wtorek, 4 lutego 2020

Przy jakiej muzyce lubią imprezować sędziowie Sądu Najwyższego?


      Najpierw może zobaczmy, z kim się będziemy musieli dzisiaj użerać. Oto przed nami Tomasz Kozłowski, „socjolog kultury, eseista, szkoleniowiec, nauczyciel akademicki. Wykłada na Uniwersytecie SWPS. Autor esejów i książek, w tym ‘Samotnego hulaki’, poświęconej kierunkom rozwoju popkultury. Prywatnie meloman”. Ja nie wiem oczywiście, czy powyższa notka biograficzna została ułożona przez „Gazetę Wyborczą”, która zdecydowała się nam owego Kozłowskiego przedstawić, czy to on sam zadecydował, że w ten sposób najlepiej się będzie zaprezentować, jednak wystarczą te dwa epitety „szkoleniowiec” i „prywatnie meloman”, bym mógł już na spokojnie założyć, że mamy do czynienia z kolejnym kompletnym i pełnym idiotą, a treść rozmowy z tym kimś wyłącznie moje podejrzenia potwierdza.
      Do czego „Wyborczej” ów Kozłowski był potrzebny? Jak wynika z wypowiedzi, jakiej redakcji ten dureń udzielił, wynika, że możliwości są tylko dwie. Pierwsza to taka, że Kozłowski, jako „meloman” chciał nam koniecznie udowodnić, że muzyka „to nagromadzenie bodźców idealnych, stworzonych po to, byśmy odczuwali przyjemność” i że są sposoby – a on je zna – by owe „bodźce idealne” w sposób obiektywny oddzielić od plew, druga natomiast, to ta, że „Wyborcza” ma głęboko w nosie to, czym się muzycznie fascynuje Kozłowski, ale chodziło wyłącznie o to, by on publicznie mógł wygłosić następującą kwestię:
Dziś [disco polo] przestało być utożsamiane wyłącznie z zabawą w remizie, stała się pewnym znakiem czasu. Sądzę, że jest to związane z jakimś ogólniejszym, zupełnie unikalnym procesem samoponiżania się Polaków. Zwróćmy uwagę, że rozmiłowaliśmy się w wizerunku Polaka przeciętniaka. Emanacją tego nurtu jest nosacz sundajski, czyli małpa z wielkim nosem, [czyli tak zwany ‘Janusz’]. Janusz wyobraża typowego Polaka w nie najlepszym znaczeniu tego słowa. Jest Polakiem prostakiem. Podobnie jak jego żona Grażyna, dzieci Seba i Karyna, wnuczęta Brajanek i Dżesika. Janusze mówią w sposób niechlujny i wulgarny, kopią dołki pod sąsiadem, chodzą w skarpetach i klapkach, piją „kapuczynę” i tak dalej. Nosacze zagościły na koszulkach i kubkach. Z jakichś powodów pieścimy się wizją schamiałego Polaka. Nie inaczej jest w popularnych kabaretach, które nieustannie naigrywają się z naszych przywar. W Polsce stworzono patostreamy, czyli internetową transmisję na żywo z form bytowania patologii. Ten pomysł zdobył szczyty popularności. Myślę, że moda na disco polo wpisuje się w ten dziwaczny nurt uwielbienia prostactwa”.
      Ponieważ osobiście uważam, że ta druga opcja wydaje się być znacznie bardziej prawdopodobna, o rzekomo obiektywnych sposobach wartościowania muzyki pod kątem estetycznym powiem tylko tyle, że jeśli już mamy tu czegokolwiek szukać, to jedyne prawdziwe piękno występuje wyłącznie w muzyce sakralnej, niezależnie od tego, czy są to są chorały gregoriańskie , czy kolęda „Jezus Malusieńki”, a to z tego względu, że jeśli muzyka nie jest pieśnią na chwałę Boga, to pozostaje już tylko zwykły pop, i to znów niezależnie od tego, czy do uszu nam leci Pat Metheny, czy Zenek Martyniuk. To jest właśnie wspomniany przez Kozłowskiego obiektywizm i kropka. Dalej nie mamy o czym gadać. A jeśli Kozłowski uważa się za melomana, to jest to tylko jego problem, więc niech Bogu ducha winnym ludziom nie zawraca swoimi przemyśleniami głowy.
       Oczywiście, gdy chodzi o wspomnianą przez Kozłowskiego przyjemność, to osobiście nie widzę w tym problemu. Ja znajduję przyjemność w słuchaniu różnego rodzaju muzyki, zwłaszcza gdy do tego dochodzi przekonanie, że udało mi się odkryć autentyczny ludzki talent, ale nie zmienia to faktu, że jeśli ja lubię słuchać Billie Eilish, a Kozłowski „doskonałego jazzu” z czasów PRL-u, o którym w pewnym momencie owej rozmowy wspomina, to są też na świecie ludzie – powtarzam nie w Polsce, ale na całym świecie – którzy jedyną przyjemność znajdują w całodziennym szusowaniu na nartach, a pod wieczór w upiciu się ze znajomymi, ewentualnie, jak to w dobrym towarzystwie bywa, podupceniu. A jeśli oni mają ochotę słuchać jakiejkolwiek muzyki, to wyłącznie podczas imprez w rodzaju „Sylwestra Marzeń”, czy Super Bowl, który nam się szczęśliwie właśnie odbył w Miami. I to tyle w kwestii przyjemności.
      No ale, jak wiemy, Kozłowski – coach i meloman – uważa, że nie ma większej przyjemności niż dobra muzyka, i jego strasznie dręczy myśl, że tak zwani „Janusze” opanowali ów rynek, i bezwzględnie niszczą to, co na nim naprawdę wartościowe. Dlaczego Janusze to robią? Powód jest zawsze ten sam. Polityka. Posłuchajmy jeszcze raz Kozłowskiego:
     To kwestia zbijania politycznego kapitału, element szerszej narracji, którą nazwałbym oddawaniem Polakowi, co mu się należy. Sądy, służba zdrowia, kultura, media – te obszary, wedle tej idei, nie służyły wcześniej społeczeństwu, choć powinny. Trzeba Polakom owe instytucje zwrócić na kanwie jakiejś społecznej sprawiedliwości, jakiegoś odwetu. Poprzednia ekipa gardziła zwykłym szarym Polakiem, brzydziła się nim i jego gustem, i dlatego dziś trzeba zburzyć ten porządek. Ponieważ tamte czasy faworyzowały Polskę A, inteligencję, wykształciuchów i zapomniały o przyzwoitym prostym człowieku – trzeba to sobie odpowiednio powetowaćWarstwy niższe ustalają standard, a inteligencję, klasę średnią – należy dochamić. Myślę, że dostrzeżono tutaj miejsce dla spiętrzonych pokładów społecznej zawiści. Polacy są wewnętrznie mocno skłóconym narodem. Biedni pogardzają bogatymi i na odwrót, a przynajmniej wielu z nas dało się omamić podobną wizją. Zresztą taka argumentacja wybija choćby na internetowych forach, gdzie jedne grupy wieszają psy na drugich. PiS zagospodarowuje te frustracje, kompleksy i niepokoje”.
       No i oczywiście, zamiast piosenki Skaldów o zielonych oczach Anny, każe Polakom słuchać piosenki o zielonych oczach koleżanki Zenka Martyniuka.
       To wszystko, co nam opowiada coach i meloman Kozłowski jest tak straszliwie głupie, że ja nie widzę sposobu, by do tych cytatów, które i tak się tu pojawiły w nadmiarze, dodawać coś jeszcze od siebie. Obraz tego zakompleksionego chamstwa, pałającego nienawiścią i rządzą zemsty na elitach za całe lata upokorzeń, jest wystarczająco plastyczny, byśmy się poczuli naprawdę zawstydzeni. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na coś, co pewnie niewielu z nas zauważyło. Otóż kiedy Kozłowski charakteryzuje owego symbolicznego Janusza, wspomina również jego żonę Grażynę, ich dzieci Sebę i Karynę, oraz wnuki Brajanka i Dżesikę. Otóż mam dla Kozłowskiego informację, która by go nie mogła zaskoczyć, gdyby nie był aż tak głupi. Otóż dziś dzieci Janusza i Grażyny nie nazywają się Seba i Karyna, ale Franek i Zosia, a ich z kolei dzieci to już nie Brajanek i Dżesika, ale Antek i Marysia. Ale mam dla tego durnia coś jeszcze na deser, też swoją drogą występujący we wspomnianej tu rozmowie. Dokładnie te same imiona bowiem noszą dziś dzieci osób, o których Kozłowski mówi, że na temat tego co piękne, prawdziwe i wartościowe „mogą mieć więcej do powiedzenia niż inni”. Ciekawe dlaczego? Czyżby terror nowych elit?





