sobota, 7 marca 2020

Po ile kilo koronawirusa na czarnym rynku?


Myślę, że dzisiejszy dzień jest równie dobry jak każdy z minionych kilkudziesięciu, i jak  równie każdy z kilkudziesięciu następnych, bym mógł zamieścić tu swoje najnowsze refleksje z „Warszawskiej Gazety” w sprawie – jak by inaczej – koronawirusa, jako artykułu handlowego. Zapraszam do rozmowy, a jednocześnie już teraz zapowiadam, że jutro, po aż nazbyt długiej przerwie, będziemy mieli okazję – niektórzy z nas po raz pierwszy – podziwiać samozwańczego duszpasterza tego miejsca, księdza Rafała Krakowiaka, starszym czytelnikom znanego pod imieniem Don Paddington. No ale to dopiero jutro. Dziś maski na nosy i noga do schronu.

      Dotychczas było tak, że teksty te, które przygotowuję w poniedziałek, gdy trafiają w piątek do Czytelnika, stanowią już tak zwaną melodię przeszłości. Dziś jednak nie mam wątpliwości, że gdybym nawet dzisiejszy felieton pisał z myślą o wydaniu kwietniowym, czy majowym, to on byłby nadal bardzo aktualny. Czemu tak? A no temu, że jego przedmiotem jest tak zwany koronawirus, który został nam sprezentowany przez światowy przemysł zarządzający kulturą popularną, w dodatku tą jej częścią, która została wprzęgnięta w globalną politykę, a to z kolei powoduje, że nim nie będziemy się zajmować jeszcze dzień, dwa, czy nawet tygodnie, ale najpewniej długie miesiące.
       Spójrzmy, z czym mamy do czynienia. Oto wirus, który wedle najbardziej wiarygodnych informacji, w 80 procentach przypadków przebiega nadzwyczaj łagodnie i przypomina bardziej zwykłe przeziębienie niż klasyczną grypę, wirus, który dotychczas na całym świecie zamieszkałym przez blisko 8 miliardów ludzi, zaatakował zaledwie 90 tysięcy osób, z czego zmarło niespełna trzy tysiące, a cały ów świat nie dość, że nie zna dziś ważniejszego tematu, to pogrąża się w panice, której nie zaznał chyba od II Wojny Światowej.
       Oglądałem w telewizji wypowiedź pewnego starszego pana, mieszkańca Włoch, który w stanie autentycznej cholery mówił do mikrofonu dziennikarki, że nawet wtedy, 80 lat temu, było znacznie spokojniej. A ja dziś wiem doskonale, co on miał na myśli. Pamiętam dzień,  w którym pojawiły się pierwsze informacje o owym wirusie. Oto idąc ulicą zaledwie odchrząknąłem i idąca obok mnie kobieta zaczęła autentycznie uciekać. Dziś w tramwaju, którym zwykle rano jadę do pracy, zawsze odpowiednio przepełnionym, jechało ze mną może 10 osób. Wczoraj na mszy w kościele, zawsze pełnym, połowa miejsc świeciła pustkami, tak że ci, do których w pierwszej kolejności były skierowane odczytywane przez księdza proboszcza słowa ministra Szumowskiego, że należy unikać kontaktu z osobami, które kaszlą i kichają, nawet nie mieli okazji ich wysłuchać.
       Piłkarskie mecze w całej Europie organizowane są bez obecności publiczności, wielkie od dawna zapowiadane imprezy są odwoływane Sejm z powodu rzekomej pandemii, wszystkie światowe media informują, że w Stanach Zjednoczonych zmarła pierwsza osoba, a nasz Sejm, pod auspicjami Prezydenta, urządza wielki polityczny happening, gdzie obie strony politycznego sporu przerzucają się argumentami mającymi albo podważyć kompetencje politycznego przeciwnika, albo pochwalić się własnymi sukcesami.
      A ja sobie myślę, że to jest jedyna dobra rzecz w tym całym szaleństwie. Otóż nie mam wątpliwości, że gdyby faktycznie istniał choćby ślad zagrożenia, oni wszyscy by się pochowali gdzieś po piwnicach i strychach, i ani by im w głowie było urządzać polityczne przepychanki. No i oczywiście korespondentka TVP Info Magdalena Wolińska Redi, opowiadając o kataklizmie, jaki spadł na Włochy, swoją relację prowadziłaby z hotelowego pokoju przez zamknięte okno, a nie z pełnego oczywiście zarażonych Włochów placu w środku któregoś z miast.








piątek, 6 marca 2020

Czy w roku 2025 kandydatem Zjednoczonej Opozycji na stanowisko Prezydenta RP zostanie Bernie Sanders?

