta, lecz nie umie wydobyć
najważniejszego. Lejek - przyjmuje jednym końcem, drugim zaś wszystko, co
przeczytane, z niego wylatuje. Cedzak przepuszcza wino, a zatrzymuje winny
osad; ten w ogóle nie powinien czytać i lepiej, żeby zajął się rzemiosłem. Sito
zaś oddziela plewy, żeby otrzymać najlepsze ziarno”;
„Każde miejsce ma dwie postaci, każde miejsce
jest podwójne. To, co wzniosłe jest jednocześnie upadłe. To, co miłosierne,
jest jednocześnie podłe. W największej ciemności tkwi iskra najpotężniejszego
światła, i odwrotnie: tam, gdzie panuje wszechobecna jasność, nasienie
ciemności kryje się w pestce światła”;
„Wiatr to jest wzrok umarłych, kiedy patrzą
na świat stamtąd, gdzie są”;
„Czym jest człowiek? Iskrą. Czym jest ludzkie
życie? Chwilą. Czym jest teraz przyszłość?
Iskrą. A czym bieg czasu szalony? Chwilą. Z czego powstaje człowiek? Z iskry. A
czym jest śmierć? Chwilą. Kim był On, gdy świat zawierał w sobie? Iskrą. A czym
będzie, gdy świat znowu pochłonie? Chwilą”;
„W ciele człowieka słowo pęka na dwoje, na
substancję i istotę. Gdy ta pierwsza znika, druga, pozostając bez kształtu,
daje się wchłonąć tkankom ciała, jako że istota nieustannie poszukuje
materialnego nośnika; nawet jeśli ma się to stać przyczyną wielu nieszczęść”;
„Słowa są jak jaszczurki, potrafią uciec
z każdego zamknięcia”;
„I dopiero gdy się obudziła, zrozumiała, że
wyruszyła w podróż, przedtem to było tylko przesuwanie się w przestrzeni,
zwyczajna, nieuważna zmiana miejsc. Tylko sen zamyka stare i otwiera nowe,
umiera jeden człowiek i budzi się drugi. Ta czarna przestrzeń bez właściwości
między dniami jest prawdziwym podróżowaniem”;
„Jak wygląda świat, kiedy życie staje się
tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada. Każdy ruch
przygląda się sobie, każda myśl przygląda się sobie, każde uczucie zaczyna się
i nie kończy, i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się papierowy i
nierzeczywisty. Tylko tęsknienie jest prawdziwe, uzależnia. Być tam, gdzie się
nie jest, mieć to, czego się nie posiada, dotykać kogoś, kto nie istnieje. Ten
stan ma naturę falującą i sprzeczną w sobie. Jest kwintesencją życia i jest
przeciwko życiu. Przenika przez skórę do mięśni i kości, które zaczynają odtąd
istnieć boleśnie. Nie boleć. Istnieć boleśnie - to znaczy, że podstawą ich
istnienia był ból. Toteż nie ma od takiej tęsknoty ucieczki. Trzeba by było
uciec poza własne ciało, a nawet poza siebie. Upijać się? Spać całe tygodnie?
Zapamiętywać się w aktywności aż do amoku? Modlić się nieustannie?”
Wczoraj zastanawialiśmy się tu nad
kulturą popularną i tym, do czego ona jest zdolna. A ja, by może trochę
pociągnąć tamten temat i być może nieco rozjaśnić swoje intencje, proponuje się
zastanowić nad tym, czym jest kultura popularna? Czym jest ów słynny pop i czym
on już nie jest. Wydaje mi się, że wybrane cytaty – powtarzam, że wybrane wcale
nie przez mnie –bardzo dobrze pokazują
głębię problemu. Otóż spróbujmy może odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to z
czego mieliśmy okazję przed chwilą szydzić, to pop, czy może sztuka wyższa –
kiepska, ale z pewnością wyższa? Wiemy z całą pewnością, że wspomniani przez
kolegów mojego dziecka Coelho i Bianka Lipińska, a kto wie czy nawet nie
Pilipiuk czy Mróz, by nie wspominać Maryli Rodowicz, to bezsprzecznie pop, no
ale chyba już nie Tokarczuk? Przyznamy chyba, że mamy tu zagadkę.
Otóż moim zdaniem, a wyraziłem je również
w jednym z wczorajszych komentarzy, pop to wszystko: i Pilipiuk i Tokarczuk i
Szymborska, a nawet ten mój blog; pop to zarówno Zenek Martyniuk jak i Beatlesi
oraz Led Zeppelin; pop to oczywiście Janis Joplin, Jimi Hendrix, Bach i Miles
Davis. Jedyna realna różnica między nimi to zasięg i stworzona wokół niego
propagandowa oprawa, a więc coś co również stanowi czysty i niepokonany pop.
„Księgi Jakubowe” to oczywiste oszustwo i pomyłka, o którym, gdyby nie potęga
kultury popularnej, pies z kulawą nogą by nie słyszał i nawet on, gdyby
potrafił mówić, nie nazwałby ich popem, a to z powodu zwykłego deficytu popularności. Tymczasem to właśnie pop pokazał swoją tu na tyle siłę, że
potrafił coś tak małego uczynić zjawiskiem rzekomo daleko wykraczającym poza tę swoją rzekomą nędzę.
I dlatego właśnie to w kulturze
popularnej widzę naszą szansę nie tylko zresztą gdy chodzi o politykę
historyczną, ale wszelką inną, ale również o tak zwaną cywilizację. Jeśli
bowiem uda się nam jakimś cudem uczynić z tego, co stanowi dla nas autentyczną
wartość i w którą całym sercem wierzymy, bardzo ważną część popu, to poczujemy
się naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Aby jednak to osiągnąć, powinniśmy
przede wszystkim owej kultury popularnej przynajmniej nie lekceważyć. Bo jej
nie pokonamy ani my ani nikt inny. Jedyne co możemy zrobić to się w nią wbić i
maksymalnie rozepchać.