poniedziałek, 3 lutego 2020

Czemu Agnieszka Holland nie chce się napić z Marianem Opanią?


      Szczerze powiedziawszy o tym, o czym dziś chciałem pisać, nie mam bladego pojęcia. To znaczy, chodzą mi po głowie różnego rodzaju myśli, kiedy zastanawiam się niekiedy, jak się prezentuje branża filmowa w Polsce od strony towarzysko-intelektualnej, czy może bardziej precyzyjnie – środowiskowej, jednak, jak mówię, co tam się tak naprawdę wyprawia, nie mam sposobu wiedzieć. Nie wiem na przykład, co stało za decyzją Mariana Opani, by udzielić długiego wywiadu Onetowi i opowiadać w nim o tym, jakim to był on bohaterem antykomunistycznego sprzeciwu w latach Solidarności i jak, dzięki tej swojej przeszłości, może dziś mówić, że „że jeżeli ktoś popiera Prawo i Sprawiedliwość, to albo jest durniem, albo wyrachowanym łajdakiem, sprzedawczykiem”. Jeśli się przyjrzeć dzisiejszej pozycji, jaką Marian Opania zajmuje w branży, to naprawdę nie widać najmniejszego powodu, by on się potrzebował jeszcze szczególnie napinać. Na co on liczy? Że Patryk Vega zatrudni go w którymś ze swoich nowych filmów? Albo że go wezmą do którejś ze współczesnych polskich komedii, by nas tam rozśmieszał obok Czarka Pazury? Przecież to jest wykluczone. Wystarczy choćby sprawdzić listy płac z minionych dziesięciu lat, by zobaczyć, że ani jego, ani Olbrychskiego, ani Jandy, ani starego Stuhra, ani Pszoniaka, ani Nowickiego, ani Gajosa, ani Seweryna, że już nie wspomnę o Dorocie Stalińskiej nikt tam nie wpuści; że tam ostatni casting odbył się lata temu i kolejnego się nie planuje. A więc znów, o co ten staruszek walczy?
      A przecież to nie tylko on. Jeśli się przyjrzeć, to właśnie oni – Janda, Stuhr, Gajos, czy Stalińska najbardziej zadają szyku gdy chodzi przekrzykiwanie się w politycznych deklaracjach. Czy to możliwe, że oni wszyscy nagle uznali, że jeśli się zaprezentują temu towarzystwu jako niemal koledzy Władka Frasyniuka z podziemia, to i im się uda coś przyrobić? Czy to możliwe, że Marian Opania uwierzył, że jeśli on złoży te swoje deklaracje, dotrą one do Agnieszki Holland, a przynajmniej jej homoseksualnej córki i choćby stamtąd przyjdzie jakieś wsparcie na starość? A może skoro wszystkie romantyczne komedie są już zajęte, to chociaż reżyser Pawlikowski coś zaproponuje?
        Dziś wszyscy się ekscytują fragmentem wypowiedzi Opani, gdzie on zarzuca wyborcom PiS-u, że są zakłamanymi durniami, a mnie to jakoś nie rusza. W końcu to jest dokładnie to samo, co każdego dnia piszą o mnie na Facebooku Maria Nurowska, Manuela Gretkowska, czy Wojciech Smarzowski. Natomiast, owszem, bardzo mnie zaciekawiło wspomnienie Opani z lat walki z reżimem Jaruzelskiego. Proszę posłuchać:

Piszą o mnie różne rzeczy czasem. O mnie, który miał potworne kłopoty z bezpieką w stanie wojennym, bo zawsze byłem zaciętym antykomunistą. Straszyli mnie i żonę, przychodzili do domu, wzywali na przesłuchania. Pytali, dlaczego nie występuję w telewizji, tylko w kościołach, dlaczego zbieram pieniądze na więzionych i internowanych. Ja odpowiadałem, że od urodzenia jestem katolikiem, a jeżeli chodzi o telewizję, to jeżeli do ludzi się strzela i bije pałkami, nie będę siedział w jednej ławce ze spikerami w mundurach. Już jako dziecko słuchałem Radia Wolna Europa, a jeśli ktoś należał w mojej rodzinie do ZMP, a nie daj Boże do partii, to był przez nią wyklęty. Były dwa takie przypadki, w ogóle nie znało się tych ludzi. A oni robili kariery”.
      A tymczasem dziś jest co najmniej równie źle:

Z powodu [moich] poglądów czerwone światło zobaczyły już cztery filmowe scenariusze z [moim] udziałem. Plus jeszcze serial kryminalny. Za każdym razem było, że ‘już, już, już, robimy’, a po chwili nie było pieniędzy i ‘przełożymy chyba na przyszły rok’. Ja uważam, że nie wolno na barykadzie stać okrakiem. Nigdy tego nie umiałem. A ci, którzy mi życzą śmierci, mogą się jeszcze rozczarować. Jeszcze pożyję i pomęczę niektórych swoimi wypowiedziami lub też jakimś tam talentem”.

     
      Oczywiście mógłbym się trochę nad Opanią poznęcać i zapytać go, czy ten serial kryminalny to przypadkiem nie produkowała TVP, bo jeśli nie, to nic nie rozumiem, a jeśli tak, to czyżby Opania był gotowy jednak się na barykadzie rozkraczyć, że się dziś tak żali? Ale, skupmy się na kombatanctwie, bo, jak mówię, to jest prawdziwy hit, zwłaszcza gdy się sprawdzi, w jaki sposób rozwijała się kariera aktorska Opani w latach 80. I znów proszę posłuchać:

Matka królów (1982)
Popielec odc. Herod (1982)
Śpiewy po rosie (1982)
Wyłap (1982)
Stan wewnętrzny (1983)
Wedle wyroków twoich... (1983)
Kronika wypadków miłosnych (1985)
Bohater roku (1986)
Maskarada (1986)
Weryfikacja (1986)
Zmiennicy odc. Ceny umowne (1), Dziewczyna do bicia (3), Spotkania z Temidą (13), Pocałuj mnie, Kasiu (14), 
Nasz najdroższy (1986)
Opowiadanie wariackie (1987)
Dekalog VIII (1988)
Dotknięci (1988)
Pięć minut przed gwizdkiem (1988)
Piłkarski poker (1988)
Goryl, czyli ostatnie zadanie (1989)
     
       A wspominając tamtą serię prześladowań aktora przez komunistyczny aparat represji, nie możemy nie pamiętać też o tym, że zarówno tamta dekada, jak i dekada wcześniejsza, wedle relacji samego Opani, to był czas, kiedy on był pogrążony w ciężkim alkoholizmie, co rzekomo powodowało, że jemu wciąż odmawiano ról i on przez to chlał jeszcze bardziej. Pomyślmy więc już tylko jak by ta jego walka z komuną wyglądała, gdyby on był na co dzień bardziej w formie?
       Wróćmy zatem na koniec do poprzednich kwestii, a więc pierwszej, czemu tamto pokolenie zostało tak fatalnie zmarginalizowane przez swoje środowisko, no a przede wszystkim, o co oni dziś walczą, wypluwając z siebie tę żółć? Czego się jeszcze spodziewają? Jak mówię, nie mam pojęcia co się dzieje w tych łbach i w tym całym środowisku, ale myślę, że problemem może być właśnie ów alkoholizm, który z tego co mi wiadomo, nie był tam problemem wyłącznie Opani. Oni wszyscy, z wyjątkiem tych, którym nie udało się przeżyć, oraz Daniela Olbrychskiego, w pewnym momencie jednak przestali chlać i niewykluczone, że w ten sposób w ogóle nie są dziś partnerami dla tych co obecnie branżą rządzą. A nie dość, że nie są partnerami, to przez te swoje alkoholowe kompleksy są zwyczajnie nieznośni i z nimi się nie da wytrzymać jako z ludźmi.
      A co z Olbrychskim? Czemu on zaledwie załapał się na tego posła u Vegi? Nie zdziwiłbym się gdyby on, jak człowiek starszej daty, ciągnął wyłącznie czystą, a kto dziś pije czystą? Chyba już tylko Vega.