        W swojej wspominanej tu już niedawno książce pod tytułem „The Way Things Ought To Be”, Rush Limbaugh w pewnym momencie pisze tak:
Świat nigdy nie widział czegoś takiego jak Stany Zjednoczone Ameryki. Gdy chodzi o wyższą edukację, gospodarkę, styl życia, zamożność, formy rządów, oraz osobistą wolność, zostaliśmy obdarowani przez Boga bardziej, niż jakikolwiek inny kraj”.
      A ja sobie myślę, że przede wszystkim Rush Limbaugh, jako amerykański patriota, ma prawo w to wierzyć, a co więcej nie ma najmniejszego powodu, by się swojej opinii – nawet jeśli nieco ryzykownej – wstydzić. Nawet ja, będąc szczerze przekonanym, że świat w całej swojej historii nie widział czegoś tak pięknego jak Polska, do owej listy przedstawionej przez Limbaugh z czystym sumieniem mogę dodać jeszcze muzykę, literaturę, film, sztuki plastyczne, a kto wie, czy nie jeszcze bardziej, kanapkę Chick-Fil-A, której wprawdzie nigdy nie jadłem, ale jestem pewien, że jest równie dobra jak Johnny Cash z Dylanem.
       Zacząłem się jednak nad ową opinią Rusha zastanawiać całkiem niedawno, gdy pojawiła się po raz kolejny kwestia demokratycznej nominacji w walce o to kto spróbuje wyrzucić z Białego Domu Donalda Trumpa i okazało się, że na placu boju pozostali już tylko Joe Biden i Bernie Sanders.
      W czym rzecz? Otóż, kiedy, jak wiemy, w roku 2016 Amerykanie ni stąd ni zowąd wybrali prezydentem Donalda Trumpa, cała tak zwana cywilizowana Ameryka, a wraz z nią może jeszcze bardziej cywilizowany świat, najpierw pogrążyły się w szoku, a kiedy doszły do siebie, zapłonęły świętym oburzeniem, że skoro ludzie są w stanie wybrać kogoś takiego jak Trump, niechybnie nastąpił ostateczny krach demokracji i jeśli natychmiast nie uda się czegoś wymyślić, nie tylko umrze demokracja, ale w ogóle na Ziemię spadnie deszcz meteorytów i nastąpi jej koniec. Przyszły kolejne lata, kiedy to z jednej strony trwało globalne niszczenie wizerunku prezydenta Trumpa, a z drugiej gwałtowne poszukiwanie sposobu na jego usunięcie z urzędu, czy to drogą impeachmentu, czy przez znalezienie kogoś, kto go pokona w kolejnych wyborach. I oto wybory zbliżają się wielkimi krokami, a tu się okazuje, że jedyne co tak wysławiana przez Rusha Limbaugh Ameryka potrafiła przez te cztery lata z siebie wyprodukować, to dwóch półprzytomnych niemal 80-letnich starców, w tym jednego ciężkiego pedofila, oraz jednego komunistę. Efekt jest taki, że Trump zupełnie spokojnie realizuje swój plan na drugą kadencję, podczas gdy jego służby propagandowe publikują kolejne zdjęcia, na których Biden małym dziewczynkom albo wkłada język do ucha, albo łapie je za ledwie co wyrośnięty biust, albo cytują kolejne marksistowskie mądrości Berniego Sandersa, ewentualnie publikują wypowiedzi obu staruszków, w których oni już tylko demonstrują mocno zaawansowaną demencję. A zatem, czy my tu naprawdę musimy uznać, że – było nie było w sytuacji ciężkiego zagrożenia – Ameryki, a zwłaszcza tej jej części, która trzyma w garści nie tylko kulturę popularną oraz media, ale również całą elitę intelektualną, nie było stać na to by znaleźć kogoś lepszego?
      Otóż wygląda na to, że tak jest w istocie rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że oni są na dziś pogrążeni w tak strasznym zidioceniu, że nie stać ich nawet na zmobilizowanie prostych odruchów w ramach prostej samoobrony. I to nie tylko oni. Popatrzmy bowiem, co się dzieje u nas w Polsce. Wiosną roku 2015 najpierw Andrzej Duda wysadził z urzędu Bronisława Komorowskiego, potem jesienią Prawo i Sprawiedliwość zdobyło bezwzględną większość w obu izbach parlamentu i od pięciu już lat jedynym sukcesem opozycji okazuje się być wyłącznie skuteczne zjednoczenie się ponad wszelkimi podziałami we wspólnej nienawiści do Dudy oraz PiS-u, natomiast gdy chodzi o stworzenie konkretnej oferty, czy to programowej, czy personalnej, oni nie mają nic ponad ów antypis plus Budkę, Szczerbę, Biedronia, Neumanna, Kosiniaka-Kamysza, Kierwińskiego, Nitrasa, Bosaka, no i oczywiście Kidawę-Błońską. No i jeszcze ostatnio koronawirus. Oto wynik jaki oni – ale przecież nie tylko oni, ale cały ów obóz tak zwanej Polski Mądrej i Nowoczesnej – byli w stanie na koniec uzyskać.
      W tym momencie jednak chciałbym zwrócić uwagę na to, co jest niewątpliwym sukcesem owych sił reakcji zarówno tam jak i u nas, a mam na myśli sądy. Nie wiem dokładnie, jak się sprawy mają w Stanach Zjednoczonych, jednak z pojedynczych informacji jakie do mnie dochodzą mogę podejrzewać, że gdyby prezydenta wybierali tam wyłącznie sędziowie, zarówno Bernie jak i Biden pokonaliby Trumpa z opuszczonymi rękami. Kiedy natomiast obserwuję kolejne wypadki u nas w kraju, myślę sobie, że dziś praktycznie całą robotę za opozycję wykonują sędziowie właśnie. Ale też oni akurat się w najmniejszym stopniu nie oszczędzają.  Tam się jeńców nie bierze i wygląda na to, że oni prędzej się dadzą wyprowadzić zza tych swoich stołów na butach, niż zmienią swoje podłe zachowanie. A pomyślałem sobie o tym teraz niedawno, kiedy to na mocy wyroku gdańskiego sądu pani Natalia Nitek-Płażyńska będzie zmuszona przeprosić pewnego Niemca za to, że ten ją nazwał „idiotką, którą on powinien postawić pod ścianą i rozstrzelać”.
       Politycy opozycji powinni się uczyć od sędzi Małgorzaty Zwierzyńskiej. To się nazywa determinacja w obronie ideałów, które przecież im wszystkim są bliskie.



środa, 4 marca 2020

O królach pogardy wyssanej z mlekiem matki


      Jak już tu zdarzyło mi się parę razy powtórzyć, od czasu gdy Telewizja Publiczna wpadła w łapy Jacka Kurskiego i przestała być liderem medialnego obciachu, z TVN24 mam kontakt już tylko przez ich internetowy portal i to stąd wiem, że podczas gdy realna polityka w wymiarze medialnym toczy się niemal wyłącznie w telewizji TVP Info, ITI już oddało się wyłącznie uporczywemu reaktywowaniu jakichś postpeerelowskich złogów, takich jak – przepraszam, ale chyba nie będę się mógł powstrzymać – Ryszard Kalisz, Andrzej Olechowski, Barbara Labuda, Jan Krzysztof Bielecki, Ryszard Bugaj, Adam Daniel Rotfeld, Włodzimierz Cimoszewicz, Grzegorz Kołodko, Piotr Niemczyk, Danuta Huebner, Leszek Balcerowicz, Marek Borowski, Zbigniew Bujak, Ryszard Schnepf, Ludwik Dorn, Aleksander Smolar, Aleksander Hall, Bronisław Komorowski, Jan Śpiewak, Jerzy Buzek, Ewa Łętowska, czy wreszcie sam Aleksander Kwaśniewski. A więc wszystko to, co po śmierci Władysława Bartoszewskiego, Andrzeja Wajdy i Kazimierza Kutza, pozostało w tak zwanej „stajni autorytetów”.
       Przepraszam bardzo, ale naprawdę nie mogłem się powstrzymać, mam jedynie nadzieję, że czytelnicy tego blogu zrozumieją moje emocje. Poświęciłem jednak tyle miejsca owej menażerii, by stworzyć odpowiednie tło dla kogoś, kto pod pewnymi względami ich wszystkich przebija wielokrotnie, a mianowicie pewnego krakowskiego profesora nazwiskiem Marcin Król, który, gdyby nie telewizja TVN24, podobnie jak owa cała pozostała nędza, nie istniałby dziś nawet jako kompletnie nieokreślone wspomnienie, a tymczasem, jak się okazuje, w pewnych kręgach jak najbardziej zadaje szyku i to tak, że niejeden mógłby mu pozazdrościć.
      Oto zechciał ów dziwny intelektualista zabrać głos na tematy bieżące i jak słyszę, stwierdził przede wszystkim, że podczas majowych wyborów aczkolwiek „bez wielkiego entuzjazmu”, zagłosuje w maju na Małgorzatę Kidawę-Błońską, bo choć sobotnia konwencja wyborcza Kidawy go „pozytywnie zaskoczyła”, no i „dobry był też” Władysław Kosiniak-Kamysz, to w sumie „nikt nie budzi entuzjazmu i jest pewnym znakiem czasów”, kiedy to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie „nie ma wybitnych polityków”. Ponieważ nie wysłuchałem oczywiście całej wypowiedzi Króla, lecz zaledwie jej omówienie na portalu tvn24.pl, nie umiem powiedzieć, czy on tu uczynił jakiś skromny wyjątek dla Donalda Tuska, czy jego również wrzucił do przegródki z napisem „cienie cieni Tadeusza Mazowieckiego”, inna sprawa, że z owego omówienia wynika, że na tym zakończył Marcin Król swoje wystąpienie na temat tego, kto „dobry był też” i przeszedł do sedna, czyli do wykładu pod tytułem „PiS, czyli złodzieje ducha”.
      Tu pozwolę sobie na chwilę się zamknąć i oddać głos samemu Królowi. Otóż zarówno Kidawa, jak i Kosiniak-Kamysz są według niego „strasznie pacyfistyczni” i jeśli chcą pokonać Dudę, powinni być „znacznie bardziej brutalni”. Tymczasem mówią oni „o ‘całym narodzie’, ale to nie cały naród na nich głosuje. Mają wywalczyć trochę – zabrać milion głosów Andrzejowi Dudzie. Jak zabiorą ten milion, to wygrają. Do tego trzeba być bardzo wyrazistym. Rządowi można zarzucić wiele rzeczy: sądy, puste darowizny, nieumiejętność gospodarcza i tak dalej, ale to, za co ja mam pretensję nie do darowania, to to, że to są złodzieje ducha, którzy bardzo wielu ludziom mogą ukraść ducha. Złodzieje ducha to są ci, którzy starają się ludzi na zjadaczy chleba przerobić, jak pisał poeta. Oni to chcą zrobić. Oni chcieliby mieć masę. Złodziejstwo ducha jest przestępstwem, które będzie skutkowało na pokolenia. Pozbawia się ludzi rzeczywistego związku z tradycją, z patriotyzmem, z kulturą narodową. Złodziejstwo ducha jest zabójcze dla kultury, ale ja się nie martwię o polską kulturę. Ona to przetrzyma, bo jest dość ludzi ważnych. Natomiast to dotyczy olbrzymiej ilości ludzi, którym ducha się kradnie.
Skuteczność rządzących – Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobry –  wynika z pewnego rodzaju bezwzględności. W przypadku Kaczyńskiego to trochę bardziej zawiłe, ale w przypadku Morawieckiego i Ziobry to jest absolutna bezwzględność, całkowita bezduszność. Oni nie czują żadnego strachu. W związku z tym nie operują w pewnej sferze, którą nazywamy sferą ducha, w ogóle tam nie przebywają, są z niej wykluczeni przez swoje nastawienie. Dużo bardziej bałbym się PiS-u Ziobry, niż PiS-u Kaczyńskiego. Kaczyński jest człowiekiem złym, ale to zło jest czymś mniej niż ta straszliwa bezduszność.
PiS przyciąga wyborców zaspokajając potrzeby o charakterze utylitarnym. Właściwie wyłącznie rozdawnictwo. Wszystkie inne argumenty są moim zdaniem pozbawione sensu. Rozdawnictwo jest jedynym środkiem, który jest skuteczny i który udało im się skutecznie zastosować”.
      Jak mówię, Król wystąpił w programie „Fakty po Faktach”, które trochę jednak trwają, więc on tam musiał się jeszcze trochę nagadać, choć ja niestety nie mam bladego pojęcia co do szczegółów, natomiast to co zacytowałem za wspomnianym portalem, jak sądzę powinno nam wystarczyć.
        Jeśli jednak komuś wciąż mało, to bardzo chętnie przypomnę z człowiekiem o jakim stanie umysłu tu tak naprawdę mamy do czynienia. Oto wypowiedź Marcina Króla z początków rządów Prawa i Sprawiedliwości:
 Zapanowała w naszym kraju tyrania. To jest tyrania większości. Tego obawiali się ojcowie demokracji. Polska jako kraj demokratyczny po raz pierwszy wprowadziła ustrój tyranii większości. Taki stan przeczy prawom jednostki i człowieka. Tyrania większości to jest także tyrania kłamców i głupców. Ja nie chcę nikogo obrażać i nie będę mówił, kto tutaj jest głupcem, ale myślę, że prawie wszyscy, jak ich widzimy. Moim zdaniem to, co uprawia PiS w tej chwili, to jest granie na poczuciu bezpieczeństwa i jednocześnie na tym, że w każdym z nas jest skłonność do dobra i zła, czyli granie na skłonności do zła. To jest zło. PiS dla mnie uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u uosabiają zło, diabła”.
     Przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że cała ta akcja z koronawirusem zdecydowanie ma na celu przykrycie czegoś znacznie groźniejszego. Żeby tylko się nie okazało, że oni mają zamiar to ciągnąć jeszcze przez najbliższe kilka lat, bo, jak u Orwella, zupełnie zatracimy świadomość, kto jest świnią, a kto człowiekiem.




wtorek, 3 marca 2020

Wirus, czyli o tych co odlatują i tych co zostają


      Planowałem dziś wreszcie napisać dłuższą refleksję o koronawirusie, jednak ostatecznie pomyślałem sobie, że tu nie ma się co napinać, wystarczą te 444 słowa, jakie co tydzień publikuję w „Warszawskiej Gazecie”, a tu na blogu po raz kolejny dam od siebie odetchnąć. Jest jednak tak, że uczę kogoś, kogo od pewnego czasu traktuję jako swego rodzaju tego blogu czytelnika-symbol i przez to staram się bardzo, by przynajmniej w każdy wtorek i piątek czekał tu na niego przede wszystkim kolejny felieton. Zdecydowałem zatem, że tak zostawić tego nie mogę.
      Dodatkowo jeszcze, rozmawialiśmy sobie niedawno o Bobie Dylanie, więc uznałem też, że nie zaszkodzi jeśli dziś właśnie zamieszczę tu tekst jeszcze z roku 2009, którego jednym z bohaterów był właśnie Dylan, a którego mój specjalny uczeń zapewne nie czytał. Mało tego; ów tekst był w pierwszej kolejności poświęcony nie tyle Dylanowi, co temu, do czego zostało doprowadzone polskie sądownictwo, a więc tematowi, który w sposób całkowicie bezczelny i zdecydowanie skuteczny został tu w Polsce przykryty właśnie przez wspomniany koronawirus. No więc proszę bardzo, za jednym razem mamy wszystko: i Dylana i sędziów, a nawet wirus, wprawdzie nie korona, ale kto wie, czy nawet nie poważniejszy. Na tego mniejszego zresztą i tak czas przyjdzie w najbliższy weekend.      