    


sobota, 1 lutego 2020

Billie Eilish


Kończy się tydzień w pewnym sensie zdominowany przez K-Pop oraz bandę idiotów, którzy postanowili pokazać, że nie mają pojęcia o niczym. I oto do nich dziś właśnie dołączył nasz nieoceniony głupek Wojciech Wybranowski ze swoim wykładem na Twitterze na temat popu w ogóle, i tym samym pokazał tym dzieciom, że wróg jest już nie tylko po stronie TVN-u, ale i tu u nas. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak zmienić temat i przedstawić Billie Eilish, osiemnastoletnią artystkę, w moim przekonaniu największe muzyczne zjawisko od czasu Adele. I to tyle. A wszystkich durniów, z jednej i z drugiej strony, w tym przede wszystkim Wojciecha Wybranowskiego, zachęcam, by zanim się odezwie na temat jakichś gwiazdek udających koreański pop, odgarnął sobie z czoła grzywkę i puknął się czymś w swoje tłuste czoło i nie musiał się wycofywać rakiem, kiedy w marcu Eilish dostanie Oscara. A że dostanie, jestem pewien. Miłego weekendu.



piątek, 31 stycznia 2020

Czy Marian Turski zostanie w tym roku gościem honorowym Akademii Sztuk Przepięknych?


       Powiem szczerze, że gdybym parę dni temu usłyszał nazwisko Mariana Turskiego, pomyślałbym, że to pewnie jakiś peerelowski komentator sportowy z Polskiego Radia, ewentualnie gospodarz któregoś z wielu telewizyjnych teleturniejów. Czemu tak? Nie mam pojęcia, ale nie będę ukrywał, że teraz kiedy już wiem, że ów Turski, to nie jest ani radiowy komentator, ani telewizyjny pajac, tylko niejaki Mosze Turbowicz, kiedyś więzień niemieckiego obozu Auschwitz, a następnie członek młodzieżówki PPR, funkcjonariusz Wydziału Prasy PZPR i wreszcie szef działu historycznego tygodnika „Polityka”, to przyczyny owego błędu już tak bardzo mnie nie interesują. Może cieszę się tylko, że przez całe swoje dorosłem życie nie splamiłem się wiedzą, któż to taki ów Turski.
     Jak to się stało, że nagle usłyszałem o Marianie Turskim. Otóż wszystko odbyło się w sposób obrzydliwie klasyczny. Jak się okazuje, ów dziś już mocno staruszek, a przy okazji członek i działacz szeregu organizacji żydowskich w Polsce i na świecie, zabrał głos podczas uroczystych obchodów 75 rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau i w ciągu kilkunastu minut osiągnął to, na co tacy bohaterowie obywatelskiej świadomości, jak chociażby Władysław Bartoszewski, Wisława Szymborska, czy Jacek Kuroń musieli pracować latami. Kiedy czytam komentarze czy to na Facebooku, czy na Twitterze, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziś Marian Turski uzyskał w pewnych szczególnych kręgach pozycję, która przykrywa wszystko, co się tam ostatnio wylęgło, poczynając od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, przez marszałka Grodzkiego, a na Borysie Budce kończąc.
       Ktoś zapyta, jak ów stary komuch tego czegoś dokonał. Otóż on wygłosił to swoje przemówienie i ostrzegł nas, że jeśli będziemy nadal głosować na prześladowanie mniejszości, oraz łamanie prawa, prędzej czy później doprowadzimy do drugiego Auschwitz, kto wie, czy nie jeszcze gorszego. To znaczy, on tam powiedział kupę innych rzeczy, bardziej na temat, i czasem naprawdę poruszających, ale to co z Turskiego zrobiło prawdziwą gwiazdę, zawiera się zaledwie w paru zdaniach, które, zapewne zgodnie z jego zamierzeniem, trafiły tam gdzie trafić miały i kto wie, czy nie po to, by przygotować nam grunt pod majowe wybory prezydenckie. Posłuchajmy:
Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana. Istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące. Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przekazanie: nie bądź obojętny. Bo jeżeli będziesz, to nawet się nie obejrzycie, jak na was, na waszych potomków jakiś Auschwitz nagle spadnie z nieba”.
      Nie jestem pewien, czy Marian Turski byłby ze mnie zadowolony, ale przyznaję, że jego wystąpienie nie pozostawiło mnie obojętnym i będę o nim myślał do czasu aż przyjdzie piękne i ciepłe lato, a ja go będę mógł zobaczyć, jak się produkuje u Jerzego Owsiaka jako gość tak zwanej Akademii Sztuk Przepięknych.








czwartek, 30 stycznia 2020

Czy język koreański stanie się w Polsce drugim językiem urzędowym?


      Parę lat temu pewne dziecko, wówczas jeszcze uczennica gimnazjum, zapytane przeze mnie, kto jest jej ulubionym piosenkarzem, odpowiedziała, że BTS. Oczywiście nic z tego nie zrozumiałem, no ale ona wyjaśniła mi już po chwili, że to jest zespół z Korei. Zdziwiłem się, ale drążyłem dalej. Kiedy zapytałem, jakie filmy lubi, powiedziała, że ogląda wyłącznie koreańskie seriale. Spytałem więc, o czym te filmy są, a ona mnie poinformowała mnie, że to są zwyczajne filmy: albo historie rodzinne, albo thrillery, albo dramaty policyjne, a nawet też horrory – normalnie, jak to filmy. Gdzie ona to znajduje? Normalnie, w Internecie. Rozejrzałem się po jej pokoju i nagle się zorientowałem, że książki, które się tam tu i ówdzie walają, to w znacznej części są polskie wydania japońskiej mangi, opracowane w dodatku na tyle starannie, że nawet po polsku się je czyta od tyłu. Później jeszcze powiedziała mi owa uczennica, że ona jest coraz lepsza z angielskiego, bo właściwe każdą wolną chwilę spędza na internetowych czatach z kolegami z Korei, no a ponieważ ona nie zna koreańskiego, to rozmawia z nimi po angielsku. Póki co pewnie tak zostanie, bo wprawdzie rodzice zapisali ją niedawno na lekcje japońskiego, no ale to jest oczywiście nie to.
      Chciałem oczywiście wiedzieć, co jej strzeliło do głowy, by się zainteresować akurat tą Koreą, no ale ona tylko wzruszyła ramionami i musiałem z tym się męczyć już dalej sam, przynajmniej do czasu, kiedy to dziecko mi powiedziało, że jest strasznie zdenerwowane, bo za kilka miesięcy w berlińskiej O2 odbędzie się koncert jej ukochanego koreańskiego zespołu BTS, a ona się boi, że nie uda jej się kupić biletu, bo ich wszystkie koncerty wyprzedają się regularnie w ciągu pierwszych minut, no i ona nie wie, czy zdąży. Byłem w szoku, ponieważ nie mogłem w żaden sposób uwierzyć, że coś co pochodzi z Korei, przyjeżdża z koncertami do Berlina, występuje na jednej z największych scen i nie dość, że sprzedaje wszystkie miejsca, to jeszcze robi to w pierwszych minutach po otwarciu budki. No ale znów to jakoś zniosłem, do tego stopnia, że nawet nie udało mi się zapamiętać tych literek i sprawdzić, co to jest za dziwadło, i dopiero kiedy ruszyła sprzedaż biletów, a moja uczennica powiedziała mi, że ona w owym dniu zasiadła z palcem nad klawiaturą swojego laptopa już na parę godzin przed „Godziną W” i dokładnie w sekundzie kiedy ona wybiła, nacisnęła guzik „kup”... i okazało się, że wszystkie bilety zostały sprzedane, zorientowałem się, że ja jednak nie śnię. Tymczasem ona się oczywiście pobeczała, po pewnym czasie jednak doszła do siebie i wróciła przed komputer, by czekać aż pojawią się jakieś zwroty, no i ostatecznie się udało.
      Wtedy to dopiero, by nie pozostawać dłużej w ciemnościach, wpisałem w googlu nazwę BTS, zostałem skierowany do Wikipedii i tam przeczytałem, że grupa BTS to jest boysband złożony z siedmiu identycznych Azjatów, oraz stanowiący jeden z wielu projektów reprezentujących nurt o nazwie K-Pop, który w tym momencie stanowi światowy sukces komercyjny nieporównywalny z niczym, co było wcześniej i prawdopodobnie powstanie w przyszłości. Proszę popatrzeć, co o tym pisze wspomniana Wikipedia.
      Według czegoś, co się nazywa Gaon Music Chart, BTS w samej Korei sprzedali 16 milionów albumów, jednocześnie swoim debiutem w roku 2010 utrzymując wciąż pierwsze miejsce w historii wszystkich debiutów w historii tamtego rynku. Z powodu sukcesu wykraczającego daleko poza granice Korei, tygodnik „Time” umieścił ich na swojej okładce ogłaszając zespół mianem „liderów nowej generacji” i awansując ich do elitarnej grupy 25 najbardziej wpływowych osób w Internecie. Podobnie magazyn Forbes umieścił Koreańczyków na 43 miejscu najlepiej zarabiających celebrytów na świecie. Podczas swojej trasy koncertowej w zeszłym roku, BTS wystąpili na wypełnionym do ostatniego miejsca stadionie Wembley, a wszystkie bilety rozeszły się w ciągu półtorej godziny. Z danych opublikowanych w roku 2019 wynika, że BTS każdego roku wpuszcza do koreańskiej gospodarki niemal 5 miliardów dolarów, a jeden na 13 zagranicznych turystów odwiedzających dziś Koreę, robi to z uwagi na tych siedmiu chłopców, których muzyka w roku 2018 osiągnęła całkowitą sprzedaż na poziomie 19 miliardów dolarów, a każdy z członków zespołu jest multimilionerem.
       Ale dowiedziałem się z Wikipedii jeszcze czegoś. Otóż mianowicie rząd Korei traktuje zarówno zespół BTS, jak i cały ten K-Pop jak swój skarb narodowy i jeden z głównych eksportowych priorytetów i robi wszystko i wszędzie, gdzie tylko może odnaleźć odpowiednie kanały dystrybucji swojej propagandy, by język koreański, koreańskie piosenki, koreańskie filmy, koreańska literatura, no a przede wszystkim koreańska kultura – cokolwiek by to miało oznaczać – trafiła pod strzechy na całym dosłownie świecie. I tu cytat z Wikipedii:
      Rząd Korei Południowej uznał korzyści dla sektora eksportowego kraju wynikające z koreańskiej fali. W 2011 roku szacowano, że każde 100 dolarów wzrostu eksportu kultury koreańskiej przyczynia się do wzrostu eksportu innych towarów konsumpcyjnych, w tym żywności, ubrań, kosmetyków i produktów IT o 412 dolarów, dlatego też władze Korei dopłacają do niektórych przedsięwzięć. Rządowe inicjatywy na rzecz zwiększenia popularności K-popu są w większości podejmowane przez Ministerstwo Kultury, Sportu i Turystyki, które jest odpowiedzialne za ustanowienie na całym świecie Centrów Kultury Koreańskiej, m.in. w Warszawie. Ambasady i konsulaty południowokoreańskie także organizowały koncerty K-popowe poza granicami kraju, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych regularnie zaprasza zagranicznych fanów K-popu na coroczny festiwal K-Pop World Festival w Korei Południowej”.
      Wróćmy do Polski. Otóż, jak poinformowała mnie moja córka, gdy chodzi o sam Twitter grupa fanów K-Popu stanowi tam bezdyskusyjnie największą grupę ze wszystkich.  My oczywiście tego nie widzimy, bo nas to kompletnie nie interesuje, jeśli jednak zbadać sprawę od środka, to się okaże, że społeczność K-Pop na polskim Twitterze przejęła to miejsce z przysłowiowym palcem w nosie. Miałem okazję zobaczyć co się tam dzieje i zaręczam wszystkim, że oni to traktują jak najbardziej poważnie i jeśli tylko będzie trzeba, to oni, a nie sympatycy Grety Thunberg, czy  ta cała młodzież o tęczowych mózgach zrobią nam tu przysłowiową jesień średniowiecza. A potem przyjdzie na starszych i bardziej cwanych i ani się nie obejrzymy jak nasze wnuki poproszą nas byśmy im sfinansowali lekcje już nie angielskiego, ale koreańskiego.
      Mimo że od dłuższego już czasu wiem, czym jest ów K-Pop i portrafię bez najmniejszego trudu rozpoznawać na ulicy jego fanów – a zapewniam, że nie są to tylko dzieci – a nawet obejrzałem sobie fragmenty klipów zespołu BST na youtubie, to wciąż nie wiem, co to jest dokładnie za muzyka i dowiadywać się tego nie zamierzam. Wystarczy mi choćby to zdjęcie, które zamieściłem poniżej. Nie zmienia to przy tym faktu, że to co zrobił ostatnio TVN, o czym już dziś trąbi cały świat, a te wszystkie dzieci z charakterystycznymi antysmogowymi maskami na noskach stoją już w blokach startowych, by pójść i gmach na Wiertniczej zwyczajnie spalić, odbieram z najwyższym zdumieniem. Jak to mianowicie możliwe, że ci – ja wiem, że durnie, ale mimo wszystko ludzie w jakiś tam sposób rozumni – zanim zdecydowali się szydzić z tych wystruganych nie wiadomo z czego elektronicznych piesków, nie zajrzeli do Internetu i nie sprawdzili, z kim mają do czynienia. Jeśli jakaś, rozumiem, że jakoś tam licząca się firma, ogłasza konkurs na najprzystojniejszego mężczyznę na świecie i wygrywa nieznany im kompletnie Koreańczyk, w dodatku jeden z siedmiu, z których każdy wygląda dokładnie tak samo, to wypadałoby się puknąć w czoło i zadać pytanie, o co tu w tym wszystkim chodzi, a nie wyskakiwać przed kamerę i krztusząc się ze śmiechu powtarzać jakieś grepsy typu „ding dong pong”. Tymczasem ci durnie, zamiast sprawdzić z czym – nie kim, ale czym – mają do czynienia posuwają się wręcz do tego, by zademonstrować, że dla nich, to właściwie wszystko jedno czy Jeon Jeong-guk, czy może Jung Ho-seok.
        I teraz może przejdę do sedna rzeczy. Otóż ja wprawdzie napisałem wcześniej, że zachowanie TVN-u mnie zdumiało, to w gruncie rzeczy, już po zastanowieniu, muszę powiedzieć, że chyba jednak nie do końca. Otóż moim zdaniem, oni rzucając się tak kompletnie bez sensu na ten K-Pop, po raz kolejny pokazali, jak strasznie są wyalienowani. To co oni zrobili, to jest dokładnie to samo, co robią od wielu już lat, czy to kiedyś z tak zwanym „ciemnogrodem”, następnie z „moherowymi beretami”, następnie z ludźmi, którzy za 500+ jadą całymi rodzinami nad polskie morze, a dziś z Zenkiem Martyniukiem i tym całym Sylwestrem w Zakopanem. Oni nie są absolutnie w stanie na chwilę się zatrzymać, pomyśleć i zrozumieć, że to iż oni o czymś wcześniej nie słyszeli, albo że czegoś wcześniej nie doświadczyli, wcale nie oznacza, że tego nie ma i można się z tego bezkarnie nabijać. Dotychczas im to uchodziło na sucho, z tej prostej przyczyny, że mieli do czynienia z ludźmi spokojnymi, nie znoszącymi awantur, a przede wszystkim reprezentującymi znaną nam cywilizację. Tym razem wydaje mi się, że trafili na podobnych sobie kosmitów i tego starcia mogą zwyczajnie już nie przeżyć.