      2 stycznia 2009, w Richmond w stanie Virginia, zmarł w wieku 69 lat William Devereux "Billy" Zantzinger. Myślę, że część czytelników tego bloga wie, o kogo chodzi. Tym natomiast, którzy są zbyt młodzi żeby wiedzieć, albo po prostu jakoś tę historię przegapili, pragnę przypomnieć, że William Zantzinger, 9 lutego 1963 lutego o 1.30 w nocy, w hotelowej restauracji w Baltimore, „zabił biedną Hattie Carroll laską, którą zakręcił wokół swojego palca z pierścieniem z brylantem...".
      Skąd ja to wiem? Od Boba Dylana oczywiście. To znaczy, jeśli mam być zupełnie ścisły, to od Dylana wiem, co William Zantzinger zrobił. O tym natomiast, że zmarł, dowiedziałem się od młodszego Toyaha, który zamiast uczyć się do matury grzebie, grzebie, grzebie… no i wygrzebał. A więc William Zantzinger nie żyje. Jednak tamtej zimowej nocy już niemal pół wieku temu, w tamtym hotelu, 24-letni William Zantzinger, plantator tytoniu, człowiek bardzo bogaty i o rozległych politycznych koneksjach, bawił się w hotelowej restauracji, bardzo mocno pijąc i ogólnie zadając szyku. Historia nieomal jak z tandetnego filmu. Siedział więc ten Zantzinger w tym eleganckim hotelu, bawiąc się i pijąc ze swoimi znajomymi, w ręku cały czas trzymał laskę-zabawkę, którą sobie sprawił za głupie 25 centów i którą się bawił jak dziecko, aż wreszcie zażyczył sobie od obsługującej ich czarnej kelnerki, żeby mu przyniosła kolejnego drinka. Ponieważ ta się, jego zdaniem, ociągała, walnął ją tą laską najpierw po plecach, a następnie w głowę tak mocno, że laska rozpadła się na części, a ona umarła. Nazywała się Hattie Carroll. Przypominam: to nie były lata 30-te. Był to rok 1963. Stany Zjednoczone.
      Bob Dylan napisał swoją piosenkę zatytułowaną „Lonesome Death Of Hattie Carroll” – jak się mogę domyślać – z dwóch powodów. Przede wszystkim, jak sądzę, zainteresowało go to, że facet się wścieka na kelnerkę, że ta go zbyt powoli obsługuje, więc ją zabija. Drugi powód, dla którego Dylan zainteresował się tematem był, jak sądzę taki, że ponieważ Zantzinger był biały i bogaty, a Carroll czarną, biedną, na dodatek starą i tylko kelnerką, sędzia uznał postępek Zantzingera za nieumyślne spowodowanie śmierci i skazał go na sześć miesięcy więzienia. Myślę, że to wystarczyło. Nawet gdyby sam Dylan wiedział już, pisząc swoje wielkie dzieło, że Zantzingerowi sąd odroczył wykonywanie kary ze względu na żniwa, że z różnych humanitarnych względów Zantzinger odsiedział wyrok w wyjątkowo łagodnym więzieniu i że za dobre sprawowanie wyszedł po trzech miesiącach, niewiele by to zmieniło. Pierwsze wrażenie i tak było wystarczająco mocne.
     Pisałem tu stosunkowo niedawno o zabójstwie pewnej 16-latki z Kętrzyna. Zabił ją jej chłopak, który najpierw zrobił jej dziecko, później zażyczył sobie aborcji, a ponieważ ona nie chciała, to się zezłościł i ją zamordował. Zastanawiałem się więc, kto tego Kubusia (bo tak mu rodzice dali na chrzcie) tak starannie wyedukował, że – będąc niewątpliwie przeciętnym kretynem – to akurat wiedział: że na trudne chwile aborcja jest dobrym rozwiązaniem. I przypominałem sobie inną piosenkę Boba Dylana, również sprzed lat, o pewnym bokserze, który zginął na ringu, w której to piosence Dylan zastanawia się, kto tak naprawdę tego boksera zabił: czy ten drugi bokser, który go uderzył,  a może sędzia, który nie przerwał walki, bo się bał, że sala go wybuczy, publiczność, która darła mordy "Zabij go!", a może dziennikarz sportowy, który tę walkę nakręcał, a może facet, który sprzedawał na nią bilety? Taka poezja. Ciekawe – na marginesie – że ów Davey Moore zginął zaledwie półtora miesiąca po śmierci Hattie Carroll. Szczególny rok, prawda?
      Napisałem więc tekst na moim blogu, z jednej strony dumając nad różnymi ważnymi sprawami, a z drugiej wyrażając żal, że jakoś cierpimy na szczególny brak Dylanów i pewnego rodzaju wrażliwości. Sprawa jest, jak się okazuje, dość aktualna nawet jeśli już dziś wiemy, że nam się akurat tak poszczęściło, że zamiast jednego Dylana mamy paru Pilchów. Gdybyśmy natomiast zamiast nawet pięćdziesięciu Pilchów, mieli ćwierć Dylana, moglibyśmy może się zastanowić nad kilkoma bardzo ważnymi sprawami. Chodzi bowiem o to, że w owej piosence o śmierci Hattie Carroll, Bob Dylan z niespotykanym talentem literackim kreśli cztery obrazy. Pierwszy z nich pokazuje scenę zabójstwa, w drugim pokazuje Zantzingera i całe jego 24-letnie tło, w trzeciej widzimy Hattie Carroll, z jej kolei nędzną historią i czystą niewinnością, a to wszystko po to, żeby wreszcie na koniec obejrzeć sobie sędziego z jego powagą, dostojeństwem i – oczywiście – niezawisłością. Pozwoliłem sobie przetłumaczyć dla nas tę ostatnią zwrotkę, bez rymów, ale za to w odpowiednim rytmie, żebyśmy mieli pojęcie, do czego tak naprawdę tu zmierzam:
W pięknej sali sądowej, sędzia stuknął swym młotkiem,
By pokazać, że wszyscy są dziś równo słuchani
I że prawo się nie da ni naciągać ni skręcać
I że nawet elita karę swoją odbierze
Gdy policja dopadnie i pod sąd ich sprowadzi
I że drabina prawa nie ma dołu ni góry
I popatrzył na tego co zabił tak sobie
Bo mu przyszło do głowy, bo tak mu się chciało,
I przemawiał w swej todze tak głęboko i szczerze
I wezwał surowo do pukuty i kary
I dostał Zanzinger pół roku bez mała”.
___________________