środa, 29 stycznia 2020

Miłość w Auschwitz tuż nad ranem, polewamy się szampanem


      Nie będę ukrywał, że z samej transmisji obchodów 75 rocznicy wyzwolenia Auschwitz obejrzałem zaledwie kilkanaście minut i to wcale nie dlatego, że interesowało mnie jedynie wystąpienie prezydenta Dudy – jego akurat do dziś nawet nie wysłuchałem – ani też dlatego, że nie interesują mnie żydowskie geszefty – szczerze powiedziawszy, one tu akurat są dla mnie najciekawsze –  ale z tego prostego powodu, że nawet dla mnie, klasycznego bon vivant, spędzenie całego dnia przed telewizorem nie wchodzi w grę. Jednak jakąś część tego eventu obejrzałem i mogę powiedzieć, że z prawdziwym przejęciem wysłuchałem zarówno wystąpienia tego staruszka, który tak poruszająco opowiadał o tym, jak przywieziono do Auschwitz kolejną partię Żydów, Niemcy zaczęli ich prowadzić w stronę komór, a oni biedni szli tacy spokojni, nawet nie przeczuwając co się z nimi za chwilę stanie, podczas gdy on, owszem, patrzył i wiedział. Ale też chwilę później, gdy słuchałem równie starego Żyda, który najpierw śpiewał jakąś modlitwę, a potem odmówił Kaddisz. Potem jeszcze wysłuchałem modlitwy naszego biskupa, by Pan im dał wieczny odpoczynek, a światłość wiekuista by im świeciła i by odpoczywali w wiecznym pokoju, i to tyle. No dobra, jeszcze obejrzałem sobie twarze tych najstarszych na świecie Żydów siedzących na publiczności, jak tak siedzieli w tych słuchawkach i kiwali głowami, a to, przyznaję, zawsze robi wrażenie. Na swoje szczęście, Turskiego już się nie doczekałem, a gdy przemawiał Cywiński, wyszedłem do toalety za sprawą.
      A więc to, co tam się tak naprawdę wydarzyło, znam wyłącznie z medialnych relacji, natomiast jestem pewien, że już w tym momencie wielu Czytelników nie interesują moje refleksje, czy to na temat roli Niemców i Polaków w Holokauście, czy tym bardziej tego, jak w tym wszystkim zaprezentowały się polskie władze, ale dlaczego ja, kiedy piszę o Auschwitz, wpadam w tak kpiący nastrój. A ja już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż ja nie jestem w stanie się ekscytować w sytuacji gdy w tym całym politycznym zamieszaniu, jakiego jesteśmy świadkami na całym niemal świecie, wszyscy ważni uczestnicy tej zabawy, zaczynając od zwykłych Żydów, przez tę całą bandę zawodowych kustoszy pamięci o tamtej masakrze, a kończąc na prezydencie Dudzie, który, nie oszukujmy się, ma dziś kupę ważniejszych spraw niż zamartwianie się dawno już na wszelkie możliwe strony rozwałkowanym niemiectwem, załatwiają zwyczajnie swoje codzienne sprawy, a jeśli robią to ze smutną miną, to wyłącznie dlatego, że inaczej akurat nie wypada. No dobrze, jestem pewien, że ci wszyscy staruszkowie, którzy tam siedzieli, słuchali tych wszystkich wystąpień i przecierali oczy ze wzruszenia, robili to szczerze... natomiast cała reszta... przepraszam bardzo, ale nie bądźmy naiwni.
        Myślę zresztą, że te moje słowa znakomicie potwierdzili choćby Marian Turski, który całe swoje wystąpienie przygotował wyłącznie po to, by wyrazić sprzeciw wobec reformy sądownictwa w Polsce, a tym sposobem zakwalifikować się do tegorocznej Akademii Sztuk Przepięknych Jerzego Owsiaka w Kostrzyniu nad Odrą, czy Piotr Cywiński, dla którego parszywego postępowania brakuje mi już słów od dawna. W tej zatem sytuacji, nie będę się już tu usprawiedliwiał ze swojej bezduszności, ale zwrócę uwagę na coś, na co wpadłem w uczęszczanym przeze mnie portalu tvn24.pl. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w obliczu zbliżających się obchodów rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz, opublikowali oni tekst niejakiego Mariusza Nowika zatytułowany „Miłość w Auschwitz. On był esesmanem, ona Żydówką”. Ów tekst zaczyna się tak:
Przed bramą kłębił się tłum. Tych, którzy mdleli z zimna i wycieńczenia, esesmani zabijali na miejscu. Ale do jednej z drżących na mrozie więźniarek podszedł młody esesman i wręczył jej ciepłe zimowe kozaki. Spojrzeli sobie w oczy. Ona nazywała się Helena, on nazywał się Franz. W tym przerażającym miejscu wykiełkowało między nimi uczucie, które nie miało prawa zaistnieć”.
      A dalej idą szczegóły, które portal tvn24 podaje z gracją pierwszej klasy wenezuelskiej mydlanej opery. Ona była dziewczyną ze Słowacji, a on, normalnie, esesmanem służącym w Asuschwitz. I oto, kiedy te Żydówki tak stały, któryś z Niemców zażyczył sobie, by ta która najładniej śpiewa mu coś zaśpiewała, no i wtedy wystąpiła Helena, zaśpiewała i w tym momencie, kiedy Franz ujrzał oczy Heleny i jednocześnie usłyszał jej głos, pierwsze co zrobił, to najpierw dał jej te buty, następnie dokończył bieżące sprawy, a potem już zaczął Helenę adorować, wciąż jej powtarzając, że ją kocha. Wedle powojennych relacji Heleny, mimo że oczywiście ten ocalił ją przed śmiercią, ona zdecydowanie odrzucała awanse Franza, do tego nawet stopnia, że on w pewnym momencie nawet z rozpaczy wyzwał ją od kurew i chciał ją zastrzelić, jednak się uspokoił, a ona po pewnym czasie również coś w nim dostrzegła i między nimi zakiełkowała wielka miłość, która przetrwała cały ten trudny czas. Oczywiście Franz dalej wykonywał swoją codzienną robotę, niemniej Helena pozostawała zawsze na tyle z boku, by doczekać końca wojny. Kiedy nastąpiło wyzwolenie, Franz wrócił do swojej rodzinnej Austrii – bo to był oczywiście Austriak, a nie Niemiec – ona wyjechała do Izraela, ale ponieważ, jak się okazało, na Franzu ciążyły bardzo ciężkie zarzuty związane z jego służbą w Auschwitz, stanął ów biedaczek przed sądem i tam znów miał okazję się spotkać ze swoją ukochaną, z którą spędził upojne lata w Auschwitz. I tam, jak czytamy w reportażu na tvn24.pl, ona Helena sądowi opowiedziała wszystko, od początku do końca, a wzruszony sąd Franza uniewinnił. I tym oto happy endem kończy się ów okolicznościowy tekst opublikowany na portalu tvn24.pl.
       A ja już mam tylko jedną uwagę. Otóż przez minione dziesięć lat wrzuciłem tu całą kupę tekstów, w których najlepiej jak umiałem pokazałem palcem ową niemiecką zbrodnię. A dziś w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, nie widzę jakoś najmniejszego powodu, by się tu szczególnie popisywać, zwłaszcza gdy mam bardzo silne wrażenie, że jestem tu jedyny. Cała reszta to banda cynicznych oszustów, dla których ta rocznica, to zaledwie kolejna okazja, by załatwić parę bieżących spraw. Bo nie oszukujmy się i powtórzmy to raz jeszcze, kwestia Holocaustu została już dawno skutecznie załatwiona, a jeśli dziś się ją od czasu do czasu wyciąga na wierzch, to albo po to, by wskazać aktualnego wroga – którym, tak się ostatnio składa, jest Polska –  i spróbować go wymiksować z międzynarodowej rozgrywki, która akurat ma miejsce, albo stworzyć jakąś kiczowatą opowieść, dzięki której ktoś tam otrzyma więcej odsłon, czy zaledwie lajków, a ludzie, którzy ją przeczytają będą jeszcze głupsi, niż byli wcześniej.



wtorek, 28 stycznia 2020

Kogo niemiectwo bardziej nienawidziło, heteroseksualnych katolików, czy homoseksualnych żydów?