      Ostatnio, przy najróżniejszych okazjach, co jakiś czas zmuszeni jesteśmy wszyscy wysłuchiwać najbardziej zakłamanych i przy tym zdecydowanie idiotycznych dyskusji na temat tak zwanych niezawisłych sądów. Z jakiegoś, kompletnie dla mnie niezrozumiałego powodu, jednym z najbardziej absurdalnych, a jednocześnie, stanowczych osiągnięć Trzeciej RP stało się powszechne przekonanie, że idiotą może być pan dziennikarz, lekarz, nauczyciel, piosenkarz, aktor, adwokat, prokurator, inżynier, a nawet pan poseł, pan minister, pan premier i pan prezydent – dosłownie każdy, z wyjątkiem praktycznie dwóch tylko osób – mianowicie pana sędziego i pani sędzi. I nie ma znaczenia, czy sędzia jest stary czy młody, doświadczony, czy niedoświadczony, bardzo elokwentny, czy bełkoczący bez ładu i składu. Jedno jest poza wszelką dyskusją – że sędzia nie może się pomylić, nie może oszukać, nie może zwyczajnie zgłupieć, albo równie zwyczajnie się zapętlić. O nie! Każdy, tylko nie sędzia. Sędzia z samej swojej definicji jest mądry, sprawiedliwy, bezstronny i niezawisły i każdy kto to kwestionuje jest niemalże przestępcą, a w najgorszym wypadku głupcem.
      Doszło do tego, ze wczoraj chyba Jarosław Kaczyński wyraził się o sędzi, która – w sposób dla każdego zwykłego obserwatora – czytając wyrok w sprawie spotu PiS-u, wystawiła się na czyste pośmiewisko, słowami „młoda dama”, czy jakoś tak, i posypały się na niego natychmiastowe gromy. Że co? Że w taki sposób on śmie charakteryzować sędzię???? Toż to skandal i hańba! Jakim prawem? Zbudowaliśmy wspólnymi siłami tę demokrację i tę europejską kulturę, a tu przychodzi jeden z drugim i ma czelność kwestionować pozycję kogoś takiego jak sędzia! Cóż to za białoruskie zwyczaje?
      A ja pamiętam z mojej kariery nauczycielskiej jeden epizod. Zdarzyło mi się przed laty uczyć grupę sześciu sędziów. Tak wyszło, że same panie. A ja powiem zupełnie uczciwie, że w życiu nie zdarzyło mi się spotkać grupy osób tak tandetnych i niepoważnych, jak one. Nawet biorąc pod uwagę to, że ja naprawdę byłem zaskoczony tym, co mnie spotkało i tym niezwykłym kontrastem między moimi oczekiwaniami, a stanem faktycznym, efekt i tak był sam w sobie piorunujący. Myśmy się spotykali przez rok i one się przez cały ten czas, dwa razy w tygodniu, zachowywały jak nie przymierzając nauczycielki w gimnazjalnym pokoju nauczycielskim. Ile razy tam przychodziłem, czekałem z przerażeniem aż którejś z nich wypadnie z torebki magazyn dla dziewcząt „Bravo Girl”. Nie przesadzam. Właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu uznałem, że tu nie ma żartów. Że po wyższych uczelniach, wali się kolejny mur; że już autentycznie nie zostaje nic. Wydawało mi się – jak się okazuje, naiwnie – że po tych ciężkich studiach prawniczych, po tych wszystkich aplikacjach tych egzaminach, tej mitycznej już wręcz walce, nie ma, że tak to ujmę, bata – trzeba coś mieć. Okazało się, że nie; że tu też nie trzeba mieć dokładnie nic.
      Więc ja oczywiście wiem, co tam się dzieje i czego się po tych ludziach można spodziewać. I to najprawdopodobniej bez względu na to, czy mamy do czynienia z sędziami sądu okręgowego, czy sądu najwyższego. Różnica najprawdopodobniej jest tylko taka, że jedni bardziej od innych zadzierają nosa. Ja wiem, że te stare skecze z Monty Pythona, gdzie sędziowie najczęściej byli równie śmieszni i niepoważni, jak cała reszta tego pythonowskiego pejzażu. Z piosenki Dylana, która mi się dziś przypomniała, wynika dokładnie to samo. Że w prawdziwie nowoczesnym świecie, a nie w kraju, który dopiero co zaczął do tego świata aspirować i to na dodatek w tak nędznym i niskim stylu, kwestia szczególnej pozycji sądu i sędziego nigdy nie była dyskutowana. Zwyczajne społeczeństwa, i to nie społeczeństwa sprzed 100 lat, ale całkiem świeże, już od lat budujące lepszą i mądrzejszą demokrację, nigdy nie potrzebowały ani żadnych lewych autorytetów, ani żadnych pseudo-kulturowych zakazów, ani też jakiegokolwiek cywilizacyjnego alibi dla usprawiedliwiania czyichś ciemnych sprawek. Oczywiście, niewiele – jak się okazuje – im to dało. Ale przynajmniej wszystko co spieprzyli, poszło na ich konto, a nie na konto jakichś, podsuniętych im przez ludzi złych i głupich, przesądów.
      Bardzo bym był ciekawy zobaczyć, co by się działo, gdyby dziś pojawił się u nas ktoś równie utalentowany i podobnie wrażliwy, jak Bob Dylan i zaśpiewał piosenkę o parszywym prawie i parszywie służących temu prawu parszywych sędziach. Piosenkę o podobnym jak u Dylana ładunku goryczy, złośliwości i gniewu. Już słyszę te inteligenckie fuknięcia. Już widzę te marsy na tych czołach, które od notorycznego braku kontaktu ze zgiętym palcem już zupełnie utraciły swoją tradycyjną funkcję.
      Jest jednak coś w tym wszystkim pocieszającego. Na końcu i tak jest zawsze to samo. Wraz z nadejściem nowego roku, jak się właśnie okazało, przekonał się też o tym William Devereux "Billy" Zantzinger. A najprawdopodobniej wiele lat przed nim jeden amerykański sędzia.




niedziela, 1 marca 2020

Czy te oczy mogą kłamać?


Wprawdzie już tu w tym tygodniu przemknęła przez nasz blog kwestia oczu Donalda Tuska, jednak osobną refleksję poświęciłem im w swoim cotygodniowym felietonie dla „Warszawskiej Gazety”, który dziś z prawdziwą przyjemnością tu powtarzam, wraz z bardzo pięknym filmikiem, który właśnie odkryłem na Youtubie. Bardzo proszę.         


      Nie wiem, czy miałem wcześniej okazję wracać do tamtego wspomnienia, dziś jednak, niezależnie od wszystkiego, wróciły do mnie słowa mojej świętej pamięci cioci, kobiety prostej, acz szeroko otwartej na otaczający ją świat, wypowiedziane w chwili gdy ujrzała ona w swoim telewizorze w pełnej okazałości, wówczas jeszcze nieszczęśliwie nam panującego, premiera Donalda Tuska, i jego obecność w swoim wiejskim domu skomentowała następującymi słowami: „Popatrz na niego. On stawia oczy jak złodziej”.
       Ja do dziś pamiętam te słowa i ile razy widzę tego człowieka, w dowolnej zresztą sytuacji, myślę sobie, że cokolwiek by o nim nie mówić, jedna rzecz pozostaje całkowicie jednoznaczna: on stawia oczy jak złodziej.
       Gdy pojawiła się kontrowersja dotycząca dalszych losów Donalda Tuska po upływie kadencji przewodniczącego owej Rady Europy, czy może Rady Europejskiej – w końcu jeden diabeł – część z nas zaczęła obstawiać jego powrót do Kraju i podjęcie walki o wyprowadzenie nas z pułapki faszyzmu, inni zaś – w tym i ja – optowaliśmy za tym, by Donald Tusk już do śmierci nie pokazywał się tutaj, a to z tego powodu, że byłoby nam wszystkim bardzo ciężko znosić sposób, w jaki on stawia swoje oczy.
      Dziś, z odpowiedniej już perspektywy, widzimy, że wprawdzie udało nam się go od siebie skutecznie odsunąć, co jednak nie zmienia faktu, że on się nadal, jakimś niepojętym cudem, czuje się Polakiem i uznaje za stosowne nam o sobie od czasu do czasu przypominać. Oto w obliczu nadchodzących szybkim krokiem majowych wyborów prezydenckich, pojawił się ów dziwny człowiek w Białymstoku i na tak zwanym Festiwalu Dyplomatycznym, przemawiając do miejscowych studentów oraz grupy licealistów, ogłosił co następuje:
W Polsce dzieje się zło. Obawiam się, że starania opozycji nie wystarczą. To ludzie muszą mieć poczucie, że miara zła w jakimś sensie się wypełnia. Trudno nie zauważyć, jak daleko posunęła się degrengolada ludzi władzy. Ludzie na całym świecie łapią się za głowy i zastanawiają, co się tutaj u nas dzieje. To są ludzie, którzy nie myślą źle o Polsce i Polakach, tylko dokładnie odwrotnie. Oni nie są w stanie zrozumieć – i w jakiejkolwiek stolicy jestem, jest ta sama reakcja – jak to jest możliwe: Polacy, kapitalni ludzie, którzy przez tyle lat pokazywali całemu światu, że można piąć się w górę błyskawicznie, Polska, która była takim symbolem sukcesu europejskiego – jak to jest możliwe, że nagle jakaś grupa ludzi dostała władzę w swoje ręce i robi rzeczy, które są nie do zrozumienia nigdzie. Przed Polakami jest wielkie sprzątanie, po tym, co oni tutaj”.
      Otóż tu mamy ów Festiwal Dyplomatyczny, z drugiej strony tego idiotę, który od lat nie potrafi inaczej, jak „stawiać te oczy jak złodziej”, a dalej już tylko informację, że nic więcej nie ma znaczenia. Tyle wszystkiego, że Budka by tak ładnie nie potrafił.