      Moja młodsza córka, mimo tego, że ma już swoje lata, a poza tym też wszystko to, co mieć powinna osoba w najwyższym stopniu czujna, przenikliwa i ciekawa świata, poruszona wczorajszymi uroczystościami w pozostawionym nam tu przez Niemców nadzwyczajnym dziele ich narodowego ducha i umysłu, a mianowicie obozie Auschwitz-Birkenau, opowiedziała mi zasłyszaną właśnie gdzieś historię, że ze wszystkich więźniów Auschwitz najgorzej mieli się homoseksualni Żydzi, których Niemcy tak nienawidzili, że używali ich podczas treningów strzeleckich, gdzie najwięcej punktów zgarniał ten z nich, który za pierwszym razem trafił prosto w ów różowy trójkąt przyczepiony Żydowi na piersi. Starałem się wytłumaczyć mojemu dziecku, że nawet jeśli przyjąć, że pedały naziści z jakiegoś powodu nienawidzili pedałów-Żydów, to w całym tym kontekście jest to informacja kompletnie bez znaczenia, bo niemiectwo miało wówczas na tyle dużo przeróżnych sposobów, by możliwie obrazowo udowodnić sobie i swoim kolegom, że są prawdziwymi nadludźmi, że wśród nich numer ze strzelaniem do różowego trójkąta wcale nie musiał robić największego wrażenia. Ponieważ moja córka w tego typu sytuacjach lubi mi zarzucać, że ja przez swoje antyżydowskie kompleksy bez sensu kwestionuję żywe fakty, pomyślałem, że w dzisiejszym tekście przypomnę historię, którą opowiedziałem tu dwa lata temu, a jestem głęboko przekonany, że to jest taka historia, że nawet gdyby ją powtarzać dzień w dzień, też by nie zaszkodziło. Proszę, posłuchaj więc, Kochanie:
       Zanim jeszcze obejrzeliśmy kościół w Ludomach, udaliśmy się do znajdującej się w pewnej odległości wioski Wieszczyczyn, a tam na miejscowy cmentarz. Odwiedzaliśmy kolejne groby, by w końcu zatrzymać się przy mogile księdza Walentego Marciniaka, proboszcza miejscowego kościoła pod wezwaniem św. Rocha od roku 1945 do samej śmierci w roku 1974.
      I tam opowiedziano mi o księdzu Marciniaku. Otóż ów dobry, jak słyszę, ksiądz z chwilą wybuchu wojny został przez Niemców aresztowany, by po paroletniej tułaczce z miejsca na miejsce, trafić do obozu w Dachau, gdzie został poddany szczególnemu doświadczeniu. Otóż obozowy lekarz zdecydował, że zadaniem księdza Marciniaka będzie to by był on systematycznie wystawiany na ataki obozowych psów, i by następnie odniesione przez niego rany były poddawane eksperymentalnemu leczeniu przy pomocy różnych maści, w taki sposób, by ostatecznie niemiecka medycyna była w stanie opracować skuteczny środek na powstałe skutkiem pogryzienia przez psy rany. Co Niemiec postanowił, to dostał, a ksiądz Marciniak jakimś niezbadanym cudem dotrwał w swoim cierpieniu aż do wyzwolenia i ostatecznie jak najbardziej wyleczony przy pomocy fantastycznych niemieckich maści wrócił do Polski, by, jak już wspomnieliśmy, objąć parafię w Wieszczyczynie niedaleko Poznania i uczyć ludzi miłości i wybaczenia.
      Zmarł ksiądz Marciniak w wieku, o ile dobrze pamiętam 70 lat, w roku 1974, tyle że już bez nóg, które zostały mu chwilę przedtem odjęte skutkiem gangreny, która, jak się okazało, ostatecznie pokonała niemiecką medycynę, a ja już się tylko zastanawiam nad zasługami Niemiec i Niemców dla naszego wspólnego powodzenia, które są nie do zlekceważenia. Czemu tak? Otóż pewien mój przyjaciel, znakomity lekarz, zwrócił moją uwagę na fakt, że wiele chorób i dolegliwości, takie jak choćby Alzheimer, noszą nazwy pochodzące od niemieckich nazwisk i że warto by było się zadumać nad tym, czy przypadkiem to nie Niemcy właśnie w historii świata nie wykazywali szczególnej pasji do tego, by nieść pomoc we wszelkich boleściach. Szukam w Internecie informacji w tym temacie i widzę, że faktycznie coś w tym jest. Ale jest jeszcze coś. Kiedy rozejrzymy się wokół siebie, musimy zauważyć, że w grę nie wchodzi tylko medycyna, ale że niemiecka myśl techniczna opanowała wszelkie inne dziedziny naszego życia. No weźmy na przykład słynną markę odzieżową „Puma”. Jak czytam wszystko się zaczęło, kiedy nadzwyczaj oddany sprawie nazista nazwiskiem Rudolf Dassler krótko po wojnie wymyślił, że do produkowanych przez niego butów można by było wkręcać specjalne kolce, by dało się w nich wygodniej i szybciej biegać. Otóż ja się zastanawiam, czy nie było tak, że jeszcze parę lat wcześniej w Dahau, któryś z miejscowych specjalistów nie sprawdzał na polskich księżach, czy oni nie będą szybciej biegać, gdy im się w stopy coś wkręci. Ksiądz Marciniak niestety nam już tego nie powie, więc musimy pozostać z naszymi podejrzeniami.




Przypominam, że jeśli ktoś ma ochotę komentować na naszym blogu, musi zostać wcześniej przeze mnie zaproszony, a do tego wystarczy, że napisze do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...