sobota, 29 lutego 2020

Pop czyli Polska Biało-Czerwoni


       Kiedy opublikowałem tu przedwczoraj tekst o popkulturze, a w dodatku jeszcze wczoraj przedstawiłem fragmenty literackiej prozy Olgi Tokarczuk z kluczowym pytaniem, czy to co widzimy to kultura popularna, czyli kłamstwo, czy kultura niepopularna, a więc szczera prawda, nie miałem oczywiście nadziei na stuprocentowe zrozumienie, ale owszem, na coś tam liczyłem. Tymczasem, oto wczoraj na swoim blogu w Szkole Nawigatorów Coryllus zrobił mniej więcej to samo, a więc przedstawił swoje przemyślenia z podobnymi do moich nadziejami na to, że jego słowa do kogoś jednak dotrą. Oczywiście, każdy kto czyta dyskusję na jego blogu, wie że większość ich uczestników deklaruje zarówno pełne zrozumienie tego, o czym Coryllus do nich mówi, a co więcej z każdym jego słowem zgadza się w stu procentach, no ale my oczywiście wiemy jak się sprawy realnie mają, co zresztą pokazałem bardzo starannie w tekście o literackim kunszcie pisarki Tokarczuk, oraz czytelniczych talentach jej fanów.
       Napisał więc Coryllus swoją odpowiedź na mój tekst o popie i to co mnie w niej najbardziej uderzyło, to zamieszczona już na samym początku uwaga na temat deficytów zarówno ludzi, którzy tytułują swoje teksty „Ogniem na wprost” lub ozdabiają swoje kurtki naszywkami z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny”. A w tej sytuacji muszę mojemu kumplowi Gabrielowi przypomnieć, że jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jakieś tam deficyty, mniejsze lub większe, mają wszyscy, w tym także on i ja, to nie same deficyty mają znaczenie, ale to, w jaki sposób one wpływają na sposób w jaki widzimy świat oraz najważniejsze podejmowane przez nas w tym świecie decyzje. Ktoś jest kibicem Legii Warszawa i prawdziwą radość znajduje w napieprzaniu się z kibicami Lecha Poznań; kto inny jeździ zimą do Zakopanego by w tygodniu kiedy trwają skoki, łazić od rana do wieczora po Krupówkach w wielkich biało-czerwonych kapeluszach i trąbić w te idiotyczne trąbki; jeszcze kto inny jeździ do tego samego Zakopanego na Sylwestra, by najpierw się nawalić, a potem podskakiwać w rytm  piosenek Zenka Martyniuka; inni siedzą w domu i z zapartym tchem oglądają Magdę Ogórek, jak wspólnie Dorotą Łosiewicz szydzą z Szymona Hołowni, a kto wie, czy jeszcze nie dzwonią tam, by powiedzieć, że kocham panią, pani Doroto; są też tacy, którzy dobrze się czują w kościele tylko pod warunkiem, że tam mszę odprawia ksiądz z gitarą, który potrafi o Panu Jezusie nie tylko opowiadać, ale również na Jego temat rapować; są wreszcie i ci, którzy jeszcze kilka lat temu nosili koszulki z napisem „Precz z kaczyzmem”, a dziś zakładają na siebie bluzy z orłem na plecach i hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” i oni są również dotknięci pewnym deficytem, który w interesującym nas zakresie sprowadza się do tego, że jedyną rzeczą na jaką ich w tym całym nieszczęściu stać, to udanie się w maju tego roku na wybory i zagłosowanie na Andrzeja Dudę. I to jest też jedyna rzecz, jaka mnie obchodzi, gdy myślę o tym, w jaki sposób kultura pop traktuje ludzi. Mam na myśli tylko dwie rzeczy: głosowanie na Prawo i Sprawiedliwość oraz pobożną modlitwę. Jeśli którykolwiek z nich, czy to przez uczestnictwo w patriotycznym trąbieniu na Krupówkach, czy przez wspólne nucenie piosenki „Wolność”, czy wreszcie przez zaczytywanie się w miesięczniku „Polska Niepodległa” gdzie już na samej okładce widzimy Putina przerobionego na penisa oraz wielki tytuł „Fiutin”, dojdzie do wniosku, że Polska jest dla niego najwyższą wartością i że bycie Polakiem to powód do dumy, a owo przekonanie doprowadzi go do zagłosowania na Prawo i Sprawiedliwość, to ja jego deficyty mam głęboko w nosie.
       Czy chciałbym – bo pewnie o to chodzi Coryllusowi, gdy tak się użala nad tym całym popem – żeby oni wszyscy dochodzili do pozytywnych rozwiązań, na wyższym poziomie emocji? Pewnie że nie miałbym nic przeciwko temu, natomiast wiem, że tego przeprowadzić się nie da. Tego jeszcze nikt nigdy w całej historii ludzkości skutecznie nie zrealizował, a co gorsza, wszelkie próby uszlachetniania ludzkiej świadomości i wygładzania emocji, kończyły się raczej nieszczęściem niż czymś choćby przez chwilę dobrym.
      Chciałbym jednak na moment wrócić do kwestii, która na blogu Coryllusa pojawiła się parokrotnie, a mianowicie owego tak zwanego „chrześcijańskiego rapu”. To, w moim pojęciu, w ogóle nie ma o czym gadać z tego prostego powodu, że środowisko słuchające rapu to nie tyle osoby, którym akurat odpowiada ten typ estetyki, ale uczestnicy swego rodzaju subkultury, określanej powszechnie jako hip-hop, bardzo ostro wyczuleni na jakikolwiek obcy, nadchodzący z zewnątrz ton. W związku z tym, ja na przykład nawet w żartach bym nie zaryzykował, by któregoś z moich uczniów tkwiącego w owej kulturze powitać choćby okrzykiem „Yo, man!” Dlatego też nie widzę takiej możliwości, by jakiś ksiądz, czy grupa pobożnej młodzieży wyszła do niego z propozycją chwalenia Pana przy pomocy owych rymów, a on by ich potraktował poważnie. Nie w przypadku hip-hopu. Wspominany i wyszydzany tu parokrotnie Matczak, syn Matczaka, w jednej z piosenek odpowiada, jak to jego kolega zaszedł do lokalu, gdzie zaproponowano mu tak zwaną „kreskę”, ale on na to nie poszedł, bo akurat głównie słuchał kogoś, kto mocno występował przeciwko twardym narkotykom. Więc, jak mówię, nie tu.
       Natomiast wiem skądinąd, że jest taki amerykański zespół występujący pod nazwą „The Devil Wears Prada” i grający najbardziej klasyczny thrash metal, tyle że z naciskiem na chrześcijańską ewangelizację. Ja o nich wcześniej nie słyszałem i kiedy dowiedziałem się, że oni, owszem, przynajmniej u siebie w Stanach zachowują pozycję, również ściśle artystyczną, przy której nasz Nergal wygląda jak suport suportu, pomyślałem sobie, że to jest faktycznie jakiś obłęd. Myślę sobie jednak, że tu, w ramach jednej i tej samej estetyki, która tak naprawdę jest zaledwie jeszcze jedną odmianą rock and rolla, te dzieci mają wybór zero-jedynkowy: albo się modlą do Boga, albo do Szatana i jeśli oni wybierają że się będą modlić do Boga, to mnie naprawdę mało interesują ich deficyty, jeśli te miliony – bo to są miliony – prowadzone są w odpowiednią stronę.
      Powtórzę więc: niech nas Pan broni przed pokusą wiary w to, że możemy skutecznie manipulować tymi, którzy bardzo lubią, by nimi manipulować, przeganiając ich jak najdalej od kultury popularnej, a tych, którzy przegonić się nie dadzą, konsekwentnie wyszydzać, bo prędzej czy później za nich się wezmą ci, którzy najpierw im pokażą jak wygląda kultura wysoka, a potem jednym ruchem różdżki sprawią, że oni znienawidzą wszystko, co choćby z daleka cuchnie popem. I nie łudźmy się że Olga Tokarczuk będzie ich najsilniejszą bronią.



piątek, 28 lutego 2020

Czy Olga Tokarczuk to pop?


       Moja młodsza córka, która od niedawna udziela się w nowej pracy, postanowiła pożartować sobie ze swoich nowych znajomych i urządziła im konkurs na tak zwaną „literacką wrażliwość”, który polegał na odczytywaniu fragmentów twórczości popularnych autorów i prowokowania odpowiednich reakcji. By mieć pewność, że w ten sposób uśpi czujność uczestników zabawy, zaczęła od pytań na tyle prostych, by i odpowiedzi były oczywiste, a więc od „Zmierzchu”, „50 twarzy Greya” i jeszcze czegoś tam, a kiedy już wszyscy byli w szampańskim nastroju, zaczęła im odczytywać kawałki z książek Olgi Tokarczuk, w tym głównie z jej najbardziej ambitnego i najdalej intelektualnie posuniętego dzieła, czyli „Ksiąg Jakubowych”. Proszę sobie wyobrazić, że efekt owej prowokacji przerósł jej najbardziej odważne oczekiwania. Otóż ona czytała kolejne kawałki – swoją drogą, co interesujące, zaczerpnięte z internetowego profilu oznaczonego, jako „Olga Tokarczuk cytaty”, oraz „Olga Tokarczuk cytaty najpiękniejsze” – a publiczność raz za razem wybuchała szyderczym śmiechem i odpowiadała: „Blanka Lipińska!”, „Coelho!”, „Paulina Młynarska!” „Na sto procent jakiś biskup”. Gdy tak zwana „beka” sięgnęła zenitu, padło kluczowe nazwisko, nastąpiła niezręczna cisza i wszyscy wrócili do bieżących zadań.
      My tu dotychczas powtarzaliśmy sobie zaledwie jeden fragment z twórczości owej wybitnej artystki, otwierające „Księgi Jakubowe” zdanie o papierku, który namaka śliną, tymczasem, jak się okazuje, tego kwiatu jest pół światu. Posłuchajmy:
Przechodził go dreszcz, gdy patrzył na ludzkie płody, i nie mógł oderwać od nich wzroku, tak fascynujący to był widok. I dramatyczne, pełne marzeń aranżacje z ludzkich kości”;
Każda podróż zaczyna się od stanu, który można by określić jako zachłyśnięcie się przestrzenią”;
Jest czytelnik gąbka, czytelnik lejek, czytelnik cedzidło i czytelnik sito. Gąbka wchłania w siebie wszystko, jak leci, jasne jest, że potem dużo z tego pamięta, lecz nie umie wydobyć najważniejszego. Lejek - przyjmuje jednym końcem, drugim zaś wszystko, co przeczytane, z niego wylatuje. Cedzak przepuszcza wino, a zatrzymuje winny osad; ten w ogóle nie powinien czytać i lepiej, żeby zajął się rzemiosłem. Sito zaś oddziela plewy, żeby otrzymać najlepsze ziarno”;
Każde miejsce ma dwie postaci, każde miejsce jest podwójne. To, co wzniosłe jest jednocześnie upadłe. To, co miłosierne, jest jednocześnie podłe. W największej ciemności tkwi iskra najpotężniejszego światła, i odwrotnie: tam, gdzie panuje wszechobecna jasność, nasienie ciemności kryje się w pestce światła”;
Wiatr to jest wzrok umarłych, kiedy patrzą na świat stamtąd, gdzie są”;
Czym jest człowiek? Iskrą. Czym jest ludzkie życie? Chwilą. Czym jest teraz przyszłość?
Iskrą. A czym bieg czasu szalony? Chwilą. Z czego powstaje człowiek? Z iskry. A czym jest śmierć? Chwilą. Kim był On, gdy świat zawierał w sobie? Iskrą. A czym będzie, gdy świat znowu pochłonie? Chwilą
”;
W ciele człowieka słowo pęka na dwoje, na substancję i istotę. Gdy ta pierwsza znika, druga, pozostając bez kształtu, daje się wchłonąć tkankom ciała, jako że istota nieustannie poszukuje materialnego nośnika; nawet jeśli ma się to stać przyczyną wielu nieszczęść”;
Słowa są jak jaszczurki, potrafią uciec z każdego zamknięcia”;
I dopiero gdy się obudziła, zrozumiała, że wyruszyła w podróż, przedtem to było tylko przesuwanie się w przestrzeni, zwyczajna, nieuważna zmiana miejsc. Tylko sen zamyka stare i otwiera nowe, umiera jeden człowiek i budzi się drugi. Ta czarna przestrzeń bez właściwości między dniami jest prawdziwym podróżowaniem”;
Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada. Każdy ruch przygląda się sobie, każda myśl przygląda się sobie, każde uczucie zaczyna się i nie kończy, i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się papierowy i nierzeczywisty. Tylko tęsknienie jest prawdziwe, uzależnia. Być tam, gdzie się nie jest, mieć to, czego się nie posiada, dotykać kogoś, kto nie istnieje. Ten stan ma naturę falującą i sprzeczną w sobie. Jest kwintesencją życia i jest przeciwko życiu. Przenika przez skórę do mięśni i kości, które zaczynają odtąd istnieć boleśnie. Nie boleć. Istnieć boleśnie - to znaczy, że podstawą ich istnienia był ból. Toteż nie ma od takiej tęsknoty ucieczki. Trzeba by było uciec poza własne ciało, a nawet poza siebie. Upijać się? Spać całe tygodnie? Zapamiętywać się w aktywności aż do amoku? Modlić się nieustannie?
      Wczoraj zastanawialiśmy się tu nad kulturą popularną i tym, do czego ona jest zdolna. A ja, by może trochę pociągnąć tamten temat i być może nieco rozjaśnić swoje intencje, proponuje się zastanowić nad tym, czym jest kultura popularna? Czym jest ów słynny pop i czym on już nie jest. Wydaje mi się, że wybrane cytaty – powtarzam, że wybrane wcale nie przez mnie –  bardzo dobrze pokazują głębię problemu. Otóż spróbujmy może odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to z czego mieliśmy okazję przed chwilą szydzić, to pop, czy może sztuka wyższa – kiepska, ale z pewnością wyższa? Wiemy z całą pewnością, że wspomniani przez kolegów mojego dziecka Coelho i Bianka Lipińska, a kto wie czy nawet nie Pilipiuk czy Mróz, by nie wspominać Maryli Rodowicz, to bezsprzecznie pop, no ale chyba już nie Tokarczuk? Przyznamy chyba, że mamy tu zagadkę.
      Otóż moim zdaniem, a wyraziłem je również w jednym z wczorajszych komentarzy, pop to wszystko: i Pilipiuk i Tokarczuk i Szymborska, a nawet ten mój blog; pop to zarówno Zenek Martyniuk jak i Beatlesi oraz Led Zeppelin; pop to oczywiście Janis Joplin, Jimi Hendrix, Bach i Miles Davis. Jedyna realna różnica między nimi to zasięg i stworzona wokół niego propagandowa oprawa, a więc coś co również stanowi czysty i niepokonany pop. „Księgi Jakubowe” to oczywiste oszustwo i pomyłka, o którym, gdyby nie potęga kultury popularnej, pies z kulawą nogą by nie słyszał i nawet on, gdyby potrafił mówić, nie nazwałby ich popem, a to z powodu zwykłego deficytu popularności. Tymczasem to właśnie pop pokazał swoją tu na tyle siłę, że potrafił coś tak małego uczynić zjawiskiem rzekomo daleko wykraczającym poza tę swoją rzekomą nędzę.
       I dlatego właśnie to w kulturze popularnej widzę naszą szansę nie tylko zresztą gdy chodzi o politykę historyczną, ale wszelką inną, ale również o tak zwaną cywilizację. Jeśli bowiem uda się nam jakimś cudem uczynić z tego, co stanowi dla nas autentyczną wartość i w którą całym sercem wierzymy, bardzo ważną część popu, to poczujemy się naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Aby jednak to osiągnąć, powinniśmy przede wszystkim owej kultury popularnej przynajmniej nie lekceważyć. Bo jej nie pokonamy ani my ani nikt inny. Jedyne co możemy zrobić to się w nią wbić i maksymalnie rozepchać.





     
 


     
 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...